Ile jest wróbli w Warszawie?
Dom Akademicki przy ulicy Kickiego w Warszawie, 1954 rok (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Dom Akademicki przy ulicy Kickiego w Warszawie, 1954 rok (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Tekst został opublikowany w ramach projektu "Ile jest wróbli w Warszawie" finansowanego przez m.st. Warszawę.

***

W ramach projektu przypominamy pięć reportaży dotyczących Warszawy opublikowanych w ostatnim stuleciu. Przygotowaliśmy także pięć nowych artykułów nawiązujących do miejsc i problemów poruszonych w tekstach historycznych.

***

"Kic", rok 1978

Wystarczyło znaleźć jednego z nich, zapytać o kolegów z akademika i już wyciągnął postrzępiony notes z aktualnymi telefonami.  

Gorzej z akceptowaniem tematu reportażu: ich droga do Warszawy… – A czy to ważne? – powątpiewali. – No, jakoś umościliśmy się w tej stolicy – dodawali po wymownej chwili milczenia, zostawionej mi chyba po to, abym rozejrzała się w ich gabinetach z kilkoma telefonami na biurku. 

W końcu chwyciła sceneria, w której miało dojść do zwierzeń: proszona herbatka u państwa Bolków, znanych wszystkim, bo oboje z Kica. Ale musiałam przyjąć warunek: żadnego sterowania rozmową (magnetofon może być włączony), chcą czuć się swobodnie, dawno nie spotykali się w takim gronie. 

– Dziękuję, nie piję. – Sowa stanowczo odsuwa rękę z kieliszkiem koniaku. 

Gospodarz: – A, prawda. – I odwraca się w stronę balkonowego okna. – Ten volkswagen twój? – pyta od niechcenia, pokazując ciemniejący za szybą garb samochodu. 

W odpowiedzi mruknięcie… 

Znowu dzwonek do drzwi, tym razem spieszy je otworzyć pani domu. Ma na sobie długą spódnicę i bluzkę z dżerseju przetykanego srebrną nitką. Nowy gość patrzy na nią okrągłymi ze zdziwienia oczami… Wreszcie wykrzykuje: – Aleś nabrała sznytu, Zośka! 

Młoda kobieta kwituje ten komplement powściągliwym uśmiechem. Nie zważając na głośne pytania gościa ("Tę boazerię zamawialiście prywatnie?"), który od progu zabrał się do opukiwania ściany, prowadzi go do największego pokoju, gdzie siedzi kilka par, nabożnie sącząc koktajl przez kolorowe rurki. 

– Aaa, Tolek – rozlega się zbiorowe powitanie. – Przytyłeś, bracie! – przez gwar przebija czyjś wyraźnie ucieszony głos. Ale zaraz tonuje go uwaga którejś z pań, że – na jej oko – wszystkim obecnym przybyło w ciągu tych dziesięciu lat trochę w biodrach. 

Chóralny śmiech. Pani Zofia też parska, ale zaraz przypomina sobie o swojej roli; wszak minęło już półtorej godziny od nadejścia pierwszych gości i wedle tego, co pisano w poradniku pt. "Robimy przyjęcie", należałoby wnieść gorące danie. A także przystąpić do zaparzenia kawy w termosie… Tylko zaraz, co oni piją? 

– Ja proszę herbatę, szczyptę herbaty – odpowiada poważnie Anioł między jednym a drugim pyknięciem z fajki. 

– Szczyptę? O rany! – Sowa pacnął się w czoło, coś sobie przypomniawszy. I już huczy tym swoim diabolicznym śmiechem. – Chłopaki – zwraca się do siedzących obok niego dżentelmenów w ciemnych garniturach – nie pamiętacie? Naprawdę nie pamiętacie? – A widząc ich zaskoczone miny, wychodzi na korytarz. Uchyla lekko drzwi do pokoju, tylko tyle, aby wsunąć dwa palce, i świszcze konspiracyjnym szeptem: – Czy znajdzie się szczypta herbaty?… 

Ktoś w pokoju wpada mu w słowa:  

– Wiem – wykrzykuje radośnie. – Mowa o Ryśku z 239, studiował archeologię i co wieczór kwestował na korytarzu! 

– Kochani – to Tadek przeciąga się z błogim uśmiechem – a ja napiłbym się akademickiej herbatki… 

Idę za panią Zofią do kuchni, nie podoba mi się jej mina. Dlaczego jest taka zdegustowana? 

Młoda kobieta siada ciężko na taborecie. Ani jej w głowie zadbać o ładne ułożenie nóg. "Nie piją kawy", powtarza, z trudem powściągając złość. To po co ona kupowała wczoraj te chińskie filiżanki?! 

– Ale przyjęcie wyszło elegancko – pocieszam ją, na co odpowiada bladym uśmiechem. – Serwis – ciągnę – jeszcze nieraz się przyda. 

Ona jednak powątpiewa: nieprędko zdarzy się taka okazja. To jest pierwsze przyjęcie (nie licząc parapetówki), odkąd wyszli z akademika. Dla kogo mieli je organizować? W Warszawie są bez rodziny, a wszystkie święta spędzają na wsi – raz u jej rodziców, raz u jego. Koledzy z pracy? Jakoś nie zdążyli się bliżej poznać. Mąż w ciągu tych czterech lat tak szybko awansował. Trudno zaś, żeby zapraszał tych, z którymi odsiadywał staż przy wspólnym biurku. A zresztą, gdyby i znalazła się jakaś para, co zrobić z dzieckiem? Marudzący czterolatek zepsuje najlepszą zabawę.  

Czuję się zdopingowana do szczególnego podziękowania za dzisiejsze przyjęcie… Zofia przerywa w pół słowa: źle ją zrozumiałam. Wyrzekała, bo ma taką zmierzłą naturę, ale pomysł wspólnego spotkania od dawna chodził jej po głowie. Właśnie w jej domu. Zrozumiałabym wszystko – zapewnia szeptem – gdybym widziała ją w akademiku… 

Wiem, o czym myśli. Wcześniej rozmawiałam z byłą kierowniczką akademików przy ulicy Kickiego. Świetna pamięć, ciepło, z jakim mówiła o swoich wychowankach (starsza pani do dziś interesuje się ich losem), sprawiły, że widziałam ich, nim jeszcze stanęliśmy twarzą w twarz.  

Więc Zośka – brzydka dziewczyna z akademika przy Kickiego, z rękami odmrożonymi po którejś ostrej zimie w ich wsi, gdy trzeba było co rano przekopywać tunel do studni. Zośka – studentka polonistyki, która kiedyś powiedziała do swojego chłopaka: "Ale ta chustka mi spaduje", a on zaraz rozniósł to po akademiku i cały Kic pękał ze śmiechu. Zośka – nieszczęśliwie zakochana w Bolku, studencie filozofii zakwaterowanym w bloku naprzeciwko. Wystająca pod drzwiami jego pokoju, podrzucająca mu przez próg kartki z żałosnymi oświadczeniami, płacząca codziennie w WC, jedynym miejscu w akademiku, gdzie można było skryć się przed wścibskimi oczami koleżanek. A on śmiał się niestrudzenie i jeszcze karmił tym śmiechem dziewczyny, które zaliczał, stawiając kreski nad pryczą. I koledzy ze wspólnego pokoju mieli ubaw. Ci sami, którzy siedzą teraz rozwaleni na jej sofce kupionej za duże pieniądze u tapicera z Mokotowskiej, specjalisty od Księstwa Warszawskiego. I patrzą na Zośkę tak, jak nigdy nie zdarzało jej się to w akademiku, choć była młodsza o kilka lat. No, ale wtedy nie wiedziała wielu rzeczy. Na przykład że przy jej karnacji włosy trzeba koniecznie rozjaśnić...  

Dowiedziała się o tym przypadkiem, już po obronie doktoratu, na którymś seminarium ze studentkami. Była sobota i właśnie naszła ją staropanieńska chandra. Bo sukcesy naukowe swoją drogą, ale te niedziele we własnościowym M4 kupionym za ojcowe morgi były straszliwie puste. Bąknęła więc przed uczennicami coś o samotnej egzystencji. A one na to, że fryzjerki Polleny przeszły szkolenie w Berlinie Zachodnim... 

Postanowiła skorzystać z dyskretnych porad...  

Kiedyś szła Nowym Światem wciśnięta w spodnie modnego koloru blue, gdy z Wareckiej niespodziewanie przeciął jej drogę Bolek. Jego zgłupienie początkowe... I ten brak pewności siebie. Po raz pierwszy nie czuła się zmieszana, żadnego łomotu serca, nic, tylko zimna kalkulacja; opłacił się trud biegania do kosmetyczek, fryzjerki Ali, po komisach.  

Ślub wzięli dwa miesiące później, oczywiście na koszt Zośki, a raczej jej rodziców, bo Bolek nie miał mieszkania i w pracy jakoś mu nie szło...  

Tę zamówioną szczyptę herbaty (jedna trzecia szklanki, same piórka Jubileuszowej) pani domu ustawia na tacy za trzy tysiące złotych. Ale goście sięgają po omacku, zajęci kartkowaniem chudej książki – debiutu Anioła (z ojca to on nazywa się inaczej, ale tu, na spotkaniu, wszyscy, jak umówieni, zwracają się do siebie, używając zakurzonych przezwisk, jeszcze z akademika). Ktoś w skupieniu czyta głośno pierwszy wiersz, zaczynający się od słów: "Joanna wjeżdża na biedrze…". Ktoś inny (statystyk z GUS-u) przerywa prośbą, aby go nie torturowali słowem rymowanym – wystarczy mu wiadomość, że tomik ma dobre noty u recenzentów. Nieco napiętą atmosferę (Anioł mimo wszystko się najeżył) rozładowuje Gruby, oświadczając, że zostać po Kicu poetą, to, za przeproszeniem, żaden wyczyn. W akademiku w co drugim pokoju gnieździł się natchniony.  

– Panowie! – to przez gwar przebija się Sowa, dawny student ekonomii politycznej, dziś zastępca dyrektora w jednej z warszawskich fabryk. – Najtrudniej było mieszkać z kimś, kto dopiero stawał się poetą. Ja przez pięć lat dzieliłem piętrowe łóżko z Lolkiem. A on ciężko zarabiał na obecną sławę. Nie zasnął, jeśli nie napisał bodaj jednego wiersza. Nie zjadł też obiadu, jeśli w kolejce po zupę nie ułożył sobie choćby dwóch linijek... 

– No i z czego tu się śmiać? – chłodna uwaga Anioła. 

– A, przepraszam, zapomniałem powiedzieć, że Lolek nie mógł napisać wiersza, jeśli nie przeczytał go kilka razy głośno. A nie wystarczały mu cztery ściany, musiał mieć tzw. odbiór osobowy. I właśnie ja byłem jego pierwszym, przymusowym słuchaczem. 

Gdyby tak 

– odzywa się gospodarz – 

sputnik mieć pod kontrolą...  

Eksplorera niezłomnej pamięci  

praplemienny łzawiąc totem  

a co potem...

Cisza.  

– Nie znacie? To wiersz Ricarda. Ułożył go zaraz po ogłoszeniu w radiowęźle konkursu na najwymowniejszy utwór poetycki. 

– I co, wygrał?  

– Niestety. Jury nie dopatrzyło się w strofach walorów dydaktycznych. Pierwszą nagrodę dostał Tod. 

– Nasz Romeo?  

– Ten sam. Panowie, pamiętacie? Późny wieczór. Oba akademiki jeszcze rozświetlone, ale Grochów już układa się do snu, w jasnej framudze okna pokoju numer 24 (Zośka zauważa ze zdziwieniem, że jej mąż, na co dzień milczek, odżywa w towarzystwie) pojawia się Tod. Woła w ciemność: "Haniu, kochasz mnie?". A z żeńskiego bloku płynie szept: "Kocham…". Chłopaki pękali, ale tak w głębi każdemu imponowało.  

– Słuchajcie, słuchajcie, drobny test: jak kto zapamiętał Piotra z 330?  

– Ja widzę go leżącego na łóżku, a wokół na kocu zbiory wierszy Grochowiaka, Różewicza, Harasymowicza. I Piotruś ściubi z tego swój własny wiersz, wcale zręczny. Redakcje chętnie brały...  

– Dla mnie jednak największym poetą na Kicu był Grzegorz L. Pisać wiersze i być równocześnie szefem kulturystów – to jest prawdziwa sztuka. Jaki on miał przez to autorytet! Żulia z Grochowa pierwsza podawała mu rękę. 

Patrzę na gospodynię: ostentacyjnie wzrusza ramionami. – Co oni za mity tworzą? Przecież ten Grzegorz był już wtedy chyba pod trzydziestkę.  

– No, trochę zasiedział się na Kicu – zauważa wyrozumiale Gruby. – Studiował, biedak, na białorusycystyce, na którą nabór odbywał się co dwa lata, więc po każdym zawalonym roku miał 12 miesięcy przerwy. Całe szczęście, że Grześ nie był mazgajem; tatusiowi w odległej wsi białostockiej słał listy z informacją, że w nagrodę za dobrą naukę co raz dają mu urlopy roczne...  

Zośka, która całe życie była prymuską, nie może spokojnie słuchać takiej kpiny. Znów chowa się w kuchni. Gdy zaglądam tam, stoi tyłem do drzwi, wpatrzona w czerń za oknem, nieobecna.  

Ale ocknęła się szybko, uważnie przegląda zastawę na barku. Stwierdziwszy, że wszystko jest w porządku, popycha go w stronę pokoju.  

… 

Rozluźnili się. Wspomnienia wspólnej doli w akademiku ochłodziły początkową gorączkę myśli – na ile "kół" można ocenić niegdysiejszego kolegę z piętrowego łóżka, a dziś dyrektora poważnej placówki turystycznej. Albo też tego profesora nadzwyczajnego, który zaparkował czarnego wartburga w osiedlowej uliczce. Już przestał boczyć się W. – od lat zapowiadający się prozaik, który nie może wyjść poza krótkie formy drukowane w regionalnym miesięczniku. Już i Anioł nie otacza się mgłą poetyckiego niedostrzegania spraw przyziemnych. Właśnie zainteresowała go droga Bolków do mieszkania w tak nobilitującej dzielnicy, jak przy ulicy Szwoleżerów. 

Teraz towarzystwo bawi się opowieściami współczesnymi z życia ich zakładowych podwórek i tylko czujny Mocarz, dyrektor jednego z warszawskich techników, pilnuje, aby taśma magnetofonowa nie rejestrowała anegdot dotyczących jego osoby.  

Warszawa Grochów, 1993 rok. Rondo Wiatraczna od strony ul. Grochowskiej (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl)

(– Wyobraźcie sobie – opowiada siedzący obok Mocarza jego przyjaciel z lat studenckich – dzwonię do naszego kolegi dyrektora, bo naszła mnie ochota na wypicie z nim piwa. Zgłasza się sekretarka i mówi, że szef na radzie pedagogicznej. No to każę wywołać go, sprawa jest pilna, przy telefonie taki a taki. Po chwili Mocarz bierze słuchawkę i wali bez uprzedzenia: "Stary, nie mam teraz czasu, podaj tylko nazwisko, załatwię". "Choryś"! – krzyczę. Chwila ciszy i wreszcie on zmęczonym głosem: "To ty nie w sprawie umieszczenia protegowanego na liście?"... Bo to było w czerwcu, w ostatnim dniu przyjmowania do klas pierwszych, i on myślał…). 

Zamieniam się w słuch: ciepło, ciepło. Wreszcie usłyszę to, na co czekam od paru godzin. Ale nie – zwalisty Kudłacz znów ucieka do wspomnień.  

– Ty mówisz o Lolku. – Pochyla się teraz ciężko w stronę Sowy. – Kochani! Mieszkać z poetą to jeszcze nic, ale z początkującym klarnecistą... Mnie na przykład zakwaterowano na pierwszym roku z braćmi Blekami.  

– Czy oni mają coś wspólnego z tym znanym zespołem instrumentalnym? – wtrąca pytanie żona W., rodowita warszawianka, zadowolona, że może coś dorzucić od siebie. Jej radość gaśnie szybko po ostrym szepcie męża, że oczywiście, mowa właśnie o sławnym trio.  

– Bracia Blekowie – Kudłacz ciągnie z niewzruszoną twarzą – nie tylko odznaczali się intensywnością w prowadzeniu muzycznych prób, ale i silnie rozwiniętą więzią rodzinną. Co kilka tygodni ściągali do akademika tatusia z dalekiej białostockiej wsi i głośno, posługując się instrumentami, zdawali mu sprawę z czynionych postępów. 

Dodam, że tatulo przyjeżdżał do Warszawy bardzo rannym pociągiem, gdzieś około 5.00, i nie mógł pojąć, wręcz nie znosił, gdy współtowarzysze doli jego synów leżeli jeszcze w łóżkach. Zrywaliśmy się więc na baczność, inna rzecz, że było po co, bo gość przywoził a to świeże jajeczka, a to serek w lnianym worku, a to udka kurczaka, już usmażone. 

Kiedyś, a właśnie mijał tydzień od tatulowej wizyty, stwierdziliśmy, że coś w pokoju śmierdzi. Odczekaliśmy jeszcze kilka dni, a gdy już nie było mowy o przywidzeniach, zapadła decyzja, że wszyscy prawni lokatorzy na naszych dziesięciu metrach kwadratowych, a także waleci, wymyją sobie nogi i nawet wypiorą skarpety... Odór w powietrzu jakby trochę zelżał, ale niewiele. Wówczas ktoś rzucił myśl: szczur zabłąkał się pod podłogą i zdechł. Trzeba oderwać deski! W ostatniej chwili, gdy już poodsuwano, co trzeba, aby siekiera miała odpowiedni rozmach, jeden z Bleków rzucił okiem na kaloryfer, jak zwykle zarzucony książkami, przenoszonymi koszulami i tak dalej. Spojrzał i rozpoznał tatusiową siatkę. Wypchaną serkiem, niegdyś przedniej jakości, a właśnie w stanie rozkładu...  

– Ach, te wasze akademickie pokoje. – Warszawianka uśmiecha się wyrozumiale. – Byłam tam raz. Piętrowe łóżka zasłonięte aż do podłogi brudnymi szarymi kocami wyglądały jak katafalki. Podłoga... Czy u was nigdy nie pastowało się parkietów?  

– Może te nasze nory przypominały pakamery dla bezrobotnych u Felliniego – przyznaje ze skruchą Józek G., wybijający się reżyser filmów dokumentalnych – ale powiedzcie, kogo z was stać dzisiaj na zamalowanie okien witrażem w stylu Legera? No, a ja na Kicu miałem takie, i to własnoręcznie zrobione.  

– A ja żarówkę u sufitu osłaniałem koszem na śmieci – licytuje się Sowa.  

– Też mi coś... Sam to robiłem. Wybijało się denko w wiklinowym koszu i tyle.  

A kierowniczka nigdy nie mogła się pod koniec roku doliczyć koszy na śmieci... 

… 

Ich dzisiejsze mieszkania. Te pierwsze w życiu własne "emki". Najzapobiegliwsi z nich zdążyli wprowadzić się do osiedla Za Żelazną Bramą. Spotykają się po latach, spiesząc do pracy; kłaniają się sobie, choć w akademiku mijali się bez słowa. Rozpoznają się spojrzeniami. – Ten to w tramwaju dziewczynę całował – szepczą na boku do swoich żon. – Skandal się z tego zrobił, bo wiesz, w tamtych latach… 

Spóźnieni nieco ulokowali się na Stegnach, Sadybie. Ich "emki" zastawione są meblami, na których jeszcze bieleją metki z ceną. Ale na ścianach pustka. Cóż mogą na nich powiesić? Tam kleiło się wprost na tynku – plakaty, fotosy aktorek. We własnym mieszkaniu wypadałoby zawiesić szacowny portret antenata, ale jeśli takich pamiątek nie było pod rodzinną strzechą? A na dorabianie rodowodów w Desie jeszcze ich nie stać… 

Książki... Kupowane za ostatni grosz, po nerwowych przeliczeniach ceny jednego egzemplarza na koszt słoika dżemu, nędznej paczki Ulungu czy kawałka kaszanki. Lękali się zostawiać je na czas ferii, upychali więc w walizkach i zawozili do warszawskich znajomych. By pod koniec września znów układać sobie z tych książek podgłówek; bo regały – taki tu panował obyczaj – każdy trzymał na wysokości głowy. Korzyść z tego była wieloraka: można było lampkę zapalić późną nocą, nieraz oddzielić się od par zakochanych.  

Więc książki... Te im pozostały. Z nich po latach urosły biblioteki. Długi całego Gałczyńskiego znał na pamięć, Jurek L. po Montherlanta chodził do czytelni, resztę francuskiej literatury sam zdołał skompletować. I rzędy "Biblioteki Klasyków Filozofii".  

A gdy już mieli dyplom magistra w kieszeni, tułali się z tymi pakami po cudzych kątach na sublokatorce, pod krzywym spojrzeniem gospodarzy, którym szkodził kurz żółknących kartek. Może dlatego w ich własnych mieszkaniach kolumny książek podpierają wszystkie ściany, nie wyłączając "salonu".  

"Salonu" – bo po pięciu–ośmiu latach czekania na własne klucze chcieli natychmiast, z dnia na dzień, mieć urządzony dom. Brali więc, skąd się dało, pożyczki, na cztery ręce – 100–150 tysięcy złotych z perspektywą oddania na spłaty półtorej pensji miesięcznie, nieoglądania przez rok–dwa kiełbasy, niekupowania nic z ubrania, nieprzyjmowania gości... 

Choć zachowali się i tacy, którym obrastanie w rzeczy dawnych partnerów od dysput na przegadany temat "atrakcyjnej siły humanizmu socjalistycznego" pachniało drobnomieszczaństwem. Witold G. nadal wynajmuje, już piąty z kolei, pokój i czuje się w nim nie najgorzej. Przynosi do tych cudzych mieszkań paki swych książek, stawia je w kącie, nad nimi obrazy, nie – reprodukcje Breughela i ulubioną "Wenus" Botticellego. G. pisze doktorat dziesiąty rok. Jest na stronie tysięcznej i trochę mu jeszcze zostało do końca. Jego koledzy już zajeździli drugą w życiu syrenkę, a on mówi, że jeśli kupi, to jaguara. Taki już jest. W akademiku miał dziesięć–piętnaście książek, ale najmądrzejszych. Jego praca doktorska mogła być habilitacją, a będzie tylko spóźnionym doktoratem. Na Witku, którego koledzy z Kica zapamiętali jako samotnika, bałaganiarza rozważającego w kolejce po zupę problem niebytu, stadne życie w młodości wywarło piętno nie do zatarcia.  

Ale to jeden z niewielu, u których akademicki "klosz" osłabił siłę przebicia. Na przykład wśród gości Bolków nie ma ani jednej osoby, która gustowałaby w takim stylu życia. Wystarczy zresztą popatrzeć na ich staranne ubiory, przyjmowane pozy. Posłuchać, z jakim dystansem mówią o tamtych latach...  

… 

– Teraz mogę wam wyznać – Piękny Waldy mówi zduszonym głosem, bo równocześnie usiłuje strzepnąć z nogawki jakiś ledwo dostrzegalny pyłek – w młodości nie odznaczałem się zamiłowaniem do porządku. Dokładniej mówiąc, zwykłem prawie wszystko, co było mi potrzebne do studenckiego życia, umieszczać pod łóżkiem. Tam też, przyznaję, wysypywałem popiół z papierosów. A wiecie, kto mi tak wykrzywił charakter? Pucianka.  

Piękny Waldy zawiesza głos, dzięki czemu Sowa może zastanawiać się głośno: – Pucianka? Ten, który co rano gimnastykował się, jeden jedyny w akademiku, po czym znów kładł się do łóżka, gdyż nic lepszego nie widział dla siebie do roboty? 

Waldy kiwa głową i ciągnie dalej: – Otóż ile razy przypadła na niego kolej sprzątania pokoju, przynosił z portierni szczotkę na długim kiju i wyciągał nią wszystko, cośmy poutykali pod łóżkami, za szafą i tak dalej. A minę miał przy tym smutną i prawie cierpiącą. "Tego się po tobie nie spodziewałem" – zwykł mówić. Ludzie, jak ja się wówczas sobą brzydziłem! (Piękny Waldy przerywa na moment: wstaje z fotela, aby rozprostować kości. Dopiero teraz, w blasku żyrandola, jego elegancja bywalca Zachodu nabiera pełnego blasku. Dr W. wyjeżdża tam kilka razy do roku jako polski ekspert jednej z gałęzi ekonomii). 

– Zaraz – obudziła się któraś z pań – ale dlaczego ten, jak mu tam, Pucianka miał pana wykrzywić? On raczej...  

– Jeszcze nie skończyłem. Otóż pewnego jesiennego popołudnia niespodziewanie zawróciłem po coś do akademika. Wchodzę ci ja do naszego numeru i cóż widzę: na stole, tuż obok garnka ze smalcem i talerza z niedojedzoną koncentratką oświęcimską...  

– Z czym? – przerywa głośno warszawianka. I trzeba wyjaśnić jej, że tak nazywano na Kicu pasty pomidorowo-twarogowo-dorszowe, które nader często serwowała stołówka.  

– Otóż na stole stoją wojskowe buty Pucianki, takie wprost z manewru, i ten czyści je zapamiętale. 

Czyjś zaniepokojony głos: – Ale co się stało?  

Piękny Waldy: – Najwidoczniej doszło do rozziewu między oficjalną teorią głoszoną przez strażnika porządków pokoju numer 23 a praktyką.  

W odpowiedzi parsknięcie. Ale to tylko pojedynczy głos, już nie słychać huraganu, który wstrząsał pokojem w pierwszej godzinie spotkania. I goście siedzą nie tam, gdzie usadowiła ich Zośka, rozerwała się linia zalecanego w podręczniku kręgu, po kątach szepczą grupki.  

Głośniej wypowiadane fragmenty rozmów zdradzają zainteresowanie zebranych dniem dzisiejszym. B. opowiada o karuzeli stanowisk w jego placówce naukowej. Anioł o trudnościach z wejściem na rynek wydawniczy. I warszawianka ożywia się: skoro mowa o stosunkach międzyludzkich w rodzimym zakładzie pracy, to i ona miałaby tu coś do dorzucenia. 

Na próżno pan domu wraca do przeszłości. – A pamiętacie – woła już któryś raz, bez nadziei, że go dosłyszą – jak Stasio P. poszedł na generalską sesję w onucach?  

Nie chwyciło. Choć "wojo" to wdzięczny temat do wspomnień.  

Coraz większa cisza wypełnia pokój... – A jak Cycero... – zaczyna Bolek i jego zmęczoną twarz ożywia nagła myśl: – Co on teraz robi, ten rudy Cycero?  

– Jest dyrektorem administracyjnym szkoły wyższej – informuje z powagą warszawianka.  

– Ano właśnie – przytakuje Bolek i opowiada, jak to Cycero załatwił w tramwaju doliniarza: stoi na przednim moście wozu numer 24 i widzi, że facet przed nim próbuje odpiąć obywatelowi zegarek. Więc nachyla się nad złodziejem i szepcze mu do ucha: "Te, koleś, tamten gościu ma wodoszczelny"... 

Ostatnie słowa gospodarza przytłumiła kukułka z zegara na korytarzu. Gdy ptaszek ukazał się w okienku po raz dwunasty, Sowa zerwał się z trochę udawanym przerażeniem. – Na mnie czas – oświadczył – jutro z rana muszę przywitać delegację fizyków z Francji.  

Pozostałych też ogarnęła gorączka pożegnań. Już z rękami na klamce wymieniają adresy, nie zapominając rzucić w powietrze słów: – Słuchajcie, musimy spotykać się częściej. Stary – to do najbliżej stojącego – masz tu moją wizytówkę, odezwij się.  

… 

Obdzwaniam wszystkich. Zgadzamy się – nie wyszło. – Ale dlaczego? – upieram się przy odpowiedzi. – Może wódki było za mało? – dowcipkuje Sowa. Wreszcie Anioł zdobywa się na szczerość: – Nie w takim gronie – mówi – należało oczekiwać zwierzeń. To był temat na rozmowę w cztery oczy.  

I pierwszy zgadza się, aby wpaść do niego do pracy.  

W swych gabinetach za dźwiękochłonnymi drzwiami wspominali akademik inaczej. Kic to był próg Warszawy. Wyśnione miejsce, na które chłopiec z partykularza musiał zasłużyć. Ale nie wystarczała maturalna cenzurka prymusa. Trzeba było odciąć się od wszystkiego, co w opinii miastowych było prowincjonalne. Przede wszystkim wygląd. Wywatowany garnitur, dzieło wiejskiego krawca, który jeszcze na maturze robił furorę, tu nadawał się tylko do powieszenia na gwoździu za półką... Trzeba było też się pilnować, aby nie wyskoczyć z gwarowym słowem, całkiem zrozumiałym w rodzinnych stronach, a tu ośmieszającym człowieka na całe życie.  

– Aż do czwartego roku studiów – wspomina za swym biurkiem wysoki urzędnik ministerialny – nie rozstawałem się ze słownikiem wyrazów obcych. Koledzy z miasteczka, bo przecież nie sama wiocha zasiedlała akademik, mieli dobry ubaw, gdy kiedyś, pokonawszy nieśmiałość, zauważyłem, że trzeba "sprolongować stół". 

To odcinanie się od partykularza prowadziło czasem do zaprzaństwa. – Jeszcze zahukani na własnych uczelniach – opowiada M., absolwent filozofii – u siebie, na Kicu, czuliśmy się swojsko. Tam też na korytarzu urządzaliśmy często dyskusje na dosyć abstrakcyjne tematy. Gdy dochodziło na przykład do Kierkegaarda, najlepsza była w nim pewna dziewczyna z polonistyki. Potrafiła tak gładko rozłożyć na czynniki pierwsze antyheglizm tego filozofa, że nam pozostawało tylko rozdziawić w zdumieniu gęby. Między sobą taki język nazywaliśmy "iblowskim". A posługiwanie się nim ocenialiśmy jako szczyt możliwości intelektualnych. Otóż stoję kiedyś w hallu żeńskiego akademika w pobliżu portierni i widzę, że do okienka zagląda nieśmiało jakaś babina w białej płóciennej chustce. Portierka, upewniwszy się, że przyjechała do córki, zatrzymuje dowód osobisty kobiety i radzi jej iść na górę, do pokoju takiego a takiego. Ale kobiecina marszczy spaloną słońcem twarz w pokornym uśmiechu: "Nie. Postoję – mówi. – Córeczka może uczy się, nie wolno jej przeszkadzać". Posłali więc umyślną. Po jakimś kwadransie patrzę, a tu zbiega iblowka. Wywinęła się zręcznie od cmoknięcia starej kobiety, spiesznie wyciąga ją przed budynek. Po niedługiej chwili wraca z koszykiem jaj. A portierka, jak to portierka, wyszła ze swojej budki i woła na cały głos: "Cóż to, mamusia przyjechała?". "Ach, nie – odkrzykuje iblowka – to nasza pomoc domowa. Jest w Warszawie przejazdem..." 

Dom Akademicki przy ulicy Kickiego w Warszawie, 1954 rok (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Przyszedł jednak dzień taki, gdy warszawskim nowicjuszom opatrzył się grochowski pejzaż. Ulice: Mińska, którą, bywało, dochodzili pieszo aż na Dworzec Wschodni, Podskarbińska z przeogromnym, zdawało im się wtedy, kinem 1 Maj, Dwernickiego, która prowadziła ich na stadion Orzeł, i te szerokie trakty w stylu "epoki" noszące imiona powstańczych generałów (Olszynka Grochowska blisko…). Pejzaż, gdzie skwerek, bar trzeciej kategorii Osiedlanka (tzw. studio I), Zagłoba przy Grochowskiej (studio II) i budka z piwem przed iluzjonem Sokół ze straszliwie skrzypiącymi starymi krzesłami. Brzmiało melodią rodzinnego miasteczka. Dla każdego z nich przyszedł ten dzień o innej porze roku – ale pewne jest, że musiała to być niedziela. Ta inna od dotychczasowych, gdy młodemu człowiekowi przemknęła przez głowę myśl, że nie opłaca się zawiązywanie krawata na białej koszuli tylko po to, aby obejrzały go spacerującego dziewczyny siedzące w oknach akademika naprzeciw. I gdy zaraz potem krzyknął na korytarzu: "Obiad zamienię", i zamienił swój numerek ze stołówki na Kickiego na tę przy Krakowskim Przedmieściu. A potem to już tylko pozostawało mu wsiąść do autobusu 102 i wyskoczyć zeń koło Nowego Światu. Ulicy, którą w niedzielę szlifuje się krok za krokiem, w tę i nazad, zwłaszcza gdy wokół, w całej Warszawie, nie ma ani jednych drzwi, do których można by zadzwonić z gotowym tłumaczeniem od progu: "Przechodziłem, pomyślałem o starych znajomych, to i wpadłem…". 

Możliwe, że te warszawskie adresy i telefony szybciej znalazłyby się w studenckim notesie, gdyby nie kompleksy jego właściciela.  

– Mój najczarniejszy dzień w tamtych latach? – zastanawia się dyrektor jednej z placówek Orbisu na kilkanaście minut przed odlotem na konferencję do Brukseli. – Chyba ten, gdy na pierwszym roku podczas spotkania mieszkańców akademika z rektoratem najpierw podałem kawę koleżance, a później pani rektor. 

– Jeden z nas, nie, nie powiem nazwiska, jest dosyć popularny w Warszawie – zdradza dziennikarz rodem z Kickiego – do szaletu miejskiego odważył się wejść dopiero po zaliczeniu pierwszego semestru. Przedtem, jeśli znalazł się w potrzebie, pędził na Dworzec Wileński. Stamtąd odjeżdżały pociągi do jego wsi, więc czuł się w miarę swojsko...  

Ale uczyli się szybko. Jeszcze niezupełnie wydelikatniała im popękana skóra na rękach, jeszcze filująca niczym nieosłonięta żarówka u sufitu w "cichaczu" nie do końca wyssała rumianość z ich twarzy, teraz całymi nocami z chłopskim uporem pochylonych nad skryptem, a oni już... Rozdawali numer telefonu portierni na Kickiego dziewczynom z Warszawy. Nawet nie spostrzegli, kiedy do ich brudnych, zapluskwionych pokoi zaczęli zachodzić studenci z miasta. A nie spostrzegli, bo byli bardzo zajęci. Działali w radiowęźle akademickim, który mimo fatalnego sprzętu (jeszcze z wojskowego demobilu) dawał tygodniowo dwanaście godzin audycji słownych. A jakie to były programy! 

Reportaż demaskujący. Podkładało się mikrofon do budki portierek i dzięki temu już nazajutrz każdy mógł poznać niczym niezakamuflowane oblicze strażnic akademickiego porządku.  

Publicystyka interwencyjna: celował w niej E., ówczesny przewodniczący męskiej rady mieszkańców (dziś prezes jednej ze spółdzielni mieszkaniowych). Którejś nocy, gdy oba akademiki już zasypiały, wygłosił przed mikrofonem płomienną mowę na temat zaniku demokracji wśród kickiej społeczności. Asumpt do wyrażenia publicznego ubolewania dały mu – jak oświadczył – wiarygodne wieści przyjaciół, iż działaczki w akademiku żeńskim od dwóch dni tropią waletów. "Jest to pogwałcenie swobód obywatelskich" – grzmiał w ciemną grochowską noc przedstawiciel samorządu studentów, notabene ekswalet. 

Cykl zjadliwych felietonów pod tytułem "Nagrobki" Józefa G., dziś znanego reżysera filmów dokumentalnych. Rozprawiał się w nich z kulturystami – samozwańczą sektą sportową, która zagnieździła się w jednej z nieczynnych kabin prysznica i tam do siódmego potu ćwiczyła bicepsy.  

Z tego sportowego podziemia miał się później narodzić "Mister Polonia", w innym wcieleniu działacz towarzystwa antyalkoholowego. Na razie jednak razem z kolegą, przyszłym "wiceministrem", patrolował kickie zabawy, budząc respekt u grochowskich chojraków.  

Radio służyło im też w walce o władzę.  

– Te nasze wybory do ZSP – wspomina odpowiedzialny pracownik aparatu z ulicy Smolnej. 

Akademik huczał przez całą noc, trwało rozliczanie się ze starego programu, wyborcza licytacja. I to nie w zarękawkach, każdy mieszkaniec akademika mógł wygłosić na antenie swoje wotum nieufności. Albo przynajmniej podyskutować.  

Bo dyskusje wolno było rozpalać dla nich samych. Wszędzie, o każdej porze, między sobą i z zaproszonymi gośćmi. O pragmatyzmie i przegranej Polonii.  

– Na wszystko miałem wówczas odpowiedź – zwierza się po latach reżyser G. – wiedziałem, na czym polega flux-philosophy i co zrobić, aby uzdrowić sytuację w polskim filmie...  

– Mój obraz akademika? – zastanawia się K., dziennikarz radiowy, którego niegdyś przekwaterowano na jedne wakacje do Kica. – To mroczna głębia korytarzy na piętrze i monumentalna zaściankowość obszernego parteru. Zimno, w powietrzu mdławy zapach dorszy smażonych w stołówce w suterenie. I oni... W tych wysiedzianych spodniach... "Bracie – spod okna szedł żarliwy szept – byt nie jest antynomią dla niebytu...".  

Inne były wtedy w obu akademikach pokoje do nauki, inna też świetlica. Telewizję – jej najlepsze lata, tak dziś sądzę, oglądało się gromadnie, głośno, z talerzem kolacyjnych resztek na kolanach. Miejsca na wprost były najdroższe, płaciło się za nie ceną okupowania stołka na kilka godzin przed programem.  

Szukali więc dla siebie wygodniejszego kąta, przymierzali się do różnych pomieszczeń, aż raz zaszli do piwnic. A tam panoszyła się monstrualna pralnia, obliczona na obsługę jednego pułku. Więc underground... Tyle że trzeba było opróżnić je z maszyn, wcześniej jeszcze demontowanych, bo w całości kotły nie przechodziły przez drzwi.  

Powstał klub stworzony ich rękami, katorżniczą pracą. Pierwszą noc spędził w nim Cybulski, na zwierzeniach do świtu, które zakończył rzuceniem na stół pięćsetki – dopiero co otrzymanego honorarium – i zaproszeniem wszystkich do pobliskiej Osiedlanki.  

– Co mnie dziś najbardziej zdumiewa, gdy myślę o tamtych latach – zdobywa się na szczerość odpowiedzialny pracownik – to nasze przekonanie, że wszystko można załatwić. Należało zrobić estradę między dwoma akademikami – w porządku, poszło się po deski do generała, który kiedyś otarł się o nas w wojsku. Brakowało oświetlenia, dalejże dzwonić do Powszechnego, niech pożyczy reflektory. Na godzinę przed otwarciem naszej imprezy uznaliśmy, że trzeba zamknąć ulicę Kickiego dla ruchu kołowego. Przyszło więc szurać butami pod progiem gabinetu w Radzie Narodowej. Może niejeden z notabli prychał pod nosem: "Ech, studenci", gdy już zamknęliśmy za sobą drzwi, ale przecież dobiliśmy swego. Może rozbrajała ich nasza bezinteresowność? Pamiętam, jak razem z kolegami (Kim są, gdzie pracują? Też w gmachu przy Smolnej oraz na Ordynackiej) urządziliśmy kilkugodzinny sąd nad dokwaterowanym do nas na piętrowe łóżko studentem filozofii. Cichy był z niego chłopak, niewadliwy, nic, tylko z nosem w książkach siedział. Wystarczyło: uznaliśmy, że nie przejawia należytej aktywności społecznej i trzeba mu przydzielić jakieś zadanie.  

Nie wszystkich udało im się wychować...  

Ekonomista obieżyświat, wtedy student trzeciego roku, postanowił zorganizować spartakiadę młodzieżową. Zawładnął radiowęzłem, nadając, że w niedzielę rano Kicki w spodziewanej sile kilkudziesięciu chłopa opanuje pobliski stadion. Stawiło się więcej osób, niż przypuszczał; wszyscy tylko w spodenkach, bo na Orła blisko. Zachodzą pod bramę, a ta zamknięta. Organizator biegnie do stróżówki zobaczyć, co jest, przecież wczoraj załatwił ze zmiennikiem ciecia, miało być wszystko pootwierane i sprzęt do ich dyspozycji. "Ja o niczym nie wiem" – odpowiada stróż i przewraca się na swym wyrku z boku na bok. A widząc, że chłopak nie wychodzi, dodaje znudzonym głosem: "Papier od kierownika macie?". Oczywiście nie miał. Nie przyszło mu do głowy, że tak to się załatwia. Tymczasem pod bramą tłum zgęstniał. Ekonomista zobaczył przez sztachety kulturystów w pierwszym rzędzie... I rzucił się do tyłu przez parkan.  

… 

Właśnie zasiadali do pisania prac magisterskich, gdy uderzyła w nich prawda, że ani umiejętność wymienienia przywódców szkoły marburskiej, ani grube taśmy nagrań w radiowęźle, za które zdobyli złotą odznakę ZSP, nie mają wpływu na to, czy pozostaną po studiach w Warszawie.  

Gorączkowo więc szukają drogi do obwarowanego zakazami miasta. Meldunek. Jak zdobyć tę pieczątkę w dowodzie? – oto dręczące pytanie, z którym budzą się i usypiają. Kiedyś gruchnęła wiadomość o zapisach do spółdzielni mieszkaniowej w Łomiankach. Cały akademik huczy tą szansą – wszak przyjmują kandydatów bez stałego zameldowania. Ale w Łomiankach termin otrzymania klucza jest bardzo odległy. (Po latach okaże się, że nierealny). Trzeba więc jakoś przetrwać...  

I oto dzieje się coś, czego zrazu nie rozumieją wykładowcy. W 1966 roku kilkunastu studentów ekonomii politycznej – ci, którzy od dawna potrafili łączyć naukę z pracą społeczną – oblewa końcowe egzaminy. I niepocieszony dziekan musi wydać decyzję o powtórnym przyznaniu chłopcom łóżka w akademiku.  

Przedłużenie studenckiej beztroski było wyjściem ostatecznym; gdy zawiodły inne drogi do stolicy, jak choćby ożenek z warszawianką. Ale że w tym wieku nie zawiera się raczej małżeństw z wyrachowania, najczęściej chłopcy chodzili z dziewczynami z akademika. Choć zdarzały się wyjątki.  

– Jeden z naszych – wspomina dziś S. – poznał pannę z Grochowa. Kiedy w niedzielę wychodził na spacer z dziewczyną i przyszłymi teściami, postępującymi godnie z tyłu, wszyscyśmy się rozsiadali w oknach. Człowiek nawet nie miał siły ukryć szarpiącej go zazdrości...  

Patrzę na ich kalendarzyki gęsto zapisane datami spotkań, postrzępione.  

– Czy widujecie się?  

– Zależy, która grupa. Dawniejsi działacze, ci z ekonomii politycznej, organizują nawet sobie zjazdy. Ale najważniejsze jest utrzymanie gorącej linii. Jakby któryś był w potrzebie albo co...  

– Co? – chcę wiedzieć dokładnie. Ale już robią uniki: tak się tylko mówi, po co zaraz o tym pisać. 

– Na Grochów zaglądacie? 

– To niezupełnie jest po drodze. 

… 

Poszłam tam raz jeszcze.  

Powiadali o nim – najbrzydszy w Warszawie, peryferyjny, ściany nieotynkowane, okna jak w koszarach.  

Zgadzało się.  

Radzili, by wejść do środka, wsłuchać się w echo nawoływań z kuchenki: "Wooda się gotuje!". W miłosny szept par wtulonych w kolumnadę. Pójść po schodach, otworzyć drzwi do kolejnych pokojów, tych z zapuszczoną podłogą, lecz z najnowszymi plakatami na ścianach, popróbować leży z wyleniałych materaców...  

Ujrzałam hall rozjaśniony cepeliowskimi ławami, drewniane ptaszki na ścianach i kilimek przerzucony przez stolik stojący pośrodku cementowej podłogi. Korytarzami puszyły się chodniki, na których tle bielało mleko w butelkach równo ustawionych pod drzwiami kolejnych pokojów. W gabinetach do nauki zapadało się w przepastne fotele, a w sali bankietowej (– Trzymamy – pochwalił się przewodniczący rady mieszkańców – na wypadek imienin któregoś ze studentów) rozpierał się barek wyszykowany na ludowo...  

– Kto mieszka w pana sąsiednim pokoju? – zawołałam do młodego człowieka, który z czajnikiem w ręku wyszedł na korytarz.  

– Nie wiem, nie znamy się – odpowiedział zdziwiony.  

Nazwiska zostały zastąpione pseudonimami. 

Helena Kowalik. Reporterka sądowa, autorka książek kryminalnych

Ile jest wróbli w Warszawie? Wspólny projekt Instytutu Reportażu i Weekend.Gazeta.pl w ramach grantu m.st. Warszawy 'Dziedzictwo Warszawy'.
Ile jest wróbli w Warszawie? Wspólny projekt Instytutu Reportażu i Weekend.Gazeta.pl w ramach grantu m.st. Warszawy 'Dziedzictwo Warszawy'. Oprac. Marta Kondrusik