Rozmowa
Barbara Bursztynowicz (Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Wyborcza.pl)
Barbara Bursztynowicz (Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Wyborcza.pl)

Jest środek dnia. Czy zdążyła się już pani dzisiaj czymś zachwycić?

O, tak! Codziennie rano wstaję i wyglądam przez okno, by podziwiać dziki ogród. Zachwyca mnie nie tylko teraz, wiosną, ale o każdej porze roku. W każdym, najmniejszym nawet drobiazgu w przyrodzie można znaleźć piękno. Pod warunkiem że obserwujemy uważnie.

Ma pani tę umiejętność od dziecka?

Tak. Zawsze odczuwałam otaczający mnie świat bardzo intensywnie. Jako dziecko mieszkałam w górach…

W przepięknym Bielsku-Białej.

…a nasz dom był otoczony ogrodem.

Przyroda sama się określa. Ona jest tak oczywista! Ja w kropli deszczu znajduję odbicie swojej duszy i całego świata. Wiem, że jestem egzaltowana…

Aktorka urodziła się w Bielsku - Białej (Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Wyborcza.pl)

Ależ nie! A ja pytam o to, bo wiem, że pani kocha naturę. Musi być wspaniale iść przez życie z uważnością na wszystko, co człowieka otacza.

Wystarczy pójść do lasu – tylko nie do takiego, który jest "modny" i jest tam mnóstwo ludzi – znaleźć sobie ulubioną ścieżkę, zatopić się w nieprawdopodobnej leśnej ciszy, w której tylko od czasu do czasu odezwie się ptak, słychać szum wiatru. Wystarczy unieść głowę, żeby podziwiać wielkie drzewa, które są często starsze od nas.

Takie chwile dają człowiekowi bezcenne ukojenie i siłę.

Na pewno dużo jej pani potrzebowała, żeby po 27 latach zdecydować się na odejście z "Klanu". To było wyjście ze strefy komfortu, co dla nikogo nie jest łatwe.

O, z całą pewnością nie jest!

Proszę powiedzieć, jak to się robi? Z pewnością są wśród naszych czytelniczek i czytelników  osoby, które czują, że zawodowo kręcą się w kółko bez sensu i celu. Przeraża je jednak myśl o tak radykalnej zmianie, bo co prawda nie jest dobrze, ale mają – jak się mówiło w PRL – "naszą małą stabilizację".

Małą stabilizację pod każdym względem! Ja się nie musiałam martwić, zabiegać, denerwować, oczekiwać, czy telefon z propozycją roli zadzwoni, czy nie.

Są aktorki, które potrafią zawalczyć o siebie i nigdy nie znajdą się w sytuacji bezradności, ale ja do nich nie należę. Nie dobijam się do producentów ani reżyserów, nie wydzwaniam do nikogo.

Kiedy odchodziłam z serialu, nie wiedziałam, co mnie czeka. A jednak w związku z tym wszystkim, co mi w tej małej stabilizacji doskwierało – a doskwierało mi coraz więcej – uznałam, że muszę odejść. Pyta pani, jak wyjść ze strefy komfortu? "Szaleństwem jest robić ciągle to samo i oczekiwać różnych rezultatów" – nie znam autora tych słów...

Plan zdjęciowy serialu 'Klan'. Podkowa Leśna. 1999 rok (Fot. Wojciech Duszenko / Agencja Wyborcza.pl)

Jestem dzieckiem fizyków, dlatego muszę wiedzieć, kto jest autorem tych słów. To Albert Einstein.

To bez wątpienia bardzo mądre słowa.

Moja postać w "Klanie" była słaba – i coraz słabsza, coraz mniej ciekawa, a wszelkie próby wpłynięcia na produkcję, żeby się od tej miałkości odbić, wykrzesać z postaci, ile się da, by ją ocalić, były nieskuteczne.

Nie miałam żadnych podstaw, by się spodziewać, że będzie lepiej, a skoro tak, to szaleństwem byłoby zostać.

Wierzy pani, że wspaniałe wyzwania zawodowe przed panią?

Dzisiaj to nie jest już nawet kwestia wiary. Ja po prostu wiem, że one są.

Proszę mi wierzyć, że nie spodziewałam się aż takiej reakcji mediów na moje odejście z "Klanu"…

Dziennikarze czatowali nawet przed pani domem, by móc donieść światu, że poszła pani do sklepu po bułki i pomidory!

Akurat o tym nie miałam pojęcia. (śmiech) Nie czytam plotek na swój temat. Mąż czasem to robi. A potem mówi: "Nie obawiaj się, nie jest tak źle". (śmiech)

Zostawmy portale plotkarskie. U Kuby Wojewódzkiego mówiła pani, że twórcy serialu porównują pani znaczenie dla "Klanu" do tego, kim jest dla FC Barcelony Robert Lewandowski.

Jestem niesamowicie wdzięczna za tę ogromną sympatię, serdeczność widzów, której codziennie doświadczam. Jestem szczerze poruszona i doceniam każde miłe słowo. Wiele redakcji prosiło o wywiady, zapraszano mnie do różnych programów…

W "halo tu Polsat" np. wcieliła się pani w Donalda Trumpa. Wszędzie powtarzała pani, że nie kończy kariery, tylko czeka na ambitne role.

To wszystko napędziło spiralę zainteresowania mną. I pojawiły się różne propozycje.

10 - lecie 'Klanu'. 2007 rok (Fot. Alina Gajdamowicz / Agencja Wyborcza.pl)

Wspaniale! Będziemy panią oglądać w kinie czy teatrze? A może i tu, i tu?

(śmiech) Myślę, że i tu, i tu, ale jest za wcześnie, żebym mogła powiedzieć więcej. Jestem na etapie podejmowania decyzji, które propozycje przyjmę.

Czyli w bardzo komfortowym momencie. Zawsze mówiła pani, że największą miłością jest teatr. Kiedy czuje pani, że nawiązała kontakt z widzami, którzy współodczuwają emocje pani postaci...

To są najpiękniejsze chwile. Coś wspaniałego, fascynującego! Ta pasja trwa we mnie do dziś, z czasem tylko się pogłębia.

W Ateneum grała pani Ofelię w "Hamlecie", w Teatrze Telewizji – Ismenę w "Antygonie". Jednak prawdziwą popularność przyniósł pani "Klan". Idzie pani ulicą…

…i słyszę: "Dzień dobry, pani Elu". (śmiech) Nie ma w tym niczego złego.

Jednak w latach 90., kiedy przyjmowała pani tę rolę, wiele osób z branży uważało serial za "coś gorszego". Wspominała pani, że były osoby – które potem również w niejednym serialu zagrały – które przekazywały pani wyrazy współczucia, gdy przyjmowała pani rolę Elżbiety Chojnickiej.

A ja zawsze uważałam, że jeśli tylko aktor jest wiarygodny, jeśli nie kłamie – jak to się w naszym środowisku mówi – to gra w serialu może być wartością. I tak się w tym przypadku stało, ponieważ wiem, że bardzo wielu widzów utożsamiało się z postacią, którą grałam w "Klanie".

Dlatego jest mi bardzo przykro i w dalszym ciągu cierpię z tego powodu, że ich zawiodłam, odchodząc.

Aktorka i jej mąż na spektaklu 'Mianujom mie Hanka' w Sejmie. 2024 rok (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl)

Dla pewności – wracając do piłkarskich porównań – rok temu Wojciech Szczęsny ogłosił emeryturę, ale gdy dostał ofertę z FC Barcelony, zmienił zdanie. Pani na pewno do "Klanu" nie wróci?

Nie. Pierwsze kilka lat to był bardzo dobry czas, ponieważ moja postać była wyrazista, wiele się działo, miałam możliwość się spełniać jako aktorka. Do tego stopnia, że nawet nie brakowało mi teatru. Ale pod koniec nie zostało już z tego nic.

Powtarza pani, że rola kobiety nie może się sprowadzać do gotowania zupy i nalewania domownikom herbaty. Zostawmy "Klan" i cofnijmy się w czasie. W zawodzie aktorki bardzo potwierdza się wyświechtane hasło, że życie to sztuka wyboru. Jako młoda artystka odmówiła pani Barei.

To nie była tylko moja decyzja. Byłam pod silnym wpływem Aleksandry Śląskiej, mojej profesorki, a potem koleżanki w Teatrze Ateneum. Z każdą propozycją szłam do pani profesor i pytałam, co ona na to. Nieraz radziła: "Basiu, nie bierz tego. To nie jest artystyczne. Nie rozwiniesz się, a możesz wpaść w manierę. Nie przysporzy ci to w środowisku dobrej opinii".

I nie mówię teraz tylko o Barei, bo odmawiałam też innym reżyserom. Ale skoro pani pyta akurat o Bareję – w tamtych czasach jego filmy nie były zbyt wysoko cenione artystycznie. To był rodzaj kabaretu, skeczu. Dopiero po 1989 roku…

Bareja stał się kultowy.

A jego filmy są doceniane również z uwagi na walory czysto historyczne, ponieważ w wyrazisty sposób pokazują PRL-owską rzeczywistość. Słusznie, że z czasem filmy Barei doczekały się miana kultowych. Dziś, gdy patrzymy na tamte czasy na ekranie – już samemu nie przeżywając na co dzień pokazywanych tam absurdów – to jest to zabawne i fajne. Nie do wiary! Abstrakcja!

Wtedy – przynajmniej mnie – zupełnie to nie bawiło.

Na czwartym roku studiów odmówiła pani także innemu słynnemu reżyserowi – którego nazwiska pani nie ujawnia – który powiedział wprost: "Rola jest twoja, ale najpierw musimy się lepiej poznać". Odpowiedziała pani, że nie zamierza robić kariery przez łóżko. Wzruszył ramionami: "Twój wybór".

W środowisku nikt wtedy nikogo nie uprzedzał, że coś takiego może się w ogóle przydarzyć. Mnie się przydarzyło i był to prawdziwy koszmar. Byłam zszokowana, że zetknęłam się z taką brutalnością.

Czuła pani straszną bezsilność?

Oczywiście. Przecież moja kariera dopiera się zaczynała, byłam zależna od propozycji, które dostawałam lub nie. I nagle przychodzi propozycja, za którą miałabym zapłacić swoją godnością?! Nie. Na to się nie mogłam zgodzić.

Mówię o tym publicznie z jednego powodu: żeby aktorki, które dziś zaczynają pracę, miały świadomość, że coś takiego może je spotkać. Potrzebujemy zmiany mentalności, świadomości. Może dzięki temu, że o tym mówimy, ktoś się zastanowi nad sobą?

W młodości odrzucałam wiele filmowych propozycji. Nie chciałam m.in. grać w filmach, w których było dużo – zupełnie niepotrzebnych – scen erotycznych, które miały przyciągnąć widzów.

Po odejściu z 'Klanu' aktorka otrzymuje ciekawe propozycje zawodowe (Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Wyborcza.pl)

Nawet nieśmiesznie żartowano: "Momenty były?". Czy aktorka pokazała biust? Czy "było na co popatrzeć"?

Przedmiotowe traktowanie kobiety to jest coś strasznego!

O, i to jest temat, który powinien być poruszany w popularnych serialach takich jak "Klan". Sprowadzanie kobiety wyłącznie do obiektów seksualnych – niech bohaterowie o tym rozmawiają, o to kłócą, niech wymieniają argumenty. Pobudzajmy widzów do myślenia! Ale nie, o niczym takim nie było nawet mowy. Pod koniec scenariusz był już taki płytki…

A przecież my, aktorzy, jesteśmy niewyczerpanym potencjałem. Jeżeli jest potrzeba, powinniśmy móc ingerować w scenariusz. Jeżeli produkcji brakuje pomysłów, to każdy z nas, doświadczonych aktorów, jest tych pomysłów kopalnią.

Żeby aktorce, która gra w serialu od samego początku, odmawiać możliwości współtworzenia roli?

Mimo wszystko decyzja o odejściu kosztowała panią dużo emocji.

Ja nadal za każdym razem, kiedy o tym rozmawiam, się wzruszam. O, widzi pani. Teraz również.

Czy zdarza się pani zastanawiać, co by było, gdyby? "Gdybym jednak zagrała u tego Barei..."

Żadnego co by było, gdyby! Tego się nigdy nie dowiemy, dlatego takie dywagacje nie mają żadnego sensu.

Być może nie roztrząsa pani tego z tej przyczyny, że jest pani w dobrym momencie życia i nie odczuwa potrzeby, żeby się nad tym zastanawiać.

Nie! To po prostu jest bez sensu. Nikt nie powinien się zastanawiać, co by było, gdyby.

Jest, jak jest. Żyjemy – jak to się teraz modnie mówi – tu i teraz…

Zobacz wideo Najwięksi aktorzy Złotej Ery Hollywood

I patrzymy uważnie na ten dziki ogród za oknem?

Tak! Odnajdujemy się w otaczającym nas świecie, przyrodzie, w tych zielonych gałązkach, które się kołyszą na wietrze. Te promienie słońca! Ten ruch powietrza! Życie jest takie piękne! Trzeba tylko chcieć i umieć to zauważyć.

Mój mąż [aktor Jacek Bursztynowicz – przyp. red.] jest miastowy. Trochę mnie kosztowało wysiłku, żeby go przerobić na własną modłę i uwrażliwić na przyrodę. Na szczęście udało mi się. (śmiech) Dzisiaj jest mi za to wdzięczny.

Dla nas pójść na spacer to nie jest wysiłek, ale potrzeba. Wie pani, kiedy byłam bardzo zajęta grą w serialu, najbardziej było mi żal, że nie mogłam pójść na spacer i podziwiać w pełni każdego kolejnego dnia, który przeżywam. A teraz chodzę na spacery codziennie. Tylko przyroda, ja i mój mąż.

To są najpiękniejsze chwile w życiu.

Barbara Bursztynowicz. Urodziła się w Bielsku-Białej. W 1977 r. ukończyła wydział aktorski w warszawskiej PWST. Zadebiutowała rolą Katii w "Barbarzyńcach" Gorkiego w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Przez wiele lat związana była z Teatrem Ateneum, w którym zagrała m.in. Ofelię w "Hamlecie" Szekspira. W Teatrze Komedia grała m.in. w "Dziewczynach z kalendarza" i "Furiach". Występowała także w filmach, m.in. w "Klinczu" i "Roślinach trujących". Jej dorobek w Teatrze Telewizji to m.in. Ismena w "Antygonie" Sofoklesa i Desiree w "Chorobie młodości". Popularność przyniosła jej rola Elżbiety w telenoweli "Klan". Z mężem aktorem Jackiem Bursztynowiczem są 49 lat po ślubie. Córka Małgorzata jest artystką.

Anna Kalita. Fascynują ją ludzie i ich historie oraz praca, która pozwala jej te historie opowiadać. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.