Społeczeństwo
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Jak spędzić wieczór panieński, żeby obyło się bez żenady?

Agata: Faceci mają jakieś prostsze podejście

Wśród znajomych jest silny trend na oryginalność. Jedna świadkowa uparła się, żeby zamówić dwupoziomowy autobus i jechać nim na ranczo. Nie dość, że kwota zrzutki była zaporowa, to jeszcze zabawa zupełnie nie w stylu przyszłej panny młodej. Tłumaczyłyśmy, że nie będzie zadowolona. Ale świadkowa skupiała się raczej na tym, jak wypadnie jako organizatorka. Obrażała się kilka razy. W końcu szczęśliwie skończyło się na domówce z barmanem zamówionym na kilka godzin. Z wielkiego planowania wyszło coś superprostego, co wszystkim się podobało. Nawet świadkowej.

Chciałam, żeby mój wieczór był właśnie taki. Prosty, na luzie. Fajne spotkanie z kobietami, które są dla mnie ważne. Bez sztuczności i dziwnych atrakcji. Mieliśmy już na pokładzie roczne dziecko, więc chciałam się wyrwać i pogadać. Pobyć z dziewczynami. W klubach jest głośno, muzyka rozprasza i nie ma czasu na rozmowę. Organizacją zajęła się przyjaciółka przyszłego męża. Zapytała, czego oczekuję, więc powiedziałam, że nie chcę jeździć limuzyną po mieście. To dla mnie po prostu tandetne. Męski striptiz już widziałam, żadna atrakcja. Kiedy facet skacze przed kobietą jak dziki kogut, czuję raczej ciary żenady niż ekscytację.

Wykluczyłam też wspólną sesję w sukienkach. Często na wieczory panieńskie zamawia się fotografa. Przyszła panna młoda w białej sukni, pozostałe dziewczyny mają czarne i zaczynają się trzy godziny męczarni. Ona w środku, ona z boku, ona leży. Trzeba się wyginać do obiektywu, a ja nie cierpię pozować. U nas na ścianach wiszą spontaniczne zdjęcia z wakacji. Gdy na nie patrzę, przypominam sobie fajne momenty. A nie, że myślałam, jak długo będę robić z siebie małpę.

Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje na wakacje >>

Nie wiem też, czy paradowanie z plastikowymi fiutkami na głowach przyczepionymi do korony to dobry pomysł na integrację. Zwłaszcza kiedy spotykają się dziewczyny, które do tej pory się nie znały.

Wiedziałam, co mnie wkurzało w takich imprezach i chciałam tego uniknąć. Wykluczyłam składkę po 300 zł od osoby. Nie chciałam, żeby to była chora suma, która sprawi, że ktoś nie przyjdzie, bo go nie stać. Faceci mają jakieś prostsze podejście. Zrzućmy się po stówce i się bawmy. Idą na paintball, quady albo organizują sobie inne zajęcie, które faktycznie integruje. Owszem, czasem przesadzają z alkoholem, ale to inna sprawa.

Moja impreza nie była spektakularna, ale dla mnie wspaniała. Było tak, jak chciałam. Organizatorka jest fotografką. Poprosiła swojego szefa, żeby udostępnił nam studio na wieczór. Miejsce było zachwycająco przystrojone. Przyjaciółka ze swoją dziewczyną rozwiesiły wszędzie drobniutkie światełka i pojedyncze balony. Na stołach czekał hummus, świeże sałatki, crostini i coś na ciepło. Wszystko zamówione z dobrej knajpy, w której jedna z dziewczyn jest menedżerem. Był też barek z wyborem alkoholu, żeby każda mogła pić, co lubi.

Na wejściu prezenty. Uprzedzałam, że nie chcę nie wiadomo czego. Trafiły idealnie. Dostałam kartę podarunkową na kolczyki, bo przyjaciółki wiedziały, że nie wybrałam jeszcze żadnych do ślubu. Do tego voucher na bieliznę i kolaż związany ze zmianą nazwiska. Takie upominki lubię najbardziej. Ktoś się postarał i włożył swoją energię, a nie kupę kasy.

Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Zabawa zaczęła się na dobre, gdy dziewczyny odpaliły rzutnik. Najpierw były dwa quizy. Pierwszy dotyczył tego, jak dobrze znam swojego partnera, drugi mnie samej. Naprawdę się uśmiałam. A później było karaoke! Nigdy wcześniej nie śpiewałam, a w tym momencie impreza tak się rozkręciła, że to przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Dziewczyny zapraszały mnie do piosenek i same tworzyły duety. Na poważnie i na śmiesznie. Śpiewałyśmy i tańczyłyśmy, było wspaniale.

Wróciłam do domu po trzeciej. Przy rocznym dziecku to było takie: wow, stara zaszalała! Pewnie siedziałabym dłużej, ale partner wysłał mi SMS. "Mam dla ciebie propozycję: wróć do domu, uśpij małego i idź dalej na imprezę!". Padłam razem z małym.

Czy mi zależało? Fajnie, że był taki wieczór, ale panieński to nie jest dla mnie żaden przełomowy moment. Nie myślałam o tym, że to jedyna taka impreza w życiu. Czy można być w dzisiejszych czasach czegoś pewnym? Cały czas żartem powtarzam, że ten mąż to dopiero mój pierwszy.

Magdalena Zych, antropolożka, pracuje w Muzeum Etnograficznym w Krakowie. Prowadziła badania współczesnych rytuałów weselnych w ramach projektu "Wesela 21". Jest współkuratorką wystawy "POWERBANK/siła kobiet"

Z literatury i badań etnograficznych sprzed kilkudziesięciu lat wiemy, że kobiece kręgi wsparcia zawsze były częścią życia społecznego. Kobiety wspierały się przy organizacji wesela i towarzyszyły sobie w rytuałach przejścia. Po ślubie, gdy wkraczały w kolejne etapy życia, również korzystały z kręgu wspierających sióstr, kuzynek, przyjaciółek.

Wówczas wieczorom panieńskim towarzyszył inny nastrój. Przedślubne spotkanie w kobiecym gronie łączyło się z pożegnaniem wolności stanu panieńskiego, choć realizowanej w patriarchalnych ramach. Wystarczy wsłuchać się w spisane przez folklorystów teksty pieśni. Rola żony, matki była jedynym obdarzonym społeczną akceptacją scenariuszem kobiecego życia. Tak zwane staropanieństwo uchodziło za piętno. Na spotkaniach owszem, pojawiały się zabawy, czasem alkohol, ale był to czas przygotowań do wesela. Najczęściej w tym gronie pieczono weselny korowaj – ciasto będące głównym, symbolicznym poczęstunkiem dla weselnej wspólnoty – i szykowano ozdoby dla weselnego orszaku.

Dziś to spotkanie ma inny charakter. Akcent pada na osobę panny młodej, która owszem, żegna się ze stanem panieńskim, ma świadomość zmiany, jaka zachodzi, ale także świętuje fakt znalezienia właściwego mężczyzny. Świętowanie ma nowe oblicze, ale nasz sposób funkcjonowania społecznego jest podobny. Wieczory panieńskie łączą krąg najbliższych kobiet. Różnica jest taka, że w kulturze indywidualizmu szukamy przekroczeń tradycyjnych więzi. Jeśli nie po drodze nam z rodziną, możemy znaleźć kogoś, do kogo nam bliżej i taką więź zadzierzgnąć. Wieczór panieński to dobry moment, żeby te więzi wzmocnić. Dużo mówi się ostatnio o siostrzeństwie, wieczór panieński jest jego emanacją.

Kasia: Rozumiem, że można mieć marzenia prosto z Instagrama

Do niedawna zupełnie nie kupowałam idei wieczoru panieńskiego, ale skoro przyjaciółka poprosiła mnie na świadkową, co miałam zrobić? Znamy się 20 lat. Nie wyobrażałam sobie, żeby jej odmówić, więc zabrałam się do roboty. Wieczór się udał, ale organizacja totalnie mnie zeżarła.

Młoda chciała weekend w domku nad morzem albo nad jeziorem. Koniecznie z prywatną banią na zewnątrz. No i fotografa. Oczekiwania spore, ale cieszyłam się, że to nie striptizer i tort w kształcie penisa, bo tego bym nie zniosła. Stresu i tak było mnóstwo. Jestem raczej nieśmiała i nie odnajduję się w roli lidera. Może dlatego miałam problem, żeby cokolwiek ustalić z pozostałymi dziewczynami. A one mało się angażowały, olewały większość moich pytań. Uzyskać informację było trudno, a o pomocy nie było mowy.

Wszystkiego szukałam sama, a do zdecydowanych nie należę. Na dodatek, planując taki wieczór w sezonie letnim, organizacją trzeba zająć się sporo wcześniej. Wielu fotografów ma już zaklepane terminy. Z miejscami jest podobnie. No i sporo obiektów nie chce u siebie takich eventów. Wydzwanianie do właścicieli i dopytywanie zajmuje sporo czasu. A przecież to dopiero początek z całej listy spraw do załatwienia. Trzeba też zadbać o dekoracje, jedzenie, zabawy i atrakcje.

Pogodzenie wymarzonego wieczoru panieńskiego młodej z finansowymi możliwościami uczestniczek to wyczyn godny najlepszego akrobaty. Inflacja nie pomaga, a ja nie miałam jaj, żeby powiedzieć przyjaciółce: "Stara, to, co chcesz, wyjdzie za drogo, musimy z czegoś zrezygnować". To wszystko jest koszmarnie niezręczne. Z jednej strony są wyobrażenia młodej, które świadkowa chciałaby ziścić, bo przecież nie codziennie przyjaciółka wychodzi za mąż. Z drugiej strony niezadowolone uczestniczki.

Pogodzenie wymarzonego wieczoru panieńskiego młodej z finansowymi możliwościami uczestniczek to wyczyn godny najlepszego akrobaty (fot. Shutterstock) , Inflacja nie pomaga (fot. Shutterstock)

Rozumiem, że można mieć marzenia prosto z Instagrama. Oglądamy zdjęcia influencerek piękne jak z żurnala. Gustownie udekorowane miejsce, tort na zamówienie i tysiąc atrakcji. Nie dziwię się dziewczynom, które myślą sobie "to jedyny taki wieczór w życiu, też bym tak chciała". To jest po prostu estetyczne. Problem pojawia się, gdy młoda nie potrafi pogodzić się z faktem, że jej gościnie nie mają zasobów finansowych, żeby spełnić te wszystkie oczekiwania.

Składka wynosiła 794 zł od osoby. W cholerę. A i tak przycinałam koszty, jak mogłam. Czy było warto? Tak, bo sprawiłam radość bliskiej osobie. O dziwo, sama też bawiłam się świetnie, choć na początku z całego grona znałam tylko dwie osoby.

Nigdy nie widziałam młodej tak radosnej jak na tym wyjeździe. Zapamiętam ten błysk w jej oku na zawsze. To on wynagrodził mi organizacyjną udrękę i sprawił, że trochę zmieniłam nastawienie do wieczorów panieńskich. Wzruszam się na samo wspomnienie. Ale nie wiem, czy drugi raz bym się czegoś takiego podjęła. Po cichu liczę, że nikt mnie więcej o to nie poprosi.

Magdalena Zych

Dziś potrzebę tworzenia relacji społecznych realizujemy także za pomocą mediów społecznościowych. To ważne miejsce, gdzie opowiadamy o sobie i patrzymy na innych. Jesteśmy z innymi. Tworzymy opowieść na przykład poprzez obrazy na Instagramie i podawanie wyselekcjonowanych informacji na Facebooku. Istnieje kanon, do którego chcemy nawiązać, dążąc do akceptacji społecznej, dlatego jest dla nas ważne, co tam pokażemy. Podczas naszych badań jedna z panien młodych powiedziała, że dopiero jak na Facebooku zmieniła nazwisko, to poczuła, że wyszła za mąż.

Największa słabość tej cyfrowej wspólnoty polega na tym, że to przestrzeń skomercjalizowana i zalgorytmizowana. Czyli już zaprojektowana. A życie jest przecież nieprzewidywalne. Znalezienie równowagi między tym, co naprawdę moje, a tym, co sformatowane, bywa trudne.

Zobacz wideo Jak się dzisiaj kochamy? Rozmowa Agi Kozak z Anną Marią Szutowicz z Y&Lovers

Ania: Moje świętowanie wyglądało inaczej

Mam dość oglądania przekolorowanego życia na Instagramie i zachodów słońca robionych w Photoshopie, a wieczory panieńskie to często właśnie taka gruba reżyseria. Jak widzę balony, od razu myślę, że to się rozkłada ze sto lat. Czeka nas katastrofa klimatyczna, a te słomki w kształcie penisów nie dość, że plastikowe, to tylko na raz. Wszystko na raz, totalnie bez sensu. Nie chciałam czegoś takiego, wolałam coś przeżyć.

Ostatnio byłam na takim klasycznym panieńskim. Najpierw drinki i striptizer, potem przejazd limuzyną do klubu. Drinki były smaczne, w przeciwieństwie do tańca. Jak ten striptizer skakał, nie mogłam na to patrzeć. Limuzyna to też przereklamowana sprawa. Myślałam, że przyszła panna młoda chociaż wyjrzy przez ten szyberdach i zobaczy nocą światła miasta. Wiatr we włosach, te sprawy. Okazało się, że dachu nie można otworzyć. Kilka lat temu jedna dziewczyna przez szyberdach wypadła i jest zakaz. Więc siorbiąc drinki, sunęłyśmy do klubu bardzo drogą taksą. Jak kierowca włączył disco polo, to już nie wytrzymałam. Mówię, żeby zmienił, bo nie po to płacimy tyle pieniędzy, żeby jechać w takich warunkach. Ile? 369 zł od osoby za wszystkie atrakcje wieczoru. Całkiem sporo, ale poszłam z sympatii do przyszłej panny młodej.

Moje świętowanie wyglądało inaczej. Niestandardowo, bo wpadliśmy z narzeczonym na pomysł, żeby spędzić ten wieczór razem. Nie bardzo się przejmowałam, jak zareagują znajomi. To moje życie i nie obchodzi mnie specjalnie, co wypada, a co nie wypada. Chcieliśmy się dobrze bawić. Jeśli się komuś nie spodoba, to najwyżej nie przyjdzie. Jego strata.

Uzbierało się 20 osób, więc chyba sporo. Spotkaliśmy się nad Świdrem i ruszyliśmy na kilkugodzinny spływ kajakowy. Momentami woda była płytka i trzeba było przetaczać kajaki, ale był przy tym niezły ubaw. No i okazja, żeby pogadać, bo często robiliśmy postoje. Kiedy o zachodzie słońca wpłynęliśmy na Wisłę, wyglądało to spektakularnie. Fajnie było przepłynąć pod mostami i zobaczyć Warszawę z innej perspektywy. Na plaży na Żoliborzu, czekały na nas koce, ciepłe burgery i prosecco. Tam tańczyliśmy i gadaliśmy do rana, wszyscy razem. Było naprawdę fajnie.

Organizacją zajęli się świadkowie, my powiedzieliśmy tylko, czego chcemy. Nie wiem, po ile była zrzutka, ale na pewno bez szaleństw. Niektóre osoby pierwszy raz płynęły kajakiem, więc to była dla nich przygoda i inwestycja w dobre wspomnienia. Wszyscy się cieszyli, może dlatego, że ich też znudziły te standardowe imprezy. Tylko jeden kolega był niezadowolony, bo telefon mu wpadł do wody i utonął.

Recepta na udany wieczór panieński? Najważniejsze to zrobić dobry research i pogadać z panną młodą. Chodzi przecież o to, żeby ona miała frajdę i dobre wspomnienia. Kiedy ja organizowałam przyjaciółce taki wieczór, wynajęłam przestrzeń na Pradze i zawiozłam ją tam w opasce na oczy. Gdy ją zdjęłam, zobaczyła przystojnego Włocha, który tego wieczoru uczył nas gotować. Popijałyśmy wino, gawędziłyśmy i robiłyśmy pyszne jedzenie. Okazuje się, że striptizer to nie zawsze najlepszy wybór. Dziewczyny częściej pytają mnie o namiary na włoskiego kucharza.

Spotkaliśmy się nad Świdrem (fot. Archiwum prywatne) , I ruszyliśmy na kilkugodzinny spływ kajakowy (fot. Archiwum prywatne) , Kiedy o zachodzie słońca wpłynęliśmy na Wisłę, wyglądało to spektakularnie (fot. Archiwum prywatne)

Magdalena Zych

W życiu swój status społeczny i klasowy budujemy między innymi za pomocą komunikowania różnych poziomów zamożności, ale też naszej oryginalności czy kreatywności. Podobnie jest z wieczorami panieńskimi. Można zrobić cudowny niemal bez pieniędzy i można na niego wydać fortunę. Wszystko zależy od klasy społecznej, w której się poruszamy i przedmiotów, sytuacji, które mają o tym opowiedzieć. Jeszcze przed kilkoma dekadami w ramach przygotowania do wesela wiele rzeczy było robione "na odrobek", w ramach sieci sąsiedzkich czy rodzinnych zależności. Role były rozpisane, dzieliło się obowiązkami i dzięki temu nikt nie czuł się przeciążony. Dziś po prostu kupujemy usługi.

Patrycja: Wiedziałam, że jak ktoś ma to zrobić dobrze, to muszę być ja

Swój wieczór panieński zorganizowałam sama. Zresztą nie miałam świadkowej, bo ze wszystkich przyjaciółek trudno mi było wybrać jedną. Na świadków wybraliśmy dwóch facetów i problem z głowy. Za to wszystkie dziewczyny wyciągnęłam na odjazdowy panieński. Tydzień później odwołałam ślub, ale ten weekend zostanie ze mną na zawsze.

Od początku wiedziałam, że to musi być wyjazd. Fajny weekend, a nie jakieś tam wyjście do knajpy. Pójść potańczyć można w każdy piątek. Mam duże i różnorodne grono koleżanek. Każda była chętna, żeby ten wieczór zorganizować, ale nie chciałam nikomu robić kłopotu. Poza tym byłam jedyną osobą, która zna je wszystkie. Kilka razy zmieniałam pracę, a mój narzeczony był sporo starszy, więc w gronie najbliższych kobiet były studentki ze świata IT, dziewczyny z korporacji, starsze prawniczki i lekarki. Wiedziałam, że jak ktoś ma to zrobić dobrze, to muszę być ja.

Nie było łatwo znaleźć piękny dom, który pomieści 15 osób, ale się udało! Dwa piętra, poddasze, łazienka z wielką wanną. Ogromny ogród, a w nim hamaki, leżaki i miejsce na ognisko. Przyjechałyśmy na pięć samochodów. Dziewczyny, jak tylko wysiadły z auta, zaczynały piszczeć. Biegały po domu jak szalone i krzyczały co chwilę: "A to już widziałaś?!". Jakby znów miały pięć lat.

Dom był magiczny, wymarzyłam sobie właśnie taki. Z ogrodem i dużą kuchnią, bo kocham pichcić. Wcześniej kupiłam makaron, jajka, pomidory, mnóstwo mozzarelli i 30 kilo ziemniaków. Do tego chyba 40 litrów wina, skrzynkę prosecco i butelkę whisky. Każda z dziewczyn przywiozła coś jeszcze, co akurat miała w domu. Widziałam, jak gotujemy tam tonę makaronu z pomidorami i pijemy wino.

Ledwie zaczęłyśmy kroić bagietki, a między dziewczynami zaklikało. Rozmawiały tak swobodnie, jakby się znały od zawsze. Chyba dzięki temu gotowaniu. Nie chciałam, żeby to była impreza w stylu naszych mam. Czyli ja tu będę biegać i kroić pomidorki, bo jestem gospodynią, a wy siedźcie.

Na zewnątrz był okrągły stół. Usiadłyśmy przy nim razem, po tym jak wspólnie przygotowałyśmy jedzenie. Nieważne było, kto ma ile lat, czym się zajmuje i jak wygląda. Buzie nam się nie zamykały. Nie było czasu na żadne quizy, choć jedna koleżanka nawet przyjechała przygotowana. Miała jakieś gry i przez chwilę próbowała się z tym przebić, ale szybko skapitulowała. Po prostu jadłyśmy, piłyśmy wino i nie mogłyśmy się nagadać. Poszłyśmy spać o czwartej rano.

Żadna z nas nie dotknęła błyszczyka ani tuszu do rzęs. Nie było malowania, sukienek i niewygodnych butów. To było dla mnie ważne. Zastrzegłam na początku, że wieczór spędzamy na luzaka. Byłyśmy na boso, w legginsach i dresach, nikt nie wyszedł poza ten dress code. Totalna naturalność. Następnego dnia wstajesz rano, nakładasz krem i idziesz na śniadanie.

To naprawdę był wyjazd w stylu dolce farniente. Kolejnego dnia była ogromna jajecznica i leżenie do południa w hamaku. Wieczorem ziemniaki z ogniska. W pewnym wieku, jak już wiesz, czego chcesz, potrafisz o to zadbać i nie stresujesz się, że nie wyjdzie. Wszystkie dziewczyny były pod wrażeniem, że zorganizowałam taki wyjazd za 330 zł od osoby. 230 zł za dwa noclegi i stówka za jedzenie.

-

Żyjemy w biegu. Zorganizować wyjazd bez powodu bywa trudno, nawet jak są chęci, trudno znaleźć wspólny termin. Taki pretekst jak wieczór panieński bardzo się przydaje.

Maria Organ. Dziennikarka, reporterka, kulturoznawczyni. Najchętniej pisze o kobietach i oczekiwaniach społecznych. W wolnych chwilach czyta i tańczy.