Filipińczycy w Polsce
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Marcin Wojciechowski / Agencja Wyborcza.pl)
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Marcin Wojciechowski / Agencja Wyborcza.pl)

Sen o Polsce 

Marlon wymarzył sobie Polskę.

Ma 30 lat, pochodzi z biednego górzystego miasteczka nieopodal Manili. Ojciec jest rolnikiem, mama gospodynią domową. Z dzieciństwa pamięta mnóstwo ryżu.  

Z siostrą i dwójką braci jedliśmy ryż z olejem i solą, następnego dnia ryż z kawą, następnego ryż z soloną wodą. Spaghetti to było święto. Do szkoły chodziliśmy godzinę w jedną stronę. Chcieliśmy się uczyć, bo bez tego nie masz szans na dobrą pracę. Rodzice pobrali pożyczki po znajomych, żeby przepchnąć naszą czwórkę przez studia. Większość uczelni wyższych na Filipinach jest płatna. Na studiach dostawałem stypendium, pracowałem w fast foodzie, miałem staż na uczelni, a i tak brakowało mi kasy.  

Skończył informatykę, chciał zostać programistą. Ten plan jednak musiał poczekać, bo pieniędzy potrzebował natychmiast. Ze sprzedaży mango na ulicy nie da się wyżyć. Wyjechał do Tajwanu montować monitory LCD. – Spaliśmy po sześć osób w pokoju, na piętrowych łóżkach. Firma zarządziła ciszę nocną o 9 wieczorem. Szef dosłownie chodził od pokoju do pokoju, sprawdzał, czy jesteśmy w łóżkach. Jak się spóźniłeś, płaciłeś kary. Trochę jak obóz pracy.  

Przyjaciel polecił mu rekruterkę, która obiecywała załatwienie wizy do Polski przez ambasadę w Malezji. Za usługę brała 12 tys. zł. Do tego ubezpieczenie, bilet do Malezji, a potem do Polski. Łącznie 20 tys. Kobieta nie prowadziła oficjalnie żadnej firmy, ale znajomi Marlona ją polecali. W internecie można było przeczytać, że rekruterka „pomogła już setkom Filipińczyków w przyjeździe do Polski". Marlon zaryzykował. 

W wynajętym mieszkaniu w stolicy Malezji odwiedził go pracownik rekruterki. Podsunął pod nos dokumenty: „Podpisz tutaj, tutaj i tutaj". Marlon pierwszy raz zobaczył swoją umowę. Nie miał czasu na pogłębione analizy, bo chwilę później wsiadał już do Ubera, który zawiózł go do ambasady. Zdążył doczytać, że będzie pracował w fabryce części samochodowych w mieście o nazwie „Łódź". Chłopak od rekruterki pouczył go: „Dużo się uśmiechaj!". 

Marlon posłusznie ustawił się w gigantycznej kolejce do polskiej ambasady. Zdziwił się, bo urzędnicy nie zadawali mu żadnych pytań. Kazali tylko podpisać dokumenty i zaprosili po odbiór wizy za dwa tygodnie. – Wydałem wszystkie pieniądze, jakie oszczędziłem przez trzy lata w Tajwanie. Do Polski przyleciałem spłukany.  

Z siostrą i dwójką braci jedliśmy ryż z olejem i solą, następnego dnia ryż z kawą, następnego ryż z soloną wodą. Spaghetti to było święto (fot. Shutterstock)

Pinoys* przybywają 

W zeszłym roku Ministerstwo Pracy wydało 22,5 tys. zezwoleń na pracę dla obywateli Filipin. Pięć lat wcześniej – raptem 733.  

– Filipiny przeżywają największy kryzys bezrobocia od 30 lat. Polska była jednym z niewielu krajów, które nie zamknęły swoich granic w czasie pandemii – opowiada Olga Wanicka. W Szkole Doktorskiej Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego przygotowuje pracę dotyczącą filipińskiej migracji do Polski.  

Migracja za pracą to dla Filipińczyków narodowa tradycja, sięgająca czasów, gdy kraj był kolonią – najpierw hiszpańską, potem amerykańską. W czasie II wojny wyspiarska nacja została zdewastowana przez japońską okupację. Szacuje się, że stolica kraju Manila była po wojnie zniszczona równie mocno jak Warszawa. W odbudowie pomogły przelewy od rodaków harujących za granicą. 

Przykładowe ogłoszenia
Przykładowe ogłoszenia fot. zdjęcie ilustracyjne, Gazeta.pl

– Pieniądze wysyłane przez migrantów stanowią podstawę gospodarki kraju. Na Filipinach uznawani są za narodowych bohaterów, cieszą się dużym szacunkiem – tłumaczy Olga Wanicka.  

Tradycyjnym kierunkiem wyjazdów od lat były kraje Bliskiego Wschodu, jak Kuwejt, Katar, Zjednoczone Emiraty Arabskie, a także bliska zagranica, jak Tajwan i Hongkong. Polska na migracyjnej mapie pojawiła się niedawno. – Czasami agencje nie podają nawet, do jakiego konkretnie kraju rekrutują. Nie ma to znaczenia – tak długo, jak ten kraj jest w Europie, bo wielu Filipińczyków marzy o przyjeździe tutaj – dodaje ekspertka. 

Polska dla wielu Pinoys wygrywa konkurencję z Zachodem. Nawet jeśli w Niemczech czy Holandii zarobiliby więcej, to większe mieliby też koszty życia. Zarobki w Polsce i tak są ogromne w porównaniu z pensjami na Filipinach. Migranci wolą polski śnieg od bliskowschodnich upałów, w kraju nad Wisłą czują się też bezpiecznie. 

Media pełne są doniesień o wykorzystywaniu czy morderstwach filipińskich pracowników w Dubaju czy Kuwejcie. Europa jawi się więc jako miejsce bezpieczne, gdzie przestrzega się praw człowieka. Opowiadają, że w krajach muzułmańskich spotykały ich rasistowskie sytuacje, a w Polsce nie – tłumaczy Olga Wanicka. 

Religia to kolejny plus dla Polski. Większość Filipińczyków to katolicy. W obcym kraju również starają się chodzić do kościoła, nawet jeśli nie rozumieją z kazania ani słowa. W większych miastach znajdziemy nabożeństwa odprawiane przez filipińskich księży. Po mszach migranci spotykają się na karaoke, wspólne jedzenie, grę w bingo. W przykościelnych salkach poznają innych Filipińczyków, wymieniają się informacjami o pracodawcach i agencjach. Także o tych, którym nie wolno ufać.  

Ambasada Rzeczypospolitej Polskiej w Manili (fot. Gov.pl, CC BY 3.0 pl, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=114833322)

Kraj wielkich możliwości 

Marlon do Polski trafił zaraz na początku pandemii. Szybko odkrył, że dla Polaków Azjaci wyglądają tak samo. Ludzie odsuwali się od niego na przystanku i pluli na ulicy. Byli przekonani, że jest Chińczykiem i przywiózł wirusa. 

Rekruterka nie była z nim szczera. Fabryka samochodów okazała się magazynem sieci drogerii. Marlon przez pół doby biegał upocony między półkami, odbierając instrukcje od głosu w słuchawce: Biegnij do regału numer osiem, podnieś trzy rzeczy, potwierdź". W ciągu godziny musiał zebrać 500 produktów. Polski szef spacerował pomiędzy regałami i krzyczał po polsku: „Szybciej! Szybciej!".  

Marlon wieczory spędzał w ciasnym mieszkaniu z czwórką innych Filipińczyków. Po pracy miał tylko siłę podgrzać obiad i paść do łóżka. W pierwszych miesiącach pokaleczył sobie dłonie i schudł 15 kg.  

W umowie Marlon przeczytał, że będzie pracował po 160 godzin miesięcznie. Wyrabiał prawie 300. Nocleg zapewniany przez agencję miał być darmowy, tymczasem firma co miesiąc odciągała mu z pensji 500 zł. Kolejne 150 zł potrącała za ciuchy robocze. Koniec końców za pracę po 12 godzin przez sześć dni w tygodniu dostawał 2,4 tys. zł na rękę. 8 zł za godzinę – czyli mniej niż ówczesna stawka minimalna. Po ośmiu miesiącach złożył wypowiedzenie. Podziękował pracodawcom za współpracę. – Zawsze warto być grzecznym. W końcu pomogli mi dostać się do Polski. To wielki przywilej móc pracować w Europie – opowiada. 

Na Facebooku znalazł nową pracę. Pieczarkarnia pod Warszawą obiecywała 6 tys. zł miesięcznie na rękę! Do tego praca we własnym tempie. Im szybciej pozbierasz grzyby ze swojego pola, tym szybciej masz wolne. Szefowie nie blefowali – Marlon faktycznie zarabiał po 6 tys., a nawet więcej, co było finansowym spełnieniem marzeń. 

Po roku na polu pieczarek Marlon rozejrzał się za pracą w biurze. W nowej firmie odpowiada za rekrutowanie Filipińczyków. – U nas każdy ma płatny urlop, zwolnienia lekarskie, dobrą pensję. Na rynku jest wiele uczciwych agencji, niestety nie wszystkie. 

Marlon ma teraz więcej czasu na dodatkowe zajęcia. W Tajwanie ukończył kurs masażu, dziś po godzinach masuje brytyjskich i niemieckich turystów, do tego udziela lekcji angielskiego, sam uczy się polskiego.  

Od trzech lat nie widziałem domu. Tęsknię za rodziną, mam napady lęku, dużo płaczę, ale nie mogę jeszcze wrócić. Co miesiąc wysyłam do domu 3 tys. zł, zostawiam sobie 500 na przeżycie. Pomagam rodzinie, bo pamiętam, z czego wyszliśmy. Z ryżu z solą. Dzisiaj mamy dwa samochody, cztery motocykle, większy dom, więcej ziemi i farmę świń. Moich bliskich stać na ryby, mięso, zakupy w galerii handlowej. Chcę jeszcze pomóc w rozwoju rodzinnej hodowli. Nigdzie się stąd nie wybieram. Zamierzam zostać na stałe, założyć biznes, zdobyć obywatelstwo. Polska to jedna z najszybciej rosnących gospodarek w Unii Europejskiej. Kraj wielkich możliwości.   

W większych miastach znajdziemy nabożeństwa odprawiane przez filipińskich księży (fot. Maciek Jazwiecki)

Rządowe oko patrzy? 

Obdzwoniłem trzy agencje oferujące pracę dla Filipińczyków. Przedstawiłem się jako szef zakładu mięsnego, który szuka rąk do pracy w swojej chłodni. Usłyszałem, że za godzinę pracy migranta zapłacę od 33 do 37 zł. Z tej kwoty góra 20 zł trafia do robotnika, resztę zatrzymuje agencja. Za zakwaterowanie i transport siły roboczej musiałbym dopłacić.  

– Dobrze, żeby zatrudnił pan też kobiety, bo oni lubią w grupach przyjeżdżać, trzymają się razem. I musimy wygrać stawką, bo praca w chłodni to ciężka robota. 20 zł za godzinę to bardzo dobre pieniądze, konkurencyjne na rynku – słyszę od kobiety z jednej agencji.  

– Jeśli będą dobrze traktowani, to zostaną z panem na długo. Oni tu przyjeżdżają pracować na lata – opowiada osoba z kolejnej firmy. – Rekrutacja może potrwać kilka tygodni. Szukamy wśród pracowników, którzy już przyjechali do Polski, ale mamy też rekruterów na Filipinach albo w innych krajach, gdzie Filipińczycy pracują na kontraktach.  

W fundacji La Strada, która zajmuje się pomocą ofiarom handlu ludźmi, dobrze pamiętają grupę Filipinek z fabryki mebli pod Wrocławiem. Zmuszane były do pracy ponad siły, a szefowie zabrali im paszporty. Głośno było też o filipińskich kierowcach ciężarówek, którym obiecywano 1,7 tys. euro miesięcznie. W baraku pod Koszalinem mieszkali bez kuchni, łazienki i dostępu do bieżącej wody. Oprócz jazdy ciężarówką szefowie zmuszali ich do pracy na budowie, za co płacili 400, 700 albo 900 euro (czyli ok. 1,8–4 tys. zł), w każdym miesiącu inaczej. Sprawę pokazali reporterzy „Superwizjera" TVN.  

Filipińczycy na wiele się zgadzają, bo na wyjazd do Polski zaciągają ogromny dług. Zapożyczają się u rodzin, sąsiadów lub w instytucjach parabankowych, bo na kredyt w normalnym banku nie mają szans. Nie mogą wrócić do domu bez pieniędzy. 

Irena Dawid-Olczyk, szefowa La Strady, podkreśla, że do fundacji trafia tylko drobna część spraw. – Filipińczycy, podobnie jak inne nacje Azji Południowo-Wschodniej, nie lubią się skarżyć. Wynika to z ich kultury. Często nie wiedzą, gdzie mogą się zgłosić – tłumaczy. 

Teoretycznie na straży praw migrantów stoi filipińska administracja do spraw zatrudnienia, czyli POEA (Philippine Overseas Employment Administration). Rządowa instytucja powołana do życia w latach 80. ma chronić filipińskich robotników przed wykorzystywaniem za granicą. Agencje pracy zatrudniające Filipińczyków potrzebują akredytacji urzędników. Oszuści trafiają na czarną listę. 

Tylko że agencje rekruterskie znalazły sposób, jak ominąć czujne oko rządu. Swoją działalność prowadzą z Kuwejtu, Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratów czy Hongkongu. Ściągają Pinoys, którzy już znajdują się za granicą. – W ten sposób obchodzą rządowy system kontroli – twierdzi Irena Dawid-Olczyk.  

Czasami to robotnikom zależy, żeby ominąć instytucję, która ma ich chronić. 

 – POEA to zbiurokratyzowana struktura. Na pozwolenie na wyjazd trzeba długo czekać, zapłacić za certyfikat, badania lekarskie, postępowanie wizowe. Migranci wolą załatwić sprawę szybciej i taniej, nawet jeśli więcej ryzykują – opowiada Olga Wanicka.  

Model biznesowy wygląda tak: rekruterzy z Azji nawiązują współpracę z agencją pośrednictwa pracy w Polsce. Zbierają zamówienia na robotników z Filipin. Łowią w internecie i wśród filipińskiej diaspory, kuszą zyskami i otwarciem wrót do Europy. Pomagają załatwić formalności, kupić bilet lotniczy i umówić wizytę w ambasadzie. Filipińczycy opowiadają, że zdobycie wizy to czysta formalność. Polskie ambasady wydają je bez problemu.  

Za „pomoc" rekruterzy biorą nawet 5 tys. dolarów. Pracownik wykłada ogromną kasę za przywilej urabiania się po łokcie na polskiej ziemi. 

– Żaden cennik nie istnieje. Płacisz tyle, ile zażąda rekruter, na którego akurat trafiłeś – opowiada Olga Wanicka. 

Robotnika w Polsce oficjalnie zatrudnia agencja, która występuje o pozwolenie na pracę do urzędu wojewódzkiego. Szef fabryki, w której Filipińczyk zasuwa, nie jest dla niego pracodawcą. On tylko bierze siłę roboczą w „leasing". To agencje podpisują z robotnikami umowy, wypłacają pensje. Niektóre dbają o swój azjatycki narybek, ale są i takie, które płacą tak mało, jak to tylko możliwe, czyli minimalną stawkę godzinową. Niektóre jeszcze mniej.  

Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Marcin Wojciechowski / Agencja Wyborcza.pl)

Kąpiel o trzeciej w nocy 

Anna ma 37 lat, wesoły uśmiech, długie szatynowe włosy z blond pasmami. Przez sześć lat szykowała się do zostania zakonnicą. Zmieniła plany po śmierci ojca. Nie chciała już oglądać świata zza klasztornych murów. Koleżanka podpowiedziała jej: „Jest taka agencja, która załatwia zatrudnienie w Europie". Za pracę w Polsce zapłaciła 7 tys. zł. Po wizę musiała polecieć do Malezji.  

Pierwszą rzeczą, która uderzyła ją w fabryce ryb pod Szczecinem, był zapach. Smrodu nie dało się zmyć jedną kąpielą. Za 2,4 tys. zł miesięcznie pakowała na taśmę 50-kilowe pudła wypełnione zdechłymi rybami. Robota po 12 godzin dziennie, sześć dni w tygodniu. 

Zdziwiło ją, że chłopak z agencji pracy przynosi jej pieniądze w kopercie, zamiast robić przelewy na jej konto. 

Jeszcze bardziej zdziwiło ją zakwaterowanie. W jednorodzinnym domu ściśnięto 25 osób.  

– Mieliśmy tylko dwie łazienki. Podzieliliśmy się na kilka grup, żeby każdy zdążył wykąpać się przed pracą. Pierwsza tura łazienkowa zaczynała mycie o północy, kolejna co godzinę. Musiałam wstawać o drugiej albo trzeciej, żeby się wykąpać, potem znowu iść spać na kilka godzin, żeby za chwilę wstać do fabryki. Robotę zaczynaliśmy o szóstej rano, przed piątą autobus już na nas czekał. Płakałam prawie codziennie, myślałam, żeby się poddać – opowiada.  

Zdążyła przepracować w fabryce trzy miesiące, kiedy doszło do wypadku. Kolega najechał na nią paleciakiem, Anna upadła, przywaliła głową w metalową posadzkę, straciła przytomność. W szpitalu usłyszała diagnozę – nic poważnego się nie stało. Pielęgniarka miała też złe wieści: „Ale pani nie ma przecież ubezpieczenia". W ten sposób Anna odkryła, że jej przełożeni nie płacili składek do ZUS-u. Od dyrektora fabryki usłyszała: „My żadnych rachunków płacić nie będziemy, bo my cię przecież nie zatrudniamy". Anna z własnej kieszeni wyłożyła 750 zł na pokrycie szpitalnych kosztów. Została w łóżku przez dwa tygodnie, za ten czas też nie dostała żadnych pieniędzy.  

Rodzina mówiła: „Wracaj do domu, może Polska nie jest dla ciebie?". Ale ja myślałam: jeśli wrócę na Filipiny, ludzie będą szeptali: „O, to ta, co sobie nie poradziła. Widać była słaba". Taka jest u nas mentalność. Ci, którzy wyjeżdżają za granicę i zaraz wracają, dostają etykietkę przegrywów, słabeuszy.  

Zobacz wideo Witucki: Na rynku pracy walka o kompetencje będzie coraz silniejsza

Anna ostatnie pieniądze, których nie wysłała do domu, wydała na leczenie i przeżycie. Na szczęście na facebookowej grupie Filipińczyków w Polsce znalazła ogłoszenie: praca przy sadzeniu mięty pod Grodziskiem. Napisała wiadomość: „Proszę pana, bardzo chcę dla pana pracować, ale nie mam żadnych pieniędzy".  

Nowy szef kupił jej bilet na pociąg do Warszawy, odebrał ją z dworca, za pracę na polu mięty płacił dwa razy więcej niż rybna fabryka. Po paru miesiącach zaproponował pracę w biurze. Dziś Anna nadzoruje 800 Filipińczyków w fabrykach w całej Polsce. Ma służbowy samochód i mieszkanie. Rodzina może być z niej dumna. Tysiące innych Filipińczyków nie ma tyle szczęścia.  

W Polsce są uczciwe i nieuczciwe agencje pracy. Szefowie wiedzą, że Filipińczyk nie będzie się skarżył, bo nie zna swoich praw, a na policję nie pójdzie, bo nie zna języka. Boi się, że zostanie odesłany do domu. Wielu woli siedzieć cicho i dawać się wykorzystywać. Okłamują rodziny, że wszystko u nich w porządku.  

Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Marcin Wojciechowski / Agencja Wyborcza.pl)

Pracodawcy powinni, pracodawcy nie powinni 

Fundacja La Strada przepytała pracowniczki z Azji Południowo-Wschodniej, jak żyje im się w Polsce. Wśród respondentek dominowały Filipinki.  

Migrantki najczęściej trafiały do fabryk sardynek i mięsa, czasami były zatrudniane jako pomoce domowe, opiekunki do dzieci, manikiurzystki. Największym problemem były bariery językowe, samotność, brak czasu wolnego. Nie miały przestrzeni na jakiekolwiek życie prywatne, bo cały czas siedziały w pracy. Często dostawały zadania, do których nie były przygotowane albo nie miały kompetencji. Nie wiedziały o istnieniu organizacji pomocowych i przysługujących im w Polsce prawach. Wielu migrantów nie ma pojęcia, że może poskarżyć się na złe warunki do Inspekcji Pracy albo – w skrajnych wypadkach – także do Straży Granicznej.  

Filipińczycy często opowiadają, jak zwodzą ich agencje. Na przykład robotnik przyjechał na trzy lata, a po paru miesiącach jego fabryka zwalnia 150 osób. Musi jak najszybciej znaleźć nowego pracodawcę, inaczej będzie w Polsce nielegalnie. Wiele osób boi się deportacji, nie rozumie polskiego prawa, wizyta w urzędzie wojewódzkim to dla nich męczarnia – opowiada Olga Wanicka. 

Filipińczykom i innym migrantom pomogłyby kursy języka polskiego. Dziś żaden urząd im tego nie zapewnia. Tylko NGO-sy próbują informować ich o przysługujących im prawach. Ze strony państwowych instytucji próżno szukać takich prób.  

Ważna jest też kontrola nad agencjami pośrednictwa. Zajmuje się tym Państwowa Inspekcja Pracy.  

Wiem, że inspektorzy faktycznie sprawdzają agencje. Tych kontroli z roku na rok jest więcej, to dobra wiadomość. Zła jest taka, że Inspekcja ma bardzo wąskie uprawnienia, brakuje jej też środków i ludzi. Moim zdaniem mandat PIP powinien być rozszerzony, a budżet większy – twierdzi Irena Dawid-Olczyk z La Strady. 

– Filipińczycy pracują po 300 godzin miesięcznie, powinni dostawać uczciwą wypłatę za nadgodziny. Pracodawcy nie powinni wykorzystywać ich trudnej sytuacji życiowej – dodaje Olga Wanicka. 

- Cały czas wysyłam pieniądze do mojej mamy w Manili. To jest nasza powinność, część naszej kultury. W ten sposób okazujemy naszym bliskim miłość - opowiadają Filipinki mieszkające w Polsce (fot. shutterstock.com)

Mamy kontakty w policji! 

"Przykro mi, nie mamy nic na Tajwanie. Ale szukamy pracowników w Polsce"  

Kiedy Joan usłyszała te słowa od koleżanki z agencji pracy, o Polsce nie miała zielonego pojęcia.  

W Manili prowadziła osiedlowy sklepik, ale interes nie szedł najlepiej. Samotna matka po trzydziestce nie miała wielu innych perspektyw zawodowych. Kilkuletnią córkę zostawiła pod opieką babci, przez 10 lat pilnowała montażu części w fabryce elektronicznej na Tajwanie. Joan szukała jednak miejsca, gdzie mogłaby z córką osiąść na stałe.  

Joan była przekonana, że w Polsce zobaczy wypłatę w euro. Koleżanka z agencji jakoś zapomniała jej wspomnieć, że za godzinę pracy dostanie raptem 9 zł na rękę.  

Przyleciało ze mną kilkanaście osób. Wszyscy byliśmy załamani. Jak tu spłacić pożyczki? – wspomina Joan.  

Nie była to jedyna rzecz, którą ukryła przed nią agencja. Joan była pewna, że w fabryce okien pod Białymstokiem będzie nadzorować maszyny produkcyjne, tak jak na Tajwanie. Nikt jej nie powiedział, że to ona będzie maszyną. 

Szefowie od nowej siły roboczej oczekiwali, że przez 12 godzin dziennie na stojąco będzie montować gumowe uszczelki w oknach PCV. Ważące kilkadziesiąt kilo okno należało następnie obrócić i ułożyć na taśmociągu. Joan i koledzy mieli prawo do 15-minutowej przerwy, na którą składały się: bieg z hali do kantyny, pięć minut na zjedzenie obiadu, bieg z powrotem.  

Starsi stażem pracownicy z fabryki na Podlasiu denerwowali się, że nowy narybek nie rozumie po polsku! Miny mieli niezadowolone, kiedy kolejny raz tłumaczyli na migi, jak zmontować okna i gdzie je odstawić. Ale może Joan po prostu źle ich zrozumiała?  

Mimo wszystko uważała się za szczęściarę. Zaciskała zęby, dźwigała okna, myślała o córce, co niedzielę modliła się o więcej sił. W kościele poznała innych Filipińczyków. Skontaktowali ją z grupą migrantów z Warszawy, która co tydzień spotyka się na mszy po angielsku.  

Joan i reszta robotników z Filipin chcieli przedyskutować swoje zarobki z agencją pracy, ale firma nie była zainteresowana dialogiem. Głos w słuchawce wyjaśnił: nie nasza wina, że was rekruterzy okłamali. Pamiętajcie, że trzymamy wasze dokumenty. Jeśli odejdziecie z pracy, będziecie ścigani. Lepiej uważajcie, mamy kontakt z policją! 

Groźba podziałała tylko przez parę miesięcy. Stopniowo, jeden po drugim, Filipińczycy zaczęli znikać. W końcu z fabryki okien uciekła i Joan. W środku nocy zamówiła taksówkę na dworzec. Na łóżku zostawiła list z rezygnacją. 

– Wciąż się bałam, że będą próbowali mnie zatrzymać – opowiada.  

Filipińczycy z Warszawy pomogli jej znaleźć nocleg i nową pracę. Została pomocą domową u pary biznesmenów. Szybko polubiła się z nowymi szefami, którzy w urzędzie wojewódzkim załatwili jej kolejne pozwolenie na pracę. Za godzinę płacili dwukrotnie więcej, niż dostawała w fabryce okien. Zaproponowali nawet, że dołożą się do czesnego dla jej córki. Sen Joan zaczął się spełniać: mogła ściągnąć Dorothy do Polski.  

Dzisiaj córka Joan ma 20 lat. Studiuje zarządzanie w języku angielskim na warszawskiej uczelni.

– Po zajęciach pracuję jako opiekunka do dzieci. Na Filipinach to byłoby niemożliwe. Żeby w Manili dostać pracę, nawet w sklepie, musisz mieć kilkuletnie doświadczenie. Chciałabym polecieć na wakacje do domu, stęskniłam się za babcią i przyjaciółmi. Najpierw muszę odłożyć 5 tys. zł na bilet – opowiada Dorothy. – Nie zamierzam jechać na Zachód, chcę pracować w Warszawie. Uważam, że jestem to winna Polsce. 

We dwie mieszkają w pokoju na Mokotowie. Joan ma jeszcze drugą pracę. Nadzoruje wysyłkę paczek z podarunkami z Polski na Filipiny. 

– Cały czas wysyłam pieniądze do mojej mamy w Manili. To jest nasza powinność, część naszej kultury. W ten sposób okazujemy naszym bliskim miłość.   

Joan z Dorothy polubiły Polskę. Zdążyły już odwiedzić Gdańsk, Poznań, Zakopane, planują wycieczkę do Krakowa i kopalni soli.  

Joan bardzo się ucieszyła, kiedy ostatnio usłyszała od córki: „Mamusiu, chyba moim przeznaczeniem jest zostać tutaj".   

*Pinoys to powszechne, nieformalne określenie obywateli Filipin i ich kultury; jest używane przez samych Filipińczyków.  

Bartosz Józefiak. Ur. 1987. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu. Współpracuje z „Dużym Formatem", portalem Weekend.gazeta.pl i „Superwizjerem" TVN. Specjalizuje się w reportażach wcieleniowych. Nominowany m.in. do nagrody Grand Press i Nagrody „Newsweeka" im. Teresy Torańskiej. Współautor (razem z Wojciechem Góreckim) książki Łódź. Miasto po przejściach. Współautor (razem z Agnieszką Bombą i Piotrem Stefańskim) audioserialu reporterskiego Wietnamski dług. W czerwcu nakładem Wydawnictwa Czarne ukaże się jego książka Wszyscy tak jeżdżą.