*W ramach podsumowania roku, wybraliśmy dla Was najpopularniejsze teksty. Oto najczęściej czytany artykuł marca 2024.
Tekst został pierwotnie opublikowany 14 marca 2024.
Ewa*, 42 lata: Papierami rzuciłam radośnie.
Czemu zostałam niepracującą żoną? Czasem myślę, że to nie byłam ja.
Poznaliśmy się przez internet. Dwoje młodych, których niewiele łączyło. Ja - beztroska, z dużego miasta, dopiero zaczynałam wymarzony kierunek. On - ambitny, z prowincji, kończył "rozsądne" studia i twardo stąpał po ziemi. Koleżanki opowiadały o ucieczkach od facetów w nocy i wzywaniu policji. Na ich tle wydawało mi się, że dobrze trafiłam - może nie kocham na zabój, ale to taka polska norma. Po trzech miesiącach był pierścionek, po roku ślub.
Na początku oboje pracowaliśmy. On piął się po szczeblach kariery, mnie frustrowała praca w sklepie odzieżowym. Finansowo powodziło nam się nieźle, a mnie pochłaniały wymarzone studia, więc któregoś dnia radośnie rzuciłam papierami. Bez większej refleksji - przecież miałam na siebie plan. Tylko że on miał inny.
Pierwszy zgrzyt: chciałam wyjechać na parę dni na badania do pracy licencjackiej. Nie zgodził się na "studia kosztem domu". Krzyki, ciche dni. Zostałam. To mnie wybiło z rytmu. Jakoś obroniłam licencjat. Do magisterki - żeby nie narażać go na stres - wybrałam najbardziej zachowawczy temat. Stopniowo odcinałam ludzi wokół, bo "ta głupia", "tamta wariatka", a "o tego był zazdrosny". Z nim nie było o czym rozmawiać, ale gdy wychodziłam, pił wódkę. I tak znalazłam się w d*pie: bez znajomych, bez pracy, z rozgrzebaną magisterką.
Zanim studia dobiegły końca, został zwolniony z pracy. Siadł na kanapie i nie wstał z niej przez trzy miesiące. Przejedliśmy oszczędności. Poszłam do magazynu pracować na dniówki. Starczało na jedzenie i jego fajki, na czynsz pożyczała nam mama. Ocknął się, gdy pakowałam walizkę. Zaszantażował mnie: "Coś sobie zrobię". Zostałam.
Po czym zaszłam w ciążę, a po porodzie mój świat skurczył się jeszcze bardziej. Padałam na twarz, prosiłam o pomoc i słyszałam: "Znowu sobie nie radzisz? Mogę coś zrobić, ale jak odpocznę". W końcu przestałam się skarżyć. Do czasu przedszkola zagryzłam zęby, potem byłam przerażona - nie dam rady dłużej, ale co ja wpiszę do CV?
Gdy pojawiła się oferta blisko domu, za śmieszne pieniądze i bez umowy, nawet się nie zastanawiałam. Po pół roku męża zaczęło wnerwiać, że nie wyrabiam się z domowymi obowiązkami. Żeby móc dalej pracować, musiałam za swoje pieniądze kupić drugie auto, bo on zawsze mógł potrzebować swojego. Z czasem doszedł do wniosku, że powinnam oddawać mu pensję do wspólnego budżetu, i odtąd na życie miałam mieć mniej, niż kiedy siedziałam w domu. Wydzielał mi kieszonkowe, a po paru miesiącach kazał zatrudnić sprzątaczkę i nianię. Poszłaby na nie cała moja pensja, więc zrezygnowałam z pracy. I znów byłam bezrobotna.
Raz leżeliśmy na łóżku, miałam migrenę. "Herbata", rzucił. "Dobrze, za 15 minut". Dostał szału. Herbata miała być już. Z upływem lat postępowało u niego coś, co w duchu nazywałam "głuchotą na innych". Dużo mówił o sobie, zwłaszcza w towarzystwie, ale nigdy nie słuchał. Na początku myślałam, że to arogancja, potem zaczęłam w nim widzieć jakąś mentalną niepełnosprawność i już nawet nie byłam o to zła. Za to zaczęłam się bać, że może jest psychicznie chory i to będzie postępować. Myśl o życiu pod jednym dachem z dzieckiem i psycholem zaczęła mnie prześladować.
Były między nami przebłyski miłości i wiary w to, że jest dobrym człowiekiem. Tylko ja go irytuję. Powinnam być bardziej cierpliwa. Niepotrzebnie się uniosłam. Za bardzo naciskam. Ciągłe próby racjonalizacji, zamiast przyznać: to dupek, uciekaj! Gdyby był alkoholikiem, bił mnie, może odeszłabym szybciej. Wtedy bliska osoba mnie wyśmiała: „Zwariowałaś! Utrzymuje was, nie pije, nie bije. Gdzie ty chcesz odchodzić?". Z zewnątrz było OK, tylko żeby zachować pozory normalności, przesunęliśmy wszystkie moje granice.
Ja wierzyłam w archetyp mężczyzny, który przynosi pieniądze, a żona troszczy się o dom. Wszystko się w tym obrazku zgadzało: on co miesiąc robił opłaty, mnie wysyłał wydzieloną stawkę na życie. Słyszałam, że wydaję coraz więcej, że nie da się nic odłożyć. Przejrzałam potem te przelewy - rok przed rozstaniem kwoty zaczęły maleć. Wysyłał na raty, żebym się nie połapała. Cały czas ukrywał, ile zarabia, ile tak naprawdę mamy. Tylko on miał dostęp do "wspólnego" konta. Czy przyszło mi do głowy nazwać to przemocą ekonomiczną? Skąd.
Gdy pandemia zamknęła nas w domu, mogliśmy się sobie lepiej przyjrzeć. Pewnego razu zapytałam, czemu ze mną jest, po co mu jestem potrzebna. Odpowiedział: "Po to, żebyś mnie kochała". "Nie dlatego, że ty mnie kochasz", dopowiedziałam w myślach.
Uratowało mnie to, że poszłam na warsztaty dla niepracujących mam. Nasza mentorka - specjalistka HR - podsunęła mi pomysł nowego zawodu, pomogła napisać CV (bardzo w nim nakłamałyśmy) i przygotować się do rozmowy. Po nocach robiłam malutkie projekty i tak stworzyłam prymitywne portfolio. W dniu, gdy wróciłam z pierwszej rozmowy kwalifikacyjnej, mąż stanął w drzwiach i powiedział, że choć bardzo się starał, to nie widzi, abym ja walczyła o niego i ten związek. Nie miałam pracy ani oszczędności, więc przekonał mnie, że powinnam wynieść się z naszego domu, bo nie spłacę kredytu. Podział majątku też wymyślił sam - nie policzył wkładu własnego i pieniędzy na wykończenie, które dała nam moja mama, bo nie było tego na piśmie. W otępieniu podpisałam to, co mi podsunął. Wtedy chyba dałabym się zaprowadzić do rzeźnika i uciąć sobie głowę. Dopiero po paru miesiącach poszłam do prawniczki. Usłyszałam: "Nie spotkałam większej idiotki od pani". Przyznałam jej rację. Ja też nie wiedziałam, jak mogłam tak sobie zniszczyć życie. Niewiele już mogła mi pomóc.
Za pieniądze z podziału domu jakiś czas później wzięłam kredyt na mieszkanie. W międzyczasie wyszło, że nasze oszczędności wcale nie przepadły, a mąż cały czas zarabiał więcej, niż twierdził. Ukrył wszystko do czasu rozwodu. To mnie chyba najbardziej zszokowało, bo nawet w najgorszych chwilach nie przypuszczałam, że byłby skłonny okraść własne dziecko.
Po rozstaniu zrobił wizerunkowy obchód znajomych. Raz zadzwoniła do mnie nasza sąsiadka. Zawsze mi współczuła okropnego małżeństwa, a wtedy powiedziała: "On bardzo cierpi, wróć". Opadła mi szczęka, bo w tym samym czasie groził mi, że zmieni zamki. Na terapii usłyszałam, że mój mąż to klasyczny narcyz psychopata. Że to była przemoc, tylko bez siniaków. Dziś próbuję sobie wybaczyć - byłam młoda i nieprzygotowana na życie z narcyzem. Dałam się wrobić w emocjonalne szantaże, a latami upewniana w tym, że bez niego wyląduję z dzieckiem pod mostem, w końcu wzięłam to za prawdę absolutną.
Pod mostem nie mieszkamy. Dzięki pomocy mentorki i mamy, która mnie przygarnęła, pracę znalazłam w ciągu tygodnia. Szef chwalił: "Mamy tutaj panią, która zna się na rzeczy", a ja czułam się jak oszustka. Potem znalazłam lepszą pracę i jeszcze lepszą. Dziś zarabiam kwoty, o jakich nie marzyłam - i to nie jest moje ostatnie słowo. Ale staram się przystopować; lęk, że sobie nie poradzę, wpędził mnie w pracoholizm.
Unikam kontaktu z byłym mężem, a on nie pali się do spędzania czasu z synem. Mimo to dla syna jestem tą złą, a tatuś jest najlepszy. Może kiedyś zrozumie. Znajomi donoszą mi, że mój były mąż zaczął cieszyć się życiem, podróżować, kupować coraz droższe samochody. Robi wszystko, na co nie miał ochoty, będąc ze mną. Czy człowiek może aż tak się zmienić?
Koleżanki w pracy narzekają na mężów. Wszystkim radzę: "Idź do prawnika. Ty się będziesz trzy lata zastanawiać, a on w tym czasie się przygotuje". Bo jest dobrze, póki się nie popsuje.
Justyna*, 38 lat: Nie obudzę się z ręką w nocniku
Znam wiele żon na utrzymaniu mężów, bo w środowisku ludzi zamożnych, w którym się obracamy, żony nie pracują z zasady, ich zadaniem jest ładnie wyglądać. Nie znam jednak żadnej w takiej sytuacji jak moja.
Mój mąż jest obcokrajowcem i wziętym prawnikiem, obsługuje zagraniczne fuzje i przejęcia międzynarodowych spółek handlowych. 15 lat temu, zaraz po studiach, przeniosłam się do niego za granicę. Mamy rozdzielność majątkową z wyrównaniem dorobków - w razie gdyby wpadł w długi, odpowie swoim prywatnym majątkiem, ale gdyby doszło do rozwodu, dojdzie do równego podziału.
Nie marzyłam o takim życiu, chciałam pracować. Mam kilka dyplomów wyższych uczelni, znam cztery języki obce. Za granicą poszłam na prestiżowe studia ekonomiczne. Uznałam, że zrobię jeszcze doktorat, i zaczęłam pracę na uniwersytecie. Moja pierwsza pensja to była 1/12 pensji męża. Pogłaskał mnie wtedy po głowie: "Kup sobie coś ładnego".
Po studiach założyłam za granicą własną firmę i na trzy lata wpadłam w pracoholizm. Czułam, że się spełniam, ale non stop żyłam w stresie. Do domu wracałam o 21, gdy mąż zaczynał spotkania z USA. Tak staliśmy się dla siebie obcymi ludźmi. Podjęłam decyzję o sprzedaży firmy i wspólnie zdecydowaliśmy o przeprowadzce do Polski. Mąż przyjął to z wielką ulgą. W pracy jest zimny jak stal, w domu to kochany miś - trudno mu się skupić, gdy w rodzinie źle się dzieje. Nasz związek zaczął się powoli odbudowywać, znowu jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi.
Mieszkamy w prestiżowej warszawskiej dzielnicy. Moje sąsiadki to drugie lub trzecie żony, młode, ładne, przeważnie inteligentne dziewczyny. O mężach mówią "stary". Raz zrobiłam babski wieczór. Rozmawiały o tym, gdzie najlepiej zrobić piersi, jak ciężko znaleźć dobrą sprzątaczkę i że "stary" pojechał na imprezę, pewnie wróci za trzy dni. Dziwiły się, że nie pilnuję swojego, który pracuje za granicą miesiącami. Jedna, słysząc, że znów jest w podróży służbowej, przyznała: "Ja jestem z takiej podróży". Inna: "Ufasz mu? To guzik wiesz, jesteś dopiero pierwszą żoną". Jak sobie popiły, opowiedziały o intercyzach. Są tak obwarowane, że jeśli związek się skończy, zostaną z niskimi alimentami. Szkoda mi tych dziewczyn, gdyby powinęła im się noga, naprawdę wylądują z rękę w nocniku. Czemu się na to zgadzają? Przyjechały do stolicy z małych mieścin, były hostessami, asystentkami, za wyższy standard życia idą na kompromisy. Ale też się zakochały.
Mam również pracujące koleżanki. Robią kariery, wciąż gdzieś biegną, bo chcą spłacić kredyty i mieć na wakacje w egzotycznych krajach. Ja już to wszystko mam, więc po co mam biec? Zresztą zamiast piasków Dubaju wolę wypad z dziewczynami do naszej leśniczówki.
Mąż jest mi bardzo wdzięczny za poświęcenie, jakim jest rezygnacja z kariery. Dzięki temu może spokojnie oddać się swojej. Wyjeżdżając na sześć tygodni w delegację, nie martwi się o obowiązki związane z domem i rodziną, a kiedy wraca, nie czeka na niego pusty dom albo zmęczona kobieta. Nie pracuję zawodowo i nie mam pensji, a w domu nie gotuję i nie sprzątam, ale obowiązków mam aż nadto: odpowiadam za sprawy urzędowe, ubezpieczeniowe, zarządzanie naszymi nieruchomościami, pomagam też w prowadzeniu spraw i dokumentacji jego rodzinnych zagranicznych spółek. Prywatnie realizuję swoje pasje, poszłam na kolejne studia. Przy tych zajęciach nie mam czasu na przełożonych.
Nie chciałam dziecka, on tak. Ustaliliśmy kompromis - urodziłam dziecko, ale mąż zatrudnił pełnoetatową opiekunkę. Na początku zaangażowaliśmy również do opieki obydwie babcie.
Mąż mnie często pyta: "Nie przeszkadza ci to, że jesteś w domu?". Może by przeszkadzało, gdybym nie miała poczucia bezpieczeństwa. Gdy zamieszkaliśmy razem przed ślubem, dał mi karty do wszystkich swoich kont. Na moje konto spływa połowa jego stałych miesięcznych dochodów i tylko ja znam hasło dostępu. Na mnie zapisał 80 proc. udziałów we wszystkich naszych nieruchomościach. Ponadto na koszty związane z utrzymaniem rodziny i domu przesyła regularnie dodatkową kwotę na nasze wspólne konto. Zawsze mam w zapasie kilkadziesiąt tysięcy złotych.
Wiem, że żyję w bajce. Jestem dziewczyną z małego miasta, której się trafiło jak ślepej kurze ziarno. Mąż chce przejść na emeryturę w wieku 45 lat. Zostały mu trzy. Pewnie wyjedziemy z Polski, on będzie czesał trawnik, a ja pieski. To, że nie chodzę do pracy, nas zbliżyło.
Weronika*, 45 lat: Od partnerki biznesowej do inkubatora, lenia, nieroba
Przed ślubem znaliśmy się przez 15 lat, a i tak nie przewidziałam, co mnie czeka.
Z pasji i wykształcenia byłam tłumaczką, nawet przysięgłą. Były mąż, nazwijmy go Marek, w życiu nie szukał pracy na wolnym rynku, nie ukończył studiów, przejął firmę po ojcu. Po kilkunastu latach znajomości i kilku latach wspólnego mieszkania wzięliśmy ślub. I nagle w mojej branży nastąpił krach. Wcześniej pracowałam po 10-14 godzin dziennie, a wtedy liczba zleceń spadła mi niemal do zera. Byłam załamana, ale gotowa zacząć od nowa. Usłyszałam: "Moja żona nie będzie sekretarką, przecież ja mam własny biznes, jest tam tyle do zrobienia". Zaczęliśmy pracować razem, tylko ja bez umowy i wynagrodzenia.
Firma była w kiepskiej kondycji, nie zarabiała na siebie, lokal obciążony kredytem. Kilka lat później weszliśmy w online, rozbujaliśmy markę, firma się rozrastała. Sama zwerbowałam Wojtka, który stał się pracownikiem i naszym kolegą. Weszli w spółkę, a Wojtek wszedł w nasze życie.
Mieliśmy po 35 lat, zaszłam w ciążę, bo Marek bardzo chciał dziecka. Mój macierzyński się zbliżał, więc Wojtek zaczął mnie zastępować. Marek i Wojtek razem poczuli się niezniszczalni, pili coraz więcej za własne sukcesy. Ja, z wielkim brzuchem, przestałam pasować do imprezowego towarzystwa wzajemnej adoracji. Z "partnerki w budowaniu imperium" spadłam do rangi "lenia i nieroba, który żeruje na cudzej pracy". Oraz inkubatora dla dziecka. Kiedy czekałam na przyjęcie do szpitala, Marek pojechał do klienta. Gdy po porodzie umierałam z bólu, koszmarnie potraktowana w szpitalu, organizował pępkowe.
W roli ojca się nie odnalazł. Gdy pojechaliśmy z małą na luksusowe wakacje, przez rok jęczał, jak bardzo go to zmęczyło. Żaliłam się na nadmiar obowiązków, więc zatrudnił opiekunkę i sprzątaczkę, żeby "pracowały w domu za niego", i przestał robić cokolwiek, jednocześnie wymagając idealnego prowadzenia domu. On też narzekał - głównie na zbyt rzadki seks. Wysłał mnie do seksuologa, bo sam "był za młody na takie terapie".
Przestałam wiedzieć, jak wygląda sytuacja firmy czy nasza sytuacja finansowa. Na codzienne wydatki wręczył mi oddzielną kartę - gdy jej użyłam, dostawał powiadomienie na telefon. Zakupy powyżej 200 zł akceptował zdalnie w aplikacji. Albo nie - wtedy kłamałam w sklepach, że z kartą coś nie tak.
Moja depresja poporodowa przeszła w zespół stresu pourazowego. Usłyszałam, że "zawsze byłam nienormalna". Marek i Wojtek wciąż coś świętowali na mieście. W końcu odkryłam, że mój mąż znalazł sobie młodszą kochankę. Gdy poprosiłam o wyjaśnienia, przyznał, że ma drugie mieszkanie. Wyprowadził się. Zostałam z dwoma tysiącami w szufladzie, bez pracy, z maleńkim dzieckiem, w wynajętym mieszkaniu, za które - jak się okazało - odkąd miał kochankę, już nie płacił. Wkrótce odłączono mi prąd i rozwiązano umowę najmu.
Czy byłam niepracującą żoną? W opinii byłego męża tak. Przez 10 lat "pomagania" w jego firmie "nie robiłam nic wielkiego", więc nie miałam wynagrodzenia ani opłacanych składek ZUS. W ciągu dwóch lat Marek otworzył filie, zarabia ponad 30 tys. zł miesięcznie, na naszą córkę chce łożyć tysiąc złotych. Finansuje za to życie kolejnych, coraz młodszych partnerek. Wynajął najdroższą kancelarię w mieście. Udowadnia, że nie ma żadnego majątku, oficjalnie wszystko jest zapisane na jego matkę, luksusowe auta w leasingu, konta oczywiście puste. Na rozprawie powiedział, że nie skończył studiów, za to ja kilka kierunków, więc mogę sobie iść do pracy.
W wieku 40 lat przekwalifikowałam się, zdobyłam nowy zawód, pracuję za średnią krajową, nocami robię dodatkowe fuchy. 75 proc. moich zarobków idzie na wynajem mieszkania. Jestem pod ścianą - jeśli poszukam mniejszego, nie zapewnię dziecku odpowiednich warunków i Marek może je zabrać. Za to sąd nie musi brać pod uwagę kosztów wynajmu, które w ostatnim roku wzrosły o ponad połowę. Na lepszych prawników mnie nie stać, więc w sądzie przegrywam. Nowe życie? Jak? Kiedy? Moje życie wypełnia praca i stres, co zrobię, gdy nie będę mogła opłacić mieszkania.
Praca kobiet w liczbach
Aktywność zawodowa Polek z roku na rok rośnie, nadal jest jednak wyraźnie niższa niż w przypadku mężczyzn. W trzecim kwartale 2023 roku w Polsce pracowało 50,1 proc. kobiet i 64 proc. mężczyzn w wieku 15-89 lat, wynika z najnowszego Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności.
Według raportu "Praca a dom" Polskiego Instytutu Ekonomicznego tym, co trwale wypycha kobiety z rynku pracy, jest macierzyństwo. W 2022 roku na 84 proc. pracujących ojców (po narodzinach potomka nie opuścili pracy na dłużej niż dwa tygodnie) przypadło 77 proc. biernych zawodowo matek [osoby bierne zawodowo to takie, które nie pracują zarobkowo i nie poszukują aktywnie pracy - przyp. red.].
Wśród kobiet, które wracają do pracy po przerwie związanej z opieką nad dzieckiem, tempo rozwoju zawodowego z reguły spada. Często zmieniają pracę - tracą ją lub umowa wygasa - a ich wynagrodzenie jest średnio o 16,8 proc. niższe niż pensje mężczyzn o zbliżonych kwalifikacjach. Nawet gdy oboje rodzice pracują, to kobiety w większym stopniu zajmują się domem i dziećmi. Główną przyczyną bierności zawodowej matek jest więc konieczność sprawowania opieki nad dziećmi. Wraz z rosnącym wiekiem najmłodszego dziecka więcej kobiet jako przyczynę bierności zawodowej podaje powody osobiste lub rodzinne.
*Imiona bohaterek zostały zmienione na ich prośbę.
Paulina Dudek. Dziennikarka, redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Twórczyni cyklu mikroreportaży wideo "Zwykli Niezwykli" i współautorka "Pomocnika dla rodziców i opiekunów nastolatków". Nagrodzona Grand Video Awards, nominowana do Grand Press. Kontakt do autorki: paulina.dudek@agora.pl




