Historia
Wziął klucz z recepcji hotelu i zgwałcił matkę trójki dzieci. Nikt go nie sprawdził (Fot. Pixabay.com)
Wziął klucz z recepcji hotelu i zgwałcił matkę trójki dzieci. Nikt go nie sprawdził (Fot. Pixabay.com)

Weekend na wakacje. Przypominamy jeden z najchętniej czytanych przez Was artykułów.

***

Uwaga, tekst podejmuje wątek przemocy seksualnej i zawiera jej opisy.

W 1974 roku prasa żyła wstrząsającą historią Connie Francis. 34-letnia amerykańska gwiazda, która nagrała więcej hitów niż Aretha Franklin i sprzedała ponad 80 mln płyt, została zgwałcona, gdy spała w pokoju motelowym. Zamilkła po tym na siedem lat.

Dramat Francis rozegrał się w motelu Jericho Turnpike Howard Johnson’s Lodge w Nowym Jorku po występie na targach Westbury Music Fair. Connie wróciła do pokoju o 2.30 w nocy, a parę godzin później obudził ją nieznajomy mężczyzna. Zagroził jej nożem, wykorzystał ją seksualnie i przywiązał do krzesła, które następnie przewrócił, a Francis nakrył materacem i walizką. Zabrał biżuterię i futro z norek. Ponad pół godziny zajęło jej wyswobodzenie się i wykręcenie numeru śpiącej w sąsiednim pokoju sekretarki. Do szpitala trafiła na noszach.

Connie Francis (Fot: Wikimedia Commons/domena publiczna)

Przybyły na miejsce policjant z początku "nie wiedział", w jaki sposób napastnik mógł dostać się do pokoju, nie umiał tego wyjaśnić również recepcjonista. Dopiero później ustalono, że gwałciciel był gościem motelu, który wszedł przez wadliwe drzwi przesuwne na patio. Zatrzymano 19-letniego mężczyznę, a Francis przez sześć dni opowiadała sądowi o tym, co jej zrobił.

Pozwała również sieć hoteli i moteli Howard Johnson Motor Lodges Inc. za to, że nie zapewniła jej "bezpiecznego pokoju". I wygrała – 2,5 mln dolarów, wówczas "jedno z największych odszkodowań w sprawach o gwałt" (pieniądze dostał również mąż Francis, Joseph Garzilla, 150 tys. dolarów za – uwaga – "utratę usług żony"). Po ogłoszeniu wyroku Francis przyznała, że dostaje listy od kobiet, które padły ofiarą napaści w motelach w całym kraju.

Zamek egipski

W tym samym czasie gdzieś daleko za oceanem, w Norwegii, mieszkał wielbiciel głosu Connie Francis, Tor Sørnes. Był zdolnym inżynierem, synem wynalazcy, projektował zamki i łyżwy dla firmy Ving. Gdy przeczytał, co spotkało jego idolkę, uznał, że może zrobić coś, by ludzie czuli się w pokojach hotelowych bezpieczniej. Zimą 1974 roku zamknął się w małym domku na tyłach ogrodu i wyszedł z niego z wynalazkiem, który już niebawem odmieni branżę hotelarską: kartą do pokoju zastępującą tradycyjny klucz. Bo choć to nie klucz, lecz przesuwne drzwi "zawiniły" w motelu, w którym zatrzymała się Connie Francis, to klucze – w tamtych czasach przyczepione do dużych breloczków z numerem pokoju i adresem hotelu – było nad wyraz łatwo ukraść lub skopiować. I na tym konkrecie Sørnes mógł się skupić.

Klucz i towarzyszący mu zamek – choć na skali wielkich zdobyczy ludzkości plasują się znacznie niżej niż koło czy prasa drukarska – zawsze były człowiekowi potrzebne do ochrony życia i mienia i są niemal tak stare jak cywilizacja. Najstarszy zamek, liczący sześć tysięcy lat, odkryto w biblijnej Niniwie, starożytnym asyryjskim mieście na terenie dzisiejszego Iraku. Przed nadejściem cywilizacji antycznej to Niniwa była największym i najbogatszym miastem świata, a historyczny, wykonany z dużego bloku drewna zamek, tzw. egipski, chronił skarby królewskiego pałacu Khorsabi. W wirtualnych zbiorach Smithsonian Institution można z kolei zobaczyć inny zamek, skonstruowany co najmniej tysiąc lat przed naszą erą. Również jest drewniany i prosty, ale już udoskonalony – mosiężne szpilki w drewnianym kluczu podnoszą kołki, w które wpada rygiel.

600 lat p.n.e. klucze (i dziurki od klucza, bo te też ktoś musiał wymyślić) – wciąż drewniane – to już popularny motyw w sztuce starożytnych Greków. Klucze z metalu i brązu wprowadzili dopiero 400 lat później Rzymianie, a konkretny klucz dopasowali do konkretnego zamka. Bogaci patrycjusze chcieli mieć klucze zawsze przy sobie, te stawały się więc coraz mniejsze i przybrały formę biżuterii – właściciele nosili klucze jak pierścionki i jawne symbole statusu. W wiekach średnich sztuka robienia kluczy i zamków stała się rzemiosłem, ale złodzieje i włamywacze radzili sobie z zabezpieczeniami tak sprawnie, że w każdym większym mieście stanęła szubienica.

Klucz i towarzyszący mu zamek zawsze były człowiekowi potrzebne do ochrony życia i mienia i są niemal tak stare jak cywilizacja (Fot. Pixabay.com)

Nie do zdobycia jak Gibraltar

Wielu wisielców później, w 1778 roku, patent na zamek i klucz otrzymuje Anglik Robert Barron. Wymyśla mechanizm bębenkowy: zamek ma dwie zapadki podnoszone na określoną wysokość za pomocą klucza z nacięciami i rowkami, jaki znamy dzisiaj. W tym samym roku angielski inżynier i wynalazca Joseph Bramah wymyśla klozet, ale już sześć lat później udoskonali konstrukcję Barrona – tworzy system cylindrycznego klucza z szeregiem płytek. Umieszcza go w oknie swojego sklepu z informacją, że pierwsza osoba, która otworzy ten zamek, otrzyma nagrodę w wysokości 200 gwinei (dzisiejsze około 40 tys. funtów).

Udaje się to dopiero 50 lat później amerykańskiemu mechanikowi, który nad zamkiem Bramaha, "równie niemożliwym do zdobycia jak Gibraltar", pracuje dwie doby. Mechanik nazywa się Alfred Charles Hobbs i otwiera zamek w 1851 roku, podczas wystawy światowej w londyńskim Crystal Palace. Sam przyjeżdża na wystawę z projektem zamka nowojorskiej firmy Day & Newell. Wygrywa główną nagrodę, a w branży zamków i kluczy zaczyna się dominacja Ameryki nad Anglią.

Kolejne udoskonalenie to również dzieło Amerykanina, Linusa Yale’a Juniora. Jego zamek z 1861 roku – o bębenkowej konstrukcji, nazwanej po prostu Yale – to powrót do korzeni, czyli egipskiego pomysłu zapadającego się rygla. Jednak sworznie w cylindrze mają różną długość, co pozwala uzyskać niezliczone możliwe kombinacje. Do zamka Yale dopasowany jest mały, płaski, rowkowano-ząbkowany klucz, bez którego niemal nie sposób tego zamka otworzyć. W drzwiach wejściowych używamy systemu Yale do dzisiaj.

Zobacz wideo Recepta farmaceutyczna na pigułkę "dzień po" to półśrodek

32 dziurki

Wróćmy do Tora Sørnesa. Pierwsza karta do pokoju hotelowego, którą opatentował w 1975 roku, nawet z dzisiejszej perspektywy była rzeczą niezwykłą. Sørnes bowiem wziął niewielki kawałek plastiku i wyciął w nim 32 dziurki. Ta liczba – 32 – pozwalała na stworzenie unikalnego wzoru karty dla każdego z liczącej wówczas 4,2 mld ludzi populacji. Karty do pokoi – i zainstalowane w zamkach dopasowane do nich szablony – wreszcie dawały gościom anonimowość, lecz trzeba je było wyrzucać po każdym wymeldowaniu. Ten problem Sørnes również rozwiązał: nowa wersja karty wciąż miała 32 dziurki, ale wzór można było zmienić dla kolejnego gościa tego samego pokoju, wkładając nowy szablon do zamka. Tak powstała prototypowa VingCard.

Sornes wziął kawałek plastiku i wyciął w nim 32 dziurki. Ta liczba pozwalała na stworzenie unikalnego wzoru karty dla każdego z liczącej wówczas 4,2 mld ludzi populacji (Fot. https://www.newlocksystems.es) , Technologia VingCard (Fot. Wikimedia Commons, Creative Commons Attribution-Share Alike 4.0 International)

Pierwszym hotelem, który zrozumiał, że klucz w formie karty jest zarazem kluczem do bezpieczeństwa gości i hotelu – wygrana Connie Francis uświadomiła bowiem hotelarzom, że to oni ponoszą odpowiedzialność za to, co spotyka gościa w ich obiektach – był Peachtree Plaza w Atlancie w stanie Georgia. Ten najwyższy wówczas hotel na świecie, liczący 73 piętra, w latach 70. XX wieku nękany był licznymi włamaniami do pokoi. System VingCard zainstalowano w Peachtree Plaza w 1978 roku. A Sørnes nie spoczął na laurach. W latach 1992–1993 zaprezentował kolejną wersję karty, o znacznie szerszym zastosowaniu – z paskiem magnetycznym. I to już była rewolucja.

Dowolny zamek w ciągu paru sekund

Gdy w recepcji dostajemy kartę do pokoju hotelowego, raczej nie zastanawiamy się nad tym, jak ona działa (chyba że nie działa i trzeba wrócić do recepcji). Współczesne karty hotelowe opierają się na kilku technologiach. Obok kart magnetycznych najpowszechniejszym standardem są karty RFID (ang. radio-frequency identification). To system zdalnej identyfikacji radiowej – za pomocą wszczepionego w plastik mikroprocesora po zbliżeniu do zamka karta odczytuje kod i komunikuje się z kontrolerem. Ten porównuje dane z karty z danymi w bazie i przesyła je do elektronicznego zamka. Voilà, drzwi otwarte. Karty RFID uchodzą za bardzo bezpieczne. Czy zatem możemy iść spać spokojni? Niekoniecznie.

W marcu 2024 roku znany amerykański serwis technologiczny Wired opublikował tekst zatytułowany "Hackers Found a Way to Open Any of 3 Million Hotel Keycard Locks in Seconds" ("Hakerzy znaleźli sposób na otwarcie dowolnego z trzech milionów hotelowych zamków w ciągu paru sekund"). Ian Carroll i Lennert Wouters opowiedzieli w nim o eksperymencie, do jakiego grupa hakerów została zaproszona w 2022 roku w Las Vegas podczas tzw. letniego obozu hakerskiego, równoległej konferencji hakerów Black Hat i Defcon. Zamknięci w apartamencie wypełnionym laptopami i puszkami Red Bulla mieli włamać się do jednego z pokoi hotelowych w Vegas i znaleźć luki we wszystkich znajdujących się w nim elektronicznych gadżetach, m.in. telewizorze i telefonie. Tekst jest długi i szczegółowy, lecz płynie z niego krótki i prosty wniosek: otwarcie niemal dowolnego pokoju hotelowego na świecie za pomocą zaledwie dwóch kliknięć to dla zorientowanego w temacie RFID łamacza zabezpieczeń żadna rocket science. Winna jest luka w systemie RFID, którą hotele mogą (i powinny) naprawić, ale to kosztuje, więc "niektórym hotelom może zająć lata".

"Głośny, wstrętny i pijany"

Branża hotelowych zabezpieczeń co rusz serwuje nam coś nowego. Jedne hotele wymieniają nieekologiczne plastikowe karty na karty wykonane z bambusa lub kompozytów z recyklingu, inne całkiem pozbywają się kluczy i interakcji gość–obsługa w recepcji, wprowadzając klucze wirtualne, które wymagają od klienta tylko włączonego Bluetootha w smartfonie i jednego ruchu palcem. Jest coraz szybciej i w teorii coraz wygodniej. A jednak nawet najbardziej zaawansowane hotelowe wynalazki nie wyeliminowały całkowicie napaści w hotelach, zwłaszcza na kobiety. Bo sama technologia nie zadziała, gdy zawini czynnik ludzki.

Cheri Marchionda została wykorzystana seksualnie w swoim pokoju w hotelu Iowa Embassy Suits, gdzie zatrzymała się podczas delegacji. Jej napastnik, Christopher Lapointe, był tam stałym gościem. W noc gwałtu zaczepiał ją w hotelowym barze, gdzie jak zeznała, "był głośny, wstrętny i wyraźnie pijany". Zamknęła drzwi na wszystkie możliwe zamki i zapomniała o sprawie, tymczasem on poprosił w recepcji o klucz do jej pokoju i go dostał, bo nikt nie zweryfikował jego tożsamości. W nocy Cheri poczuła, że ktoś dotyka jej nogi. Była oszołomiona i w pierwszej chwili pomyślała, że śpi we własnym łóżku. Wtedy usłyszała: "Nie będziesz krzyczeć, że to gwałt". Pięć lat później w wywiadzie dla CBS News dwie godziny koszmaru podsumowała słowami: "Myślałam tylko o tym, żeby przeżyć i wrócić do domu, do trójki moich pięknych dzieci".

Jeśli ta historia już teraz wydaje wam się zbyt przerażająca, nie czytajcie dalej. Z danych sądowych wynika bowiem, że Lapointe próbował wejść do pokoju Marchiondy dwa razy. Za pierwszym razem mu się nie udało, bo kobieta dodatkowo zamknęła się od środka. Zadzwonił więc do recepcji z prośbą o przysłanie konserwatora, a ten zjawił się niebawem i otworzył drzwi. I znów nikt nie sprawdził tożsamości gwałciciela.

Nim Christopher Lapointe wszedł do pokoju Cheri Marchiondy i ją skrzywdził, zadzwonił do jej pokoju i spytał, czy chce spędzić z nim trochę czasu. Gdy odmówiła i zapytała, skąd ma numer telefonu, odparł: "Mam przyjaciół".

Historia Marchiondy może brzmieć jak potworny przypadek, ale jest jednym z wielu podobnych (Fot. Pixabay.com)

Modus operandi

Historia Marchiondy może brzmieć jak potworny przypadek, ale jest jednym z wielu podobnych. A niektórzy piszą nawet: rosnącego trendu atakowania kobiet samotnie przebywających w hotelach. I to nie tylko w szemranych motelikach – w ostatnich latach przestępstwa seksualne zgłaszano w tak ekskluzywnych hotelach jak nowojorskie Waldorf-Astoria, Essex House i St. Regis, gdzie cena zaczyna się od 550 dolarów za noc. Często jedyne, co napastnik musiał zrobić, by dostać się do pokoju kobiety, to poprosić w recepcji o kartę, mówiąc, że ją zna. Nikt tego nie sprawdził.

Emilee D. Whitehurst z Centrum Kobiet w Houston tak skomentowała zjawisko na łamach "New York Post": "Myślę, że taki sposób działania obowiązuje od dawna. Nowością jest to, że osoby, które przeżyły, chcą się ujawnić, a klimat się zmienia, w związku z czym sprawcy i systemy są pociągani do odpowiedzialności".

Prawdą jest, że klimat się zmienia – ofiary wygrywają wielomilionowe odszkodowania od wielkich hotelowych sieci i przestrzegają przed zagrożeniami w programach telewizyjnych, nie ukrywając swojej twarzy. Za swoją krzywdę płacą jednak często cenę do końca życia. Cheri Marchionda po gwałcie straciła stanowisko dyrektorki w firmie, w której pracowała, i dziś jest trwale niezdolna do pracy. Connie Francis kilkanaście razy lądowała w szpitalu psychiatrycznym. To nie karty do pokoi i wadliwe drzwi na patio gwałcą, lecz gwałciciele. Mieliby jednak utrudnione zadanie, gdyby świat traktował wystarczająco poważnie seksualne bezpieczeństwo kobiet.

Przy opracowaniu tekstu korzystałam m.in. z artykułów zamieszczonych m.in. na stronach: New York Times, HistMag.org, Wired, Quartz i CBS News.

Jeżeli jesteś ofiarą przemocy seksualnej, pomoc możesz uzyskać, dzwoniąc np. do poradni telefonicznej Niebieska Linia – 22 668 70 00 (7 dni w tygodniu, w godz. 8–20) lub na całodobowy telefon interwencyjny Centrum Praw Kobiet – 600 070 717.

Paulina Dudek. Dziennikarka, redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Twórczyni cyklu mikroreportaży wideo "Zwykli Niezwykli" i współautorka "Pomocnika dla rodziców i opiekunów nastolatków". Nagrodzona Grand Video Awards, nominowana do Grand Press. Kontakt do autorki: paulina.dudek@agora.pl

Historia w rzeczy samej

Cykl "Historia w rzeczy samej" to teksty o przedmiotach codziennego użytku, czasem okrzykniętych mianem kultowych. Za nami już historie powstania: papieru toaletowego, regału na książki, klapek japonek, kanapki, dildo, mydła, espresso, skarpetek, rozbieranych kalendarzy, sztucznych rzęs, tapety, basenu, bikini, podpaski, grilla, chipsów, kalendarza adwentowego, puzzli, testu ciążowego, pierścionka zaręczynowego z brylantem, walizki na kółkach, gofra, parasolki, fajerwerków i boazerii.

Wszystkie teksty znajdziesz w dziale Historia >>