Ola, która pracowała w biurze jednego z największych deweloperów na północy kraju, opowiada: – W naszym biurze dział usterek to były trzy dziewczyny wzięte do pracy z łapanki, bez żadnej wiedzy budowlanej. Siedziały w salce bez okna tylko po to, żeby odbierać telefony. Nie widziałam chyba w życiu bardziej nieszczęśliwych ludzi niż one.*
Nie było takiego momentu, żeby tam nie dzwonił telefon. W naszych blokach wiecznie nie działały wentylacje, wchodził grzyb, tynki odpadały, drzwi się nie domykały, stolarka była wiecznie jakaś niedorobiona. Dziewczyny mówiły: "Oczywiście, poprawimy". I nikt się nie pojawiał, więc ci ludzie byli coraz bardziej wkurzeni, coraz częściej dzwonili na usterki. No i się darli na te biedne dziewczyny, więc one w końcu wysyłały maila do pana Romana: "Hej, panie Romanie, pójdzie pan?".
Roman idzie z osuszaczem i osusza, a to nic nie daje, bo to wentylacja jest zła. Albo Roman brał ekipę i szli łatać ściany, ale nic tak naprawdę nie naprawiali, bo to było tylko pudrowanie trupa, dwa miesiące mijały i tynk znowu odpadał. Szefowie na usterki mieli wywalone, bo to nie były poważne sprawy, nie tak że komuś sufit spadł na głowę, tylko takie drobne rzeczy, że mieszkanie zużywa się szybciej, niż powinno. Kto ci pójdzie do gazety, że mu tynk odpada ze ściany od pół roku?
Z dziewczynami siedział taki chłopak, co kiedyś był kierownikiem budowy, a dzisiaj kierownikiem działu usterek. Dziewczyny miały wytyczne, co mogą przyjąć jako usterkę, a co mają odrzucić, a że nie miały żadnej wiedzy technicznej, to co chwila pytały kierownika. I on zawsze odpowiadał: "Odrzucamy. Z założenia odrzucamy. Macie spławiać tych ludzi".
Martyna, która zajmuje się projektowaniem wnętrz, opowiada o licznych niespodziankach, jakie odkrywają klienci już po tym, gdy odbiorą klucze do mieszkania. – Kiedyś zadzwonił klient, że właśnie wszedł do mieszkania, a ze ściany w korytarzu wystaje jakaś rura. Deweloper powiedział, że nie mogą jej usunąć, bo to jest rura od kanalizacji. Kolejny przykład: rura do ubikacji wyprowadzona do ściany, niepodłączona do żadnej kanalizacji. To są przypadki skrajne, ale drobniejsze rzeczy zdarzają się cały czas.
Dlaczego spółki pozwalają sobie na takie niedbalstwo, nie przejmując się chociażby opiniami w internecie? Według Martyny firmy deweloperskie jeszcze do niedawna nie musiały dbać o renomę. Klienci i tak byli na nie skazani. – Ludzie są świadomi, że deweloperzy odwalają różne rzeczy, opinie o 90 procentach deweloperów są beznadziejne. Nie możesz przy zakupie kierować się opiniami, bo nigdy nic nie wybierzesz. To jest szukanie najlepszej ze złych opcji.
To światło się tak załamuje
Dla klienta najważniejszym momentem jest odbiór lokalu. To wtedy mamy prawo wpisać wykryte usterki do protokołu, z którego będziemy rozliczać dewelopera. Rafał Mikołajczyk widzi, według jakich scenariuszy działają spółki deweloperskie. Weźmy firmę M., jedną z największych na rynku. Tu działa strategia na pracowników warcząco-skwierczących, poganiających, niemiłych, zniechęcających klienta. Rafała na odbiorach traktują jak intruza, na zasadzie: "Ale co pan się czepia, przecież to nie było za miliony budowane, po co ten kątownik, nie róbmy scen". – Ostatnio jestem na odbiorze – opowiada Rafał. – Sprawdzam, widzę, że ściana nie trzyma kąta. Pracownik dewelopera mówi: "Tu szafa będzie stała, prawda?". "No, chyba tak", odpowiadam. "No tak myślałem, że będzie stała szafa. No to przecież jakie te trzy milimetry mają znaczenie. Niech pan da spokój, nie róbmy ludziom wody z mózgu".
W spółce D. odbiorów po stronie dewelopera dokonuje pan Krzysztof. Rafał z nostalgią wspomina wspólne odbiory z tym człowiekiem. Na przykład wtedy, gdy o pomoc poprosiła go młoda para kupująca mieszkanie w Warszawie. – Przychodzę, mierzę, sprawdzam i zaraz widzę usterki – mówi Rafał. – Ścianie w kuchni brakowało prostego kąta, odchylenie liczyło cztery milimetry ponad normę. Krzysztof woła do mnie: "Nie, chwileczkę, pan to źle mierzy, kątownica jest źle przyłożona. Proszę bardzo, pan ustawia, przykładamy poziomicę. No, i ile jest?". "Siedem milimetrów". Krzysztof nagle zmienia temat, jakby poprzednia sytuacja w ogóle się nie wydarzyła: "Proszę państwa, bardzo ważna rzecz, wentylacja w łazience. Ja państwa poprowadzę".
Ciągnie to małżeństwo do wentylacji, wracają, Krzysztof woła do mnie: "No to co, sprawdził pan wszystko?". "Panie Krzysztofie, w kuchni brakuje kąta". "Co pan mówi, niemożliwe", jakby nastąpił totalny reset. Wszystko powtarzamy: kątownica, klin, wychodzi osiem milimetrów. A Krzysztof znowu swoje: "Proszę państwa, ważna sprawa, liczniki". Za chwilę znowu: "No to co, skończył pan?". "Brakuje kąta". "No co pan mówi. To się nie tak mierzy", i w tym momencie włączyła się klientka: "Ku*wa, albo pan wpisze w ten protokół brak kąta, albo my wychodzimy". Wpisał, ale z bólem serca.
Kiedy indziej Krzysztof patrzy na plamę na tynku i przekonuje mnie: "To światło się w oknie załamuje, za godzinę tej plamy nie będzie". Albo idziemy na odbiór na Targówku, ja i państwo ze szczeniaczkiem na rękach. Przychodzi Krzysztof i mówi: "Proszę pana, dajmy już sobie spokój. I tak nic nie znajdziemy. A ludzie są pomęczeni, piesek musi na jakąś szmatę sikać. Zakończmy tę męczarnię". Odbiór trwał trzy i pół godziny. Krzychu zastosował wszystkie metody spowalniające. A czemu tak wyglądają odbiory z Krzysztofem? To proste: bo jest przedstawicielem dewelopera. Jego zadaniem jest obronić wady.
Deweloper D. przyznaje premię pracownikom, którzy oddawali mieszkania bez żadnej uznanej wady. Tak działają duże spółki. Jeszcze ciekawiej jest na odbiorach u małych deweloperów z gatunku "Heniek & Szwagier Company". Tutaj większość problemów ma jedno źródło: do deweloperki zabierają się ludzie, którzy o budownictwie nie mają zielonego pojęcia. – Odbierałem domek na przedmieściach Warszawy – opowiada Rafał. – Wchodzimy z klientką na poddasze, a tam membrana dachowa cała w brązowych plamach. A to ważny element, bo izoluje i zabezpiecza nam dach. Facet mówi: "No, złapała kolor membrana, państwo i tak to karton-gipsem będziecie okładać".
Wyprułem ze dwie zszywki z tej membrany, patrzę, a tam jest dziura, że można rękę wystawić i pomachać przez dach. Żadne szpachlowanie temu nie zaradzi. Deweloper nie zmartwił się za bardzo. Wręcz przeciwnie, zaczął na nas krzyczeć: "To jest z prywatnych pieniędzy budowane, żaden bank na to nie dawał. Ja tu swoje pieniążki wyłożyłem, budowałem najlepiej, jak potrafię, więc to musi być dobrze!". Klienci podziękowali za moją pomoc. Nie wiem, jak to się skończyło, ale zakładam, że ulegli i wymienili membranę na własną rękę. Większości osób nie chce się szarpać z deweloperami. Nie wszyscy mają finanse na to, by latami ciągać się z deweloperem po sądach.
Na dzień dobry ciekną ściany
Rafał opowiada mi o młodym małżeństwie, które zainwestowało w siedemdziesięciometrowe mieszkanie w segmencie na przedmieściach Warszawy. Od początku widać było, że z lokalem jest coś nie tak. Pierwsze przyłożenie kątownicy… brak kąta prostego, do tego odpadająca elewacja i kolejne, drobniejsze usterki. W pewnym momencie deweloper mówi do Rafała i jego klientów: "To wy sobie tutaj pracujcie, ja zaraz przyjdę". Rafał dalej pracowicie okleja taśmą miejsca, gdzie dostrzega wady. Klientka dzwoni do dewelopera, że może już wracać. W odpowiedzi słyszy, że mężczyzna już dzisiaj nie przyjedzie, a w ogóle to musi przemyśleć sprawę, bo naprawa elewacji będzie sporo kosztować. Zaproponował, że odda małżeństwu pieniądze, a lokal sprzeda jeszcze raz. Teraz ceny poszły w górę, więc nawet lepiej dla niego. Klientka się zdenerwowała, podjechała do biura dewelopera. Zdążyła przez okno zobaczyć chowającego się szefa firmy i usłyszeć przekręcany w drzwiach klucz. Facet nie doczytał ustawy deweloperskiej, która zmusza go do naprawy. Na szczęście akurat tę klientkę stać było na prawników, którzy wytłumaczyli prezesowi, jak się sprawy mają.
– W Legionowie wchodzę do lokalu, a tam na dzień dobry ściany mokre. Ale tak, że po prostu ciekną. Żaden tynk nie jest suchy, jakby dopiero co go położyli. Mówię do pani deweloper: "Jest zimno, ten tynk powinien być grzany. On w tej chwili nie uzyskuje swoich parametrów". Pani mówi, że owszem, byłby grzany, ale do grzania potrzebny jest prąd. A żeby był prąd, to musi być podpisana umowa z dostawcą prądu. A żeby podpisać umowę z dostawcą prądu, to właściciele muszą lokal odebrać. Tłumaczę jej: "Jak mamy odebrać lokal, w którym tynki nie spełniają podstawowych parametrów?". Na to pani mówi, że to jest złe rozumowanie i w takiej sytuacji, to tu prądu nie będzie nigdy. Ja uniemożliwiam odbiór lokalu przez właścicieli, a skoro nie będzie nigdy prądu, to ten tynk nigdy nie wyschnie. Koło się zamyka!
Pani inwestor zawołała kierownika budowy. Przyszedł pan po sześćdziesiątce, rzucił do mnie kilka niezbyt cenzuralnych słów: "Chłopie, rodzice jeszcze nie wiedzieli, czy będą ciebie robić, a ja już budowałem. Ty mi takie rzeczy opowiadasz?". Trzasnął drzwiami i wyszedł. Pani deweloper mówi do klientów: "To państwo się zastanówcie. Przez tego pana, co go przyprowadziliście, najprawdopodobniej odbiorów nie będzie. I ja nie wiem, jak to zamkniemy, bo tu nikt prądu podłączać nie będzie".
Klienci mi zapłacili, a czy potem przyjęli to mieszkanie, tego nie wiem. Niestety, prawda jest taka, że jak deweloper działa na zasadzie: "Nie mam waszego płaszcza i co mi zrobicie", to wtedy pozostaje prawnik, sąd i mielenie się przez parę lat o coś, co się klientom po prostu należy. Ludzie nie mają czasu, pieniędzy, przechodzą nad tym do porządku dziennego, remontują na własną rękę. Wolą stracić pieniądze niż czas. I na to właśnie liczą deweloperzy.
*Publikujemy fragment książki Bartosza Józefiaka "Patodeweloperka.To nie jest kraj do mieszkania", która ukazała się 15 maja 2024 roku w wydawnictwie Znak Literanova.




