Tekst został opublikowany w ramach projektu "Ile jest wróbli w Warszawie" finansowanego przez m.st. Warszawę.
***
W ramach projektu przypominamy pięć reportaży dotyczących Warszawy opublikowanych w ostatnim stuleciu. Przygotowaliśmy także pięć nowych artykułów nawiązujących do miejsc i problemów poruszonych w tekstach historycznych.
***
"Syn", rok 1977
Wszystkie chcą mieć syna. Rozmawiały o tym w środę przed obchodem. Pani Kozłowska, technik chemik, lat dwadzieścia siedem, ta, która leży pod oknem, powiedziała:
– Mężczyźnie w życiu lżej.
Dziewczyna zakocha się nie w tym, co trzeba: córka cierpi i matka cierpi. A może to tylko pani Kozłowska spotykała same takie nieszczęśliwie zakochane dziewczyny? Ona nie miała nieszczęśliwych miłości, ale życie ma takie: powrzuca garnki do zlewu, jest już dziewiętnasta, mąż wyżera z lodówki kiełbasę, a pani Kozłowska nie czuje się wolna.
– Syna. I tylko jednego. Żeby miał zapewnione życie – powiedziała pani Zawadzka, krawcowa, lat dwadzieścia, ta, która leży pod drzwiami.
Urodzi tego syna, a potem ułożą sobie z mężem takie normalne życie – z wyjazdami na wczasy albo do kwater prywatnych.
Pani Gębala, rolnik spod Warszawy, ta, która leży na dostawce, też szybko się zdecydowała. Wyszła za mąż raczej z miłości z wzajemnością i mąż powiedział: "Nie będziemy się tak o wszystko zabijać, dopiero po dziecku dołożymy sobie trochę tego komfortu".
Środa nie jest dniem odwiedzin, ale mąż pani Wozak, dwudziestodwuletniej kadrowej, jakoś się wkręcił. Miał dla żony ważną wiadomość. Już myśleli, że jak wstawią łóżeczko, to będą musieli zrezygnować z ławy, ale mąż właśnie postanowił, że dorobi nogi na zawiasach, i proszę sobie wyobrazić – ława się zmieści.
Pierwsze dziecko urodzi również pani Zielińska, inżynier, lat trzydzieści. Bardzo się bała ustabilizowanego życia – ona i jej koleżanki ze studiów. A teraz wszystkie jej mówią: "Słuchaj, strasznie ci zazdrościmy".
– Specjalnie nie ma czego – powiedziała sąsiadka z prawej, pani Kujawa, lat trzydzieści sześć, pracownik działu gospodarczego spółdzielni inwalidów.
Pani Kujawa też chciała mieć tylko jedynaka, żeby nie pragnął tego czy tamtego, ale żeby miał wszystko. A tu proszę – trzecie!
– Niepotrzebne mi to dziecko. Niepotrzebne przy mojej chorobie.
Ma tylko dwa i poł miliona czerwonych ciałek i mówi, że to na pewno na tle nerwowym: człowiek się denerwuje, bo nie wie, czy kupić coś do zjedzenia, czy do ubrania. Owszem, miała kiedyś bogatego, ale on przyprowadził raz kolegę. No i ten bogaty poszedł, a biedny został.
Ale dobry jest. Odwiedził ją wczoraj i mówił, że bardzo na nią czeka. Uczy się do egzaminu na wyższą grupę1, a bez niej nic mu nie wchodzi do głowy. Jak na jednej stronie ustał – tak stoi.
Drugie dziecko urodzi pani Justyniak, kasjer okienkowy, lat dwadzieścia siedem, ta z największym brzuchem, i pani Żurek, lat trzydzieści jeden, gospodyni drewnianej rudery na Targówku.
Teściowa była przeciwna i wszyscy znajomi bardzo się dziwili, bo państwo Żurkowie w ciągu trzech lat zmienili siedem mieszkań, a raz nawet spali z wózkiem na dworcu.
– Ten własny kąt to jednak dużo w małżeństwie daje – mówi pani Żurek. – Trudno. Przekołowaliśmy się z jednym dzieckiem, to przekołujemy się i z drugim. Co za różnica?
– Zasadnicza – powiedziała pani Kozłowska, technik chemik, ta, która leży pod oknem. – Jedno nauczę, co jest dobre, a co złe. Ale dwojga się nie podejmuję.
– Żeby to można było czegoś nauczyć – wzdycha pani Justyniak, kasjer okienkowy, ta z największym brzuchem.
Ona powie mu tak: "Żyj, jak uważasz za stosowne". I tak będzie miał pretensję.
Dzieciństwo
Będzie chodził do przedszkola i na pływalnię. Będzie grał w tenisa – jeśli moda się utrzyma. Potem pójdzie do szkoły, a pani na pewno będzie lubiła włocławki2.
Przyjdzie ze szkoły, odgrzeje sobie kartofelki. Skończy szkołę, zacznie się piąć. A potem?
– A potem – mówi pani Justyniak – nic rewelacyjnego go nie spotka.
Rada dla syna
– Nie bądź taki roztentegowany, tylko pracuj. Niestety, ale praca człowieka uszlachetnia – powiedziałaby pani Gębala, rolnik spod Warszawy.
– Dopasuj się do sytuacji. Nigdy nic nie planuj, bo i tak ci nie wyjdzie – powiedziałaby pani Justyniak, kasjer okienkowy.
– Rób, co ci każą – powiedziałaby pani Żurek, gospodyni drewnianej rudery na Targówku.
Jej mąż jest kierownikiem ślusarzy – daje zlecenia. Inżynier działkowicz chciał dać swoją robotę poza kolejką. Mąż się nie zgodził i do dziś nie ma trzynastki.
– Nie bądź za wrażliwy, ale kieruj się prawdą – powiedziałaby pani Wozak, kadrowa. Chociaż nigdy mu wprost nie powie: "Słuchaj, to jest nieprawda". Załamałby się i nie wiedział, w co wierzyć. A gdyby spytał, jak jest, to starałaby się go naprowadzić okrężną drogą.
Sam musi wybrać, co uważa za prawdę. A każdy wybiera co innego.
– Kochaj przyrodę – powiedziałaby pani Trepczyńska, ta, która nie może urodzić. To bardzo piękne cieszyć się rosą, a nie przeklinać, że się ma mokre skarpetki. – I bądź dobry jak chleb, co leży na stole. Kto chce, może wziąć.
Pani Trepczyńska pochodzi z katolickiej rodziny, jest wierząca, więc i syna chciałaby pokierować tą drogą.
Tradycja
– Nic takiego u mnie nie ma – pani Wozak, kadrowa, nie przypomina sobie, co jej matce przekazała babka.
Ani pani Zawadzka, krawcowa.
Ani pani inżynier Zielińska.
Co innego tradycje narodowe. Syn musi dobrze znać historię swego kraju. Pani Zielińska będzie to pielęgnować.
– Po co? – dziwi się pani Justyniak, kasjer okienkowy. – Nie można się wzorować na Mickiewiczu czy Słowackim, bo to są odległe czasy.
Za dwadzieścia pięć lat
Ciekawe, ile się będzie czekać na mieszkanie. My żyjemy w Polsce odbudowującej się, dzieciaki będą żyć chyba w odbudowanej. Ale na wszelki wypadek założą dziecku książeczkę, jak skończy rok, góra trzy.
– Bo w naszych warunkach trzeba młodego wyręczyć.
Syn pani Żurek, gospodyni drewnianej rudery na Targówku, będzie mieszkał w ciekawie urządzonym mieszkaniu: dużo poduszek, puszysty dywan, pani Żurek już nie żąda skór tygrysa.
– Pensja pięć tysięcy, własne mieszkanie, a w nim wszystko najedzone i poubierane.
Ale na wszelki wypadek będzie go od maleńkiego uczyła, że bez wielu rzeczy można się w życiu obejść.
Odwrotnie niż pani Wozak, kadrowa. Jej zdaniem, jak się chce – wszystko można osiągnąć.
– Mieliśmy niepraktyczny regał i doszliśmy do wniosku, że przydałaby się komoda. Stolarz powiedział, że nie da się przerobić, a mąż zrobił pięć szufladek i dwie półeczki.
No i proszę, jak się chce, wszystko można.
Pani Justyniak, kasjer okienkowy, bardzo się martwi, że źle się na świecie dzieje: powodzie, głód, kotłuje się wszystko i trzęsie. Ludzie kopią tę ziemię, wiercą, a w środku – wszystko puste! Ludzie są wściekli.
Starsze kobiety mówią, że małżeństw nie będzie, śluby zanikną.
Za dwadzieścia pięć lat więcej będzie ludzi wykształconych i jak jeden z drugim się pogodzi?
W instytucie pani Kozłowskiej już teraz jest ciężko. Przeprowadzono badania nad masami tynkopodobnymi – coś genialnego. Szybko wdrożono do produkcji.
– No, niestety – mówi pani Kozłowska – ale za dwa lata te domy się odbarwią i trzeba je będzie tynkować od nowa. Teraz już nic nie można zrobić, bo wielu ludzi zleciałoby ze stołków. Do instytutu przyszedł młody inżynier po studiach. Miał pomysł na masy tynkopodobne, chciał poprawić; przesunięto go do gipsów.
– Chyba tak nie będzie, żeby człowiek realizował się w pracy. Musiałby się stać wielki cud.
Niech będzie
– Zwykłym ślusarzem. – Pani Kujawa chciała do niedawna, żeby był piosenkarzem.
Ale jednak nie. Ciągle wyrastają młode talenty i ci piosenkarze strasznie się denerwują.
– Te piosenkarze mają jeszcze gorzej jak te ślusarze. Żeby robił coś takiego, aby zarobił, a nikt go nie szarpał. Ale co by to mogło być? – martwi się pani Kujawa. – Nawet do dozorcy mają pretensje, że niepomyte klatki. Nawet do tego, co kopie dół, przyjdzie kierownik i powie: "Za duży żeś wykopał".
– Więc mógłby być artystą pisarzem – mówi pani Zawadzka, krawcowa, ta, która leży pod drzwiami. – Ale sławnym. I żeby pisał coś z życia wzięte.
– Eee tam. Nie napisze...
– No to profesorem, podróżnikiem czy czymś w tym rodzaju. Miałby możliwość wyjazdów, zwiedziłby starożytne kraje – marzy pani Justyniak. – Miałby wspomnienia z pracy i urozmaicone życie.
– Życie nie jest monotonne – uważa pani Gębala, rolnik spod Warszawy, ta, co leży na dostawce. – Wiosna, lato, jesień, zima, niby tak w kółko, ale przecież każdy rok jest inny.
Jej syn będzie mechanikiem w kołku rolniczym. To wcale nie jest monotonna praca. Jednego dnia zreperuje kombajn zbożowy, a drugiego buraczany. Jeśli akurat będą części.
– To już lepiej inżynier – mówi pani Wozak, kadrowa. – Inżynier elektronik.
Pani Wozak zna wielu elektroników i jak oni rozmawiają, to jest dla niej chińszczyzna, ale naprawdę bardzo ciekawa.
Inżynier elektronik wynalazca. Żeby odkrył coś dobrego dla ludzi. Mówiliby wtedy: "Ach! Jednak doczekaliśmy się! Jednak znalazło się rozwiązanie!".
Inżynier elektronik wynalazca – ale nie naukowiec.
Bo pani Wozak słyszała, że naukowcy mają u nas z odkryciami bardzo duże trudności.
Jego dzień
Wyjście do pracy, przyjście, wyjście z żoną do kina, przyjście.
Kariera
Pani Zawadzka, krawcowa, uważa, że gdyby działał, unowocześniał, to może i tym dyrektorem by został.
– Ale czy dyrektor pracuje? Nie. On żeruje na innych i poniża szarego człowieka. – Pani Gębala, rolnik spod Warszawy, nie mówi, że wszyscy są tacy, pokazują ich czasem w telewizji. Ale w dużej ilości to pasibrzuchy.
– On dyrektor? Tak go ta praca dyrektorska rozbodzie, że przyjedzie do matki, ona mu ugotuje rosołek, a on położy się na leżaku. I to byłoby bardzo przykre.
Dyrektor – owszem, ma pieniądze, ma uznanie, ale on nie mówi szczerze. No, chyba że człowiek starszej daty.
– I współczuć takiemu dyrektorowi należy bardzo. – Pani Justyniak nie chciałaby, żeby syn robił taką karierę.
Ani pani Kozłowska, technik chemik. Ani pani inżynier Zielińska.
Idea
Co może być takiego, żeby się poświęcić?
Dalej kariera
Przewodniczący w związkach zawodowych? Gdyby chciał – czemu nie? Wszystko jest dla ludzi. Pani Wozak, kadrowa, nie lubi polityki. Nie lubi, nie interesuje się. Gdyby on polubił – no, trudno!
Ale nie daj Boże wtrąciłby się na margines społeczny – tego by nie przeżyła.
Pani Justyniak, kasjer okienkowy, mówi, że dyplomata ma dobre życie. Ale dziś jest, a jutro co z nim może być?
– Tak, tak – zgadza się pani Gębala, rolnik spod Warszawy, ta, co leży na dostawce. – Nie należy się wtajemniczać w sprawy państwowe, bo tego żaden prywatny mózg nie rozwikła.
U nich w rodzinie nikt takimi sprawami się nie zajmował, choć tato był dwie kadencje sołtysem. Ale zrezygnował.
I jak pani Gębala sobie pomyśli, że syn miałby być naczelnikiem gminy, to aż dreszcze ją przechodzą. Taka martwica panuje w jej naczelniku, że nic nie można załatwić. Matka pani Gębali nie umie się wysłowić i zanim co powie, to już naczelnik nie ma czasu.
Uczciwość
Matka pani Justyniak, tej z największym brzuchem, nawet często używa tego słowa. Ale dla pani Justyniak mogłoby go w ogóle nie być.
– Nie pasuje do nikogo, kogo znam.
A pani Gębala, rolnik spod Warszawy, widzi po sobie, że uczciwością dalej zajedzie niż nieuczciwością. Zajechała właśnie z paszą do pół drogi, kiedy zorientowała się, że kasjerka wydała jej za dużo reszty. Wróciła i dobrze zrobiła.
"Kochana, powiedziała kasjerka, ja już do pani wysłałam zawiadomienie: »Jeśli pani nie zwróci, oprze się to w sądzie«".
– Ale czasem człowiek w ogóle nie wie, czego się trzymać – mówi pani Justyniak, kasjer okienkowy. – Na przykład sytuacja: stanąć po stronie człowieka i być wyrzuconym z pracy czy nie stanąć i zostać.
Pani Zawadzka, krawcowa, uważa, że jest to sytuacja makabryczna.
A może być tak, jak mówi pani Kujawa, że syna wyrzucą, a człowieka zostawią. Nie wtrącaj się w nie swoje sprawy – poradziłaby.
Skoro człowiek, to powinien rozumieć.
– Dlaczego obaj mają płacić, jeśli jeden może? – pyta pani Żurek, która chciałaby, aby syn miał wielu przyjaciół.
– Uczciwy zawsze znajdzie przyjaciół.
– Ale nie można mówić: "Żyj uczciwie", bo dla każdego jest granica.
Pani Justyniak nie powie tak synowi.
Panią inżynier Zielińską czeka teraz przykra sprawa. Będzie musiała zamienić to M2 Za Żelazną Bramą, a spółdzielnia już od kilku lat nie przyjmuje podań. No, trudno, coś wymyśli, bo przecież w każdym tkwi chęć, żeby sobie ułożyć to życie.
– Stosujemy rożne chwyty ze smutkiem, ale martwię się, że syn już mojego smutku nie zrozumie.
- Chodzi o wyższą grupę zaszeregowania, tj. grupę stanowisk, którym są przyporządkowane określone kwoty wynagrodzenia.
- Włocławki – bogato zdobione fajansowe naczynia w charakterystyczny wzór kwiatowy.
Barbara N. Łopieńska, Łapa w łapę i inne reportaże, Warszawa: Iskry 2004, s. 11–18.

