Społeczeństwo
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Tekst został opublikowany w 2022 roku. To jeden z najchętniej przez Was czytanych artykułów Weekendu

***

– Faceci mają jakieś prostsze podejście. "Zrzućmy się po stówce i się bawmy". Idą na paintball, quady albo organizują sobie inne zajęcie, które faktycznie integruje. Owszem, czasem przesadzają z alkoholem, ale to inna sprawa – powiedziała mi Agnieszka, jedna z bohaterek mojego tekstu o wieczorach panieńskich.

Zapytałam trzech mężczyzn, jak wspominają wieczory kawalerskie – swoje lub te, które dla kogoś zorganizowali.

Zbigniew: To nie jest okazja, żeby pić ze smutku i robić komuś pogrzeb

W czwartkowe popołudnie wracam z basenu, a na wycieraczce pod drzwiami stoi kubek z kawą. Obok leży ciasto i koperta. Najpierw pomyślałem, że to sprawka moich sąsiadów. Podnoszę, sprawdzam. Kawa czarna i ciepła. Ciasto wiśniowe, całkiem smaczne. Otwieram kopertę, a tam list gończy z moją twarzą! Do tego jakiś klucz. To była dla mnie wielka radocha! Przyjaciel wiedział, że uwielbiam serial "Twin Peaks" – zrobił z niego temat przewodni wieczoru kawalerskiego.

Wcześniej ustaliliśmy, że to ma być wyjazd. Miesiąc przed ślubem – to bezpieczny zapas na ewentualną rekonwalescencję. Chciałem pojechać gdzieś, gdzie nie byłem. Najlepiej do mniejszej miejscowości, żeby chłopaki nie musieli się wykosztować, ale niezbyt daleko. Padło na Olsztyn. Stworzyłem grupę na Messengerze, zaprosiłem do niej przyjaciół, z którymi chciałem świętować. Napisałem powitalny post i się wyłączyłem. Resztą zajął się przyjaciel, który był moim świadkiem.

W dzień wyjazdu zamiast na dworzec gnam na warszawską Ochotę. Tak nakazują koordynaty, które znalazłem w kopercie. Okazało się, że prowadzą do Pink Flamingo. Brzmi jak klub nocny, ale to knajpa stylizowana na amerykańską. Tam już czeka świadek z szejkiem i burgerem. Mamy czas, żeby chwilę pogadać i sprasować emocje przed wyjazdem. Przyznaję, trochę się stresowałem. A potem na Centralny, spotkać resztę ekipy. Gdy zobaczyłem ich wszystkich, tak się ucieszyłem, że prawie zapomniałem o kluczyku. Przekręcam go w skrzynce na dworcu. W środku jest mapa, odznaka i inne gadżety nawiązujące do serialu. Czułem się jak dzieciak, który wyrusza na wyprawę życia z najlepszymi kumplami.

W pociągu klimat jak w męskiej szatni. Dużo puszenia się i kąśliwe żarty. Do tego muzyka z głośniczka, od Sanah po black metal. No i pierwsze drinki. Wychodząc z pociągu po dwóch godzinach, już byłem zmęczony, ale ja nie mam wybitnie mocnej głowy, piję rzadko. Krótka drzemka w hotelu i ruszamy w miasto.

Mapa prowadzi na starówkę. Zatrzymujemy się przed budynkiem, który wygląda jak centrum handlowe. W środku jasno, sporo dzieci i młodzież, zdecydowanie odbiegamy od średniej wieku. Pani mówi, że trafiliśmy pod właściwy adres: Centrum Rozrywki "Ale Zebra". Potwierdza rezerwację i prowadzi nas do salki dla VIP-ów. Ciemne ściany, kula dyskotekowa, wielki ekran i… stacja karaoke! Natchniony jakimś filmem wspominałem kiedyś świadkowi, że moglibyśmy śpiewać. I proszę! Jest chwila konsternacji, ale zaraz wjeżdżają przekąski, pizza, wódka i whisky. Zaczynamy! Przez otwarte okno kibicują nam z baru obok. Przed północą odpalamy papierosa pod lokalem i przenosimy się do nich.

Wcześniej ustaliliśmy, że to ma być wyjazd. Miesiąc przed ślubem - to bezpieczny zapas na ewentualną rekonwalescencję (fot. Shutterstock)

Nazajutrz strzelnica! Instruktor ma z nas niezły ubaw. Z tak ciętym żartem powinien robić stand-up, niektórzy poczuli się urażeni. Ja nie, bo byłem skupiony, żeby trafić do celu. Potem obiad i dalej impreza. Chłopakom było mało strzelania, więc zaliczyliśmy jeszcze laserowy paintball. W niedzielę drinki do 16.00, a później na pociąg.

Było doskonale, bo nic nie musiałem. Zero obowiązków. Tylko ja, przyjaciele i dobra zabawa. Po powrocie trzy dni mi zeszło na opłakiwaniu tego wyjazdu. W pracy czułem się jak zwierzę w klatce rażone prądem. Dopiero w środę poczułem, że odespałem i mogę wracać do rzeczywistości.

Wieczór kawalerski to ważna impreza. Spotkanie z przyjaciółmi, żeby celebrować moment przejścia. Dobrze, żeby uczestnicy rozumieli, po co tam będą. To nie jest okazja, żeby pić ze smutku i robić komuś pogrzeb. Mężczyzna stabilizuje się życiowo, wchodzi w kolejny etap życia. Trzeba to uczcić! Jedni mówią wtedy: super, brachu, gratulacje! Ale są tacy, którzy powiedzą: będziesz żałował tej decyzji, jeszcze popamiętasz moje słowa. Tak powtarzali mi koledzy w pracy: "Zbychu, nie rób tego! Tyle rzeczy się zmienia w perspektywie czasu". Wiele chyba zależy od tego, w jakim momencie życia i z jakich pobudek ożenił się facet. Często słyszałem pół żartem, pół serio o małżeństwie jako więzieniu. Niby ironicznie, ale czuć, że pod tym coś siedzi.

Kawalerski to nie jest moment, żeby straszyć małżeństwem, ale dobra okazja, żeby otwarcie pogadać. Bez obecności partnerek powiedzieć, co komu leży na sercu. Zbliżyć się do siebie. Wyciągnąć brudy i w zaufanym gronie je trochę przeprać. Żeby wszyscy wiedzieli, co naprawdę się u nas dzieje.

Mówi się, że faceci nie dzielą się swoimi problemami, bywają zamknięci. Procenty rozwiązują język. Mężczyźni często nie potrafią inaczej. Po trzydziestce już nie pijesz na akord, ale z głową, odpowiedzialnie. Żeby spędzić czas we wspólnym gronie, nie w izbie wytrzeźwień. W zaufanym towarzystwie udało nam się poimprezować, utrzymując pion.

Striptiz? Ble! Zupełnie nie mój styl. Chciałem czasu z kumplami, a nie wyjazdu, który miałby łamać zaręczyny. Wolałem posiedzieć do rana i pogadać, jak panowie w filmie "Testosteron". Rozgrzebać kilka problemów, trochę się pokłócić, wymienić poglądami – to jest dla mnie wartość. Nie interesuje mnie wynajmowanie kobiety, żeby stała się dla nas rozrywką. My sami jesteśmy największą rozrywką dla siebie nawzajem.

Jacek Wasilewski, dr hab. nauk społecznych

Gdy wracamy z pracy, zdejmujemy garnitur, przez chwilę jesteśmy w gaciach, a potem wkładamy domowe wdzianko. Ten moment bycia w gaciach to w przypadku ślubnego rytuału wieczór kawalerski. Czas, gdy jesteśmy w sferze granicznej. Nie mamy już poprzedniego statusu i wciąż nie mamy nowego.

W tym momencie przejścia codzienne prawa zostają zawieszone. Mężczyzna nie jest już kawalerem, jeszcze nie jest mężem. Zachowuje się inaczej niż zwykle, często wiąże się to z pewnym szaleństwem. Stąd elementem wieczorów kawalerskich od zawsze było nadmierne picie alkoholu i wybryki na granicy akceptowalności. Albo nawet poza nią. Mężczyzna zwykle się tak nie zachowuje, ale tego wieczoru owszem, bo za moment w postrzeganiu społecznym stanie się zupełnie inną osobą.

Z podobnego powodu na wieczorze kawalerskim nie może być kobiet. Mężczyźni wobec nich również odgrywają role społeczne. Partnera, narzeczonego, ojca ich dzieci, lekarza, budowlańca, urzędnika. Gdy kobiet nie ma, mężczyźni mogą na chwilę porzucić wszystkie swoje role i stać się kompletnie wolni.

Młodemu towarzyszy wierna drużyna, z którą może się wspólnie bawić. Często są to kumple z najmłodszych lat. W innych kulturach przy okazji kawalerskiego pluło się na kolegów z dzieciństwa albo się ich upokarzało. Wszystko po to, żeby pokazać zerwanie pewnej więzi, które dokona się po ślubie.

Tomasz: Męskie imprezy bywają dzikie, bo jak nie ma kobiet, to nie ma hamulca

Dwudziestokilkuletnie chłopaki wynajmują mieszkanie na weekend. Duże, najlepiej z tarasem na dachu. Mieszkają na obrzeżach miasta, a chcą mieć blisko do centrum. Trzeba gdzieś wrócić po imprezie, dopić kupiony alkohol i stracić przytomność. Oprócz wódki i kumpli musi być striptizerka. Jak nie ma, to znaczy, że wieczór jest niepełny.

Ten striptiz niestety nie wygląda jak w "Kac Vegas". Grupa chłopaków czeka podekscytowana, bo dziewczyna ma przyjechać na 21.00. Spóźnia się, ale wreszcie jest! Z ochroniarzem pukają do drzwi i wygląda to mniej więcej tak, jakbym gości do domu na herbatę zapraszał. Dobry wieczór! Tu można zostawić kurtkę i torebkę. Napije się pani czegoś? A pan? Oczywiście zadzwonimy, jak skończy. Pełna kulturka. Reszta chłopaków chowa się po kątach. Jak kobieta zaczyna tańczyć, nie wiedzą, gdzie oczy podziać. Przyszły pan młody jak zawczasu więcej nie wypije, to siedzi jak sparaliżowany. Wyobrażasz sobie jakieś szaleństwo, namiętność i pazur, a to jest raczej klimat wyjścia do dziwnego teatru.

To wszystko jest trochę śmieszne, jak pierwsza noc. No ale striptizerka była? Była, odhaczone! Można ruszać na miasto.

Tam trzeba odwiedzić nieskończoną liczbę klubów i wykończyć młodego. Tak, żeby nie pamiętał, co się działo. Po drodze zdarza się wystawianie gołych tyłków do grupowego zdjęcia. Albo akcja typu złamana ręka. I to jeszcze moja. Pod kościołem Mariackim, a nie przeżegnałem się ani nie tańczyłem breakdance’a. Zniknął jeden z uczestników imprezy, więc zacząłem go szukać. Patrzę, a tam zadyma, więc biegnę z odsieczą. No i skończyło się tak, że złamałem sobie rękę na czyjejś twarzy.

No ale striptizerka była? Była, odhaczone! Można ruszać na miasto. Tam trzeba odwiedzić nieskończoną liczbę klubów i wykończyć młodego (fot. Shutterstock)

Głupota, ale tak mniej więcej wyglądały wieczory kawalerskie 10 lat temu. Mój był niedawno i wyglądał inaczej.

Mając w pamięci wybryki młodości, stwierdziłem, że to musi być impreza, która nas zmęczy. Żebyśmy nie mieli za dużo siły na niepotrzebne prowokacje. Stąd pomysł na totalne odludzie i wyjście w góry. Najbardziej zależało mi, żeby byli wszyscy: kumple z dzieciństwa i obecni przyjaciele. Długo nie mogliśmy zgrać terminów, a jak już się udało, do daty dopasowaliśmy miejsce. Padło na Pieniny. Wyjazd organizował świadek i mój brat.

Bladym świtem ładujemy się do wynajętego busa. Ja mam dla wszystkich drożdżóweczki, które kupiłem dzień wcześniej. Wiadomo, że rano każdy będzie głodny. Do tego krata piwa i piersiówka. Wesoła wycieczka: trochę gramolenia się, jakiś przystanek i jesteśmy spóźnieni.

Na Trzy Korony prawie wbiegamy. Przy mojej kondycji to jest wyczyn. Ja nie jestem górski chłopak, ale mi się podobało. Sam to przecież wymyśliłem. Mieliśmy cel do zdobycia, była adrenalina. Zawsze będę pamiętał, że tego dnia wszedłem na szczyt, chciało nas tam zdmuchnąć i było śmiesznie. To dla mnie bardziej wartościowe wspomnienie niż striptizerka i grubo krojone frytki.

Wrzuciliśmy takie tempo, że nikt nie myślał o alkoholu. Dopiero po zejściu robimy przystanek w małej bacówce, żeby coś dziabnąć. Na krótko, bo czas nas goni. Spieszymy się na umówiony spływ z flisakami. Okazuje się, że niepotrzebnie. Bilety na spływ są ważne cały dzień, więc mogliśmy ten trekking zrobić spacerowym tempem. Zamawiamy ostatni kurs na tratwie, a potem ruszamy na Słowację. Wypić piwko, zjeść smażony syr i poczekać na resztę ekipy, która nie mogła wyruszyć rano.

Cały czas trochę się denerwowałem, czy pójdzie gładko i wszyscy będą zadowoleni. Typowy ja. Lubię mieć kontrolę i zawsze chcę sprawić, żeby było jeszcze lepiej. To moje wewnętrzne natręctwo, przez które czasami dopada mnie stres.

Puszcza, gdy ruszamy na spływ. Otwierają się flaszeczki, a nasz flisak dopinguje, żebyśmy trzymali tempo. Później sanatoryjna dyskoteka, która trafiła się na drodze do hotelu, i grill. Tam kawalerskie zabawy i quizy. Dostawałem odznaki za kolejne zdobyte sprawności: przesadzanie kwiatka, układanie samochodów z klocków Lego, przetykanie rury. Nie wiem, jak na trzeźwo, ale po alkoholu to było zabawne. O czwartej nad ranem byłem w rzece sprawdzić, czy woda jest ciepła.

Mam 35 lat, nie chciało mi się tego kawalerskiego. Byłem przemęczony pracą i przygotowaniami do wesela. Kiedyś nie przyszłoby mi do głowy, żeby odpuścić taką imprezę. Sądziłem, że przed ślubem musi być jakiś wiwat na pożegnanie ze stanem kawalerskim. Teraz ledwo dałem się przekonać i… nie żałuję! Czułem, że to moja impreza. Cieszyłem się, że możemy z kumplami powspominać dawne głupoty. Na fali tych wspomnień okazało się, że ten pierwiastek szaleństwa wciąż w nas drzemie. Poszedłem do tej rzeki jak idiota, bo kolega mi wytłumaczył, że przecież jesteśmy w całkiem dobrym stanie.

Zobacz wideo Jak się dzisiaj kochamy? Rozmowa Agi Kozak z Anną Marią Szutowicz z Y&Lovers

Męskie imprezy bywają dzikie, bo jak nie ma kobiet, to nie ma hamulca. Faceci w swoim gronie zachowują się po alkoholu mniej więcej jak w filmie "Testosteron". Każdy z nas ma swoje problemy, z czymś się zmaga. Alkohol sprawia, że puszczasz to wszystko na chwilę. Wtedy wystarczy jedna osoba, która podrzuci jakiś głupi pomysł. Reszta natychmiast podnosi głowy, jak surykatki na czatach. Rusza lawina, leci i nie da się tego zatrzymać. Jakby tylko wszyscy czekali, żeby coś odwalić. Dlatego nauczony doświadczeniem swój kawalerski miałem miesiąc wcześniej. Wiedziałem, że muszę chronić siebie, żeby na ślub dotrzeć w stanie nienaruszonym.

Jacek Wasilewski, dr hab. nauk społecznych

Kiedyś małżeństwa zawierano głównie ze względu na prokreację. Dlatego podczas wieczorów kawalerskich elementy seksualne były ważne. Niedawne wynajęcie striptizerki też było nawiązaniem do rytuałów płodności. Dziś, kiedy ślub jest raczej deklaracją miłości i przyjaźni, a współżycie uniezależniło się od przysięgi, symbolika płodności przestała mieć znaczenie. Uznano ją za obciachowy relikt dawnych czasów. Moment przejścia, wymagający pożegnania przez kumpli starej roli jednego z nich, wiąże się raczej z jakąś wyprawą, którą można porównać do niegdysiejszego odprowadzania młodego na skraj wsi.

Alkohol? W naszej kulturze zawsze miał funkcję rytualną. Niezależnie, czy to pępkowe, wesele albo stypa, alkohol znaczy: teraz celebrujemy. Podobnie jest w przypadku wieczoru kawalerskiego.

Grzegorz: Zależało mi, żeby na kawalerskim brata było coś więcej niż tylko picie

W piątek instalujemy się w góralskiej chatce. Jest mięcho, kwaśnica, wódeczka.

Powoli się rozgrzewamy, gdy do drzwi puka zbójnik w regionalnym stroju. Zaczyna opowiadać anegdotki, prowadzi gry i quizy zwieńczone planszówką. Gdzie nie staniesz, tam picie. Tempo dosyć mordercze, a to dopiero zapowiedź tego, co nazajutrz.

W sobotę po południu zbójnicy wpadają do domku całą grupą. Krzyczą, strzelają z kapiszonów i porywają młodego. Zakuwają w dyby i golą za pomocą szabli. Dla nas rozstawiają stanowiska na polu obok. Jedni rzucają siekierkami i nożami do celu. Inni mają trafić podkowami na stojak albo rzucać gumiakiem. Jest nas 15 i każdy ma coś do zrobienia. Trochę zdrowej rywalizacji, żeby rozładować testosteron, zanim znów zacznie się picie.

Na koniec wieszają naszego janosika. Wsadzają go w uprząż i chwilę chodzą, szukając odpowiedniego miejsca. W końcu znajdują drzewo, które stoi akurat nad szambem.

Prawdopodobnie przepłaciłem za to wszystko, ale mnie to nie obchodziło. Miało być najfajniej, jak może być. W końcu to kawalerski mojego jedynego brata. Składaliśmy się wszyscy, ale dorzuciłem od siebie coś ekstra. Nie chciałem, żeby ze względu na kasę ktoś się nie pojawił. Młody był zadowolony, ja też. Najbardziej z tego, że udało się zintegrować i że mam już to wszystko za sobą.

Mam problem z wieczorami kawalerskimi, bo nie lubię męskiego towarzystwa. Wolę spędzać czas z kobietami, są dla mnie po prostu ciekawsze. Z facetami się nudzę. Grupa chłopów przyszła się upić – co w tym ciekawego? Zwłaszcza gdy spotykam obcych kolesi, zaczyna się kuriozalna gadka o niczym. Przy takiej okazji faceci często pozostają powierzchowni, skupiają się na rzeczach, którymi można się pochwalić. Kogucikowanie. Każdy mówi, jakie ma auto, mieszkanie i jakie laski przeleciał, bo to przecież czas wspominek. Nikt nie słucha, każdy nadaje. Trudno o energię prawdziwej rozmowy.

Potrafię sobie wyobrazić kawalerski bez alkoholu – w domu pogrzebowym. W Polsce każda tradycja wiąże się z piciem. Kawalerski szczególnie. W pobliżu nie ma partnerki, która będzie wkurzona, że znowu się upiłeś. Łączenie kawalerskiego z panieńskim nigdy nie jest dobrym pomysłem. Raz byłem na takiej imprezie i nie wyszło zbyt dobrze. Dlaczego? Z tego samego powodu, co zawsze: "za dużo wypił". A na tym to chyba polega, że możesz puścić lejce i nie musisz się przejmować tym, że twoja stara patrzy. Masz przy sobie kumpli, którzy o ciebie zadbają. Faceci szaleją tak, jak potrafią. Nie ma w tym wielkiej fantazji, można się po prostu uchlać bez tych wszystkich spojrzeń. Striptiz? Nie, to by było straszne. Raz w klubie widziałem, jak pomarańczowy od samoopalacza koleś w stringach w panterkę ociera się o dziewczynę. Była zażenowana. Myślę, że z nami byłoby podobnie.

Zależało mi, żeby na kawalerskim brata było coś więcej do zrobienia razem niż tylko picie. Dla mnie picie to żadna rozrywka. Chciałem, żeby było zabawnie i żeby udało się zintegrować chłopaków, którzy się nie znają. Starałem się zorganizować wyjazd, który będzie wart zapamiętania i stanie się miłym wspomnieniem. Chyba się udało.

Maria Organ. Dziennikarka, redaktorka, trenerka storytellingu. Zanurzona w świecie milenialsów najczęściej pisze o swoim pokoleniu, psychologii i książkach. Prowadzi warsztaty z pisania historii osobistych i biznesowych, podczas których pomaga zmieniać codzienne doświadczenia w inspirujące opowieści. Kontakt do autorki i zapisy na warsztaty na www.mariaorgan.com.