Ile jest wróbli w Warszawie?
Rozprawa sądowa datowana na 1945-1950 rok (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Rozprawa sądowa datowana na 1945-1950 rok (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Tekst został opublikowany w ramach projektu "Ile jest wróbli w Warszawie" finansowanego przez m.st. Warszawę.

***

W ramach projektu przypominamy pięć reportaży dotyczących Warszawy opublikowanych w ostatnim stuleciu. Przygotowaliśmy także pięć nowych artykułów nawiązujących do miejsc i problemów poruszonych w tekstach historycznych.

***

"Sądy", rok 1965 

W czasie jednej z dramatycznych rozpraw sądowych – chodziło o ponure morderstwo – autor przewodnika spotkał starego człowieka. W przerwie człowiek ten towarzyszył mu w komentarzach do sprawy. Uderzony obiektywizmem jego opinii i znajomością prawa autor zapytał, kim jest i w jakim charakterze przybył do świątyni Temidy. Odpowiedział, że mieszka w Krakowie, jest długoletnim ławnikiem sądowym, a w Warszawie przebywa właśnie u córki na urlopie. Przychodzi więc na całe dnie do sądu i tutaj – jak twierdzi – odpoczywa.  

Pewien wybitny adwokat wybiera się po raz pierwszy w życiu do Włoch. Pytano go, co ma zamiar obejrzeć w słonecznej Italii. Wyjaśnił natychmiast: "Oczywiście sądy, to przecież piekielnie ciekawe!". Nie Krzywa Wieża w Pizie, nie Wezuwiusz i nie Koloseum – sądy! Bo – rozumiecie – język prawników jest jak łacina w liturgii kościelnej. Gdziekolwiek pojedziesz, wszędzie to samo. Piekielnie ciekawe! 

Tak, sąd to cudowne miejsce! Tu się dopiero oddycha pełną piersią, tu się widzi życie najpełniej, tu się ogląda setki sensacyjnych sztuk. Tak, nie trzeba studiować ksiąg mądrości, słuchać wykładów znanych moralizatorów, socjologów, psychologów – wystarczy przyjść na ulicę Świerczewskiego, do tego domu-bunkra, na którym wyryto dumne słowa: "Sprawiedliwość jest ostoją mocy i trwałości Rzeczypospolitej".

Gmach Sądu Okręgowego w Warszawie mieszczący się w budynku przy al. 'Solidarności' 127 (adres przedwojenny ul. Leszno 53/55)
Gmach Sądu Okręgowego w Warszawie mieszczący się w budynku przy al. 'Solidarności' 127 (adres przedwojenny ul. Leszno 53/55) Autorstwa Edmund Kupiecki - Warszawa. Krajobraz i architektura, Wydawnictwo Arkady, Warszawa 1963, p.106. Domena publiczna via Wikipedia Commons

Ktoś może mieć tylko tę drobną wątpliwość, czy aby najprzyjemniej jest nurzać się okrągły rok w rynsztoku, do którego spływają wszystkie nieszczęścia ludzkie. Uczucie pełnej satysfakcji z przebywania w tym niezwykłym domu zepsuje mu tylko fakt, że tyle tu łez, zgrzytania zębów, nerwowego wykręcania sobie palców. Oczywiście klinika chirurgiczna i cmentarz to także instytucje społecznie użyteczne, a nawet niezbędne. Ale dopiero po wielu latach krew przestaje działać na chirurga, grabarze zaś opowiadają sobie podczas pogrzebów słone dowcipy. 

Do Wenecji jeździmy oglądać plac Świętego Marka – do gmachu sądów przy Trasie W-Z wchodzimy z przekonaniem, że nie najprzyjemniejsze przeżycia setek oskarżonych, oskarżycieli i świadków będą tego dnia również naszym udziałem. 

Dochodzi dziewiąta. Szerokimi schodami sunie lawa ludzka. Jeszcze nie wiadomo, kto jest kim. Jeszcze wszyscy są sobie równi, noszą podobne płaszcze, podobne kapelusze. Za kilkanaście minut jedni zasiądą na ławie oskarżonych, a drudzy przywdzieją uroczyste togi i zawieszą sobie pod brodą złote łańcuchy. Wtedy już jedni będą ferować, a inni będą poddawać się ich wyrokom. Wtedy podział będzie ostry: na posiadających władzę i na wysłuchujących decyzji, od których nieraz zależy cały ich los. 

Skomplikowany labirynt wypełnia się oczekującymi na rozprawy. Ławki pod oknami są już gęsto obsadzone, dym papierosowy snuje się już długimi pasmami, grupy osób oblepiają drzwi do czterdziestu sal rozpraw, studiują kartki wokandy, szukając właściwych nazwisk i usiłując dopowiedzieć sobie, co oznaczają cyfry artykułów i paragrafów oraz sygnatura akt. 

W kilka minut po dziewiątej na korytarzach robi się na moment nieco luźniej. Woźni nieprzychylnym głosem wywołują świadków. Publiczność zajmuje stanowiska na widowniach. Skrzypią drzwi. Szepczą adwokaci ze swymi klientami. Szeleszczą arkusze papieru. Bywa, że przez gmach na Świerczewskiego przewinie się dziennie sześć–siedem tysięcy osób. Co miesiąc odbywa się w sądach wiele tysięcy rozpraw. W samej tylko pierwszej instancji sądu wojewódzkiego notowanych jest co miesiąc 500 spraw cywilnych, w sądach powiatowych cyfra ta jest jeszcze wyższa. 

Przejdźmy się korytarzem. Ludzie siedzą apatycznie, gryzą kromki chleba, śpią, oddychają ciężko, palą papierosy, współczują prowadzonym przez milicjantów więźniom. Trochę poczekalnia w ambulatorium, a trochę dworzec kolejowy. Leciwa kobieta peroruje coś obsadzie jednej z ławek. Przed chwilą opuściła salę rozpraw i teraz streszcza swoimi słowami przewód sądowy. Mówi wszystko to, czego nie chciano wysłuchać na sali. 

– Co ja mam do tego pana?... Absolutnie nic! Żądam tylko sprawiedliwości.  

W kącie korytarza kłębi się kilkunastu wyrostków. Na sali mruganiem i uśmiechami podtrzymywali na duchu swego towarzysza. Teraz pokrzepiają go grubymi słowami i nadzieją na wyłganie się ze sprawy.  

Z masywną niewiastą w kolorowej chustce przyszło całe podwórko. Byli świadkami pyskówki, więc muszą uczestniczyć w podobnym charakterze i teraz. 

Trzech adwokatów (do gmachu sądów przychodzi stale około 300 adwokatów) w togach z zielonymi żabotami bawi się wesołą rozmową. Milkną nagle, kiedy obok nich przechodzi starzec w todze z fioletowym żabotem. "Dzień dobry, panie sędzio!" – "Dzień dobry panom mecenasom!" Już skręcił za róg. 

– Ten hipopotam wlepił mi w zeszłym tygodniu cztery lata – objaśnia swoich kolegów jeden z adwokatów. 

Pod salą numer 18 przechadza się długimi krokami wytworny mężczyzna w dobrze wyczyszczonych bucikach. Od czasu do czasu zerka nerwowo na zegarek. Że niby on tu tylko na chwilę i w ogóle jakieś nieporozumienie. 

Proces kobiety oskarżonej o bratobójstwo przed Sądem Okręgowym w Warszawie, 1939 rok
Proces kobiety oskarżonej o bratobójstwo przed Sądem Okręgowym w Warszawie, 1939 rok Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Kobiety pod ścianą mają o elegancie swoje zdanie: 

– Beknie tym razem ten hochsztapler. Dwieście tysięcy ukraść biednej wdowie! 

Z sali numer 9 wychodzi chłop wysoki jak Roch Kowalski. Minutę temu stał przed sądem z oczami skromnie spuszczonymi, pochlipywał nawet, prosił głosem żałośnym o litość dla swych dzieci. Teraz jest już znowu pewnym siebie byczkiem, którego lepiej nie spotykać w ciemnej ulicy.  

Kilkanaście metrów dalej krzyczy mężczyzna o pochylonych plecach. Wymyśla kobiecie siedzącej bez słowa na ławce. Z krzyku wynika, że to jego żona. Stojący najbliżej słuchają bez wyrazu. Trochę dalej nikt już na to nie zwraca uwagi. 

Strzępy słów, strzępy rozmów, z których każda godna jest dialogu z włoskiego filmu.  

– Panie, on przychodzi codziennie, a teraz mówi, że to nie jego! 

– Dajcie ludziom większe pensje, to nie będą kradli. 

– Proszę pana, proszę pana, niech pan na sali mówi, że pan tego listu nie zna, bo ja tak zeznałam. 

– Sam wleciał pod koła, pchał się do nieba. 

– Panie mecenasie, pan tak mówił, że sam uwierzyłem w swoją niewinność. 

– Całe życie przeżyłem spokojnie, a na starość człowieka po sądach ciągają. 

– Teraz mi się nie wymknie, dwa lata zastawiałem na niego pułapkę, ale go wreszcie mam. 

– Jak Boga kocham, nie miałem kochanki! 

– Ale co, panie kolego, zgrabnie to wygrzebałem? Mało znane orzeczenie Sądu Najwyższego. 

– Paniusiu złota, po co byłyby mi te pieniądze? 

– Oho, ja dobrze pamiętam tego łobuza, to ten! 

Piękne miejsce, nie ma co! Było przed pierwszą i drugą wojną, a pewnie będzie jeszcze przez dłuższy czas. Kiedy w 1939 roku w czerwcu oddano ten gmach do użytku, mieścił się tu tylko sąd grodzki. Teraz są i powiatowe, i wojewódzki, i najwyższy, i ministerstwo, i cała kupa urzędów. Bomby nie dały budynkowi rady. W latach okupacji przechodziły tędy całe transporty uciekinierów z sąsiedniego getta. Następnie Niemcy zrobili sobie szpital. A potem znowu wszystko wróciło do punktu wyjściowego – w gmachu celebrowany jest nadal smutny obrządek przekładania na język praktyczny abstrakcyjnego pojęcia "sprawiedliwość". 

Proszę spojrzeć, pod oknem stoi młody człowiek o zmęczonych oczach. Zaciąga się chciwie papierosem. Sędzia. Właśnie zarządził piętnastominutową przerwę w rozprawie i teraz, zanim uda się na naradę z ławnikami, chce przez chwilę zostać sam. Ma wydać wyrok w sprawie, w której Kodeks karny przewiduje karę śmierci. Sędzia ma pewnie swoje zmartwienia rodzinne, ma i kłopoty finansowe, ale w takim momencie oderwał się od własnego życia całkowicie. Trudna, odpowiedzialna funkcja sądzenia ludzi! Jedni pełnią ją w poczuciu posłannictwa i z sumieniem targanym wątpliwościami. Inni, niestety, w latach ubiegłych nie mieli wątpliwości skrupułów. 

Młody sędzia nie jest też bezdusznym rutyniarzem, to się widzi, to się wie po pierwszych już zamienionych z nim słowach. 

Dopala papierosa i gasi go na pudełku od zapałek. Los oskarżonego jest nie do pozazdroszczenia, ale znalazł się przynajmniej w uczciwych rękach.  

Wbrew temu, co się na ogół przypuszcza, nie wielkie procesy i nie sensacyjne zbrodnie kształtują oblicze sądu. O jego dniu powszednim decydują sprawy uporczywe jak katar. 

W wydziałach cywilnych sądu wojewódzkiego około 40 proc. spraw dotyczy Kodeksu rodzinnego, a zatem rozwodów i zaprzeczenia urodzenia z małżeństwa. Na drugim miejscu znajdują się sprawy "mancowe" (15–20 proc.), na trzecim – wypadki przy pracy i w komunikacji. W wydziale karnym tegoż sądu najwięcej jest, bo do 40 proc., przestępstw gospodarczych (łapówki, nadużycia, niedopełnienie obowiązków) oraz spraw, które są wynikiem wypadków drogowych (około 15 proc.). 

Te cyfry ilustrują najbardziej palące problemy społeczne: rozkład życia rodzinnego, kradzież mienia społecznego i stopień skorumpowania, nieodpowiedzialność, niskie walory fachowe i moralne kierowców samochodowych. Natomiast wielce pocieszający jest fakt całkowitego niemal zaniku spraw o podłożu politycznym, na przykład smutnej pamięci spraw z artykułu 22 Małego kodeksu karnego (szeptana propaganda). 

Film 'Zeznanie szpiega' (reż. Jerzy Hoffman, Edward Skórzewski), 1968 rok. Scena w sądzie, w kadrze widoczny skład sędziowski
Film 'Zeznanie szpiega' (reż. Jerzy Hoffman, Edward Skórzewski), 1968 rok. Scena w sądzie, w kadrze widoczny skład sędziowski Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Jedną z najliczniejszych grup spraw były w 1957 roku procesy rehabilitacyjne. Przez gmach sądów przeciągała wielka fala oczyszczająca. Zwracano honor i naprawiano krzywdy niesłusznie skazanym. 

W bilansie spraw sądowych pokaźną pozycję zajmuje kategoria przestępstw zwanych popularnie "pyskówkami". Większość tych spraw jest rezultatem katastrofalnych warunków mieszkaniowych, konieczności współżycia pod jednym dachem ludzi o różnym poziomie kultury. Miesiącami ciągną się te sprawy, doprowadzając do stanu ostatecznej depresji strony i do zupełnej rozpaczy sędziów.  

W stosunku do okresu przedwojennego charakter spraw przesunął się wybitnie w kierunku karnym. Spraw cywilnych jest dużo mniej i o znacznie mniejszej skali "gatunkowej". 

Nikt nie popełnia przestępstwa z powietrza. Coś go do tego doprowadza. Dlatego warto badać nie tylko skutki, ale i przyczyny. 

Sąd zajmuje się już jednak przede wszystkim skutkami. Dokonuje operacji lub podejmuje zabieg leczniczy w interesie społecznym. Próbuje przeciwstawić się patologii moralności, szuka lekarstwa i środków profilaktycznych lub po prostu – tnie. 

Wejdźmy teraz do pierwszej lepszej sali. Oskarżony, jego obrońca, trybunał, oskarżyciel, publiczność. Cisza. Może ci, którzy porównują sąd do szpitala, mają rację. Ale to także teatr. Togi, łańcuch, orzeł, wstawanie do przemówień, ustalone formuły, rytuał niemal sakralny. Nie byłyby tu dysonansem nawet angielskie peruki. 

Ale aktor – nawet najwybitniejszy – kiedy gra Napoleona, nie przestaje być aktorem, nie przestaje być sobą. Sędzia "gra" sprawiedliwość. Personifikuje pojęcie abstrakcyjne, a wszyscy się z tym godzą. Co prawda wyrok sprawiedliwy zapada w rozumieniu tego, co go wydaje, ale nikt nie usiłuje podważyć tego subiektywnego w dużym stopniu punktu widzenia. 

Co więcej, bardzo się tym wszyscy przejmują. Akcesoria teatralne działają. Najinteligentniejsi ludzie gubią wątek, kiedy stają przed sądem. Pewien wytrawny adwokat opowiada, jak straszliwie się peszył, kiedy przyszło mu zeznawać w charakterze świadka. Człowiek prosty ma szacunek dla sądu, bo się go boi, człowiek inteligentny – bo skłonny jest rozumieć pojęcia oderwane; on nie widzi ładnej, młodej dziewczyny za stołem sędziowskim, on dostrzega wymiar sprawiedliwości. 

Oskarżony wstaje, by wygłosić ostatnie słowo. Zaczyna: "Wysoki sądzie…". Sędzia poprawia łańcuch. Woźny chrząka. Publiczność porusza się w ławach. Przedstawienie trwa. 

I tak przez cały okrągły sądny dzień. Sprawa po sprawie. Artykuł ten, artykuł tamten. Sąd udaje się na naradę. Obrońca wygłasza orację na miarę starożytnego Rzymu. Świadkowie oskarżenia ustalają precyzyjnie linię postępowania. Oskarżony zastanawia się, czy dostanie pięć, czy siedem lat. Sąd umarza sprawę, sąd odracza, sąd nakazuje, sąd postanawia. Ludzie słuchają, ludzie wchodzą, wychodzą, oddają płaszcze do szatni, kupują gazety w kiosku, idą z adwokatem do bufetu na kawę. Ludzie szukają obrony, żałują za przewinienia – ludzie kłamią, pozorują luki myślowe, symulują chorobę, obmyślają następne łajdactwa.  

W czterdziestu salach trwa nieustanna walka. Walka o wolność, o życie, o godność, o pieniądze. Ustalić prawdę to znaczy ustalić fakty. Sąd zbiera fakty, wsłuchuje się w argumenty stron. Prawdę zna często tylko ten, co siedzi na ławie oskarżonych, lansuje swoją wersję faktów. Z wielu wersji sąd musi wybrać najwiarygodniejszą, potwierdzalną dowodami. A wybrać znaczy wywalczyć. 

Namiętności kończą się na korytarzu. Tu panuje wulgarny komentarz, lapidarna ocena ludzi i wydarzeń. Tu nie obowiązuje gorset kodeksów i liturgia sądowa. 

Ile jest wróbli w Warszawie? Wspólny projekt Instytutu Reportażu i Weekend.Gazeta.pl w ramach grantu m.st. Warszawy 'Dziedzictwo Warszawy'.
Ile jest wróbli w Warszawie? Wspólny projekt Instytutu Reportażu i Weekend.Gazeta.pl w ramach grantu m.st. Warszawy 'Dziedzictwo Warszawy'. Oprac. Marta Kondrusik