Ile jest wróbli w Warszawie?
Numer +48 22 29 22 597 można było zobaczyć i usłyszeć w Warszawie i całej Polsce zwłaszcza w 2020 roku. Co dzieje się z nim dzisiaj? (Fot. Maciek Jaźwiecki dla Gazeta.pl)
Numer +48 22 29 22 597 można było zobaczyć i usłyszeć w Warszawie i całej Polsce zwłaszcza w 2020 roku. Co dzieje się z nim dzisiaj? (Fot. Maciek Jaźwiecki dla Gazeta.pl)

Tekst został opublikowany w ramach projektu "Ile jest wróbli w Warszawie" finansowanego przez m.st. Warszawę.

***

W ramach projektu przypominamy pięć reportaży dotyczących Warszawy opublikowanych w ostatnim stuleciu. Przygotowaliśmy także pięć nowych tekstów nawiązujących do miejsc i problemów poruszonych w reportażach historycznych.

***

Jeden dzień w poradni  

Czasem pierwsze, co słychać, gdy ktoś dzwoni, to że zaraz wybuchnie płaczem. – Popłacz – mówi wtedy Justyna. – Puść te emocje, łatwiej nam się będzie wtedy rozmawiało.

Rozumie je dobrze.

Poradni, do której można wejść z ulicy, zobaczyć tam osobę, która doradzi, i dać jej się zobaczyć, na razie nie ma. Ma zostać uruchomiona w samym centrum Warszawy, będzie się do niej wchodzić z parteru, a lokalizacja to jeszcze tajemnica. Dowiaduję się, jaki to adres, robię "och!", ale nie mogę go jeszcze zdradzić.  

Na razie jest telefon, czynny codziennie od 8 do 20, od pięciu lat. Odbierają go Justyna, Magda, Asia i Ania. Czuwaniem przy nim dzielą się na kilkugodzinne dyżury. Numer +48 22 29 22 597 można było zobaczyć i usłyszeć w Warszawie i całej Polsce zwłaszcza w 2020 roku, podczas protestów po wyroku Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej, który w praktyce odebrał polskim kobietom prawo do aborcji. Wykrzykiwały go wtedy na demonstracjach tysiące kobiet, aktywistki wypisywały go sprejem na murach kościołów, zabytków w Warszawie i w całej Polsce – jedni nazywali to wandalizmem, inni desperackim gestem pomocy, nagłaśniały go telewizje.  

– Halo, halo? 
– Halo, dzień dobry. Przepraszam, ja chciałam tylko sprawdzić, czy ten numer działa. Bo to jest numer Aborcji bez Granic, tak? Zapiszę sobie. 

Na początku, krótko po wyroku TK, odbierały tylko we dwie: Justyna i Magda. Trudny czas, intensywny. Przez pierwsze dwa tygodnie po 22 października było nawet 300 telefonów dziennie. Zmieniały się co dwie godziny, bo trzeba było mówić non stop, nie wyrabiały gardła i głowy. Wiele osób dzwoniło tylko po to, by przetestować numer. Co trzeci telefon był stekiem wyzwisk od przeciwników. "Wy k…, pozabijam was!", "Morderczynie dzieci!" Najbardziej bolało, gdy takie rzeczy mówiły inne kobiety. Hejterów konsekwentnie blokowały, nie wdawały się w dyskusje, szkoda czasu.  

Justyna, Magda, Asia i Ania czuwaniem przy telefonie dzielą się na kilkugodzinne dyżury. Nie pytają dzwoniącej o wiek, o miejscowość. To byłoby niedyskretne i niepotrzebne
Justyna, Magda, Asia i Ania czuwaniem przy telefonie dzielą się na kilkugodzinne dyżury. Nie pytają dzwoniącej o wiek, o miejscowość. To byłoby niedyskretne i niepotrzebne Fot. Maciek Jaźwiecki dla Gazeta.pl

We wrześniu 2024 roku, gdy spotykam się na dyżurach kolejno z Justyną w siedzibie Aborcyjnego Dream Teamu w Warszawie i z Magdą w jej domu, dzienna liczba połączeń to 20–30. W samym tylko 2023 roku z siecią Aborcji bez Granic skontaktowały się 44 tys. osób. Około 2 tys. z nich wyjechało przerwać ciążę za granicę (Wielka Brytania, Holandia, Hiszpania, Belgia, Francja, Niemcy), pozostałe były w na tyle wczesnej ciąży (poniżej 12. tygodnia), że mogły przerwać ją w Polsce, farmakologicznie, za pomocą tabletek. Szacuje się, że w Polsce aborcję tą metodą przeprowadza u siebie około 120 kobiet dziennie.  

– Halo… Mhm, tak. A ile spóźnia ci się okres?... No, to dosyć dużo...  

W czasie dyżuru Justyny słyszę tylko jedną stronę rozmowy. W siedzibie ADT zamieszanie, przyjechała belgijska telewizja, nagrywają nas. Widzowie na zachodzie Europy wciąż interesują się sytuacją Polek, tak różną od sytuacji kobiet w ich krajach. Zagraniczna kamera uważnie studiuje pomieszczenie, które koleżanki Justyny, amerykańskie aktywistki pro-choice, nazwały żartobliwie, ale i z uznaniem, "headquarter of abortion in Poland". Ja też się rozglądam. Na ścianach plakaty ("Aborcja znaczy życie", "Dzięki Bogu za aborcję"), nad biurkiem wyszywanki z wykaligrafowanym numerem Aborcji bez Granic, chusta z Portugalii z hasłem "Nem uma a menos" ("Ani jednej więcej"). 

– Ja bym powiedziała, że jeśli spóźnia ci się te 16 dni okres i testy wychodzą pozytywne, to tu nie ma wątpliwości, ciąża jest… Nie, nie ma sensu robić trzeciego testu. Tak, nawet jeśli druga kreska jest mniej widoczna. Ale jeszcze potwierdzi to badanie Beta hCG, ono kosztuje około 30 zł… Możesz je zrobić jutro rano, wynik dostaniesz po południu i wtedy możesz zamówić tabletki. 

Dyżurne nie pytają dzwoniącej o wiek, o miejscowość, z której dzwoni, o to, dlaczego zdecydowała się przerwać ciążę. To byłoby niedyskretne i niepotrzebne. Po zakończeniu połączenia Justyna mówi mi więc tylko, że dziewczyna miała młody głos, była przestraszona. Bardzo chciałaby, żeby się okazało, że nie jest w ciąży, żeby te dwa pozytywne testy to był zły sen. Jak tonąca brzytwy chwyta się nadziei, że trzeci wynik byłby inny. Justyna łagodnie wyprowadza ją z błędu, instruuje, co może zrobić w tej sytuacji.  

– Tabletki zamawia się przez organizację Women Help Women. Trzeba wejść na stronę womenhelp.org, wypełnić formularz… 

Strona jest dostępna w dziesięciu językach, obok polskiego i angielskiego to m.in. koreański, indonezyjski, portugalski. "Łączymy osobiste doświadczenie kobiet stosujących tabletki z globalnym, politycznym aktywizmem" – czytam w wersji polskiej.  

– Dzień dobry, oddzwaniam. Dzwoniła pani do nas… 

Magda (na zdjęciu) dyżuruje przy telefonie Aborcji bez Granic
Magda (na zdjęciu) dyżuruje przy telefonie Aborcji bez Granic Fot. Maciek Jaźwiecki dla Gazeta.pl

U Magdy, w przeciwieństwie do Justyny, gdzie belgijska ekipa telewizyjna robi za dużo zamieszania, by dało się włączyć tryb głośnomówiący, mogę słuchać też drugiej strony. Siedzimy na kanapie, obok nas piesek, tuli się do jej nóg. Dzwoniąca najpierw chwilę milczy zmieszana, potem tłumaczy, że musi najpierw wyjść z budynku. Mówi trochę po polsku, ale bardziej surżykiem, miksem ukraińskiego z rosyjskim.  

– Ja by chocila zamowic tabletkie… Ja zapelnila tego formu Women Help Women, ale… skazit’  bud laska w jaki termin, na przyklad jak siewodnia zamowie, to… jakiego terminu budet dostawka? 
– Jak pani wypełni ten formularz i wyśle do nich, to później trzeba jeszcze dosłać potwierdzenie przelewu darowizny i oni te tabletki wysyłają od razu, ale czeka się na nie około 10 dni roboczych. 

Dzwoniąca bardzo by chciała dostać tabletki szybciej, pyta, czy to pomoże, jeśli zapłaci więcej niż wymagane przez organizację 75 euro (około 320 zł). Magda wyjaśnia, że nie. Tabletki czasem przychodzą szybciej, ale czasem też kilka dni później, bo dostarcza je poczta. W formularzu trzeba podać, że jest się w najwyżej 10. tygodniu ciąży, tak by zostały dwa tygodnie zapasu na dostawę. Jeśli zamawiająca jest w trudnej sytuacji finansowej, może poprosić organizację o obniżenie dla niej kosztu darowizny.  

Justyna: – To bardzo dyskretnie opakowana koperta, bez żadnego logo. Zestaw zawiera dziewięć tabletek, w tym jedną tabletkę mifepristonu i osiem tabletek mizoprostolu… Nie, w Polsce nie są dostępne, a przesłanie ich z Polski wiąże się z niebezpieczeństwem prawnym… Na własny użytek można takie tabletki zamówić, można je posiadać w Polsce, można je przyjąć. 

Najczęściej dzwonią kobiety, które mają już dzieci, na kolejne nie mogą sobie pozwolić. Na początku września, kiedy dzieci zaczynają szkołę i jest z tym dużo zamieszania, połączeń jest mniej. W święta, długie weekendy podobnie – dzwonią tylko te osoby, które wykorzystują wolny czas, by zrobić aborcję. Dwa tygodnie po weekendzie majowym, po feriach telefon się rozdzwania. Czasem mówią, że dowiedziały się o infolinii od koleżanki albo znalazły numer na Instagramie. Czasem dzwonią z nie swojego numeru, bo na przykład partner zabrał im telefon, dlatego trzeba uważać, kiedy się do nich oddzwania. Albo kiedy ten sam numer dzwoni drugi raz. 

– Halo? Czy mogę wiedzieć, gdzie się dodzwoniłem?  
– A gdzie próbował pan się dodzwonić? 

Są dziewczyny, które zamówiły tabletki, ale chłopak im je wyrzucił, spuścił w muszli klozetowej. Są wnuczki, które dzwonią na dyżur z numerów babć. Bywa, że to zaledwie 14-latki. Babcie też dzwonią ponownie, sprawdzają, co to za numer. Dyżurne informują tylko oględnie, że to linia pomocy dla kobiet.

Telefonuje cała Polska, pełny przekrój wiekowy, społeczny. Najmłodsze ledwie zaczęły miesiączkować, najstarsze - przekonane, że są po menopauzie i ciąża im nie grozi
Telefonuje cała Polska, pełny przekrój wiekowy, społeczny. Najmłodsze ledwie zaczęły miesiączkować, najstarsze - przekonane, że są po menopauzie i ciąża im nie grozi Fot. Maciek Jaźwiecki dla Gazeta.pl

W przerwach między telefonami czytam z Magdą i Justyną o Poradni Świadomego Macierzyństwa otwartej w 1931 roku na robotniczej Woli (ul. Leszno 53) z inicjatywy Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Miejsce to, prowadzone przez dr Justynę Budzińską-Tylicką i dr. Hermana Rubinrauta, miało uczyć kobiety zapobiegania niechcianym ciążom. W zbiorze felietonów "Skończyć z piekłem kobiet" Boy opisuje nędzę, w którą niechciane macierzyństwo wpędzało tysiące kobiet, kontrastuje je też z uprzywilejowaniem "pań" i "paniuś" z wyższych sfer, które nie dość, że miały świadomość, jak ciążom zapobiegać, to jeszcze w sytuacji ciąży niechcianej zawsze potrafiły sobie – z pomocą pieniędzy i koneksji – mimo prawnych zakazów poradzić. Moje rozmówczynie nie mają wątpliwości: zaskakująco wiele od tamtych czasów pozostało bez zmian. Czytając o "lęku przed ciążą, przed jej katastrofą", "upokarzającej wędrówce po lekarzach, klinikach, żebraniu o świadectwa lekarskie", "drwinkach, dowcipach, naukach moralnych lekarzy, którzy odmawiają pomocy", kiwają głowami.

– Lekarze częściej są naszymi przeciwnikami niż sojusznikami. Wymyślają bariery, mnożą przeszkody, straszą. Mają też bardzo niski poziom wiedzy o aborcji, bo przez zakaz z 1993 roku nie mają możliwości praktykować, aborcja odbywa się poza szpitalami. Choć są i tacy, co chcą pomagać i na przykład przekazują nasz numer pacjentkom, ale wolą pozostać w ukryciu – mówi Natalia Broniarczyk z Aborcyjnego Dream Teamu, którą spotykam w dniu dyżuru Justyny.

Justyna dodaje, że z Aborcją bez Granic codziennie kontaktuje się kilkanaście młodych dziewczyn przerażonych tym, że są w ciąży, to dla nich koniec świata. – Coraz częściej słyszymy też od kobiet, że kolejne dziecko nie wchodzi w grę, bo już i tak bardzo ciężko się żyje. Inflacja, wszystko drożeje. Niedawno zdarzyło nam się też pisać z kobietą, która straciła niemal wszystko w powodzi – relacjonuje.

Magda: – Na szczęście teraz są tabletki i coraz mniejszy strach przed ich użyciem. Nie jesteśmy też od tych lekarzy aż tak zależne, przynajmniej w pierwszych 12 tygodniach. Ale później, zwłaszcza gdy występują wady płodu albo nasze zdrowie czy życie jest zagrożone, wygląda to tak samo: jeżdżenie po Polsce z teczką dokumentów, żeby znaleźć lekarza, który się zlituje i wykona legalną aborcję. Technologie, metody aborcji się zmieniły, wiemy dziś, jak robić ją bezpiecznie, a i tak przekonanie, że aborcja to zło, pozostało.

Justyna odbiera telefon. 

– Halo?… W Polsce jest taka możliwość, ale to nie będzie proste… W 2020 roku decyzją Trybunału możliwość przerywania ciąży ze względu na wady płodu została wyłączona.
Przyjmowane są tylko zaświadczenia od psychiatry i na tej podstawie wykonywane są zabiegi, ale nie w narkozie, metodą chirurgiczną, tylko podawane są pani leki i rodzi pani płód... Tak. I znamy tylko dwie lekarki psychiatrii w Polsce, które wystawiają takie zaświadczenia, a na palcach dwóch rąk można policzyć szpitale, które wykonują zabiegi, akceptują te zaświadczenia.  

14. tydzień ciąży, młody głos, numer dostała od matki. Justyna domyśla się, że musi być bardzo młoda, jeśli nie znała wyroku Trybunału. Diagnoza: zespół Downa. Dyżurna podpowiada, że aborcja w Holandii to koszt około 900 euro, Aborcja bez Granic może pomóc w opłaceniu zabiegu.  

Zdarzają się telefony od nastolatek. Zwykle dzwonią jednak wtedy mamy, a przerażone ciężarne córki przysłuchują się rozmowie. Dyżurne rozmawiają w takiej sytuacji z nimi obiema. Próbują wybadać, czy dziewczyna także chce aborcji, czy tylko matka. Czy partner nastolatki wie, czy wiedzą jego rodzice. Czy młoda osoba udźwignie psychicznie aborcję farmakologiczną, widok skrzepów, czy lepiej byłoby, żeby zdecydowała się na zabieg w znieczuleniu ogólnym. 

Czasem pierwsze, co słychać, gdy ktoś dzwoni, to że zaraz wybuchnie płaczem. Dzwoniąca słyszy "Halo?" w słuchawce i zatyka ją, nie umie nic powiedzieć.  

Popłacz – mówi wtedy Justyna. – Puść te emocje, łatwiej nam się będzie wtedy rozmawiało. 

Rozumie je dobrze. – Sam ten telefon, samo powiedzenie na głos, że chce się zrobić aborcję, jest trudne. Zwłaszcza jeśli nie masz nikogo innego, komu możesz o tym powiedzieć.  

Gdy dzwoniąca się wypłacze, przechodzą do rozmowy.  

Poradni, do której można wejść z ulicy, zobaczyć tam osobę, która doradzi, i dać jej się zobaczyć, na razie nie ma. Ma zostać uruchomiona w samym centrum Warszawy, będzie się do niej wchodzić z parteru, a lokalizacja to jeszcze tajemnica
Poradni, do której można wejść z ulicy, zobaczyć tam osobę, która doradzi, i dać jej się zobaczyć, na razie nie ma. Ma zostać uruchomiona w samym centrum Warszawy, będzie się do niej wchodzić z parteru, a lokalizacja to jeszcze tajemnica Fot. Maciek Jaźwiecki dla Gazeta.pl

Telefonuje do nich cała Polska, pełny przekrój wiekowy, społeczny. Najmłodsze ledwie zaczęły miesiączkować, najstarsze – przekonane, że są po menopauzie i ciąża im nie grozi. Najczęściej mają jednak 25–40 lat i mówią, że na dziecko ich po prostu nie stać. Argument, że "Bóg dał dziecko, to da i na dziecko", którym próbowano przekonać kobiety już za czasów Tadeusza Boya-Żeleńskiego, do nich też nie trafia. Niezależnie od kolejnych rządowych programów dopłat, bonów, dofinansowań.  

– Halo?
– Dzień dobry, oddzwaniam.
– Czy to klinika aborcyjna?  
– Nie, proszę pani, to infolinia Aborcji bez Granic. 
– A, no właśnie. Wie pani co, ja jestem w takiej sytuacji, że się o ciąży dowiedziałam naprawdę niedawno. Nic nie podejrzewałam. Żadnych objawów nie miałam, żadnych ruchów.  

To już 31. tydzień (czyli prawie ósmy miesiąc, obliczam sobie w głowie).  

– A to jest ciąża zdrowa czy ma jakieś wady? 
– Podejrzewam, że dziecko będzie miało wady, bo normalnie paliłam, piłam alkohol.  
– Ale badań pani nie ma? 
– No, nie mam.  

Później, gdy już Magda wyjaśni dzwoniącej, że w tej sytuacji za późno na przerwanie ciąży, że jedyną opcją jest anonimowy poród w Austrii z pomocą organizacji o nazwie Ciocia Wienia (wyjazd w okresie planowanego porodu do Wiednia i pozostawienie tam dziecka do adopcji), okaże się, że 31. tydzień to przejęzyczenie, chodziło o 21. W tej sytuacji można przeprowadzić zabieg w Holandii, ale trzeba się najpierw upewnić, że to nie na przykład tydzień 24. (czyli szósty miesiąc), bo wtedy już nie można wykonać zabiegu nigdzie – nie tylko w Holandii, ale i w najbardziej liberalnej pod tym względem Wielkiej Brytanii. Dzwoniąca nie jest tego tygodnia całkiem pewna.  

– Psychicznie to dla mnie bardzo trudna sytuacja, bo ja mam drugie dziecko, z moim partnerem, a w tej ciąży jestem z kim innym, i ten mężczyzna ma też swoją rodzinę. I wie pani co, ja myślałam, że już jestem po tym wszystkim, że to już przekwitanie. Ale nie miałam jak się tym zająć, nie poszłam tego sprawdzić, bo ciągle praca, praca, praca.  

Magda podaje dzwoniącej adres e-mailowy holenderskiej organizacji, podpowiada, by opisała im po polsku swoją sytuację i dodała, że jest w trakcie umawiania się do lekarza i wkrótce dośle USG, które potwierdzi tydzień ciąży. Koszt zabiegu w Holandii między 18. a 22. tygodniem to około 1250 euro.  

W połowie przypadków zawodzą zabezpieczenia. Jeśli prezerwatywa zsunęła się czy pękła, dzwoni się, żeby zapytać o tabletkę "dzień po". Nieskuteczne bywają też jednak wkładki domaciczne, ale o tym kobiety dowiadują się później. Wkładki, która miała zapobiec ciąży, lecz zawiodła, w Polsce nikt nie wyjmie, bo to tej ciąży zagraża. Jedzie się więc do Niemiec, na aborcję i wyjęcie wkładki, tam zakłada się nową.  

– Producenci wkładek – mówi Magda – mają jakąś procedurę ich reklamowania, ale niekoniecznie w zakres reklamacji wchodzi ciąża.  

Czasem nie udaje się też aborcja farmakologiczna. Dziewczyna robi ją w siódmym–dziewiątym tygodniu, a kilka tygodni później orientuje się, że nadal jest w ciąży. Może nie upewniła się, choć radziły to dyżurne, i nie zrobiła badania Beta hCG albo USG?

Najwięcej wiadomości przychodzi z samego rana, potem koło godziny 16–17, kiedy wracają z pracy, i wieczorem, w godzinach 22–23 (dyżurne odbierają je już następnego dnia). Codziennie wiadomości tekstowe do Aborcji bez Granic wysyła około stu osób. Jeśli ktoś uzna swoją sytuację za nietypową, niepokojącą, dzwoni. Dyżurne pytają: o temperaturę ciała, ból brzucha, zapach krwi.  

– Po prawie 20 latach tej pracy nie ma dla nas w zasadzie nietypowych sytuacji – mówi Magda. – Objawy po wzięciu tabletek zawsze są te same: biegunka, wymioty, podwyższona temperatura. U poniżej 1 proc. kobiet według badań WHO może też wystąpić nadmierne krwawienie i wtedy należy zgłosić się do lekarza.  

Magda, farmaceutka z Elbląga (na zdjęciu) i Justyna, chemiczka z Przasnysza, poznały się w 2006 roku na założonym przez Justynę forum internetowym łączącym kobiety po aborcji
Magda, farmaceutka z Elbląga (na zdjęciu) i Justyna, chemiczka z Przasnysza, poznały się w 2006 roku na założonym przez Justynę forum internetowym łączącym kobiety po aborcji Fot. Maciek Jaźwiecki dla Gazeta.pl

Przez telefon i komunikatory pomagają dzwoniącym stwierdzić, czy sytuacja tego wymaga. I uspokajają, że w razie czego w szpitalu o tabletkach nie trzeba mówić. Aborcji farmakologicznej nie da się odróżnić od naturalnego poronienia.  

Zdarza się, że dzwoniące wahają się, co robić.  

Czasem po prostu nie wiesz – kwituje Justyna. – Czasem musisz trochę pobyć w tej ciąży, żeby się dowiedzieć.  

Wyobraź sobie siebie za kilka miesięcy, z wózkiem, wstającą w nocy do dziecka, niewyspaną – podpowiadają. – Jesteś w stanie się na to zdobyć?  

I Magda, i Justyna mają dzieci. Obie przeszły też aborcje.  

Bywa, że dziewczyna, która się waha, zamawia tabletki, ale ich nie bierze. Mija tydzień, drugi, trzeci. Dzwoni do dyżurnych, opowiada o swoich rozterkach.  

– Może chce, żebyśmy jej powiedziały: Weź zrób tę aborcję. Ale tego od nas nie usłyszy – zaznacza Magda.  

Justyna mówi wprost: – Skoro przez tak długi czas, mając tabletki, nie podjęłaś decyzji, to widocznie aborcja nie jest dla ciebie.  

Zdarzyło się kilka razy, że dziewczyny dzwoniły potem i dziękowały za te słowa. Choć zwykle już się nie odzywają.  

– Halo, halo? 
– Halo, dzień dobry. Już się z państwem kontaktowałam, jestem umówiona na zabieg w Holandii. To 20. tydzień. Mam takie jeszcze pytanie, czy następnego dnia mogę wrócić do Polski samolotem?  

Magda tłumaczy, że aborcja to zabieg prosty i krótki, trwa 10–15 minut, potem dwie–trzy godziny obserwacji i można ruszać do domu. Część osób wraca samochodem z osobą towarzyszącą, jako pasażer, ale wracają też samolotami. Zwłaszcza że część kobiet, które jadą do Holandii, pochodzi na przykład z Malty, skąd samochodem trudno byłoby dojechać.

Ta akurat dzwoniąca ma zabieg na początku października, dla pewności dopytuje jeszcze raz, o czym powinna pamiętać. Ostatnie USG, badanie krwi, na zabieg przyjść bez biżuterii. Później głos jej się łamie.  

– W ogóle to ja bym chciała wam najmocniej podziękować. W moim przypadku to była bardzo trudna decyzja, bo tylko ze względu na wykrytą wadę genetyczną decydujemy się na tę aborcję. Naprawdę jestem pod wielkim wrażeniem waszego wsparcia, profesjonalizmu. Ja w tym wszystkim też sobie uzmysławiam, że i tak jestem w dobrej sytuacji. Mam bliskich, przyjaciół, którzy mnie wspierają. Myślę teraz o kobietach, które są w tym całkiem same. Bez was to chyba byłby koniec świata.  

Magda, farmaceutka z Elbląga, i Justyna, chemiczka z Przasnysza, poznały się w 2006 roku na założonym przez Justynę forum internetowym łączącym kobiety po aborcji z tymi, które szukały porad i wsparcia. Przy forum maszwybor.net (dziś liczy 12 tys. użytkowniczek, można tam znaleźć około 300 tys. postów w ponad 7 tys. wątków) powstało stowarzyszenie Kobiety w Sieci, była też infolinia, w której już wtedy Magda i Justyna odbierały telefony, choć na znacznie mniejszą skalę niż dziś (numer był podany tylko na forum i na Facebooku, nie miał takiej widoczności jak numer Aborcji bez Granic).   

Przez pierwsze dwa tygodnie po wyroku TK było nawet 300 telefonów dziennie. Wiele osób dzwoniło tylko po to, by przetestować numer. Co trzeci telefon był stekiem wyzwisk od przeciwników
Przez pierwsze dwa tygodnie po wyroku TK było nawet 300 telefonów dziennie. Wiele osób dzwoniło tylko po to, by przetestować numer. Co trzeci telefon był stekiem wyzwisk od przeciwników Fot. Maciek Jaźwiecki dla Gazeta.pl

Justyna ma dwie córki i syna, Magda dwóch synów. Obie marzyły kiedyś, by zostać lekarkami. Justyna mówi, że "stchórzyła", "bała się odpowiedzialności, którą miałaby jako lekarz". Dziś żałuje. Magda ocenia, że dobrze się stało, bo jako lekarz nie miałaby czasu dla siebie, rodziny. Po farmacji pracowała w aptece, bardzo to lubiła. 

– Ale bardziej satysfakcjonującej pracy niż teraz nie miałam. Tak mi się życie ułożyło, przez aborcje.  

Przeszła dwie: najpierw w domu, farmakologiczną, potem w szpitalu, w Polsce, w 24. tygodniu, gdy okazało się, że płód ma zespół Edwardsa. Ale to było jeszcze przed wyrokiem Trybunału.  

– To nie była planowana ciąża, ale była pozostawiona, żeby była. Niestety, bardzo długo trwały badania, bardzo późno dowiedziałam się o wadzie i o tym, że mogę zrobić aborcję. Trafiłam do szpitala, gdzie zamiast zrobić mi zabieg, dawali mi dziennie jedną tabletkę mizoprostolu doszyjkowo. Trzy dni leżałam w bólach i nic. Nie wiedziałam, o co chodzi – opowiada.  

Dziś, z perspektywy lat doświadczeń, dyżurne widzą, że polscy lekarze nie umieją i nie chcą robić aborcji.  

– W żadnym podręczniku medycyny na sześcioletnich studiach nie ma ani słowa o aborcji – podkreśla Justyna. – Studenci się o niej nie uczą. Chyba że jesteś na specjalizacji ginekologicznej i trafisz do szpitala, w którym robi się na przykład czyszczenie macicy po zatrzymanym poronieniu, wtedy masz szansę się nauczyć łyżeczkowania macicy, metody, której nie powinno się już stosować.  

Dyżurne opowiadają o koleżankach ginekolożkach, które zaczęły robić aborcję dopiero wtedy, gdy się wyprowadziły do Niemiec.  

– To były ich pierwsze zadania w szpitalu w Berlinie, bo aborcja jest najprostsza. Wystarczył jeden dzień szkolenia. A u nas zawsze znajdą jakiś pretekst. Nie takie zaświadczenie, nie taka data, nie ten papier. A przecież to nie jest wiedza tajemna. Żeby zrobić aborcję mizoprostolem, trzeba podawać cztery tabletki co trzy godziny, aż do skutku. Te informacje można znaleźć w internecie, w raportach Światowej Organizacji Zdrowia. To sobie można doczytać. Nadal jednak wiele kobiet dzwoni do nas i mówi, że dostają w szpitalu po jednej tabletce dziennie. Leżą i czekają, aż płód urodzi się martwy. Dzięki temu lekarz ma czyste ręce – dawka leku, którą podawał, była zbyt mała, by wywołać poronienie – mówią Magda i Justyna.  

– Tak, słucham?
– Dzień dobry, oddzwaniam.  
– Chciałam tylko zapytać, bo wzięłam już tabletki i niby wszystko poszło zgodnie z planem. Ale potem byłam na USG i wyszło mi, że zostały mi jakieś dwa centymetry… endometrium, tkanki jakiejś, czegoś... Pani doktor mnie nastraszyła, że mi się dalej rozwija ciąża. To było we wtorek, a w środę dostałam takiego ataku paniki, że nie mogłam się uspokoić.  

Magda wypytuje o dawki leków, odstępy między dawkami, objawy.  

– No to już wszystko wiem.
– Ale jak coś jeszcze będzie trzeba, to jesteśmy, pamiętaj. 

Najwięcej telefonów jest w poniedziałki. Dyżurne widzą, kiedy ludzie mają przerwę w pracy (zwykle koło 12), o której kończą (zwykle 16). W weekendy najczęściej dzwonią te, które potrzebują tabletki "dzień po". W weekendy też robi się najwięcej aborcji. Dzwonią "drżące z lęku", które muszą i ciążę, i aborcję utrzymać w tajemnicy – przed partnerem, rodzicami.  

– Zgodnie z wytycznymi Światowej Organizacji Zdrowia jesteśmy klasyfikowane jako personel medyczny. To się nazywa "community health workers". Ten termin nie ma tłumaczenia na polski – mówi Justyna. Społeczni pracownicy służby zdrowia, podpowiadam. – Może tak. Na początku przez wiele lat, przed wyrokiem TK, pomagałyśmy w aborcjach ciąż niechcianych. Same też miałyśmy takie aborcje, więc to było dosyć łatwe. 

Justyna opowiadała o swojej aborcji publicznie, także przed sądem, oskarżona o "udzielanie kobiecie ciężarnej pomocy". W 2020 roku podzieliła się swoimi prywatnymi tabletkami z Anną (12. tydzień niechcianej ciąży). Kontrolujący partner Anny zastawił na nią w domu pułapkę i wezwał policję. Policjanci odebrali kobiecie leki, zanim zdążyła ich użyć.  

Art. 152 Kodeksu karnego mówi, że: 
§ 1 kto za zgodą kobiety przerywa jej ciążę (...), podlega karze pozbawienia wolności do lat 3,  
§ 2 tej samej karze podlega, kto udziela kobiecie ciężarnej pomocy w przerwaniu ciąży (...) lub ją do tego nakłania. 

"Wiem, jak ważna jest wiara w to, że można o sobie decydować. W przemocowej relacji to bardzo trudne. Dla mnie aborcja była początkiem zawalczenia o siebie i bezpieczeństwo moich dzieci. Trzy lata zajęło mi odchodzenie od przemocowego męża. Przekazując tabletki tej osobie, chciałam, żeby mogła podjąć decyzję o sobie i swoim życiu. Moją intencją nie było to, żeby przerwała ciążę, ale żeby mogła sama wybrać, żeby trzymając tabletki w rękach, mogła zadecydować" – mówiła Justyna w lipcu 2022 roku przed Sądem Okręgowym Warszawa-Praga.  

Pod sądem, jak podczas każdej rozprawy Justyny, a było ich do tej pory sześć, odbyła się solidarnościowa demonstracja. Były hasła: "Justyna, jesteśmy z Tobą", "Bądź jak Justyna", "Pomaganie jest legalne". W serwisach społecznościowych protestujący opatrywali posty hasłem #jakjustyna. Ale byli i kontrmanifestanci. "Morderczyni!", wołali. "Aborcja zabija", głosił napis na busiku pod Sejmem wyposażonym w zdjęcia skrzepów i płodów. Działania prokuratury i sądu w tej sprawie, m.in. uznanie za oskarżyciela posiłkowego ultraprawicowej organizacji Ordo Iuris, by reprezentowała "interesy płodu", od początku wzbudziły międzynarodowy sprzeciw. W sprawę zaangażowały się m.in. rządy Francji, Belgii i Holandii, a organizacje takie jak Amnesty International i Helsińska Fundacja Praw Człowieka uznały Justynę za obrończynię praw człowieka.  

Justyna zrobiła swoją aborcję w 2006 roku, prawie 20 lat temu. W Polsce kwitło wtedy podziemie aborcyjne – emerytowani lekarze, nauczeni robienia zabiegów jeszcze w PRL-u, chętnie się ich podejmowali, ale za wysokie sumy.  

– Pracowałam już wtedy jako inżynier, już z jakimś doświadczeniem, nie zarabiałam źle, a i tak nie było mnie stać na taki zabieg. To były 2 tys. zł, moja miesięczna pensja.  

Od lekarza wróciła z kwitkiem, zaczęła szukać w internecie.  

– Takich jak ja było całe mnóstwo. Wiedziałyśmy, że istnieją tabletki aborcyjne, bo dwa lata wcześniej przypłynął do Polski statek Langenort, "pływająca klinika", i tam takie tabletki były. 

Ogłoszeń o ich sprzedaży w internecie była masa, ale wiele było też niewiadomych. Dziewczyny ostrzegały się na forach: od tego nie kupujcie, bo wysyła witaminy, puste opakowania.  

Po wyroku Trybunału Konstytucyjnego Magda i Justyna uświadomiły sobie, że dzwoniące potrzebują często wsparcia nie tylko logistycznego, ale i psychologicznego. Tak jak 33-latka, u której w 22. tygodniu planowanej ciąży lekarze zdiagnozowali, że mózg dziecka nie rozwija się prawidłowo. Albo kobieta z tętniakiem mózgu, na silnych lekach, która dopiero w piątym miesiącu zorientowała się, że jest w ciąży. Nigdzie w Polsce nie była w stanie znaleźć lekarza, który wypisałby zaświadczenie, że ciąża to zagrożenie dla jej zdrowia, choć wszyscy mówili, że "poród będzie miała straszny", bo tętniak może pęknąć. W 2023 roku Kobiety w Sieci uruchomiły specjalną infolinię bezpłatnego wsparcia psychologicznego (nr 22 30 70 791 działa we wtorki i w czwartki w godzinach 12–14, można też umawiać się na konsultacje e-mailowo, wsparcie@maszwybor.net). Tylko w pierwszym roku działania z konsultacji skorzystało 335 osób. 

W przedmowie do trzeciego wydania "Piekła kobiet" w marcu 1933 roku Boy-Żeleński wspomina, że pisał swoją książkę w trakcie obrad Komisji Kodyfikacyjnej, która uchwalała prawo m.in. właśnie w tym zakresie. Miał nadzieję, że publikacja coś zmieni, tak się jednak nie stało. "Obecnie czeka nas dalsza walka o zmianę niedorzecznych i morderczych paragrafów; a raczej przygotowanie gruntu dla ich rewizji, która prędzej czy później musi nastąpić" – pisał niemal sto lat temu.  

We wrześniu 2024 roku Justyna i Magda mówią mniej więcej to samo, odnosząc się do sytuacji kobiet po wyroku Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej, w praktyce cofającego polskie prawo aborcyjne do czasów Boya.  

"Jarosław, niestety, twój rząd obalą kobiety!" – skandowały na protestach wraz z innymi demonstrującymi. Ale koniec rządów PiS-u w Polsce nie oznacza jeszcze zmian w prawie. Nawet jeśli były jedną z głównych obietnic wyborczych rządzącej koalicji.  

– Sejm zapowiadał, że od września prace nad tym ruszą z kopyta. Przyszła powódź, to jest teraz temat, o aborcji się nie mówi. Czekam – mówi Magda.  

Natalia Broniarczyk dodaje, że nawet gdyby przeszła w Sejmie ustawa o dekryminalizacji aborcji, to i tak w proponowanym kształcie jest bardzo konserwatywna i niewiele ma wspólnego z liberalizacją prawa.  

– Najbardziej zależało nam na usunięciu całego art. 152, żeby aborcja w ogóle nie była przestępstwem –wyjaśnia Natalia. – Ale politycy się przestraszyli, chcą usunąć tylko drugi paragraf. W dodatku podnoszą karę za wykonanie aborcji w drugim trymestrze z trzech do pięciu lat. A do nas się zgłasza tych drugich i trzecich trymestrów sporo, i to są osoby, którym przede wszystkim należy pomóc, bo one mają o wiele mniej opcji. Jak można podnosić kary i twierdzić, że to jest rozwiązanie? I to w drugim i trzecim trymestrze, czyli właśnie wtedy, kiedy wykrywane są wady?  

Przed kamerą belgijskiej telewizji aktywistki rozmawiają o poradni, która wkrótce zostanie otwarta. 

– To będzie miejsce, do którego będzie można przyjść, porozmawiać z nami na żywo i tam zrobić aborcję. Z rozmów wiemy, że jest taka potrzeba, dziewczyny o to pytają. Tym razem to miejsce będzie jawne, z publicznie podanym adresem – zapowiada Justyna. 

Tym razem, bo siedziba ADT, w której się spotykamy, jest starannie ukryta – z obawy przed hejterami aktywistki nie podają jej adresu, na domofonie i klatce schodowej nie ma żadnych oznaczeń, żadnego logo.  

– To będzie takie bardzo nasze miejsce. Będzie tam kolorowo, wesoło, będzie dużo światła, różu. Będą te wszystkie rzeczy, które są tutaj, i więcej, to, co mamy pochowane po domach – wylicza Justyna. 

Martwi się tylko o wysokość czynszu. Ale nawet gdyby miały w nowym miejscu wytrzymać tylko kilka miesięcy, to dla tego adresu warto. No i zrzutka na czynsz, którą uruchomiły w sierpniu, przyniosła już 50 tys. zł. Choć jeszcze by się przydało ze trzy razy tyle. Niestety, po wyborach zagraniczni grantodawcy nie tak chętnie udzielają wsparcia.  

– Wydaje im się, że jak Tusk rządzi, to już tu u nas jest wszystko dobrze, że już jesteśmy globalną Północą – mówi Justyna. 

Do kamery belgijskiej telewizji pokazuje wraz z Natalią puste opakowanie po mizoprostolu. – Ten egzemplarz jest wyjątkowy, bardzo symboliczny, bo wędrował z nami do Brukseli, do polskiego Sejmu, był też w sądzie. Pokazowy egzemplarz tabletek, które naprawdę mogą zdziałać cuda – mówi Justyna. Natalia dodaje, że prawo, nawet najbardziej opresyjne, i tak nie zatrzyma aborcji, bo "nie da się ustawą regulować, co połykamy i kiedy". – Te tabletki to coś, dzięki czemu kobiety odzyskują kontrolę nad swoim życiem – zaznacza. 

W marcu 2023 roku Sąd Okręgowy Warszawa-Praga uznał Justynę za winną, zarządził osiem miesięcy prac społecznych. Justyna odwołała się od wyroku. Termin kolejnej rozprawy wyznaczony jest na 30 stycznia 2025 roku. Gdyby miała to zrobić jeszcze raz, zrobiłaby.  

Oktawia Kromer. Reporterka i dziennikarka, autorka książki "Usługa czysto platoniczna" (wyd. Czarne, 2021). Współpracuje m.in. z "Gazetą Wyborczą" (Duży Format, Stołeczna) i miesięcznikiem "Pismo", dla którego aktualnie pracuje nad audioserialem reporterskim. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu.

Ile jest wróbli w Warszawie? Wspólny projekt Instytutu Reportażu i Weekend.Gazeta.pl w ramach grantu m.st. Warszawy 'Dziedzictwo Warszawy'.
Ile jest wróbli w Warszawie? Wspólny projekt Instytutu Reportażu i Weekend.Gazeta.pl w ramach grantu m.st. Warszawy 'Dziedzictwo Warszawy'. Oprac. Marta Kondrusik