Społeczeństwo
Ludzie, chcąc pomóc zwierzęciu, mogą mu tylko zaszkodzić (Fundacja Dzikich Zwierząt Marzena Białowolska)
Ludzie, chcąc pomóc zwierzęciu, mogą mu tylko zaszkodzić (Fundacja Dzikich Zwierząt Marzena Białowolska)

Marzena Białowolska z Fundacji Dzikich Zwierząt w Szczecinie karmi jeże, gdy rozmawiamy. Ma ich w domu 14. Co jakiś czas wychodzi i sprawdza, co u bielika, którego pod koniec stycznia przywieziono w bardzo złym stanie. Był skrajnie wychudzony, nie chwytał mięsa dziobem, nie mógł utrzymać głowy w pionie, trzeba było go karmić maleńkimi kawałkami piersi z kaczki namoczonymi w specjalnym roztworze. W domu jest jeszcze gołąb Ciastek, który nie ma skrzydeł, mewa, co wpadła na auto, nietoperz wybudzony przez człowieka z hibernacji, przyniesiony przed chwilą wróbel i myszarka polna, nieopatrznie wykopana na placu budowy. Na zewnątrz domu w jednej z wolier dochodzi do siebie sowa puszczyk, która ponad dobę spędziła w kominie, wychudzony i obolały myszołów jasny oraz kolejne gołębie i jeże.

- Pomaganiu zwierzętom powinna towarzyszyć wiedza. Należy wnikliwie oceniać sytuację i brać pod uwagę biologiczną i behawioralną naturę danego gatunku – przekonuje Białowolska, absolwentka weterynarii. – Ja wiem, że za serce chwyta wszystko, co małe, puchate, nieporadne czy chore. I myślimy: pomożemy, odchowamy. O ile uszczęśliwimy jeża czy zająca i one się do nas nie przyzwyczają, o tyle małemu lisowi, sarnie czy dzikowi, jeśli będziemy je karmić i przytulać, zrobimy krzywdę. One już nie odnajdą się w naturze.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Białowolska przypomina historie oswojonych lisów, które podchodziły pod domostwa i były przepędzane, bo brano je za nosicieli wścieklizny. Albo oswojonego jelenia, który podszedł do grzybiarzy i został zaatakowany nożem. – Gdy zwierzęta do nas trafią, zranione czy chore, ważne jest, by proces rehabilitacji w dużej mierze poświęcony był dziczeniu danego zwierzęcia. Musimy zrobić wszystko, by dać mu chociaż szansę na powrót do naturalnego środowiska – dodaje.

Żeby pomagać dzikim zwierzętom, trzeba dokładnie wiedzieć, jak (Fundacja Dzikich Zwierząt Marzena Białowolska) , 'Małemu lisowi, sarnie czy dzikowi, jeśli będziemy je karmić i przytulać, zrobimy krzywdę' - mówi Marzena Białowolska (Fundacja Dzikich Zwierząt Marzena Białowolska)

Jakiś czas temu do fundacji Marzeny przywieziono maleńką wydrę – ktoś porzucił ją na miejskim placu w Pile. Jej delikatna skóra na opuszkach była starta do krwi od chodzenia po betonowych płytach. Nim Marzena podjęła się opieki nad zwierzęciem, skontaktowała się z ekspertami badającymi gatunek. – Jest tak mało wiadomości na temat rehabilitacji dzikich zwierząt, że wymiana doświadczeń jest bezcenna – wyjaśnia przyrodniczka.

Przez pierwsze miesiące wydrę karmiono specjalną mieszanką, miała kontakt tylko z jedną osobą. Ważne było, by nie dopuścić do choroby sierocej. Później stopniowo odzwyczajono zwierzę od opiekuna. Basia, bo tak nazwano wydrę, przebywała sama, jedynie z lustrem, które później usunięto, bo zwierzę reagowało agresywnie na widok odbicia. Wbrew początkowym niepowodzeniom Basia nauczyła się jeść niewielkie rybki, które żywe wpuszczano jej do basenu. Równolegle przyzwyczajano ją do innych pokarmów, na przykład jaj przepiórek, które zakopywano bądź ukrywano na wysokościach, by w przyszłości w naturze umiała się wdrapać i znaleźć podobne w gniazdach. Dostawała korzonki, rośliny występujące przy zbiornikach wodnych.

- Gdy musiałam ją odłowić do większego kontenera, by wypuścić do natury, zaatakowała mnie. Wyszczerzyła zęby i ugryzła mnie w dłoń. Uznałam to za ogromny sukces – mówi prezes szczecińskiej fundacji.

Nim zdecydowała, gdzie wypuścić wydrę, skonsultowała ze specjalistami osiem zbiorników wodnych i ich otoczenie. Chciała, by Basia miała najlepsze warunki. – Uwolnienie zwierzęcia do natury to pracochłonny i długotrwały proces, ale tylko wtedy ta pomoc ma sens – mówi Białowolska.

Niestety, długa jest lista przypadków, w których ludzka pomoc zwierzętom nie ma sensu, wręcz bywa szkodliwa. Do fundacji Białowolskiej ludzie często przynoszą na wpół martwe ptaki: gołębie, bażanty. – "Proszę mu pomóc. W ostatniej chwili uratowałem go z pyska lisa, rzucając w niego kamieniem" – mówią z dumą obrońcy. Nie róbmy tego! Zwierzęta potrzebują pozyskać pokarm dla swojego potomstwa. Polowanie i zdobywanie jedzenia kosztuje je wiele energii. Jeżeli jenot, borsuk, lis czy krogulec już chwycił zwierzę, nie odbieramy mu pożywienia i nie skazujemy na śmierć jego maluchów – mówi prezeska.

Chybiona pomoc może mieć śmiertelne konsekwencje. Wynika z niewiedzy i - czasem wręcz drastycznego - braku wyobraźni (Fundacja Dzikich Zwierząt Marzena Białowolska) , Fundacja Dzikich Zwierząt Marzena Białowolska (Fundacja Dzikich Zwierząt Marzena Białowolska)

Zdarzają się takie dialogi:

- Znalazłam w zagłębieniu w trawie małą sarnę, co robić?

- Nic! Matka uznała widać, że mała jest tam bezpieczna.

- Ale nigdzie nie widać matki...

- Pani jest cały czas przy dziecku? A gdyby ktoś zobaczył pani dziecko na placu zabaw i stwierdził, że skoro nie ma w pobliżu mamy, to może je sobie zabrać? Proszę je zostawić! – nakazuje Białowolska.

Chybiona pomoc może mieć śmiertelne konsekwencje. Wynika z niewiedzy i – czasem wręcz drastycznego – braku wyobraźni. Jakiś czas temu ze szczecińską fundacją skontaktowała się kobieta, oznajmiając, że uwolniła do natury sarnę, która wychowała się w jej ogródku. "Chciałabym zostać zdalnym wolontariuszem" – zaoferowała się. Wysłała też zdjęcie, na którym razem z domownikami sarna jadła przy stole ziemniaki, na innej fotografii spała na tapczanie. Gdy podrosła, "opiekunowie" wypuścili ją w okolicznym lesie, ale zwierzę po jakimś czasie wróciło. Rodzina zdecydowała wywieźć je 80 km dalej, tłumacząc sobie, że sarna wraca po zapachu.

To tak, jakby dziecko chować w całkowitym zamknięciu, bez kontaktu ze światem i z innymi ludźmi, karmiąc jedynie i trzymając w cieple, a następnie, gdy już osiągnie wiek 20 lat, wywieźć je do Warszawy i zostawić samo na środku skrzyżowania na Marszałkowskiej. I jeszcze z triumfem przyznać: Boże, jaka jestem dumna, odchowałam dziecko do pełnoletności! Pomoc w takim wydaniu to czysty egoizm – kwituje prezes Fundacji Dzikich Zwierząt Marzena Białowolska.

Im mniej ingerencji, tym lepiej

Na początku 2022 roku pracownicy Nadleśnictwa Ustrzyki Dolne zauważyli młodego niedźwiedzia zbliżającego się do wsi Teleśnica w Bieszczadach. Wydawał się osłabiony, miał kłopoty z utrzymaniem równowagi. Niedźwiadka przewieziono do Ośrodka Rehabilitacji Zwierząt Chronionych w Przemyślu. Tam, pomimo prób leczenia, jego stan pozostawał krytyczny. Problemy neurologiczne okazały się skutkiem zakażenia odkleszczowego. Pod 10 dniach ośrodek podjął decyzję o uśpieniu małego. Już samo odłowienie i przetransportowanie drapieżnika do ośrodka w Przemyślu spotkały się z krytyką części przyrodników, którzy twierdzili, że niedźwiedź powinien pozostać w naturze.

- Mamy w kraju co najmniej kilkoro badaczek i badaczy zajmujących się tym gatunkiem. Mimo to gdy co parę lat pojawia się sytuacja problematyczna związana z niedźwiedziem brunatnym, decyzje podejmowane są w przypływie emocji, bez konsultacji ze specjalistami, często przez osoby, które nie mają odpowiednich kwalifikacji i wiedzy – komentuje sprawę biolog, dr Robert Maślak z Uniwersytetu Wrocławskiego, który od kilkunastu lat zajmuje się badaniem niedźwiedzi brunatnych.

Dr Robert Maślak z Uniwersytetu Wrocławskiego od kilkunastu lat zajmuje się badaniem niedźwiedzi brunatnych. Na zdjęciu w zlikwidowanym ZOO w Braniewie przed transportem niedźwiedzia Michała do azylu w Niemczech (Fundacja Dzikich Zwierząt Marzena Białowolska) , Dr Robert Maślak (Fundacja Dzikich Zwierząt Marzena Białowolska) , Niedźwiedź w azylu w Kuterewie w Chorwacji (Fundacja Dzikich Zwierząt Marzena Białowolska)

Przez kilka lat wspólnie z dr Agnieszką Sergiel z Instytutu Ochrony Przyrody PAN w Krakowie badał warunki utrzymywania niedźwiedzi w niewoli. Jeżdżąc po Polsce, odwiedzili kilkukrotnie ogrody zoologiczne, schroniska, placówki typu minizoo, gdzie przebywały wówczas 54 zwierzęta.

- W wielu przypadkach po takich wizytach trudno było zasnąć. Oceniliśmy, że 15 zwierząt żyło w warunkach skandalicznych i wymagało natychmiastowej pomocy. Po raz pierwszy zobaczyłem niedźwiedzia przejawiającego autoagresywne zachowania. Był zamknięty w bardzo ciasnej klatce i z całej siły uderzał się w łapę, celowo ją raniąc. Kolejny, niedźwiedź himalajski, był całkowicie pozbawiony palców – z powodu złej diety i przebywania w bardzo złych warunkach wdała się w nie martwica. U jeszcze innego próchnica była tak zaawansowana, że zajęła czaszkę i trzeba było uśpić zwierzę – opowiada biolog.

Choć projekt miał stricte naukowy charakter, badacze zaangażowali się w organizację pomocy medycznej zwierzętom i poszukiwania dla nich nowych miejsc do życia.

Niedawno, jeszcze zanim wybuchła wojna, odwiedzili Park Narodowy Synewyr w Ukrainie, gdzie na 12-hektarowym górzystym wybiegu wśród lasów prowadzony jest największy w Europie azyl dla niedźwiedzi. Przebywają tam zwierzęta po traumach, sprowadzone między innymi z cyrków, restauracji, prywatnych ogrodów. U części nawet w dobrych warunkach nie udaje się ograniczyć zaburzenia zachowania.

- We wzorcowym azylu w Müritz w Niemczech widziałem niedźwiedzia, który pomimo olbrzymiego terenu i fachowej opieki zachowywał się w ten sposób, że szedł kilkanaście metrów do przodu i zaczynał się cofać. I tak przez kilka godzin. Inny nieustannie przestępował z nogi na nogę. To skutki traumy, reakcja na stres, niemożność poradzenia sobie z zastaną sytuacją. Niedźwiedź wychowany w sztucznych warunkach nigdy nie będzie w pełni zdrowy. Będzie cierpiał na różne zaburzenia, stany lękowe. Bywa, że przez 40 lat, bo tyle mogą żyć te drapieżniki – mówi naukowiec i zachęca, by skupić się na poprawie warunków zwierząt będących już w niewoli i nie powiększać ich grona.

Niedźwiedzie to inteligentne zwierzęta, mają zdolność liczenia, dobrą pamięć przestrzenną. W środowisku naturalnym zajmują wielkie areały i spędzają czas na eksploracji terenu w poszukiwaniu pożywienia. - W niewoli nie sposób zaspokoić potrzeb fizycznych i psychicznych niedźwiedzia, po prostu cierpi. A przecież oswojony nie może być wypuszczony na wolność, bo będzie szukał ludzi i pożywienia. Nie da się go z powrotem uczynić dzikim, tak jak możliwe jest to z niektórymi innymi gatunkami. Aby niedźwiedź się nie oswoił, musiałby przebywać w izolacji od człowieka, jego głosu i zapachu, a to jest bardzo trudne do osiągnięcia. Poza tym w Polsce brak jest dużych obszarów pozbawionych dróg i osiedli ludzkich, wypuszczenie oswojonego drapieżnika byłoby skrajną nieodpowiedzialnością. Azyl w Poznaniu jest pełen, a koszty budowy innego, odpowiednio dużego wybiegu są ogromne, do tego dochodzi koszt fachowej opieki przez wiele lat – przekonuje dr Maślak i dodaje, że najlepiej pozwolić zwierzętom żyć w ich środowisku naturalnym. – Im mniej ingerencji człowieka w naturę, tym lepiej. Nasza chęć pomocy kończy się klęską i niepotrzebnym przedłużaniem cierpienia.

Dzikie zwierzęta mają prawo umierać

Na początku lutego naukowcy Stowarzyszenia dla Natury "Wilk" odebrali telefon. Nad Wisłą w sąsiedztwie Kampinoskiego Parku Narodowego we wnykach szarpał się dorosły wilk. Zespół ratowniczy stowarzyszenia, które od ponad 20 lat bada rysie i wilki, wyruszył natychmiast. Na miejscu okazało się, że pętla zastawiona przez kłusownika nie zacisnęła się całkowicie i Luty – bo takie imię dostał od ratujących go przyrodników – przetrwał wypadek w bardzo dobrej kondycji. Po założeniu wilkowi obroży telemetrycznej badacze uwolnili go w pobliskim lesie. - Dziś dzięki danym z obroży z radością obserwujemy, jak Luty wędruje i sprawnie poluje na obszarze Kampinoskiego Parku i w jego okolicach – opowiada dr hab. Sabina Nowak, która specjalizuje się w ekologii i ochronie dużych ssaków drapieżnych, jest prezesem Stowarzyszenia dla Natury "Wilk" oraz adiunktem w Zakładzie Ekologii Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Stowarzyszenie dla Natury 'Wilk' pomaga potrzebującym wilkom (Stowarzyszenia dla Natury 'Wilk')

Szczęśliwe zakończenie miała również historia starszego brata Lutego, który w 2017 roku został potrącony przez samochód tuż przy granicy Kampinoskiego Parku Narodowego. Kampinos, niespełna dwuletni samiec, leżał poraniony na poboczu. W ośrodku rehabilitacyjnym w Warszawie lekarze nastawili zwierzęciu pękniętą miednicę. Był prawie dorosły, więc nie groziło mu przyzwyczajenie się do człowieka. – Po dwóch miesiącach rehabilitacji podjęliśmy decyzję, że uwolnimy go do środowiska naturalnego na terenie Kampinoskiego Parku – opowiada Sabina Nowak.

Po jednej dobie wilk był już ze swoją grupą rodzinną. Gdy dorósł, odłączył się od niej i wędrował po wielu polskich lasach, przekraczając autostrady i drogi szybkiego ruchu górnymi przejściami dla zwierząt. – Dzięki obroży telemetrycznej mogliśmy śledzić i jego losy. Widzieć, jak pomimo wypadku i dwumiesięcznej rehabilitacji Kampinos sprawnie sobie radzi: unika ludzi, poluje i w końcu zostaje ojcem szczeniąt w lasach nieopodal Wrocławia – mówi prezeska Stowarzyszenia dla Natury "Wilk".

Czasem jednak lepiej nie podejmować akcji ratowniczych. Jedną z zasad stowarzyszenia jest odmawianie interwencji w przypadku zwierząt chorych. Przykładem jest konsekwentne niepodejmowanie leczenia wilków cierpiących na świerzb, który powoduje świąd i utratę sierści. Część z tych zwierząt umiera, inne wracają do zdrowia, szczególnie gdy mają wsparcie ze strony grupy rodzinnej. Niektóre chore osobniki w zimie szukają ciepłego miejsca, chowają się w stodołach, żerują na śmietnikach i mimo że nie są groźne, wywołują panikę wśród lokalnych mieszkańców. W większości takich przypadków choroba jest tak zaawansowana, że pomoc umęczonemu, konającemu zwierzęciu polega na eutanazji. – Odradzamy leczenie. Proces ten trwa na tyle długo, że zwierzę, szczególnie młode, oswaja się i nie ma szans na powrót do środowiska naturalnego. Ponadto uwięzienie w kojcu chorego drapieżnika, który wychował się w naturze, to dla niego katorga, niewyobrażalne cierpienie – wyjaśnia badaczka.

W populacjach dzikich zwierząt muszą działać naturalne czynniki śmiertelności. Nie mówimy tu o zdarzeniach i wypadkach powodowanych przez ludzi, bo w takich sytuacjach należy reagować. Ale dzikie zwierzęta muszą same walczyć z chorobami i bronić się naturalnymi mechanizmami przed patogenami obecnymi w środowisku. Te, które mają najlepsze układy immunologiczne, doczekają dorosłości i starości. A cechy, dzięki którym przetrwały, przekażą potomstwu.

W zeszłym roku w województwie podlaskim rodzina przygarnęła do domu wilczę szczenię. Maluch był skrajnie niedożywiony, wychudzony, bardziej przypominał psa niż wilka, ale badania genetyczne potwierdziły jednak, że to wilk. Szybko stał się pupilem domowników, w tym kilkuletnich dzieci. Szczeniak przyzwyczaił się do ludzi. – Mały wilczek jest uroczym zwierzakiem, którego chciałoby się za wszelką cenę uratować i przytulić, jednak jest tak do momentu, gdy podrośnie, nabierze wigoru i zacznie kąsać dla zabawy domowników po łydkach – tłumaczy dr Nowak. – Podjęliśmy szybką decyzję, by dla dobra tej rodziny, szczególnie dzieci, oraz samego wilka przewieźć młodego drapieżnika do ośrodka rehabilitacji, a następnie do odpowiedniego azylu. Tam po kilku miesiącach okazało się, że wilk miał wadę serca – zmarł nagle. Mając w pamięci stan, w jakim go znaleziono, nie mamy wątpliwości, że z góry skazany był na śmierć. Śmiertelność wśród młodych wilków i innych dzikich ssaków jest wysoka, a ich śmierć jest stałym elementem procesu wychowu. Tylko te najzdrowsze i najsilniejsze przeżywają. Zwierzęta mają prawo umierać.

Wilki są zwierzętami socjalnymi. Tego, kim są, jak przetrwać w lesie i polować, uczą się od członków swojej grupy rodzinnej, przyglądając się dorosłym i ich naśladując, tłumaczy mi badaczka. – Gdy są jeszcze małe i z jakiegoś powodu wyrywa się je ze środowiska naturalnego, kilka tygodni pobytu z ludźmi jest dla nich drogą bez powrotu, prosto w kierunku azylu. Pozbawione wilczej rodziny w kluczowym okresie życia nie poznają zachowań społecznych typowych dla swojego gatunku, nie odnajdą się w środowisku po wypuszczeniu na wolność, będą wracać w pobliże ludzi, bo postrzegają nas jak swoich krewnych, w naszym sąsiedztwie łatwo też im znaleźć pożywienie – dodaje.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Tak było w przypadku Hardej, niespełna rocznej wilczycy z Ośrodka Rehabilitacji Zwierząt w Napromku, gdzie trafiła przejęta od prywatnej osoby w 2018 roku. Jej wybieg sąsiadował z wybiegiem dorosłego wilka Miko, który kilka miesięcy wcześniej został potrącony przez samochód na skraju Puszczy Bydgoskiej i przetransportowany do ośrodka przez badaczy ze Stowarzyszenia dla Natury "Wilk".

Zdaniem prowadzących ośrodek wilki zapałały do siebie sympatią. Naukowcy ze stowarzyszenia nadzorujący rehabilitację Miko byli sceptyczni w stosunku do tych opinii i z uwagi na niejasne pochodzenie Hardej sprzeciwiali się jej uwolnieniu. Mimo to postanowiono wypuścić wilki na wolność razem, licząc, że młoda samica wróci do środowiska pod opieką dorosłego wilka i założy z nim rodzinę. Niestety, po kilkunastu godzinach po uwolnieniu zwierzęta się rozdzieliły. Miko przewędrował ponad 500 km, przemierzając różne lasy w zachodniej Polsce, a Harda poszła do pobliskiego Solca Kujawskiego. Szukała tam resztek żywności i odpoczywała na terenach zielonych miasta. Z powodu zagrożenia, że wilk wzbudzi panikę wśród lokalnej społeczności, może zachować się agresywnie i spotęguje negatywne nastawienie do tych drapieżników, konieczny był jej odłów. Na prośbę władz Solca bardzo trudną akcję przeprowadzili badacze ze Stowarzyszenia dla Natury "Wilk" i odstawili Hardą do ośrodka rehabilitacji z zaleceniem zatrzymania jej w niewoli do końca życia. Kilka miesięcy później trafiła do Rezerwatu Pokazowego Białowieskiego Parku Narodowego. 

Sabina Nowak: Wiedza na temat dzikich zwierząt nie jest powszechna, nawet wśród lekarzy weterynarii w ośrodkach rehabilitacji (Robert Mysłajek)

- Wiedza na temat dzikich zwierząt nie jest powszechna, nawet wśród lekarzy weterynarii w ośrodkach rehabilitacji. Dlatego niezmiernie ważna jest współpraca między lekarzami, wiedzącymi, jak medycznie pomóc poszkodowanym pacjentom, oraz naukowcami, którzy prowadzą badania nad tymi gatunkami, są w stanie przewidzieć konsekwencje procedury leczniczej, a także ocenić możliwości powrotu zwierzęcia do jego środowiska naturalnego. Te oddzielne zasoby wiedzy muszą się połączyć, żebyśmy się porozumieli i ustalili, czy chodzi nam o prawdziwe dobro zwierzęcia, czyli o pomoc w jego powrocie do dzikiego świata, czy raczej o to, by zaspokoić własne ambicje i starać się zwierzę uleczyć kosztem uwięzienia go do końca życia w świecie człowieka – mówi Sabina Nowak.

***

Przypadki, gdy wilk znajduje się w rękach prywatnych osób lub jednostek, które nie mają odpowiednich uprawnień, bądź regularnie przez kilka tygodni pojawia się bardzo blisko zabudowań, żeruje na odpadkach i pomimo odganiania nie boi się ludzi, należy zgłaszać do Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska lub ekspertów badających ten gatunek.

Dorota Salus. Reporterka, tłumaczka. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Współpracuje z weekend.gazeta.pl, tłumaczy dla National Geographic. Publikowała m.in. w Wysokich Obcasach, Polityce, Women’s Health. Biega i chce ukończyć maraton.

Jak zachować się wobec dzikiego zwierzęcia, które spotkamy na swojej drodze?

1. Jeśli w trawie, na polu lub na skraju lasu znajdziesz młode zwierzę, np. sarnę, nie dotykaj ani nie zabieraj go ze sobą, pozostaw tam, gdzie jest. Jego matka najprawdopodobniej oddaliła się, by znaleźć pokarm. Jest to strategia przetrwania wypracowana przez wiele gatunków zwierząt. 2. Pod żadnym pozorem nie dokarmiaj dzikich zwierząt (w tym ptaków). Przyzwyczajasz je w ten sposób do łatwego zdobywania pokarmu. W wyniku czego tracą zdolność do samowystarczalności i osłabiają naturalny lęk przed człowiekiem. 3. Jeśli znajdziesz ranne, chore, bądź osłabione zwierzę, powiadom służbę leśną, policję lub miejscowy urząd gminy, które podejmą czynności zgodnie z procedurami przewidzianymi dla konkretnych przypadków. 4. Kiedy widzisz polujące zwierzę, nie płosz go, nie ingeruj w jego świat. Zwierzęta potrzebują pozyskać pokarm dla siebie i swojego potomstwa.