Rodzina
Kazia Olszowska (po lewej) - 'przyszywana' babcia Szymona (Fot. archiwum prywatne)
Kazia Olszowska (po lewej) - 'przyszywana' babcia Szymona (Fot. archiwum prywatne)

Magda*. "Babci dla córki szukałam przez ogłoszenia. Panie chciały zapłaty lub uwagi"

Nasza córka Ola* ma 12 lat i dwie biologiczne babcie, ale żadnej obok – moja mama mieszka 600 km od nas, teściowie niby niedaleko, ale śmiejemy się z mężem, że "pilnują Świnoujścia". Gdy Ola była w przedszkolu, zapytała mnie: "Mamo, czemu my zawsze jesteśmy sami?". Wtedy mąż wpadł na pomysł, żeby poszukać Oli zapasowej babci.

Przeglądaliśmy portale z nianiami, ale nas nie przekonały. Stanęło na tym, że na tablicy ogłoszeń w centrum handlowym zawisła kartka, że szukamy starszej pani do doraźnych kontaktów z naszym dzieckiem. Zgłosiła się Zosia*. Pamiętam nasze pierwsze spotkanie: przyszła ubrana cała na biało. Oli przy tym nie było, dopiero po jakimś czasie poszły same na spacer – nie bałam się córki puścić, byłam policjantką, intuicja nigdy mnie nie zawiodła. Zosia odbierała Olę przez całe przedszkole – dla niej to była motywacja do regularnego wychodzenia z domu – czasem zapraszała na nocowanie, jako członek rodziny była z nami na wycieczce w Turcji. Ostatnio pojechała tam z moją mamą. Wciąż miewamy kontakt.

Drugie podejście do przyszywanej babci zrobiliśmy, gdy Ola miała 10 lat – marzyło nam się poznać "babcię", która mieszka góra kilka ulic dalej. Na osiedlowej grupie w internecie napisałam: "Nie chodzi o opiekę, ale o wspólny czas: pieczenie ciasteczek, spacery, wypicie herbaty, rozmowy. Może ktoś czuje się samotny i chciałby zaprzyjaźnić się z naszą rodziną?". 99 proc. pań, które odpisały, zaoferowało mi opiekę komercyjną. Znalazła się jednak pani Lucyna*, która zaczęła pomalutku zbliżać się do naszej rodziny. Zaprosiłam ją na lody, na spacer, do naszego ogródka. Nie miała swoich wnuków, była energiczna, podróżowała, dziergała, do tego dorabiała, opiekując się starszą osobą. Jednym tylko nie była zainteresowana – naszą córką. Wszystkie moje aluzje, by się poznały, szybko zbywała. Dużo za to mówiła o sobie, o innych (że mają lepiej), łaknęła mojej uwagi, docenienia, pochwał, komplementów. Gdy zaproponowała: "Może chodźmy na kawę?", odpisałam: "Z miłą chęcią". Więcej się nie odezwała.

Trzecie podejście do babci było niedawno – znów napisałam w sieci, ale inaczej: "Może znacie panie kogoś samotnego?". Uznałam, że panie, które grasują w necie, to faktycznie nie są te, o jakie mi chodzi. Dostałam kontakt do Wandzi*, która stała się… moją znajomą. Bo Ola zaprotestowała – dała mi odczuć, że jako nastolatka nie chce już wpuszczać obcej osoby do naszego życia. Skonsultowałam to z psychiatrą. Powiedział: "Niech jej pani do tego nie zmusza. To się odwróci przeciwko pani". Posłuchałam go.

Magda: Bardzo chciałam, żeby Ola doświadczyła takiej miłości i bliskości, jaka była mi dana. Zrozumiałam jednak, że może to była bardziej moja potrzeba - wrócić do tamtych chwil - i może niechcący użyłam swojej córki (Fot. Pixabay.com, zdjęcie ilustracyjne)

Nie powiem, dało mi to do myślenia. Przez pięć lat mieszkałam ze swoją babcią, to było dla mnie bardzo ważne doświadczenie i lgnę do starszych osób. Ich mądrość życiowa zawsze bardzo mi imponowała. Bardzo chciałam, żeby Ola doświadczyła takiej miłości i bliskości, jaka była mi dana. Chciałam jej stworzyć tę iluzję. Zrozumiałam jednak, że może to była bardziej moja potrzeba – wrócić do tamtych chwil – i może niechcący użyłam swojej córki. Szukanie babci dla Oli sprawiło też, że zweryfikowałam swoją idealistyczną wizję starszych osób. Seniorzy krytykują młode pokolenie, że myśli tylko o sobie. A większość starszych osób, które poznałam, zachowuje się podobnie – jeśli są jeszcze aktywni, to chcą jednego: nachapać się życia, póki czas. A nie oddawać ten czas komuś potrzebującemu.

Ewa*. "Znajomy babci zapytał mamę: A pani to kim jest? Najęta do pomocy?"

Dla mnie babcia to temat zadra. Bo nie wiem, jak wytłumaczyć fakt, że mama mojej mamy ma dwie córki i kilkoro wnucząt, a przygruchała sobie za życia kilka przyszywanych córek. I tylko nimi i ich dziećmi się szczyci i interesuje, choć ci ostatni nawet nie zadzwonią.

Przyszywane córki pojawiały się na różnych etapach życia babci. Raz to były koleżanki cioci z internatu, które do niej wpadały w wakacje i babcię wielbiły. Kiedy indziej kobieta z pociągu – listy od niej babcia odczytywała nam uroczyście podczas wigilii.

Może to przez babci dzieciństwo? W czasie okupacji uciekła z Wilna. Mając 15-16 lat przez półtora roku mieszkała z rodziną w piwnicy – schroniło się tam kilkanaście osób, pod ziemią rodziły się i umierały dzieci. Lata po wojnie spędziła w internacie – w biedzie, ale według niej to był jeden wielki bal. Zawsze lgnęła do ludzi. Dziś ma 94 lata, umysł jak brzytwę i pełen kalendarz, bo kawki i imieniny trzymają ją przy życiu. Ma też wielką potrzebę splendoru.

Od ponad 20 lat babcią opiekuje się jej starsza biologiczna córka, ale poświęcenie cioci to nic w porównaniu z tym, że przyszywana Werka zaszczebiocze do słuchawki: "Ach, mamusiu!". Jako wnuczkę mnie to strasznie wkurza. Słyszę od babci: "Mogłabyś być jak Hania i Frania". Owszem, żyję w konkubinacie, nie chodzę do kościoła, ale inny wnuk babci dzieci ochrzcił i też nie jest dość dobry. Nie wiem, jak mama musiała się z tym czuć, że w oczach babci zawsze była gorsza, nie tak ładna i mądra. Wiem, że do dziś zbiera tego pokłosie.

Kilka lat temu mama opowiedziała mi, jak babcia zorganizowała u siebie spotkanie znajomych z kościoła. Pokazywała zdjęcia przyszywanych córek, a mama donosiła do stołu. Aż ktoś ją zapytał: "A pani to kto? Wynajęta do pomocy?". Mamę ścięło, wydukała: "Nie, ja jestem córką rodzoną". Zapanowała konsternacja. "Nawet pani nie jest podobna". A mama jest babci kopią. Poszła do kuchni, żeby się nie rozpłakać. Babcia nie zareagowała.

Ewa: Nie wiem, jak wytłumaczyć fakt, że babcia ma dwie własne córki i kilkoro wnucząt, a przygruchała sobie za życia kilka 'przyszywanych córek'. I tylko nimi i ich dziećmi się szczyci i interesuje (Fot. Pixabay.com, zdjęcie ilustracyjne)

Raz się ostro wkurzyłam. No dobra, dwa razy. W dziewięćdziesiątkę babci, gdy zażyczyła sobie, żeby na zdjęciu jej z wnukami była też Balbinka – przyszywana wnuczka. Powiedziałam, że Balbina jest dla nas obca i nie życzę sobie. Drugi raz na pogrzebie dziadka, gdy do pierwszego rzędu wepchnęła się Werka i nikt jej nie wyrzucił. Jakby babcia zmarła, to co z Werką zrobić? Może sobie gdzieś z tyłu stać. Werka ma własną matkę, z którą nie ma kontaktu. Niech się odp*eprzy od naszej babci.

Są w babci rzeczy, które podziwiam – niesamowity optymizm mimo trudności, bycie Scarlett O'Harą [bohaterką książki "Przeminęło z wiatrem" – przyp. red.], która "pomyśli o tym jutro" – choć dla najbliższych taka postawa to udręka.

Kiedyś koleżanka babci, gdy ta znów się rozpływała nad przyszywanymi córkami, zwróciła jej uwagę: "No ale poczekaj, Teresa*, przecież ty masz dwie córki. Dlaczego o nich nic nie mówisz?". Cisza. Zmiana tematu. "Chcesz kawę? Dolać ci?" Totalne wyparcie. Myślę, że to jest jakiś duży problem mojej babci. Czegoś w życiu nie doświadczyła, nie zaznała, a bardzo tego pragnęła. Chyba te zapasowe córki mają jej coś zrekompensować.

Karolina. "Po Karusi mam imię i kręgosłup moralny"

Z babcią Karusią nie łączyły mnie więzy krwi, byłyśmy rodziną z wyboru. Dzięki niej mój tata ani na minutę nie trafił do domu dziecka, a taki był często los powojennych dzieci.

Tata stracił rodziców, kiedy miał sześć lat – ojca Niemcy zabili w 1942 roku, mama Irena zmarła w 1946 na zapalenie opon mózgowych, bo penicylina była dla wojska. Nikt z rodziny nie był w stanie przyjąć sieroty. Zrobiła to Karolina – sąsiadka Ireny z kamienicy, nawet nie bardzo z nią zakolegowana. Dlaczego? Po pierwsze: Irena ją o to poprosiła, jakby coś przeczuwała. Po drugie: Karolina obiecała sobie, że zajmie się jakimś opuszczonym dzieckiem, jeśli ośmioro jej rodzeństwa przeżyje wojnę. Przeżyli, a to jedno życie było w podzięce.

Za komuny próbowano jej ojca zabrać trzykrotnie. Córka przedwojennego burżuja, do tego stara panna po czterdziestce nie była pieszczoszką władz. Karolina poszła z władzą na wojnę i mojego taty nie oddała, choć pozwolili jej go tylko przysposobić, nigdy adoptować.

Karusia i tata kochali się straszliwie. Nauczyła go gotowania, szycia, prasowania. Dla mojej młodej mamy była najlepszą teściową. A dla mnie najlepszą babcią. Pokazała mi, jak robić sztufadę wołową, obierać śledzie z beczki, smażyć idealne naleśniki. Jej nauka gotowania dała mi dobrą pracę, a towarzyszące tej nauce opowieści – zamiłowanie do historii.

Jestem już po sześćdziesiątce i śmiem twierdzić, że po Karusi odziedziczyłam nie tylko imię, ale też kręgosłup moralny – robię to, co uważam za uczciwe, nie boję się mówić prawdy. Bo Karusia była odważna, nie przejmowała się cudzą opinią. Nie plotkowała. Nie wolno było iść pokłóconym spać. Raz w życiu słyszałam, jak przeklęła – zawsze mówiła tylko "ch*lercia" albo "horrendum", ale jak Jaruzelski ogłosił stan wojenny, to powiedziała: "O ku*wa". (śmiech)

Karolina: Z babcią Karusią nie łączyły mnie więzy krwi, byłyśmy rodziną z wyboru. Dzięki niej mój osierocony w czasie wojny tata ani na minutę nie trafił do domu dziecka, a taki był często los powojennych dzieci (Fot. Pixabay.com, zdjęcie ilustracyjne) , Naleśniki (Naleśniki, Fot. NataliPopova / iStock)

Była cichutka, słodka, z polakierowanymi na czerwono paznokciami. Ale zawsze dopięła swego. Nawet odeszła tak, jak chciała – spokojnie, mnie i tacie na rękach. Dostała wylewu w dniu, kiedy moja mama była w delegacji. Ojciec tak strasznie płakał.

Jestem z niej bardzo dumna. To, co nam zostawiła – jej postawa, wychowanie nas – to był mój kapitał na życie. Karusia nie założyła "klasycznej" rodziny, bo gdy była mała, koleżanka zepchnęła ją ze schodów. Długo chodziła w gorsecie, kręgosłup nie urósł należycie, nie miała garbu, ale sylwetkę nieco zniekształconą. Uznała, że nie będzie nikogo szukać, obarczać sobą. A miała w sobie wielki potencjał miłości. Dając mojemu tacie dom, zadbała też więc o siebie. Pokazała, że bez względu na wszystko można iść własną drogą.

Ania*. "Choć miała już własne wnuki, z roli mojej babci nie wypadła"

Mam trzy babcie, ale to Krystyna była i jest numerem jeden. Rodzice poznali ją, gdy miałam mniej niż roczek – Krysia była moją pediatrą. Miała jakiś problem z komputerem, tata zaoferował, że jej pomoże. A że rodzice to bardzo towarzyscy ludzie, zaczęli się z Krystyną odwiedzać. I tak ja – dość naturalnie – wskoczyłam na stanowisko wnusi, bo swoich wnuków jeszcze wtedy Krysia nie miała.

Uwielbiała mnie. Miała energię i zapał, a do tego pieniądze i własny samochód – nie tylko więc była cool babcią, ale też rozpieszczała mnie do granic. Tym bardziej, że jedna babcia mieszka 300 km od nas, a druga piętro niżej, ale nigdy nie chciała się mną zająć – wolała opiekować się cudzymi dziećmi za pieniądze. Z babcią, która mieszka daleko, mam bardzo dobry kontakt, ale to Krysia była numerem jeden. Na basen zabierała bez proszenia, a ja ją uczyłam obsługi smartfonów. Zawsze wspierająca, ale też wymagająca – do dziś, jak zamarzy jej się nowy dres na rehabilitację, rodzina się zrywa i wiezie, a po chwili słyszy, że to nie o taki dres chodziło. (śmiech)

Ania: Mam trzy babcie, ale to Krystyna była i jest numerem jeden. Rodzice poznali ją, gdy miałam mniej niż roczek - Krysia była moją pediatrą (Fot. Pixabay.com, zdjęcie ilustracyjne)

Później urodził się Krysi wnuk, a dużo później wnuczka. Mimo to zawsze mi mówiła, że to ja jestem jej ulubioną wnuczką. Nigdy za to nie byliśmy blisko z jej mężem – przez lata nie mógł zaakceptować naszej relacji. Rozumiem to – jak do twojego domu przyjeżdżają obcy ludzie, w których twoja żona jest strasznie wkręcona, to może rodzić niepokój. Dopiero jakieś 10 lat temu zaczął z nami rozmawiać, bo wcześniej znikał, był nieobecny. Dziś mówię do niego "wujku", a do Krysi "ciociu", ale z tyłu głowy miałam zawsze: to jest babcia.

Bardzo kocham moją babcię, która mieszka daleko, mamy świetny, choć rzadki kontakt. Ona z kolei bardzo lubi Krysię – od początku widziała, ile dobrego wnosi do naszej rodziny. Za to babcia, która jest na miejscu, kompletnie nie umiała poradzić sobie z tym, że z obcą kobietą mam lepsze relacje. Jest strasznie zazdrosna. Ale czy próbowała się do mnie zbliżyć? Nie.

Krysię dosyć szybko dopadły choroby, dziś już nie jest tak sprawna i mobilna, ale z roli babci wciąż wywiązuje się wzorowo – zawsze, jak do niej dzwonię lub ją odwiedzam, pyta, kiedy ślub. Nie mam nawet narzeczonego, więc odpowiadam: "Ciocia, wiesz, jak jest z terminami". Bardzo bym jednak chciała, żeby kiedyś doczekała się satysfakcjonującej ją odpowiedzi.

Szymon. "Mleka nienawidziłem, co innego z frytkami"

Chyba nikogo w życiu nie kochałem tak jak Kazi. Do dziś, gdy jestem w stresie, to ona mi się śni. Czuję się wtedy tak szczęśliwy, bezpieczny i uspokojony, jak kiedy byłem dzieckiem.

Nawet nie wiem, jak pojawiła się w naszym życiu. Rodzice kupili mieszkanie w bloku na wsi. Było na pierwszym piętrze, a Kazia mieszkała na parterze, pod nami. Mama bardzo szybko się z nią zakumplowała, codziennie piły razem kawę. Gdy skończyłem cztery lata, mama musiała iść do pracy i zostałem pod opieką Kazi. Jej uważność na mnie była czymś niesamowitym. Miałem dwie starsze siostry i jako dziecko zawsze czułem się odsunięty. Kazia bacznie, lecz dyskretnie mnie obserwowała. U niej miałem tajne pudełko z kapslami i swój azyl – czasem mówiłem, że "idę na wakacje", i na dwie noce schodziłem z nią spać.

Z zawodu była krawcową. Zanim jeszcze poszedłem do przedszkola, pozwalała mi się bawić przy starej maszynie. Kulałem po stole jej wielki magnes i zbierałem nim igły z kolorowymi główkami. Albo dawała mi sznurek – nawlekałem na niego najładniejsze guziki i robiłem dla Kazi korale. Jak wybijało południe i w radiu grał krakowski hejnał, szliśmy "na klapsztulę" – pszenny chleb z masłem i liściem sałaty, lekko posolony. Coś najlepszego na świecie! Zimą siadała na kanapie, włączała "Randkę w ciemno" – to był jej ulubiony program – a ja siadałem obok i patrzyłem na srebrną choinkę, którą dostała od córki z Niemiec. No, to było coś. Nikt we wsi takiej nie miał.

Zobacz wideo Beata Borucka: Polskie babcie i dziadkowie na tle Europy spędzają najwięcej czasu z wnukami

Mieszkaliśmy niedaleko stacji kolejowej. W związku z tym koszmarem mojego dzieciństwa był jadący pociąg – śniło mi się, że mnie goni albo pod niego wpadam. Strasznie się tego bałem. Co z tym zrobiła Kazia? Codziennie o 15.30 wsiadaliśmy na rower i jechaliśmy na stację zobaczyć, jak pociąg przejeżdża. Oswajała mnie z tym lękiem. Raz nawet pozwoliła mi odpowiednio wcześniej zostawić na torach gwóźdź, żeby pociąg po nim przejechał.

Rowerem odbierała mnie też z przedszkola, bo ilekroć miał to zrobić tata-mechanik, tracił poczucie czasu pod samochodem. Kazia widziała, że tata nigdzie się nie wybiera, więc bez słowa wsiadała na rower. Wracałem z nią i czułem się bardzo kochany. A jak mi się popsuło siodełko w składaku – miało dziury – to obszyła je własnym beretem, żebym miał miękko.

Pamiętam też, jak zamieniliśmy się rowerami z sąsiadem. Mieliśmy po pięć–sześć lat. Ja miałem rower większy, on jeszcze na czterech kółkach. Przejechaliśmy może 50 m i on wjechał prosto pod auto. Poczułem, że to moja wina – przecież pożyczyłem mu swój rower – i uciekłem, schowałem się w polu żyta. Tylko Kazia zainteresowała się tym, że mnie nie ma. Ona mnie znalazła. Przytuliła i powiedziała: "To nie twoja wina, to był przypadek". Wzięła mnie do siebie, dała oranżady, uspokoiła. Zawsze wiedziała, co jest grane. 

Kochałem piątki. W piątki Kazia karmiła całą wieś. Latem robiła frytki – z 20 kg ziemniaków, ich zapach niósł się po wiejskim osiedlu i kto przybiegł, ten dostawał, ale mnie zawsze dawała pierwszemu. Zimą była kaszka manna z malinami. Do frytek obowiązkowo keczup i… mleko. Ja mleka nienawidziłem! Ale piłem, bo od Kazi. 

Szymon: W piątki Kazia karmiła całą wieś. Latem robiła frytki - z 20 kilogramów ziemniaków, ich zapach niósł się po wiejskim osiedlu i kto przybiegł, ten dostawał, ale mnie zawsze dawała pierwszemu (Fot. Pixabay.com)

Największą traumą była dla mnie nasza przeprowadzka. Po śmierci babci od strony mamy przejęliśmy jej dom. Wyprowadziliśmy się co prawda tylko do wsi obok, ale dla mnie to było jak na inny kontynent. Tak bardzo za Kazią tęskniłem, że jak tylko trochę podrosłem i założyłem z kolegami pierwszy biznes – zbieraliśmy kasztany dla dzików na skup – to uciekłem do niej rowerem, żeby się przytulić i napić oranżady. Powiedziałem wtedy, że ją kocham i mi jej brakuje. Kazia była bardzo wzruszona, mówiła: "Jak ty wyrosłeś". To było nasze ostatnie spotkanie. Jakiś rok później zmarła na raka wątroby, odeszła w śpiączce. Pogrzeb pamiętam doskonale, bo płakałem najgłośniej, dużo głośniej niż jej rodzina.  

Do dziadków biologicznych nie lubiłem jeździć. Rodzice taty byli nadopiekuńczy, zwłaszcza babcia – zmuszała mnie do przytulania, nie znosiłem tego. Siedziałem u nich i tęskniłem za Kazią. Babcia ze strony mamy była dobra, ale bardzo cicha, wydawała się chłodna. Jak robiłem w przedszkolu prezenty na Dzień Babci, to tylko dla Kazi. Rodzice tłumaczyli, że to babcia przyszywana. Nie mogłem tego pojąć, dla mnie była z krwi. Nosiła wełniane kubraczki i zapach tej wełny pamiętam.  

Nazywała się Kazia Olszowska i chciałbym, żeby ludzie o niej usłyszeli. 

*Imiona niektórych bohaterów zostały zmienione na ich prośbę.

Paulina Dudek. Dziennikarka, redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Twórczyni cyklu mikroreportaży wideo "Zwykli Niezwykli" i współautorka "Pomocnika dla rodziców i opiekunów nastolatków". Nagrodzona Grand Video Awards, nominowana do Grand Press. Kontakt: paulina.dudek@agora.pl