Rozmowa
(fot. skynesher / iStockphoto.com)
(fot. skynesher / iStockphoto.com)

Po lekturze twojej książki nie mogę się zdecydować, czy historia, którą opowiadasz, jest smutna czy optymistyczna.

- To bardzo dobrze! Takie jest życie. Moi bohaterowie też nie są pewni, czy to, co im się przytrafiło, jest smutne czy wesołe.

Jest ich wielu, ale jedno ich łączy.

- Ich życie było w którymś momencie związane z kliniką w Barendrechcie pod Rotterdamem. Tych, którzy nazywają siebie Połówkami, łączy także to, że urodzili się z nasienia jednego dawcy spermy. Część przyszła na świat w rodzinach, w których ojciec był bezpłodny, inni są dziećmi matek singielek. Po latach poznali się - ze sobą i z biologicznym ojcem - dzięki bazie DNA.

Klinika w Barendrechcie (fot. Kamil Bałuk)

Piszę także o Louisie, biologicznym ojcu Połówek, i doktorze Karbaacie, właścicielu kliniki w Barendrechcie - można go uznać za drugiego, obok Louisa, sprawcę całego zamieszania. Lekarz właśnie zmarł i kilka tajemnic zabrał ze sobą do grobu. Na przykład to, o czym się mówi, a na co nie ma potwierdzenia: że do inseminacji używał również swojego nasienia. Pewne jest natomiast, że Louisowi pozwolił na zbyt wiele.

Tytułowe dzieci Louisa łączy coś jeszcze - kolor skóry.

- Lekko śniady, Karbaat w dokumentach nazywał go "kawą z mlekiem". Kiedy wpadłem na historię dzieci Louisa, ten aspekt najbardziej pobudzał moją wyobraźnię. Wszystkie Połówki mają ciemniejszą karnację, choć ich rodzice są biali. Byłem przekonany, że to będzie największy problem tych młodych ludzi. Okazuje się, że nie we wszystkich przypadkach tak było. Dla wielu bohaterów, szczególnie w okresie dojrzewania, to był element budujący przekonanie o tym, kim są. Zdarzali się też tacy, którzy wypierali to, jak wyglądają, ale trudno ignorować fakt, że nie jest się podobnym do rodziców.

W życiu wszystkich Połówek był brakujący element, który nie pozwalał im wyjaśnić, dlaczego tak a nie inaczej wyglądają - oni nie znali swojego biologicznego ojca. Nie wiedzieli, kim są genetycznie, skąd się wziął ich kolor skóry. Żyli w wielokulturowym holenderskim społeczeństwie i zastanawiali się, gdzie przynależą.

Rozmawiali o tym z rodzicami? Próbowali to ustalić?

- Różne były strategie. Powiedziałbym, że klasyczne, podobne jak w przypadku dzieci adoptowanych. Bardzo ważny jest jeden aspekt sprawy: w latach 80. XX wieku, kiedy większość moich bohaterów przyszła na świat, lekarze w Holandii przekonywali, że jeśli para idzie do banku nasienia albo kliniki leczenia niepłodności, bo tak wymiennie nazywano te miejsca, wszystko ma się odbywać w zupełnej tajemnicy. Doktor Karbaat był wtedy wielkim autorytetem, zjeżdżali do niego pacjenci z całej Holandii i jeśli mówił, że należy zachować tajemnicę, przyszli rodzice go słuchali.

O mężczyźnie, który - dzięki współpracy z bankiem spermy - zostaje ojcem kilkuset dzieci, opowiada m.in. kanadyjska komedia 'Starbuck' (fot. kadr z filmu 'Starbuck')

Często jednak ojcowie, którzy wiedzieli, że dziecko jest urodzone z dawcy spermy, kiedy okazywało się, że ma ciemniejszą karnację, nie wytrzymywali napięcia i zrywali kontakt z rodziną.

Wtedy dzieci dowiadywały się, że mężczyzna, który je wychowywał, nie jest ich biologicznym ojcem?

- Zazwyczaj wychodziło to na jaw w międzyczasie. Babcia pokłóciła się z mamą, przyjaciółka wygadała, albo ktoś komuś w kłótni wykrzyczał w twarz, że jego biologicznym ojcem jest dawca nasienia. Maaike i Matthijs, bliźnięta, które są jednymi z bohaterów książki, dowiedzieli się brutalnie: ojciec wyrzucił sześcioletnie dzieci z samochodu, matka po paru minutach powiedziała: "To nie jest wasz tatuś".

Inna bohaterka wspomina, że jej rodzice, aby zachować tajemnicę, o wszystkim, co było związane z kliniką, rozmawiali tylko w samochodzie. Zniszczyli też całą dokumentację dotyczącą wizyt w Barendrechcie. Utrzymanie tajemnicy było trudne i stresujące. Ci, którym przez lata udawało się ją zachować, mówią, że ciężko było z nią żyć.

W Holandii wciąż 80 proc. osób, które pochodzą z dawstwa, nie wie o tym.

Ukrywając prawdę można zbudować zaufanie w rodzinie?

- To jest bardzo indywidualne. Jedna z bohaterek, Eva, dowiedziała się prawdy, bo rodzice zobaczyli program w telewizji na ten temat i zdecydowali się jej powiedzieć. W programie pojawiły się podobne do Evy osoby, które szukały rodzeństwa z tego samego dawcy. Rodzice uznali, że dłużej nie utrzymają tajemnicy. Dziewczyna mówi, że wolałaby wiedzieć wcześniej. Zrobiło jej się strasznie żal, że rodzice, których kocha nad życie, musieli tyle lat męczyć się z tajemnicą. Wspomina, że jako nastolatka powtarzała, że lepiej nie znać prawdy, jeśli nic nie można z nią zrobić. Matka stwierdziła, że skoro córka tak myśli, nie wyjawią jej sekretu. Zresztą ciągle nie było dobrego momentu. Najpierw nie chcieli jej nic mówić, bo była zbuntowaną nastolatką, później zmarł jej przyjaciel, następnie wyjechała do nowego miasta na studia.

Inna bohaterka, której babcia w kłótni wykrzyczała, że pochodzi z dawcy, zerwała relacje z babcią, ale nie rodzicami. Kolejna odwróciła się od rodziców, a utrzymuje kontakt z dziadkami.

Połówki, półbracia, półsiostry, ojciec, który wychowuje, ojciec biologiczny, czyli dawca spermy. Jak, znając tę historię, zdefiniować rodzinę?

- O kurczę, zadajesz pytania, w które sam się wpakowałem, ale chyba nie umiem na nie odpowiedzieć.

Dzieci, które rodziły się dzięki pomocy kliniki dr Kaarbata, często miały ciemną karnację mimo, iż rodzice zastrzegali, że dawca ma być mężczyzną rasy białej (fot. jacoblund / iStockphoto.com)

Spróbuj.

- Rodzina to jest zbiór najbliższych ci ludzi, z czego część z nich jest z tobą spokrewniona. Czasami ten czynnik genetyczny jest mniej ważny. Dla mojej bohaterki Fien, jedynaczki, która nigdy nie miała rodzeństwa, Połówki to są bracia i siostry. Uwielbia ich, dogadują się. Dla kogoś, kto ma swoje rodzeństwo i dzieci, Połówki są tylko dodatkiem.

Trzydziestoletnie Połówki uważają, że ich dwudziestoletni półbracia i półsiostry mają dużo wolnego czasu, więc częściej spędzają go wspólnie. W tym wieku zazwyczaj ma się najwięcej znajomych, dużo się imprezuje. Ale czy to jest to samo, co rodzina? To nie jest takie jasne. Niektóre Połówki definiują więc samych siebie jako klub, w którym kartą wejścia są wspólne geny. Mogli wybrać inny sposób selekcji, ale - jak mówi jedna z bohaterek - wtedy nie różniliby się niczym od kółka szydełkowania. Genetyka i test DNA to jest coś matematycznego, coś, co jednoznacznie rozstrzyga, czy ktoś jest biologiczną rodziną.

Porządkuje rzeczywistość w tym aspekcie?

- Tak. Połówki dążą do odpowiedzi zero-jedynkowej. Dla mnie z tej historii płynie nauka, że bardzo chcemy mieć jednoznaczne odpowiedzi. Chcemy usłyszeć: "Tak. On jest moim bratem". "On jest moim ojcem". I tu pojawia się pytanie, dlaczego to jest takie ważne. Przecież to sprzeczne z naszym przekonaniem, że jesteśmy zaawansowani pod względem kultury, edukacji, koncepcji społeczeństwa. Nie chcemy przyznać, że może nami rządzić biologia. Czysto biologiczne podejście do pewnych kwestii wydaje się na dzisiejsze standardy czymś niegodnym kulturalnego i światłego człowieka, ale nie uciekniemy od biologii.

Lekarze jawią się w tej historii jako demiurgowie.

- Dzisiaj tak, ale wydaje mi się, że kiedyś nie mieli tej świadomości. Gdy zapytałem doktora Karbaata, jak to jest mieć w rękach początek nowego życia, oburzył się. Powiedział, że to była prosta procedura. Przychodziła klientka, która chciała mieć dziecko, a on robił wszystko, by jak najszybciej zaszła w ciążę. Z kolei osoby korzystające z usług kliniki traktowały lekarza jako eksperta, a zapłodnienie jak procedurę medyczną. By mieć spokojne sumienie, potrzebowały specjalisty, który zdecyduje za nich. To pomieszanie pojęć, niezdefiniowanie kto tu jest kim, jest główną przyczyną późniejszych problemów. A dzieci, dziś dorośli, domagają się, by ktoś powiedział: "Tak, to była moja odpowiedzialność. Przepraszam".

O mężczyźnie, który - dzięki współpracy z bankiem spermy - zostaje ojcem kilkuset dzieci, opowiada m.in. kanadyjska komedia 'Starbuck' (fot. kadr z filmu 'Starbuck')

Dlatego tak bardzo chcieli odszukać biologicznego ojca?

- Nie wszyscy. Jedni byli go bardziej ciekawi, inni mniej. Na przykład Maaike i Matthijs różnie do tego podchodzili. Dla Maaike odnalezienie biologicznego ojca było najważniejsze, miał być supermenem, który odmieni jej życie. Dla Matthijsa miało to mniejsze znaczenie. Pytany, co to znaczy, że jest z dawcy albo dlaczego tak wygląda, machał ręką i mówił: "Spytajcie Maaike. Ona się tym interesuje".

Z czym wiązało się odnalezienie dawcy?

- Często z rozczarowaniem. W wypadku Louisa, o którym piszę w książce, było ono obopólne. Obie strony miały zupełnie rozbieżne oczekiwania. Ci, którzy szukali zaginionego ojca, musieli się zmierzyć z przykrą prawdą, że nie jest tym, o którym marzyli. Ma pewne spektrum autyzmu, czyli zespół Aspergera, który uniemożliwia mu wgląd w ich emocje i oczekiwania. Nie zada im pytania, nie będzie ciekaw, co czują, a Połówki chciały wypełnić tym spotkaniem pustkę emocjonalną, która była w ich życiu. Nie udało się. Z kolei ich nie interesowała historia rodziny biologicznego ojca, do której Louis przykładał wielką wagę. Był rozczarowany, że oni nie chcą słuchać o cioci Marie z Surinamu, skąd pochodził. Jeden z bohaterów powiedział, że w historii rodziny Louisa Połówki są tylko zapiskiem na marginesie, a w historiach rodzin, w których się wychowywały, są pełnymi rozdziałami.

Na początku nie lubiłam Louisa, ale gdy poznałam jego racje, zaczęłam go rozumieć. Nic nie jest jednoznaczne w twojej książce.

- Jest druga, trzecia i kolejna strona tej historii. A my mamy tendencję - i ludzie, i media - do przedstawiania rzeczywistości czarno-białej. Przekonałem się o tym, gdy zbierałem materiał do reportażu. Zaczęło się od prawie tabloidowego artykułu zatytułowanego: "Mafia spermowa, przeciekające kontenery doktora Karbaata". Tekst został przetłumaczony z niderlandzkiego na angielski, podkręcony i jeszcze bardziej wypaczony jako: "Autystyczny Surinamczyk zapłodnił przez przypadek 500 Holenderek". Tam już nic nie było zgodne z prawdą. Nie autystyczny, tylko z aspergerem, nie Surinamczyk, a pół-Surinamczyk, nie 500 Holenderek, tylko 200.

Pewne niuanse widzi się dopiero z perspektywy czasu. To moje kolejne odkrycie. Kiedy rozmawiam z osobami, które przeczytały książkę, widzę, że w zależności od wieku różnie patrzą na tę historię.

Różnice doświadczeń?

- Jest przepaść pokoleniowa między sposobem myślenia doktora Karbaata i Połówek. Widać to też u czytelników. Jeden z nich, mniej więcej w wieku 50 lat, powiedział, że fascynuje go, że my, dwudziesto-, trzydziestolatkowie, widzimy świat w tak zniuansowany sposób. Gdy on czytał tę historię, dziwił się, że małe rzeczy potrafią zbudować tożsamość ludzi. Że dla Połówek tak ważne jest to, kto jest ich półsiostrą, a kto półbratem.

W klinicie w Barendrechcie nasieniem jednego mężczyzny zapłodniono 200 kobiet (fot. KaeArt / iStockphoto.com)

Mnie ciekawiła jeszcze perspektywa matek.

- Mam problem z tym wątkiem. Jedna z moich koleżanek powiedziała, że matek jest w książce za mało. Też tak uważasz?

Prawie ich nie ma. Czytając miałam wrażenie, że postępowały bezrefleksyjnie, nie myślały o konsekwencjach. Ale może to błędna interpretacja, wynikająca z tego, że niemal nie zabierają głosu.

- Jestem zwolennikiem wolności i braku przesadnej kontroli, ale widzę, że w latach 80. w Holandii tej kontroli było za mało. Wolność matek, dawców i lekarzy nie szanowała wolności dzieci, które mają przyjść na świat. A uważam, że nasza wolność kończy się tam, gdzie naruszamy cudzą. Ta historia pokazuje, jak łatwo przekroczyć tę granicę.

Nie chciałbym jednak oceniać matek dzisiejszymi kryteriami. Obecnie tyle wiemy o świadomym macierzyństwie, że osądzanie kobiet, które na fali ruchów feministycznych, wyzwolenia i sloganów, że jeśli kobieta chce mieć dziecko, powinna je mieć, były przekonane, że postępują słusznie, nie ma sensu. Nie przykładajmy dzisiejszych standardów do decyzji, które ludzie podejmowali kilkadziesiąt lat temu.

Trudno oceniać inaczej niż z dzisiejszej perspektywy.

- Zbierając materiał przechodziłem przez różne etapy. Kiedy wysłuchałem historii nieszczęśliwych dzieci, które całe życie szukały ojca, pomyślałem: "Jezu, ale zrobiono krzywdę tym ludziom, dlaczego nikt o nich nie pomyślał?". Potem porozmawiałem z dawcami, z matkami, z lekarzami. Poznałem te spośród dzieci, które mają szczęśliwe historie rodzinne, nie jest dla nich problemem to, że są z dawcy. Zrozumiałem, że historia dzieci Louisa ma dziesięć różnych stron. Zanurkowałem w archiwa gazet, spróbowałem się wczuć w tamte czasy, ustalić, co było wtedy ważne.

I co to było? Prawo dawcy do zachowania anonimowości? Prawo dziecka do poznania biologicznego ojca? Czy prawo kobiety do posiadania dziecka? Czy jeszcze coś innego?

- Najmniej liczyły się prawa dzieci. Ale nie ma dobrej odpowiedzi na to pytanie. Bardzo bym chciał, żeby czytelnik spojrzał na tę historię z różnych perspektyw, choć to kuszące przyjąć jeden punkt widzenia. Którąkolwiek stronę weźmiemy, najważniejsza jest odpowiedzialność.

Nie rozumiem.

- Jeśli kobieta zdecydowała się na inseminację albo mężczyzna na bycie dawcą, są odpowiedzialni za tę decyzję. To ich ciała, powstanie z nich człowiek. Oczywiście częściowo odpowiedzialny jest także lekarz, który mógł wpływać na ich opinie, ale wydaje mi się, że ludzie powinni mieć świadomość tego, że każde ich działanie pociąga za sobą konsekwencje. Trzeba się zastanowić, co będzie za dwadzieścia, trzydzieści lat.

Książka Kamila Bułka ''Wszystkie dzieci Louisa'' ukazała się nakładem Wydawnictwa Dowody na Istnienie (fot. materiały prasowe / Filip Skrońc)

Tylko jak to przewidzieć?

- Trzydzieści lat temu dawcami spermy w Holandii byli głównie studenci medycyny, którzy dziś mają swoje rodziny. Nie chcą wracać do przeszłości, nie zgłaszają się do bazy DNA, nie szukają biologicznych dzieci. Powołują się na umowę, którą zawarli kilkadziesiąt lat temu, że mogą pozostać anonimowi. Ale jak powiedział mi jeden z bohaterów, "rozumiem, że lekarz umówił się przy biurku trzydzieści lat temu z moim biologicznym ojcem, że nikt się o jego dawstwie nie dowie, ale mnie wtedy przy tym biurku nie było".

Na to wszystko nakłada się klimat lat 70., 80. XX wieku. W gazetach pojawiały się ogłoszenia, że oddając nasienie pomaga się tak samo, jak oddając krew. Wielu dawców nasienia to byli właśnie dawcy krwi. Jeden z nich mówi wprost, że oddając krew nie miał wpływu na to, kto ją otrzyma. Z nasieniem - jego zdaniem - jest tak samo. To nie od niego zależy, co wydarzy się w rodzinie dziecka, czy będzie ono szczęśliwe. Za chwilę możemy dyskutować na podobny temat w naszym kraju.

W Polsce?

- Jasne. Polskie prawo w zakresie dawstwa spermy bardzo przypomina to holenderskie sprzed lat. Pełna anonimowość, niby limity są, ale nie wiadomo, czy gdzieś nie rodzi się 200 dzieci z jednego dawcy. Historie podobne do tych z mojej książki mogą rozegrać się u nas za 30 lat. Gdy o tym mówię, wszyscy podkreślają, że w Polsce to jest margines, że ludzie w ogóle nie korzystają z banków spermy. Ale prawda jest zupełnie inna.

Książkę Kamila Bałuka ''Wszystkie dzieci Louisa'' w promocyjnej cenie można kupić w Publio.pl>>>

Kamil Bałuk. Jest z Wrocławia, mieszka w Warszawie. We Wrocławiu skończył socjologię, dziennikarstwo, niderlandystykę i MISH, a w Warszawie Polską Szkołę Reportażu. Reportaże publikował w "Dużym Formacie" i "Przekroju" oraz książkach "Grzech jest kobietą" i "Tutaj drzwi trzeba otwierać powoli", za teksty kilka razy nominowany do Nagrody Newsweeka im. T. Torańskiej. Właśnie wydał debiutancką książkę reporterską "Wszystkie dzieci Louisa". Laureat Stypendium im. R. Kapuścińskiego na kolejną książkę o współczesnej Holandii, nad którą obecnie pracuje. Lubi grać w cymbergaja. Na snapie: panbaluk. Anna Sulińska. Absolwentka socjologii na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz Polskiej Szkoły Reportażu. Stypendystka Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Publikowała w "Wysokich Obcasach" i "Dużym Formacie". W 2016 roku nakładem wydawnictwa Czarne ukazała się jej debiutancka książka "Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u".