Świat
Kadr z filmu 'Egzorcysta' (materiały prasowe)
Kadr z filmu 'Egzorcysta' (materiały prasowe)

152 czarne* koty czekają w kolejce. Zdjęcie wyświetla mi się pewnego dnia na Facebooku i jestem przekonana, że – jak wiele rzeczy w internecie – to fejk. 

Ale nie. Fotografia jest z 1961 roku, a "znacznie bardziej zdenerwowani od kotów właściciele" przynieśli lub przyprowadzili je na przesłuchanie do horroru na motywach opowiadania Edgara Allana Poego z 1843 roku. Poszukiwany jest tytułowy "Czarny kot". Zdjęć jest cała seria, niezwykły zlot czarnych kotów uwiecznił amerykański fotograf Ralph Crane. Kadry wypełniają rozkloszowane spódnice za kolano, białe skarpetki, podwinięte na wałek grzywki, kocie (sic!) okulary. Na drugim końcu smyczy z kotem zwykle stoi kobieta, ale Crane uchwycił też mężczyzn – faceta w ciemnych okularach, z zapalonym cygarem (jego kot sprawia wrażenie, jakby tylko szukał okazji, by dać drapaka), starszego pana (zarzucił sobie kota na szyję jak kołnierz), małego blondynka w haftowanym kubraku i wysokich butach, który srogo spogląda na kociaka.   

Dziś wiemy, że żaden kot z tamtej kolejki nie dostał głównej roli w "Czarnym kocie" – obsadzono w niej innego, "znanego zawodowego kota". Siedem czarnych kotów wybrano jednak na statystów. Jak pisze Eliza Berman na łamach magazynu "Life", kluczem do sukcesu okazał się "najwredniejszy wygląd pyszczka".  

* Na zdjęciach Crane’a znalazło się też kilka czarnych kotów z białymi łapkami – zostały natychmiast zdyskwalifikowane – i jeden całkiem biały. Może jego pani, elegancka kobieta w średnim wieku, w płaszczu i złotych kolczykach obwarzankach, uznała, że biały w roli czarnego to coś, co podchwycą filmowcy? 

Pijane mewy Hitchcocka 

Zwierzęta w filmach grozy straszą nas niemal od początku istnienia tego gatunku. Choć za pierwszy horror w dziejach kina uznawany jest trzyminutowy "Dom diabła" ("Le Manoir du Diable") z 1896 roku Georges’a Mélièsa, to złota era horrorów przypadła na lata 20. i 30. XX wieku, a już w 1933 roku do kin wszedł "King Kong". I tak wielka małpa otworzyła wrota całej upotwornionej menażerii, od śmiercionośnych rekinów i piranii po owady i ptaki.  

A jak ptaki, to oczywiście Hitchcock.  

Gdy w 1961 roku Alfred Hitchcock zlecał Evanowi Hunterowi napisanie scenariusza do filmu "Ptaki", będącego adaptacją opowiadania Daphne de Maurier i czymś, co w box office’ach miało przebić "Psychozę", dał mu wolną rękę. Hunter nie musiał przejmować się techniczną złożonością realizacji, "Hitch" też się tym nie martwił – w scenach ataków miały bowiem zagrać ptaki mechaniczne, na budowę których studio Paramount wyłożyło 200 tys. dolarów (dzisiejsze ponad dwa miliony). Jednak gdy zrobiono próbne ujęcia, okazało się, że na ekranie ptaki wyglądały sztucznie i śmiesznie – jak małe samoloty pikujące w górę i w dół. Ostatecznie wykorzystano tylko kilka z nich, na przykład w scenie z mewą dziobiącą małą dziewczynkę na przyjęciu urodzinowym. W scenach zbiorowych i na dalszych planach zastosowano efekty specjalne. 

Alfred Hitchcock (Wikimedia commons) , Mistrz Hitchcock i jego aktorzy na planie (Fot. materiały prasowe)

Ale żywe ptaki też były – 25 tys. dzikich mew, kruków, wron, zięb i wróbli. Zadanie ich dostarczenia powierzono treserowi zwierząt Rayowi Berwickowi. Lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu, ale ekipa Berwicka szybko przekonała się, że i o wróbla niełatwo. Gdy udawało im się namierzyć stado ptaków i schwytać jednego osobnika, reszta uciekała i nie spuszczała już filmowców z oka. Zdesperowane studio uznało, że zapłaci profesjonalnym traperom; za jeden okaz dawało 10 dolarów. Ale choć traperzy kpili i kazali wytwórni szykować grube książeczki czekowe, nie dostarczyli ani jednego. W końcu to Berwick namierzył wielotysięczne stado ptaków w Arizonie. Nocą ekipa ubrana i umalowana na czarno godzinami czołgała się do śpiących wron i zarzucała na nie siatki, najpierw łapiąc za dziób ptasiego wartownika, by nie zdołał zaalarmować reszty. Po tej fazie – trwającej cztery miesiące – Ray Berwick stwierdził, że "kruki i kakadu to najinteligentniejsze stworzenia na Ziemi".  

Dowiezienie ptaków na plan było dopiero początkiem trudności. Kolejne miesiące zajęło Berwickowi szkolenie 300 dorosłych osobników – oswajanie ich z jasnym światłem, zamkniętym otoczeniem i ruchami aktorów. Ptaki oprócz nasion dostawały krewetki i anchois, a aktorzy wcierali w ręce mielone mięso, by siadały na ich dłoniach. Mimo to od startu zdjęć zwłaszcza mewy atakowały zawzięcie członków ekipy, waląc dziobami i skrzydłami w oczy; już pierwszego dnia do szpitala trafiło kilkanaście osób. Minutową scenę, w której Tippi Hedren wpada w pułapkę na poddaszu, kręcono tygodniami – żywe ptaki przywiązano do ubrania aktorki elastycznymi linkami, a jeden z ptaków dziobnął ją w oko.  

Nad dobrostanem ptaków na planie czuwał Paul Ridge z organizacji American Humane Association (do dziś monitoruje on pracę zwierząt na planach w USA). Uwag praktycznie nie miał, choć niektórym ptakom związywano dzioby drutem, a pszenicę nasączano whisky. "Jedynym powodem, dla którego te ptaki pozostały nieruchome, było to, że były pijane!", wypalił wiele lat później odtwórca jednej z głównych ról w filmie Rod Taylor. Ekipa potwierdziła, że w ostatniej scenie "uśpiła" mewy siedzące na dachu domu i przywiązała je do niego, żeby nie odleciały. Pijane ptaki spadały głową w dół, a ktoś z ekipy musiał wdrapywać się na dom i ustawiać je w tym samym miejscu [].  

Tym, co skłoniło Hitchcocka do zekranizowania adaptacji skromnych "Ptaków" Daphne de Maurier, było odwrócenie porządków – człowiek znęca się nad naturą od wieków, ale role właśnie się odwróciły. Choć kasowo film okazał się rozczarowaniem – wpływy praktycznie pokryły wydatki – to "Ptaki" sprawiły, że wiele osób na widok kołującego nad głową czarnego stada wciąż odruchowo przyspiesza kroku. Poza tym każdy, kogo zaatakowały mewy, gdy trzymał kanapkę albo kawałek pizzy, wie, że łatwo nie odpuszczają. 

"Demoniczność" świni idącej na rzeź 

Alfred Hitchcock zastosował w "Ptakach" jeszcze jedną mrożącą krew w żyłach sztuczkę, przetestowaną już wcześniej w "Psychozie", ale w tamtych czasach wciąż radykalną: w ścieżce dźwiękowej zamiast muzyki umieścił ptasie krzyki. Przerażający "ptasi język" wygenerowano na instrumencie zwanym trautonium. 

Dźwięki niespokojnych zwierząt – tyle wystarczy, by śmiertelnie nas przestraszyć. Jednym z powodów, dla których "Egzorcysta" tak bardzo sparaliżował widzów, było to, że odgłosy demona to w rzeczywistości krzyk świni ciągniętej na rzeź. 

Dźwięk w horrorze jest nie mniej ważnym narzędziem kreowania grozy niż obraz. Efekt narastającego napięcia wywołuje zwłaszcza dźwięk niediegetyczny, czyli słyszany w tle. Jak w słynnej scenie z "Lśnienia" Stanleya Kubricka, w której mały Danny Torrance pedałuje na swoim rowerku po korytarzu hotelu i dojeżdża pod drzwi nawiedzonego pokoju 237. Słyszymy dźwięki rowerka, który sunie po drewnianej podłodze, i… coś złowieszczego w tle.  

Kadr z filmu 'Lśnienie' (1980) Stanleya Kubricka (fot. materiały prasowe)

Już kilkanaście lat temu badacze pod przewodnictwem biologa Daniela Blumsteina, profesora Uniwersytetu Kalifornijskiego, potwierdzili, że w horrorach – i najbardziej efektownych scenach dramatów – celowo umieszcza się dźwięki bardzo określone: odgłosy zwierząt wzywających pomocy (czasem naśladowane za pomocą instrumentów). Ta manipulacja oddziałuje bowiem na nasze pierwotne emocje, natychmiast wywołuje strach. Pamiętacie pierwszy horror o zwierzęciu, czyli "King Konga" z 1933 roku? Naturalne odgłosy zwierząt zmieniono w nim pod względem wysokości i barwy, aby stworzyć niepokojącą ścieżkę dźwiękową.  

Czasem nic nie trzeba zmieniać. Pisząc to, odpalam na YouTube wideo zatytułowane "Top 10 Creepiest Real Life Animal Sounds". Przy pierwszym – teoretycznie najmniej strasznym w zestawieniu zawodzeniu kozy – mój kot wbija mi się w uda pazurami i zaczyna nerwowo rozglądać po pokoju. Dalej nie oglądamy. 

Mój syn szympans 

Pytania o pracę żywych zwierząt w branży rozrywkowej podejmuje jeden z najgłośniejszych filmów grozy ostatnich lat, westernowy horror "Nie" ("Nope") w reżyserii Jordana Peele'a. Obok ludzi główne (meta)role odgrywają w nim konie tresowane do pracy w kinowych produkcjach: Ghost, Lucky i Clover, oraz szympans Gordy. Ten ostatni, w fabule gwiazda serialu komediowego, dostaje ataku szału i masakruje ludzkich członków ekipy, po tym jak w studiu z hukiem pękają balony. Rzeź obserwujemy z perspektywy kilkuletniego chłopca, który kuli się pod stołem. Scena z Gordym – "sześć i pół minuty spustoszenia", choć najbardziej makabryczne ujęcia tylko słyszymy – wbija widzów w fotel. I to dużo bardziej niż Jean Jacket – UFO, które w filmie zawisło nad rodzinną farmą i z którym walczą główni bohaterowie, bo zjada konie i ludzi. 

W "Nope" wystąpiły prawdziwe konie (ich imion nie ma jednak w napisach końcowych), ale żywego szympansa w filmie nie było. Gordy’ego zagrał amerykański aktor i trener ruchu Terry Notary, znany również z "Planety małp". Efekty wygenerowano komputerowo. Scena, w której Notary szaleje na planie, zanim ekipa Peele'a zastosowała techniki CGI (ang. computer generated imagery), jest ponoć jeszcze bardziej wstrząsająca niż to, co pokazano w kinie. 

 

Choć Jordan Peele'e i jego ekipa nigdy tego nie potwierdzili, scena z Gordym mogła być w pewnym stopniu wzorowana na prawdziwych wydarzeniach.

Inspiracja, o której mowa, to historia 14-letniego udomowionego szympansa Travisa, który w pewien poniedziałek zmasakrował 55-letnią Charlę Nash. 

Travis został odebrany matce, gdy miał zaledwie trzy dni – za 50 tys. dolarów kupiła go para Amerykanów, Sandra i Jerome Heroldowie. Szympans, socjalizowany przez Heroldów jak ludzkie dziecko, z czasem został zwierzęcym aktorem – grywał w filmach, serialach i reklamach wielkich koncernów. Już po tragedii Sandra przyznała, że miała z Travisem wyjątkową więź – kąpała się razem z nim w wannie i spała w łóżku, ubierała go w baseballowe koszulki i zapiętego pasami woziła po mieście, a on był żywą reklamą firmy holowniczej Heroldów (sam kilka razy prowadził auto). W domu Travis podlewał rośliny, włączał sobie telewizor pilotem, pijał wino z kieliszka i co wieczór czesał Sandrze włosy. Tak bardzo lubił lody, że zapamiętał, kiedy dom mijają przewożące je ciężarówki. Dla Sandry był jak syn, tym bardziej że w 2000 roku w wypadku samochodowym straciła jedyną córkę, a w 2004 roku Jerome zmarł na raka.  

Dramat rozegrał się 16 lutego 2009 roku. Tego dnia Sandra Herold zadzwoniła do swojej pracownicy i przyjaciółki Charli Nash, by pomogła jej ściągnąć szympansa do domu, po tym jak wyszedł z niego z kluczykami do auta. Nash trzymała przed twarzą jedną z ulubionych zabawek Travisa, zdaniem Sandry miała też nową fryzurę. Widząc to, ważący 91 kg Travis wpadł w szał i rzucił się na Nash. Sandra waliła go po głowie łopatą i dźgała w plecy nożem rzeźnickim, odwrócił się do niej, ale nie zaprzestał ataku. Sandra – przekonana, że Nash nie żyje – zamknęła się w aucie i wykręciła 911, krzycząc do słuchawki: "On ją zjada!".  

Gdy przybyli ratownicy i policja, Travis został czterokrotnie postrzelony przez funkcjonariusza. Ranny wycofał się do domu, gdzie znaleziono go martwego obok klatki. Sekcja zwłok wykazała między innymi, że w dniu ataku Sandra dała mu herbatę ze środkiem uspokajającym, który mógł zadziałać inaczej – w tym wypadku zaostrzyć agresję. 

Szympans Gordy. Kadr z filmu 'Nie' ('Nope' 2022) w reżyuserii Jordana Peele'a (fot. materiały prasowe MPC and Universal Pictures)

Bardzo wrażliwi czytelnicy niech ominą ten fragment, bo opiszę obrażenia Charli Nash: straciła oczy, nos, wargi, kości środkowej części twarzy oraz dziewięć palców. W kości miała wczepione zęby i sierść Travisa. Doznała poważnych uszkodzeń tkanki mózgowej. Przeszła operację przeszczepu twarzy i dłoni, ale ten drugi się nie przyjął (nową twarz pokazała w programie Oprah Winfrey). Na zawsze straciła wzrok. Pozwała Heroldów na kwotę 50 mln dolarów, lecz zawarła ugodę i dostała tylko około czterech milionów.  

Historia Travisa przyniosła zmiany w prawie – dziś większość stanów USA zabrania posiadania naczelnych jako zwierząt domowych – i dyskusję na temat sensu ich trzymania, w której wypowiadała się między innymi słynna prymatolożka Jane Goodall (przeciwna takim praktykom). Stephen Renee Tello, ówczesny dyrektor sanktuarium dla szympansów Primarily Primates w Teksasie, stwierdził, że związek Sandry i Travisa był "szalony" i namieszałby w głowie każdemu zwierzęciu.

Szympans, który atakuje ludzi w nagłym akcie agresji lub z zemsty – na przykład za prowadzone na nim eksperymenty medyczne – to motyw wciąż eksplorowany przez twórców. Pojawia się też – spojler! – w najnowszym, zbierającym świetne recenzje serialu Mike’a Flanagana "Zagłada domu Usherów" ("The Fall of The House of Usher"), dostępnym na Netfliksie.

Posłuszeństwo przez strach 

Filmowy pies, szympans, ptak ani koń nie wiedzą, czy grają w komedii romantycznej, czy w horrorze. Po odtworzeniu strasznych scen teoretycznie nie muszą leczyć stanów lękowych, jak na przykład obsada "Nawiedzonego domu na wzgórzu" ("The Haunting of Hill House"), jednego z poprzednich dzieł Flanagana. 

Ale czy aby na pewno? PETA, międzynarodowa organizacja działająca na rzecz praw zwierząt, przeprowadziła śledztwo u jednego z najważniejszych dostawców zwierząt do przemysłu filmowego i telewizyjnego w Hollywood: "świnie cierpiały bez odpowiedniej opieki weterynaryjnej, koty praktycznie całymi dniami umierały z głodu, a psy trzymano na zewnątrz w jałowych betonowych budach bez ściółki, choć w nocy temperatura spadała do pięciu stopni Celsjusza". Spokój i uległość wymuszane są torturami. PETA pokazała też materiał z nalotu organów ścigania na inną firmę, która dostarczała zwierzęta do produkcji Netfliksa, Disney+, AMC i USA – kilkanaście psów kuli się w klatkach ułożonych jedna na drugiej w garażu. Na nagraniach widać też biczowanego z całej siły tygrysa, słoniki okładane kijem zakończonym gwoździem, owczarka niemieckiego, który zapiera się przed wrzuceniem go do rwącego nurtu.  

Zobacz wideo Emma ratuje miejskie gołębie. "Są znienawidzone"

Organizacja zaapelowała, by nie wykorzystywać w przemyśle rozrywkowym dzikich zwierząt, bo nie ma takich treningów, które pozbawiłyby je woli życia na wolności i naturalnych instynktów. Podała etyczne przykłady: "Narodziny gwiazdy", gdzie u boku Bradleya Coopera zagrał jego pies, wygenerowane komputerowo filmy "Król Lew" i "Księga dżungli" oraz seriale "The Walking Dead" i "Umbrella Academy", w których – choć zwierzęta odgrywają tam kluczowe role – żadne żywe stworzenie nie zostało zmuszone do występu. Nie było bite, głodzone ani porzucone w obskurnym zoo, gdy się "zużyło". 

Uśmiech szympansa w filmie czy reklamie to – jak podkreśla PETA – tak naprawdę grymas strachu lub ćwiczona godzinami reakcja na polecenie tresera. Żywe szympansy nie są już wykorzystywane w filmach, na szczęście. Ale inne zwierzęta – szczenięta, koty, konie – są i można je łatwo zastąpić. Czy to nie jest przerażający scenariusz?

Przy opracowaniu tekstu korzystałam z artykułów opublikowanych m.in. w "Life", "Cinefantastique", "The Conversation" oraz raportów zamieszczonych na stronie organizacji PETA.  

Paulina Dudek. Dziennikarka, redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Twórczyni cyklu mikroreportaży wideo "Zwykli Niezwykli" i współautorka "Pomocnika dla rodziców i opiekunów nastolatków". Nagrodzona Grand Video Awards, nominowana do Grand Press.