Rozmowa
Rywalizacja na rynku pracy: 'Na rynku pracy występuję przeciwko żonie, sąsiadowi, koledze z Ukrainy. Zasadniczo wszyscy coś tracimy' (Fot. Pixabay.com)
Rywalizacja na rynku pracy: 'Na rynku pracy występuję przeciwko żonie, sąsiadowi, koledze z Ukrainy. Zasadniczo wszyscy coś tracimy' (Fot. Pixabay.com)

Dlaczego zwykli pracownicy powinni interesować się historią pracy? Do jakiego stopnia to ich dotyczy? 

Zdecydowana większość z nas spędza większość swojego życia w pracy. Co więcej, praca przenika wiele dziedzin naszego życia i jest od nich zależna… 

…tak jak historia pracy jest zależna od jedzenia? 

Tak. W mojej książce podaję przykład wynalezienia owsianki jako jedzenia dla dzieci w czasach rewolucji neolitycznej, co pozwoliło na szybsze odstawienie dzieci od pokarmu matki i jej szybszy powrót do pracy lub zdecydowanie się na kolejne potomstwo. Z kolei wymyślenie tortilli w wioskach i miasteczkach otaczających Monte Albán w Meksyku zwiększyło mobilność na lokalnym rynku pracy. Tortille można było łatwo transportować, a po opieczeniu zachowują świeżość przez kilka tygodni. Dzięki temu ta społeczność była przystosowana do coraz częstszych podróży, żeby podjąć pracę jako pracownik najemny czy w wojsku.  

Obecnie mamy wiele form dowozu żywności, diet pudełkowych, żeby nie musieć "tracić" czasu na gotowanie, tylko pracować, pracować i pracować. To jest związane z dzisiejszym konsumpcjonizmem – pracować jak najwięcej, żeby zarobić jak najwięcej i móc potem za to kupować i konsumować. 

Mój wydawca zaproponował podtytuł "Nowe dzieje ludzkości", który wskazuje na to, że historia pracy jest naszą nową historią. Dość mocno się opierałem, ale patrząc na przykład wpływu jedzenia na rozwój pracy i wielu innych aspektów, można powiedzieć, że historia pracy to też historia ludzkości.  

Obecnie mamy wiele form dowozu żywności, diet pudełkowych, żeby nie musieć (Shutterstock)

Z jakich jeszcze powodów warto znać historię pracy?  

Spójrzmy na szeroką definicję pracy, która nie kończy się tylko na zajęciach płatnych, ale obejmuje również zajęcia opiekuńcze, które nie są wynagradzane, a są bardzo ważne. W ujęciu historycznym widać, że to jest dość osobliwe. Żyjemy w czasach, kiedy patrzymy na wartość pracy w ujęciu rynkowym. A nasz gatunek przez około 98 proc. historii był społeczeństwem łowiecko-zbierackim. Poza ograniczeniami biologicznymi, związanymi z porodem i karmieniem dzieci, podział obowiązków opiekuńczych wtedy był dość równy pomiędzy obojgiem rodziców i pozwalało to na rozwój całej społeczności. To bardzo ciekawe w kontekście dyskusji, które toczymy na temat emancypacji kobiet czy uczestnictwa mężczyzn w obowiązkach domowych.  

Co więcej, nie tylko podział pomiędzy mężczyznami i kobietami był równiejszy, ale także istniała silna siatka wsparcia w ramach społeczności. W społeczności Efé Batwa z Demokratycznej Republiki Konga dzieci spędzały 60 proc. czasu z kobietami innymi niż matka i obliczono, że osiem razy na godzinę zmieniały tymczasową opiekunkę. 

W książce pokazuje pan, że większość historii pracy to dzieje pracującego mężczyzny i pracującej kobiety, a archetyp męskiego żywiciela rodziny jest w historycznym ujęciu raczej anomalią niż trendem. Kiedy zaczęły się nierówności i dlaczego? 

Tak, już w "Iliadzie" Homera pojawia się wzmianka o pracy kobiet – w opisie funkcjonowania dużego gospodarstwa rolnego. 

W czasach neolitycznej rewolucji, w latach ok. 10 000–4000 p.n.e, doszło do wyodrębnienia się poszczególnych gospodarstw domowych. Wcześniej, jako społeczeństwa łowiecko-zbierackie, żyliśmy we wspólnotach, a w trakcie neolitycznej rewolucji zaczęliśmy się skupiać wokół domostw, najbliższej rodziny. Niewiele wiemy na temat tego okresu, jak wtedy wyglądał podział pracy pomiędzy kobietami i mężczyznami. Natomiast w momencie przejścia od społeczeństw rolniczych do społeczeństw zorientowanych na rynek, kiedy zaczęliśmy wyceniać produkty, pojawiło się inne wynagrodzenie dla mężczyzny i kobiety. Ponieważ siłą rzeczy kobiety były ograniczone biologicznie ciążą, porodem i opieką nad niemowlakami, miały mniejsze możliwości podjęcia prac, które były płatne, nie przynosiły pieniędzy do domu i ich sytuacja uległa pogorszeniu. 

Natomiast nie oznacza to, że nie pracowały w ogóle, tylko ich praca była gorzej wyceniana. Wszyscy znamy średniowieczne ballady o dzielnych rycerzach, ale armii w trakcie wypraw towarzyszyły kobiety i dzieci. Dbały one o żywność i inne potrzeby żołnierzy. Do około 1650 roku na dwóch żołnierzy przypadała osoba ze wsparcia, w XVIII wieku była już tylko jedna osoba na 20 żołnierzy, ale to nadal daje ponad milion kobiet w tym stuleciu. 

Kiedy pojawiły się pieniądze, jako społeczeństwo zaczęliśmy bardziej cenić te czynności, za które można otrzymać zapłatę. Pracę opiekuńczą na tamtym etapie jeszcze trudniej niż teraz było przekształcić w płatną usługę. Wyceniano ją jako tę nieprzynoszącą zarobku, mimo że była – i jest – fundamentalna dla funkcjonowania społeczeństwa.  

Ponieważ kobiety były ograniczone biologicznie ciążą, porodem i opieką nad niemowlakami, miały mniejsze możliwości podjęcia prac, które były płatne, nie przynosiły pieniędzy do domu i ich sytuacja uległa pogorszeniu. (shutterstock.com)

Czyli ten, kto pracował, w domu miał pieniądze i władzę? 

To nie było takie jednoznaczne. Rzeczywiście ten, kto mógł wejść na rynek pracy, mógł przynieść lub wypracować pieniądze, jak w rolnictwie. Był na dobrej pozycji. Ale zwłaszcza w społeczeństwach rolniczych poza wytworzeniem żywności trzeba było też zarządzić bieżącym wyżywieniem, ugotować, przetworzyć. Albo pójść na rynek i sprzedać nadwyżkę. I to były zajęcia, w które były włączone kobiety, na przykład w społeczeństwach zachodniej Afryki. To kobiety chodziły na rynek, sprzedawały i przynosiły do domu pieniądze.  

Niezależnie od tego, kto te produkty sprzedawał, zostawała kwestia zarządzania budżetem domowym. I tutaj tych modeli na przestrzeni lat było wiele: mężczyzna przynosi pieniądze, rozdziela je pomiędzy domowników; mężczyzna i kobieta przynoszą pieniądze i dzielą je proporcjonalnie do dochodów; mężczyzna przynosi pieniądze, oddaje wszystkie kobiecie, ta zarządza nimi w gospodarstwie domowym i wypłaca mężowi kieszonkowe. Pojawienie się pracy zarobkowej wymusza pojawienie się tych różnych konfiguracji, ale wcale nie jest jednoznaczne z dyskryminacją czy gorszą wyceną pracy kobiety. 

Będąc w Maroku, zatrzymałem się u pewnej rodziny. Rozmawiali o pewnej sprawie finansowej, żona, mąż i jeszcze kilka osób. Główną rolę w tych rozważaniach odgrywała żona, która podjęła decyzję, że jednak nie zdecydują się na omawianą inwestycję. Potem byłem na spacerze z panem domu i jego sąsiadami. Powiedział swoim kolegom, bez chwili wahania czy wstydu, że to on podjął decyzję i jednak nie zdecydują się na tę inwestycję, mimo że prawda była inna. To nadal współczesne problemy. 

Inną kwestią związaną z wyceną pracy opiekuńczej jest szacowanie kosztu takiej pracy. W społeczeństwach łowiecko-zbierackich wspólnie zajmowaliśmy się dziećmi, więc nie było potrzeby organizowania opieki i była ona de facto "bezpłatna". Potem, w rewolucji neolitycznej i społeczeństwach rolniczych, dzieci niejako same się chowały, towarzysząc rodzicom w polu. Z rewolucją industrialną i z masowym wejściem kobiet na rynek pracy pojawia się problem, co zrobić z dziećmi i kto ma za to zapłacić.  

W społeczeństwach protoprzemysłowych w okolicach XVIII wieku na wiejskich terenach Wielkiej Brytanii oprócz rolnictwa zajmowano się obróbką lnu i wełny na tekstylia. Robiono to w warunkach chałupniczych, więc taka działalność pozwalała na jednoczesną opiekę nad dziećmi.  

Wyparcie wełny i lnu przez bawełnę oraz mechanizacja produkcji w czasach rewolucji industrialnej spowodowały masowe wejście kobiet na industrialny, miejski rynek pracy i konieczność zajęcia się dziećmi. Widać to też na przykładzie dawnych krajów komunistycznych – Polski czy Rosji. Zwłaszcza w Rosji było wiele okresów, kiedy mężczyźni idą na wojnę, a kobiety wypełniają tę lukę. Wtedy klaruje się dość jasna sytuacja – praca opiekuńcza nie jest bezpłatna, żeby ją zorganizować, trzeba ponieść konkretne koszty.  

Jan Lucassen (Fot. Monique Kooijmans / https://iisg.amsterdam/en/about/staff/jan-lucassen)

Szukano różnych rozwiązań. Przykładowo przytoczone w książce pamiętniki stachanowca wskazują, że szukano pomocy babć, a więc kobiet w wieku poprodukcyjnym, żeby odciążyć rodziców, którzy wtedy bez przeszkód mogli pracować ponad normę. 

W nowoczesnych społeczeństwach pojawia się wtedy kalkulacja rachunku, co się bardziej opłaca: pozostanie kobiety w domu czy wejście na rynek pracy i zorganizowanie opieki? To jest nadal dość złożona sprawa, zwłaszcza kiedy brakuje pracowników na rynku pracy.  

Idąc dalej wątkiem wyceny pracy, wynagrodzeń i podziału zysku – jak to ewoluowało?  

W rozwiniętych społeczeństwach pojawił się zysk i kwestia, co z tym zyskiem zrobić i do kogo on powinien należeć. Odpowiedź na to pytanie różniła się w zależności od ideologii. W Egipcie, Mezopotamii czy prekolumbijskiej Ameryce przyjęto podejście daninowe: ludzie pracujący musieli dzielić się swoimi zyskami z lokalnymi kościołami i kapłanami, bo tego wymagał od nich porządek społeczny – wierzyli, że taki jest porządek boski.  

W społeczności Uruk w Mezopotamii składanie danin było powiązane ze specjalnym religijnym rytuałem. Była to ceremonia publiczna, w obecności świadków, a składanie daniny kończyło złożeniem specjalnej pieczęci. Każdy producent musiał oddać swoją nadwyżkę, która następnie była redystrybuowana przez świątynię wśród nierolniczych współobywateli. 

W społeczności Cholas, która zamieszkiwała tereny dzisiejszych Indii Południowych, rolnicy tworzyli społeczność nadzoru i wzajemnie pilnowali oddawania części należnych całej społeczności.

W czasach komunistycznych ideologia była inna, opierała się na redystrybucji zysku czy niedoboru, natomiast była też grupa, która zgarniała górkę z wypracowanych zysków. Wszyscy wiedzieli że to Gomułka będzie jeździł najlepszym dostępnym samochodem.  

Teraz wierzymy w to, że zyski przypadają tym, którzy najwięcej pracują, są najmądrzejsi, ogólnie są naj.  

Teraz wierzymy w to, że zyski przypadają tym, którzy najwięcej pracują, są najmądrzejsi, ogólnie są naj. (Fot. Franciszek Mazur / Agencja Wyborcza.pl)

Czyli zyski nigdy po czasach społeczeństw łowiecko-zbierackich nie były relatywnie sprawiedliwe? 

Mieliśmy moment po II wojnie światowej, kiedy było sprawiedliwiej, kiedy na szeroko pojętym Zachodzie były przyjmowane socjaldemokratyczne rozwiązania. Brakuje pamięci o tym, że takie rozwiązania nie spadły z nieba, tylko były wynikiem zorganizowania się pracowników. Ostatnie dekady na rynku pracy pokazują, że prawa pracownicze nie są dane raz na zawsze i trzeba się o nie upominać. To widać na przykład w USA, gdzie była fala strajków choćby w sektorze kreatywnym. Pokazuje to, że raz wywalczonego poziomu ochrony pracy trzeba pilnować lub przynajmniej bronić go przed pogorszeniem się. 

Protest towarzyszył historii pracy. Pierwsze miały miejsce za czasów faraona Ramzesa III w osadzie Deir el-Medina – kapłani nie wydzielili odpowiedniej ilości ziarna pracownikom, wtedy robotnicy solidarnie odmówili pracy. Takich przypadków było w historii wiele: protesty przeciwko pańszczyźnie w Rosji, które przerodziły się w powstania w XVIII wieku, bunt niewolników i działania abolicjonistów na rzecz zniesienia niewolnictwa w XVIII i XIX wieku, protesty klasy pracującej w industrialnej Europie.  

Protesty miały różne formy. W 1904 pracownicy piekarni w londyńskiej dzielnicy East End rozpoczęli strajk, żeby poprawić godziny i warunki pracy. Ci pracodawcy, którzy zgodzili się na postulaty związków zawodowych, otrzymali specjalną etykietkę pokazującą, że wspierają postulaty pracowników. Bardzo szybko ci, którzy nie wsparli protestujących, zostali z masą zmarnowanego pieczywa – konsumenci popierali pracowników i nie chcieli kupować produktów z tych firm.  

Polska historia związków zawodowych w latach 80. również pokazuje, że jest to siła sprawcza zdolna do obalenia reżimu. Zapominamy, jaką siłę i wagę ma samoorganizacja pracowników. Choć to się odrobinę ostatnio zmienia. 

A gdy warunki pracy się pogarszają i pracownicy zaczynają być niezadowoleni? 

Jedną ze strategii jest wyciąganie karty obcokrajowca: "Wiecie, chcielibyśmy wam dać więcej/lepiej, ale nie możemy, bo przejechali z… ". Albo ogólne straszenie a priori: "Jak się nie będziecie godzić na takie i takie warunki, to my sprowadzimy pracowników z kraju X". Historycznie tego typu społecznością byli Żydzi. Objęły ich różne reperkusje na rynku pracy, od zakazu pracy w wybranych zawodach po w ogóle zakaz działalności na wybranym terenie. Nie bez przyczyny jednym z pierwszych związków zawodowych na terenie Rzeczypospolitej był ten osób pochodzenia żydowskiego, czyli Socjalistyczny Powszechny Żydowski Związek Robotniczy Bund. Struktury rozwinęły się w latach 1880–1890 w Mińsku i Wilnie, a w 1897 roku w Białymstoku została otwarta gazeta. W 1900 w tym mieście było około tysiąca członków Bundu. Obecnie, nie bez powodu, zostało to wyparte z pamięci zbiorowej. Teraz zmieniają się strony tego typu założeń, ale mechanizm pozostaje bardzo podobny, niezależnie, czy mówimy o pracownikach z Ukrainy, pochodzenia muzułmańskiego czy na przykład pracujących na atypowych formach [umowa cywilnoprawna, samozatrudnienie, praca na platformach internetowych – przyp. red.].  

Zobacz wideo Miłosz Motyka: Pracownik nie powinien bać się zwolnienia, kiedy musi pilnie zająć się dziećmi

Tym się właśnie różnią indywidualne strategie w miejscu pracy od zbiorowych. W skrajnie indywidualistycznym podejściu, w którym jesteśmy obecnie, na rynku pracy występuję przeciwko żonie, sąsiadowi, koledze z Ukrainy. Zasadniczo wszyscy coś tracimy. W zbiorowych strategiach, gdy występujemy wspólnie, jesteśmy w stanie zdziałać więcej.  

A gdy warunki pracy się pogarszają i pracownicy zaczynają być niezadowoleni? (Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl)

Co wtedy podpowiada nam znajomość historii pracy? 

Znajomość historii pozwala na zastanowienie się nie tylko nad tym, jak wyceniamy pracę opiekuńczą, ale też jak wyceniamy pracę kogokolwiek, niezależnie od płci, kwalifikacji. Istnieje moralne przekonanie, że ciężka praca popłaca, ale czy na pewno tak jest? Duża część ludzi pracujących, która znajduje się wśród tej biedniejszej grupy, patrząc na historię, może zadać sobie pytanie: Dlaczego tak jest? Czy moje wynagrodzenie jest sprawiedliwe, biorąc pod uwagę, że nakład pracy jest podobny?

Recepta na rynek pracy w Polsce: przeczytaj "Historię pracy", na stronie 50. znajdziesz odpowiedzi? 

Napisałem tę książkę, bo chciałem opisać te ciche idee, opowiedzieć o zależnościach, które są mocno zapisane w naszej codzienności, a o których się nie pamięta. Jedną z idei pracy historyka jest prezentowanie przeszłości, wskazywanie rozwiązań. Nie miałem ambicji napisania książki kucharskiej, w której będzie można sprawdzić: na stronie 35. znajdziemy przepis na zorganizowanie rynku pracy. Moją ambicją było dostarczenie inspiracji i dyskusja, jakie rozwiązania w przypadku kogo działały  i dlaczego. 

Jan Lucassen. Holenderski historyk. Studiował historię na Uniwersytecie w Lejdzie, a w 1984 roku uzyskał tytuł doktora na Uniwersytecie w Utrechcie pracą "Migrant Labour in Europe 1600–1900. The Drift to the North Sea" (Londyn 1987). Specjalizuje się w historii pracy, długoterminowym rozwoju stosunków pracy, migracji i monetyzacji w odniesieniu do rozwoju pracy najemnej. 

Ewelina Wołosik. Badaczka warunków życia i pracy, finalistka I edycji "Polska Stories". Lubi słuchać i patrzeć ludziom w oczy. Chce opowiadać historie pracowników i pisać o ich pracy.