Rozmowa
Jacek Cygan (Jakub Włodek / Agencja Wyborcza.pl)
Jacek Cygan (Jakub Włodek / Agencja Wyborcza.pl)

Kiedy po raz pierwszy odwiedził pan Włochy?

Dość późno, bo w drugiej połowie lat 80. Pojechałem wtedy autokarem do Wenecji z wycieczką Orbisu.

To jakby luksusowo?

Luksusowo to się wracało, bo połowa autobusu była pusta. Gdy przyjechaliśmy do miasteczka Cavallino, na młode dziewczęta z naszej wycieczki czekali już włoscy młodzieńcy. Dziewczęta zostały we Włoszech. Sądzę, że dostały propozycje zawodowe.

Śmiem wątpić! A pana nie kusiło, żeby też zostać?

Od czasu, kiedy przeczytałem "Podróże do Włoch" Jarosława Iwaszkiewicza, poczułem to co on, czyli jak piękną rzeczą jest tęsknota do Włoch. Jakby się tam mieszkało, to byłoby się jej pozbawionym. Dziś jest pochmurny dzień, ale gdy wspomnę zachód słońca w Rzymie, od razu serce rośnie. Albo gdy w Wenecji, jadąc vaporetto [tramwaj wodny – przyp. red.], można obserwować słońce malowniczo oświetlające domy i pałace stojące wzdłuż Canal Grande. Tęsknota do Włoch jest więc rzeczą, którą luksusowo przeżywa się w Polsce.

Mam natomiast nieustanne pragnienie, aby spędzać we Włoszech jak najwięcej czasu. By na nowo odkrywać rzeczy odkryte już wcześniej. We Włoszech można bez końca podążać tymi samymi śladami, tak jak to robił Goethe!

Jacek Cygan, 2007 rok (Mateusz Skwarczek / Agencja Wyborcza.pl)

A skąd Goethe?

To było około 15 lat temu. Założyliśmy z niemieckimi i francuskimi przyjaciółmi stowarzyszenie Trójkąt Weimarski. Są w nim artyści, dziennikarze, nauczyciele. W Weimarze udałem się do dawnego domu Goethego, w którym teraz jest muzeum. Byłem zaskoczony, ile tam jest rzeczy włoskich, rzeźby, na przykład słynne Junony czy nawet kamienie z Włoch. I dowiedziałem się, że Goethe przez prawie dwa lata podróżował po Włoszech. Wyruszył w drogę w 1786 roku i przejechał ten kraj z góry na dół. Oczywiście dyliżansem, powozem czy zwykłą dwukółką.

Z podróży powstała książka "Italienische Reise", po polsku "Podróż włoska". Znalazłem ją w bibliotece w Krynicy, wypożyczyłem i się w niej zakochałem. I tak powstała idea, żeby jeździć po Italii śladami Goethego, co z żoną robimy od 15 lat. Odkrywamy Włochy jego oczami, czytamy, jakie były wtedy, ponad 200 lat temu, i porównujemy z naszymi wrażeniami. Z tych obserwacji i zachwytów powstała książka "Ciao, Goethe!".

Pamiętam, że gdy po raz pierwszy pojechałam do Włoch, pod koniec lat 90., zachwycił mnie zapach śródziemnomorskiego powietrza. A jakie pan ma wspomnienie?

O, tak, maniakalnie jestem zakochany w powietrzu Wenecji! Kiedy byliśmy tam pierwszy raz, zdarzyła nam się śmieszna historia. Nastawieni na wyjątkowe włoskie pranzo, czyli lunch, zaczęliśmy wybierać, grymasić. Tu było za drogo, tam nad kanałkiem było za dużo słońca, w końcu, gdy już byliśmy zdecydowani, nadeszła 14.30 i restauracje nam zamknęli, zapraszając na 19.30! Bo kucharz pojechał vespą się przespać. Nie pomogły żadne perswazje. Miał być niezwykły obiad w pięknym miejscu, a skończyło się na pizzy sprzedawanej na kawałki w kiosku. Za to o 19.30 już punktualnie siedzieliśmy przy dobrym stoliku.

Wenecja (Waldemar Gorlewski / Agencja Wyborcza.pl)

Co państwo jedli?

Na pewno spaghetti alle vongole, które zawsze ma niepowtarzalny smak i zawsze jest pyszne. Jak tylko jestem we Włoszech gdzieś w pobliżu morza, to zawsze zaczynam od spaghetti alle vongole.

A ja od carbonary!

W ogóle włoskie makarony są cudowne, carbonara czy penne all’arrabbiata, po którym oczy łzawią od czerwonej papryczki, bo jak wiadomo, słowo "arrabbiata" oznacza "wściekły"! To klasyki, które uwielbiam.

Wracaliśmy potem do Wenecji jeszcze kilkanaście razy, podobnie jak do Rzymu, odkrywaliśmy swoje miejsca. To nasze ulubione włoskie miasta. Zawsze jest tam tak samo – przewidywalnie, ale cudownie.

Co pan najchętniej jada w Rzymie? Słynne trippa alla romana, czyli flaki po rzymsku, czy inne przyrządzone po włosku podroby?

W Rzymie trafiliśmy do restauracji Ar Galletto na Piazza Farnese i bardzo polubiliśmy się z jej właścicielem. Giovanni już jest na emeryturze, ale za pierwszym razem, kiedy tylko usiedliśmy przy jego stoliku, w cudownym cieniu, przyniósł od siebie dwa kieliszki prosecco i powiedział, że sam się nami zajmie. Przedstawiał nam największe lokalne przysmaki z tradycyjnej włoskiej kuchni,  na przykład rigatoni con pajata [makaron typu penne, ale cięty pod kątem prostym, z sosem na bazie jelit cielęcych w pomidorach – przyp. red.]. Mówił nam, że kiedyś były w Rzymie ogromne rzeźnie i nic z podrobów nie mogło się zmarnować, dlatego kuchnia rzymska stoi na podrobach. Giovanni pokazał nam też lokalne wina ze szczepu cesanese. Nigdy o nich nie słyszeliśmy, a okazało się, że idealnie pasują do tych dań. Na secondi piatti, czyli drugie danie, zarządził coda alla vaccinara, czyli ogon wołowy przyrządzony w sosie pomidorowym. Ależ był delikatny i pyszny!

Do dziś mam przed oczami tego człowieka z ogromnymi wąsami, który stoi dumny przed swoją restauracją i dyryguje kelnerami.

Nie męczy państwa tłum turystów, który w Wenecji nigdy się nie kończy?

Trzeba po prostu chodzić swoimi ścieżkami albo zwiedzać miasto wcześnie rano czy późno w nocy. Wtedy jest luźniej. Bardzo lubimy jeździć do Wenecji w marcu, gdy w pobliżu, w Dolomitach, jesteśmy na nartach. Piękne marcowe słońce już grzeje, można siedzieć w koszuli, a w mieście nie ma jeszcze tłumu turystów.

Wenecja to jedno z najchętniej odwiedzanych miast (Krzysztof Koch / Agencja Wyborcza.pl)

Proszę powiedzieć – nigdy nie spotkało pana we Włoszech nic niemiłego?

Raczej nie.

Zawsze jeździmy do Włoch samochodem, bo moja żona boi się latać. Kiedyś mieliśmy hotel w samym centrum Wenecji i tradycyjnie wjechaliśmy na Piazzale Roma do piętrowych garaży. Na drugim piętrze w szklanej budce siedział jakiś Włoch, który zarządzał tym piętrem. Od razu zaczął machać rękami, że nie ma wolnych miejsc. Pokazujemy rezerwację hotelu, nic nie pomaga. Prawie zrezygnowany mówię mu: "Słuchaj, to ja po to piszę wiersze o Wenecji, żebyś mi mówił, że tu nie ma dla mnie miejsca?". Oczy mu się zaświeciły i pyta: "Jesteś poetą, masz wiersze o Wenecji?".

Poszedłem do samochodu po tomik wierszy pod tytułem "Ambulanza" i mu go wręczyłem. Tytułowy wiersz jest właśnie o Wenecji, gdzie w mieście na wodzie karetka pogotowia jest łodzią! Włoch przestawił swój samochód i kazał mi zaparkować na jego miejscu. Zaparkowałem więc, a gdy wróciłem, żeby mu podziękować, już mnie nie widział, bo był zaczytany w moich wierszach. Pomyślałem sobie, że to się może zdarzyć tylko we Włoszech, że parkingowy czyta poezję.

Włosi w ogóle są inni. Pisze pan po włosku?

Napisałem te wiersze po polsku, a przetłumaczyła je na włoski Sylvia Bruni, rzymianka mieszkająca w Krakowie.

No właśnie – a jak wyglądają pana wędrówki po Rzymie?

Podobnie jak u Goethego, czyli włóczę się ulubionymi trasami, odwiedzam te same miejsca i zachwycam się tym, co już widziałem. Rzym jest dlatego tak wspaniały, że starożytne centrum można przejść na piechotę, od Piazza del Popolo do Zatybrza. Rzym był marzeniem Goethego. Jeszcze w domu oglądał ryciny obrazujące Wieczne Miasto, które jego ojciec przywiózł kiedyś z Włoch, znał już z nich Panteon czy Forum Romanum. Co ciekawe, dziś Rzym jest praktycznie taki sam jak za jego czasów. Są w nim te same kościoły, pałace i fontanny, te same rzeźby i ten sam bruk wygładzony sandałami cesarzy.

Jacek Cygan przed pomnikiem Kiepury w Sosnowcu (Grzegorz Celejewski / Agencja Wyborcza.pl)

Podążał pan też śladami Goethego po Weronie...

Jest taki moment, kiedy Goethe widzi amfiteatr w Weronie, pierwszą w swoim życiu starożytną budowlę tej klasy i wielkości. Pisze o tym tak: "stałem na szczycie tego amfiteatru i czegoś mi brakowało, gdyż takie budowle należy oglądać, kiedy wypełnia go bez reszty ludzki tłum. Bowiem takie amfiteatry stawia się po to, by lud mógł sam sobie zaimponować!". Cóż za piękna uwaga i w dodatku ciągle aktualna. Dziś w miejsce amfiteatrów buduje się stadiony, które nazywają się arena, tak jak weroński amfiteatr.

A pod słynnym domem Julii Capuletti też pan był?

Naturalnie. Pamiętam spoconego strażnika, który kierował tam ruchem, taki był tłok. Mnóstwo Japończyków, Koreańczyków i Chińczyków, niektórzy zapłakani, bo bardzo przeżywają historię miłości Romea i Julii. Strażnik był ledwo żywy, pytam go więc, czy zawsze tak jest, a on mówi, że sempre, czyli zawsze. I że już nie może wytrzymać. Co oni w tym miejscu widzą? – pyta się mnie. Cóż, to przykład, jak Szekspir swoją sztuką zaczarował Weronę. Miasto, w którym nigdy nie był. Werona ma Szekspirowi wiele do zawdzięczenia.

Zwyczaj nakazuje, by dotknąć piersi rzeźby Julii, która znajduje się pod jej domem. Dotknął pan?

Oczywiście! Nie wzbraniałem się, bo podobno kiedy się tak zrobi, wraca się później do Werony. I parę razy rzeczywiście wróciłem.

Muszę przyznać, że dzięki Goethemu odwiedziłem wiele miast, w których pewnie nigdy bym nie był, jak chociażby Vicenza. Pojechaliśmy też do Ferrary. Zawsze omijaliśmy to miasto, żeby jak najszybciej dotrzeć do Florencji, a potem do Rzymu, tymczasem Ferrara jest przecudna i ważna. Mieszkał tam jeden z najsłynniejszych włoskich poetów Torquato Tasso. Przez siedem lat był więziony w piwnicy przez księcia, któremu służył i dla którego pisał. Goethe bardzo chciał zobaczyć to miejsce, bo przecież sam był w podobnej sytuacji. W Weimarze pracował dla księcia Karola Augusta, który mu płacił i był jego panem.

To, co mnie zaskoczyło u Goethego, to fakt, że miał także ogromną wrażliwość muzyczną.

Amfiteatr w Weronie (Tomasz Wiech / Agencja Wyborcza.pl)

Czyli podobnie jak pan. Lubi pan włoską muzykę?

Uwielbiam! Podczas jednego ze spacerów na Zatybrzu odkryliśmy placyk, na którym na jednym z domów wisi tabliczka: Tutaj mieszkał przez kilka lat Lucio Dalla. To znany włoski muzyk i twórca piosenek, który napisał słynny utwór "Caruso". Śpiewają go najwięksi, m.in. Pavarotti, Bocelli czy Carreras. Przetłumaczyłem tę pieśń na polski, śpiewa ją Jacek Wójcicki, ale ja sam także lubię czasami zaśpiewać ją w gronie przyjaciół.

Miałem taki plan, by przy okazji któregoś z festiwali w Sopocie, gdzie miał być koncert moich piosenek, zaprosić Lucia Dallę. Tak żeby "Caruso" zabrzmiało po włosku i po polsku. Jarek Mikołajewski był wtedy dyrektorem Polskiego Instytutu w Rzymie i rozmawiał z nim. Dalla się zgodził, niestety zmarł jego przyjaciel, więc był pogrążony w smutku i nie mógł przyjechać. A teraz nie ma już także Dalli, zostały jego piosenki i ta tablica.

Co do tej pieśni, to miałem takie przypadki, że jak kucharze wychodzą na papierosa, a kuchnie we włoskich restauracjach są zazwyczaj bardzo małe, to wystarczy zaintonować „Te voglio bene assaje…", a oni od razu podejmują melodię. A za chwilę śpiewa cała restauracja.

Goethe, gdy kończył swoją podróż, pisał tak: "I przyszło mi z rozświetlonego Rzymu wracać do bezkształtnych i ciemnych Niemiec". To jest takie prawdziwe! Gdy wracając ze słonecznych Włoch, wjedzie się w nasze chmury, człowiek czuje się zupełnie inaczej.

Zdecydowanie tak! A gdybyśmy mieli przejść śladami Jacka Cygana po Polsce, to zaczęlibyśmy od Sosnowca, w którym się pan urodził?

Jak miałem sześć–siedem lat, w Radiu Katowice śpiewał Jan Kiepura. Mój tata mówił wtedy: "Zobacz, synku, to jest taki sam chłopak z Sosnowca jak ty". Zacząłem się interesować Kiepurą i wie pani, co odkryłem? Że już w szkole na Kiepurę wołano "Caruso", bo uwielbiał śpiewać, jak ten słynny włoski tenor. Jego koledzy chodzili na dymka do toalety, a on im śpiewał. Potem – tak samo jak ja – zakochał się we Włoszech i śpiewał utwory największych włoskich kompozytorów, aż spełniło się jego marzenie i wystąpił w mediolańskiej La Scali.

Rzym (Patryk Ogorzałek / Agencja Wyborcza.pl)

Pana tata miał coś wspólnego ze śpiewem?

Tylko jako przedwojenny harcerz. Był nauczycielem zawodu, uczył technik obróbki metalu. Ale "Gdzie strumyk płynie z wolna" i "Płonie ognisko w lesie" wychodziło mu świetnie, więc wszystkie te piosenki dzięki niemu znam. Mama z kolei cudownie śpiewała kolędy pierwszym głosem.

Pan z tego Sosnowca wyruszył do Warszawy?

Tak jak Kiepura. I też na studia. Jego ojciec był piekarzem i chciał, żeby syn skończył prawo na uniwersytecie. Kiepura poszedł na prawo, ale jednocześnie zaczął chodzić na lekcje do prof. Brzezińskiego i uczył się sztuki wokalnej. To była jego prawdziwa miłość. Wiem to, bo piszę właśnie musical o Kiepurze.

Pewnie Sosnowiec puchnie z dumy, gdy pan przyjeżdża?

Mam w Sosnowcu ogromny mural – moja sylwetka rzuca cień i ten cień jest zrobiony z tekstów moich piosenek. Jest "…całkiem spokojnie wypiję trzecią kawę", "Czas nas uczy pogody", "Jaka róża, taki cierń", "Każde pokolenie ma własny czas" i wiele innych. Można je odczytać.

Jakie to są piękne teksty!

Dziękuję. A wie pani, że dla autora największym wyróżnieniem jest, kiedy jego teksty wchodzą do codziennej mowy, gdy ludzie zaczynają ich używać. Na przykład zdarzyło mi się, że sekretarka jakiegoś dyrektora, do którego przychodzę, mówi: "A napije się pan trzeciej kawy?". A ja odpowiadam: "…całkiem spokojnie!". Wracając do Włoch, jest taka piosenka słynnej włoskiej artystki Miny, do której tekst napisał autor występujący pod pseudonimem Mogol. Jest bardzo popularny we Włoszech. Moi włoscy przyjaciele mówią: "Ty jesteś taki polski Mogol!". We wspomnianej piosence spotykają się przyjaciele, ktoś złowił rybę, robią grilla. Wspominają tych, którzy odeszli, rozmawiają o zwykłych sprawach i zaczynają śpiewać. I leciutko fałszują, ale nikomu to nie przeszkadza, bo są razem i czują wspólne bicie serc. Fałszowanie piosenek jest takie ludzkie, więc zawsze, gdy jestem we Włoszech, śpiewam sobie właśnie tę piosenkę. Zresztą przetłumaczyłem ją dla siebie. Nazywa się "Canzoni stonate", czyli "Piosenki sfałszowane".

Fałszuje pan?

Naturalmente! [naturalnie po włosku – przyp. red.]. To takie prawdziwe.

Fontanna di Trevi w Rzymie (Patryk Ogorzałek / Agencja Wyborcza.pl)
Zobacz wideo Patrycja jest mistrzynią świata w akrobacji szybowcowej

Tak samo jak "Czas nas uczy pogody"?

Tutaj nie mogę się zgodzić z autorem, bo myślałem sobie kiedyś, że jak będę miał tyle lat co teraz, to będę siedział w parku na ławeczce, w słoneczku i będę odpoczywał. Tymczasem, powiem pani, że chyba nigdy w życiu tak ciężko nie pracowałem jak teraz! Oczywiście sam to sobie urządzam. "Czas nas uczy pogody" napisałem, gdy miałem 30 lat – i wtedy w to wierzyłem! Zatem podsumowując, ciągle czekam, by ta piosenka się spełniła.

Gdyby pan miał napisać piosenkę tylko o sobie, to jak by brzmiała?

Ale ja już napisałem "Czego może chcieć od życia taki gość jak ja…". Śpiewa to Ryszard Rynkowski, ale to jest także o mnie. Albo: "Wszystko ma swój czas i przychodzi kres na kres. Gdybym kiedyś odszedł stąd, nie obrażaj się na śmierć". To z kolei śpiewa Grzesiek Markowski, ale to też jest o mnie.

Jacek Cygan. Pochodzi z Sosnowca. Autor tekstów piosenek dla takich artystów, jak: Ryszard Rynkowski, Jerzy Filar, Zbigniew Wodecki, Anna Jurksztowicz, Maryla Rodowicz, Edyta Górniak czy Edyta Geppert. Jest też poetą, prozaikiem, scenarzystą, jurorem i organizatorem festiwali muzycznych. Mieszka w Warszawie.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Prowadzi też własny talk-show "Domowy kryminał" w telewizji Active Family. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z fascynującymi ludźmi. Pasjonatka Włoch, włoskiego, kawy i słoni.