Rozmowa
'Trzymam się drogowskazu, który sama sobie postawiłam: żyj tak, żeby twoje dzieci nie musiały się za ciebie wstydzić' (Fot. Paweł Małecki / Agencja Wyborcza.pl)
'Trzymam się drogowskazu, który sama sobie postawiłam: żyj tak, żeby twoje dzieci nie musiały się za ciebie wstydzić' (Fot. Paweł Małecki / Agencja Wyborcza.pl)

Przychodzę do wielkiej aktorki, żeby zapytać o Pani przemyślenia dotyczące życia. Co jest najważniejsze? Jak żyć? 

Na to czechowowskie pytanie chyba jeszcze nikt nie znalazł odpowiedzi. 

Ja trzymam się drogowskazu, który sama sobie postawiłam: żyj tak, żeby twoje dzieci nie musiały się za ciebie wstydzić.

W życiu są etapy: jest miłość, pojawia się rodzina, jest szczęście, ale bywają też rozpacz i choroba. Jak żyć? Myślę, że przede wszystkim trzeba być otwartym na drugiego człowieka. Na złe i na dobre. I zawsze mieć nadzieję. Wiem, że to brzmi banalnie, ale bez nadziei nie da się żyć. 

Scena PWST w Krakowie. Anna Seniuk i Zofia Saretok w sztuce 'Pierwsza młodość'. 2001 rok (Fot. Gra?yna Makara / Agencja Wyborcza.pl)

Zdarzają się też takie etapy w życiu, kiedy człowiek nie ma nadziei na nic.

Sam fakt, że się żyje, daje nadzieję. Patrząc na swoje życie, mogę powiedzieć, że wszystkie dramatyczne doświadczenia, niektóre tragiczne, nawet ocierające się o śmierć, zawsze – nie od razu, ale po latach – okazały się potrzebne. Zmusiły mnie do zmiany myślenia, postępowania, a przede wszystkim do refleksji. Moja córka w książce o mnie pisze, że ja zawsze sobie dam radę, ponieważ jestem jak czarnoziem ukraiński. (śmiech) Urodziłam się w Stanisławowie.

Miasto Pani narodzin nazywa się teraz Iwano-Frankiwsk.

Tak jest. Polska – Związek Radziecki – Ukraina. Trzy państwa, jedno miasto, moje jedno życie. Być może czerpię siły z wędrówek, na które była skazana moja rodzina po wojnie. Rodzice stracili dorobek życia, gdy zostali wygnani z rodzinnego miasta. Bo to nie była repatriacja, jak nam mówiono, tylko przymusowe przesiedlenie. Przed wojną mieliśmy babcie, stryjów, ciotki, kuzynki. A w 1945 roku wszyscy rozjechaliśmy się w różne strony.

Jednym z Pani pierwszych wspomnień z dzieciństwa jest podróż do Polski w bydlęcym wagonie.

To pierwszy kolorowy film, jaki w życiu widziałam! Wyświetlał się przez szparę lekko otwartych drzwi tego wagonu. To był film przyrodniczy. (śmiech) Oglądałam wsie, lasy, pola, zwierzęta, ptaki.

Czy ten film się Pani podobał?

Do tego stopnia, że kiedy wagon się zatrzymał, dosłownie z niego wypadłam. Taka byłam tego świata ciekawa. A potem była ochronka u sióstr zakonnych, gdzie zagrałam słoneczko w przedstawieniu. To był mój teatralny debiut.

Wraz z siostrą przygotowywała Pani również przedstawienia dla rodziny i wtedy występowałyście w domu, a babcia Wanda oklaskiwała was ubrana w długą czarną suknię z tafty.

To był piękny okres mojego życia. Mieszkaliśmy w Zatorze, w pałacu Potockich, w którym została zorganizowana szkoła rolnicza, a jej dyrektorem został mój ojciec. Jednak później wielokrotnie musieliśmy się przeprowadzać, co oznaczało dla mnie zmianę szkół, nauczycieli, koleżanek i kolegów. To było dla mnie bardzo stresujące. Aż wreszcie zatrzymaliśmy się w Krakowie, gdzie zamieszkaliśmy na dobre. 

Warsztaty teatralne w Cieszynie. 2000 rok (ROBERT KRZANOWSKI/ Agencja Wyborcza.pl)

Czytałam, że Pani mama była niezwykle wymagająca.

(uśmiech) Rzadko byłam chwalona, ale może dzięki temu stałam się taką osobą, jaką dziś jestem: silną i nieuciekającą od wyzwań. Nigdy nie oczekuję pochwał, a kiedy je otrzymuję, wydaje mi się, że są przesadzone. 

Nie!

Tak! I to jest w porządku. Czasem na scenie widzę aktorów, którzy mają poczucie, że są świetni. A takie poczucie to śmierć dla aktora; zresztą nie tylko dla aktora. Herbert powiedział: "Niech Wam towarzyszy wiara w nieosiągalną doskonałość". O tę doskonałość trzeba walczyć przez całe życie. Bo jeśli przestaniesz, zrobisz się nieciekawym, mdłym mentorem.

Miałam okazję pracować i przyjaźnić się z wieloma wybitnymi artystami. W Kabarecie Dudek dzieliłam garderobę z Ireną Kwiatkowską. Spektakle graliśmy o 22, a próby były często całonocne. Pani Irena zawsze na mnie czyhała: "Siadaj tu! Ja będę mówiła tekst, a ty powiesz, czy dobrze". Któregoś razu odważyłam się powiedzieć: "Przecież pani jest wspaniała. Pani wszystko już umie". Odpowiedziała, że z każdą premierą musi być choć ciut lepsza niż dotąd. Ta wielka aktorka dała mi trop, że nie można spocząć na laurach.

Po jakimś czasie to Panią, jako Madzię Karwowską z "Czterdziestolatka", kochała cała Polska. I ponieważ doskonale wiem o tym, że przez kolejne dwa lata odrzucała Pani podobne propozycje – by zagrać w doskonałych "Pannach z Wilka", "Bilecie powrotnym" czy "Kardiogramie" – to aż boję się przyznać, że najbliższa mojemu sercu jest jednak Madzia…

To był bardzo dobry serial. Ja jestem szczęśliwa, że mogłam w nim zagrać. Całkiem niedawno na spotkaniu z publicznością prowadząca je pani tak mnie zapowiedziała: "Proszę państwa, dziś na scenie Magdalena Seniuk". Ja się ani nie zżymam, ani nie gniewam, kiedy ludzie tak się mylą. Do tej pory mam też kontakt z dziećmi z „Czterdziestolatka": moją drugą córką Mirellą Kurkowska – Jagódką – i Piotrkiem Kąkolewskim, czyli Mareczkiem.

W najtrudniejszym momencie życia to właśnie "Czterdziestolatka" oglądałam codziennie. Zachwycałam się Panią i Januszem Gajosem, który grał Pani serialowego brata Antka, i to był mój bezpieczny świat.

Antidotum. 

Artyści stają się nam bliscy i wydaje mi się, że jest to wręcz magiczna strona Pani zawodu.

To widzowie nas tworzą, więc trzeba okazać im szacunek. Z Janem Kobuszewskim ze spektaklem "Spróbujmy jeszcze raz" byliśmy w Kanadzie, Stanach Zjednoczonych, Australii. Wszędzie go ludzie rozpoznawali. Nawet w Nowym Jorku ktoś z samochodu wołał: "Witamy, panie Janie!". Wtedy jeszcze nie było selfie, ale wiele osób chciało go dotknąć, zamienić dwa słowa. Podziwiałam, z jak wielkim szacunkiem do wszystkich się zwracał. Nie było mowy o żadnym: "Przepraszam, ale ja jestem teraz prywatnie. Proszę mi pozwolić zjeść obiad". Nawet podejrzanym typkom, którym się język plątał: "Panie Jasiu! Graba!", Kobuszewski zawsze odpowiadał z szacunkiem: "Ależ oczywiście. Bezwzględnie". Dla swoich wielbicieli zawsze miał czas. Tego się od Janka nauczyłam.

Anna Seniu i Janusz Gajos w sztuce 'Udręka życia'. Teatr Narodowy. 2011 rok (Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Wyborcza.pl)

A czy Pani wielbiciele zakochiwali się w rolach, które Pani tworzyła?

W rolach czy we mnie?

No właśnie nie wiem. Pytam.

Rzadko grywałam słodkie amantki. Raczej role charakterystyczne, komediowe. Szlify kabaretowe zdobyłam w Jamie Michalikowej w Krakowie i w Dudku. Trafiłam tam na fantastycznych ludzi. A czy mężczyźni się we mnie zakochiwali? Pewnie tak! Czasem spotykam starszych panów, którzy mówią: "Jak ja się w pani kochałem". "Teraz mi pan to mówi?" (śmiech)

Wspomina Pani o wybitnych artystach, którzy pani pomagali. Pani również wielu aktorom bardzo pomogła. Piotr Adamczyk ukończył słynny pierwszy rocznik, który Pani prowadziła w Akademii Teatralnej. A był on słynny, bo ukończyło go zaledwie 12 osób. Adamczyk wspomina, że pierwszą rolę zdobył dzięki pani wstawiennictwu.

Studia skończyła "parszywa dwunastka". Wcześniej trzeba się było rozstać z częścią studentów. To było dla mnie bardzo trudne. Bo widzi pani, tu nie chodzi tylko o naukę i o zaliczenie, ale o wewnętrzne światło, którego się nie można nauczyć. Bywały bardzo trudne rozmowy, na przykład: "Ja przecież się uczyłem". 

Ale zabrakło talentu?

Talent to za duże słowo. Talent ma może kilkanaście osób w tym zawodzie.

Pani jest naprawdę bardzo wymagająca!

Ale mamy bardzo wielu wybitnie zdolnych aktorów! 

Rozumiem. Słowo "talent" jest zarezerwowane dla wybrańców dotkniętych tą tajemniczą iskrą bożą.

Z częścią osób, które odeszły ze studiów, również do dziś mam kontakt. Prowadzą domy kultury, kółka teatralne w szkole. Znaleźli swoje miejsce. Jestem przekonana, że gdyby nawet skończyli tę uczelnię, to zawodowe niespełnienie niewarte by było ich życia. 

Verba Sacra. 2000 rok (Fot. Tomasz Kamiński / Agencja Wyborcza.pl)

Wydawałoby się, że aktorka jest taką wieczną panną młodą: co wieczór zakłada piękną suknię i jest podziwiana. Do tego splendor, chwała, pieniądze. Ale jest i druga strona. Ostatnio obejrzałam też oscarowy film o Judy Garland, w którym doskonale pokazano, jak wyżyłowane były oczekiwania wobec tej aktorki.

Ten zawód jest bardzo wymagający, zresztą jak każdy, które chce się wykonywać uczciwie. Trzeba dawać z siebie wszystko. Nie można go wykonywać bez pasji i determinacji. W Starym Teatrze w Krakowie starsze aktorki, które pamiętały jeszcze pierwszą wojnę światową, mówiły nawet: "Dziecko, ty tylko pamiętaj, że aktorka nie może mieć dzieci". 

One nie miały?

Nie miały. Chciały poświęcić się wyłącznie aktorstwu. Ja uważam, że dobrze zrobiłam. Mam dwójkę wspaniałych dzieci, pomimo że w tym zawodzie to jest duże wyzwanie. 

Pani dzieci to Magdalena, której życie jest związane z muzyką, oraz Grzegorz, który jest aktorem. Od razu mi przyszła do głowy łatka "młody Stuhr".

Ciągle się mówi "młody Stuhr", chociaż już jest tylko Stuhr. (śmiech) Ludzie naiwnie myślą: rodzice im załatwili karierę. Ale przecież żaden dyrektor, żaden reżyser, który jest przy zdrowych zmysłach, nie obsadzi niezdolnego syna kolegi. Po co? Żeby mu zniszczył przedstawienie? Ja i mój syn długo nie graliśmy razem.

W Teatrze Narodowym mijaliście się na scenie.

Dopiero po 15 latach, kiedy Grzegorz Małecki sam zapracował sobie na nazwisko, zagraliśmy u Macieja Wojtyszki w adaptacji powieści Romain Gary’ego "Obietnica poranka". Bardzo dobrze nam się pracowało.

A czy prywatnie była Pani wymagającą mamą?

Chyba nie. (uśmiech) Jednak czasem odruchowo zachowywałam się jak moja mama czy babcia. Pamiętam taki epizod, kiedy z synem i jego małymi dziećmi byliśmy na spacerze. Padał deszcz i dzieci zaczęły wskakiwać do kałuży i chlapać się z góry do dołu. I ja wtedy mówię: "Przestań! Wyjdź z tej kałuży! Ubrudzisz się!". A Grzegorz: "A dlaczego mają wyjść z kałuży? Ubranie się wypierze. Niech mają radość". I miał oczywiście rację. Mam mądre dzieci.

Jak Pani przeżyła czas pandemii?

Nie czułam dyskomfortu z powodu braku życia zawodowego. Wyciszyłam się. To mi było potrzebne. Znalazłam wreszcie czas na zaległe, odkładane latami sprawy. Moją pasją, a wręcz terapią – nie tylko dla mnie – stały się rozmowy telefoniczne ze starymi przyjaciółmi, samotnymi znajomymi. 

Anna Seniuk w kieleckim Plastyku (Fot.Michał Walczak / Agencja Wyborcza.pl) , 2018 rok (Fot.Michał Walczak / Agencja Wyborcza.pl)

Po dwóch bardzo dla wszystkich trudnych latach tuż za naszą wschodnią granicą wybuchła wojna. Czy ona zmieniła Pani wyobrażenie o kondycji współczesnego świata? Człowieka?

Tak. Zło zaczyna dominować. A co z dobrem? Dobro jest. Nie tak spektakularne jak zło, ale na pewno jest. Przecież Polacy otworzyli swoje serca i domy dla uchodźców. To jest dobro! Zło działa na tysiące, miliony, natomiast dobro jest adresowane do pojedynczego człowieka. Więc od nas zależy, czy dotrze do wielu.

W jakim jest Pani teraz momencie swojego zawodowego życia? Powiedziała Pani kiedyś, że dopiero jak będzie w wieku Danuty Szaflarskiej, to spadnie lawina propozycji.

To znaczy, że muszę jeszcze długo czekać. (śmiech) Bardzo krótko grałam amantki, bo uważam, że nie należy na siłę przedłużać młodości. Z wiekiem otworzył się dla mnie świat ciekawych i wspaniałych ról dojrzałych kobiet.

Mam poczucie, że nie mówi Pani teraz tylko o aktorstwie. Czy młodość nie jest przereklamowana? Szczególnie w przypadku kobiet, które koniecznie muszą być wtedy piękne i zawsze kuszące?

Jak mówi Osiecka: "Młodość jest potwornie ciężkim przypadkiem i chyba nie ma nikogo, kto by z tego wyszedł bez powikłań"! Ta nieustanna konieczność dokonywania kluczowych wyborów życiowych, miłosnych, zawodowych, nie mając jeszcze życiowego doświadczenia. Namiętności, rozpacz, łzy! Młodość jest strasznie wymagająca! A starość, poza pewnymi drobnymi dolegliwościami, jest piękną, cudowną, płynącą sobie spokojnie rzeką. Amazonką.

Często na starość mamy tendencję do użalania się nad sobą. Zmarnowałam życie! Zmarnowałam? A przypomnij sobie, kobieto starsza, pierwszy pocałunek albo pierwszą randkę. To sobie przypomnij! Tyle wspaniałych rzeczy spotkało cię w życiu. Na biadolenie szkoda życia, szkoda czasu, szkoda godzin, szkoda wywiadu.
Anna Seniuk czyta 'Quo Vadis' w ramach akcji Narodowe Czytanie. 2016 rok (Fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Wyborcza.pl)

Które wspomnienia sprawiają Pani szczególną przyjemność?

Zjazd na nartach z Goryczkowej z moim chłopakiem. (śmiech) A mój drugi amant był pasjonatem żeglarstwa. Popłynęliśmy w rejs z Krakowa do Gdańska Wisłą. Bez motoru! Niezwykła podróż. To oglądanie Polski z tafli wody! Te wszystkie dzikie plaże, wioski. Później był też taki czas, po chorobie, kiedy działałam w klubie amazonek. A przyjście na świat dzieci, wnuków! Nazbierałoby się wiele tych cudownych wspomnień, chociaż myślę, że piękne chwile są też ciągle przede mną.

Zobacz wideo Andrzej Seweryn opowiada o serialu "Królowa"

Właśnie teraz się Pani przeprowadza i będzie mieszkać z córką i jej dziećmi.

A myślałam, że z tego mojego ukochanego, ciepłego, trochę retro mieszkania, pełnego secesyjnych pamiątek po babci już się nie ruszę. A tu nowe wyzwanie!

Taka wielopokoleniowa rodzina to musi być coś pięknego.

Zobaczymy! Może się pozabijamy. (śmiech) Za dwa lata chętnie się z panią spotkam i opowiem, jak nam się to poukładało.

Co za piękna perspektywa: zatem spotkam się z Panią ponownie latem 2024. Czy powie Pani jak Edith Piaf: niczego nie żałuję?

Nie żałuję. Nigdy nie wiadomo, czy gdyby żyło się innym losem, to to życie byłoby lepsze.

Jest Pani szczęśliwym człowiekiem?

Nie można tego określić jednym słowem. Bywam szczęśliwa, bywam nieszczęśliwa, bywam głupia, bywam mądra. Bywam.

Anna Seniuk. Absolwentka krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego. Aktorka Starego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie oraz teatrów warszawskich: Ateneum, Powszechnego i Polskiego. Profesorka Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Wielokrotnie odznaczona, m.in. Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski oraz Złotym Medalem Zasłużony Kulturze – Gloria Artis. Aktorka teatralna i filmowa. Największą popularność przyniosła jej rola Magdy Karwowskiej w serialu Jerzego Gruzy "Czterdziestolatek" oraz role filmowe, m.in. w "Pannach z Wilka", "Bilecie powrotnym", "Konopielce".

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim. Dziennikarka. W 2016 r. nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za wyemitowany w programie TVN "UWAGA!" materiał "Tu nie ma sprawiedliwości", o krzywdzie chorych na alzheimera podopiecznych domu opieki, a w 2019 r. do Nagrody Newsweeka im. Teresy Torańskiej za teksty o handlu noworodkami w PRL, które ukazały się w Weekend.gazeta.pl. Fascynują ją ludzie i ich historie oraz praca, która pozwala jej te historie opowiadać. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.