Ciało i zdrowo
Monika Pyrek Tour to impreza, w ramach której o tyczce skaczą dzieci (Fot. Krzysztof Hadrian / Agencja Wyborcza.pl)
Monika Pyrek Tour to impreza, w ramach której o tyczce skaczą dzieci (Fot. Krzysztof Hadrian / Agencja Wyborcza.pl)

Jak postrzegamy własne ciało? Po co i jak z ciałem pracujemy? Jak radzimy sobie z upływem czasu i sił? Do rozmów wokół tego tematu zaprosiłam znane osoby, podejście których do cielesności wyjątkowo mnie ciekawi. Otwierającą cykl rozmówczynią została Małgorzata Rozenek-Majdan, do kolejnych zaprosiłam Dawida Wolińskiego, Anitę Sokołowską, prof. Tomasza Sobierajskiego, Agnieszkę Szpilę, Karolinę Korwin-Piotrowską, Borysa Budkę. Czas oddać głos lekkoatletce Monice Pyrek-Rokicie.

Jak trafiła pani do zawodowego sportu?

Przez przypadek. Zawsze byłam aktywnym dzieckiem, które trudno było ściągnąć z podwórka do domu. Lubiłam przesiadywać na trzepaku, grać, włóczyć się po lasach. Nie trzeba mnie było namawiać do aktywności. Rodzice pracowali, razem ze starszym bratem byliśmy dziećmi z kluczem na szyi. Jego zadaniem było opiekować się mną, więc za nim biegałam. I dzięki bratu, który grał w drużynie szkolnej w koszykówkę, trafiłam na zajęcia SKS. Najpierw tylko siedziałam i kibicowałam, a później, kiedy zabrakło jednej koszykarki w drużynie żeńskiej, nauczyciel zaproponował, żebym dołączyła do składu. 

Jak tyczka zastąpiła piłkę?

Znowu przypadek. W trakcie ferii zimowych nasza sala sportowa była remontowana i przeniesiono zajęcia do hali lekkoatletycznej z wyrysowanymi liniami i koszami.

Nasz nauczyciel się rozchorował i drużyny – damską i męską – przejęła, jak się później okazało, moja pierwsza trenerka od lekkiej atletyki Bogusława Klimaszewska. 
Lekkoatletka podczas Mistrzostw Świata w 2001 roku (Fot. Damian Kramski / Agencja Wyborcza.pl)

Czy oczy jej się zaświeciły, kiedy panią zobaczyła?

Bardziej mnie i reszcie mojej drużyny. Kilka dziewczyn zostało przy lekkiej atletyce, stworzyłyśmy silną, wspierającą się i przyjaźniącą grupę. Nie sądzę, żebym w tamtym czasie wiedziała, czym są igrzyska olimpijskie, ważniejsze było dla mnie, żeby fajnie spędzić czas z koleżankami. Wyjazdy na zawody były dla nas nobilitacją, byłyśmy doceniane w szkole, udział w mistrzostwach Polski, bycie sportowcem robiło na rówieśnikach wrażenie. 

Jak dużo czasu się trenuje w sporcie wyczynowym?

Dwa–trzy razy dziennie przez siedem dni w tygodniu. Każdy trening to dwie i pół, trzy godziny plus rozruch trwający do godziny. Do tego dochodzą zgrupowania, zawody, podróże i bycie poza domem 250 dni w roku. Plus trening mentalny, praca regeneracyjna z fizjoterapeutami.

Bycie profesjonalnym zawodnikiem sprawia, że jest się w pracy 24 godziny na dobę, bo sen jest wyjątkowo ważny dla wypoczynku i zregenerowania organizmu. Odpoczynek także jest składową sportowego życia.

Czy kiedy się przechodzi na sportową emeryturę, to zejście z takiej intensywności jest dla organizmu szokiem? 

W sporcie, kiedy kończy się karierę, zostaje się samym. Nikt się nami nie interesuje, dostaje się grawerton [wygrawerowane podziękowanie – przyp. red.], szczęściarze uścisk dłoni prezesa. Tyle. Nie jesteśmy przygotowywani do odejścia ze sportu, to nie dzieje się stopniowo. Kiedy wyszłam ze sportu zawodowego, przestałam całkowicie trenować. W dużej mierze dlatego, że miałam ogromny przesyt i chciałam zwyczajnie odpocząć. Nicnierobienie nie trwało jednak długo, bo jestem – w pozytywnym sensie – uzależniona od endorfin, które wydzielają się podczas uprawiania sportu. Brakowało mi tego, żeby wyjść i się poruszać.

W przypadku Moniki Pyrek-Rokity tyczka pojawiła się całkiem przypadkiem (Fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Wyborcza.pl) , Trening w zawodowym sporcie ma wiele elementów, odpoczynek i regeneracja jest jednym z nich (Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Wyborcza.pl)
Nie trenuję teraz bardzo intensywnie, ale staram się, żeby dwa–trzy razy w tygodniu coś porobić. Lepiej się dzięki temu czuję psychicznie i fizycznie. Sportowcy w toku kariery tak mocno eksploatują swoje ciała, że jeśli nie będą ich po zakończeniu kariery utrzymywać w napięciu, to wszystko zacznie ich szybko boleć. 

Kiedy nabawiłam się kontuzji kolana na nartach i cała para poszła w jego rehabilitację, natychmiast siadły mi plecy i teraz się męczę z odcinkiem lędźwiowym.

Co konkretnie pani robi? Jakie to są aktywności?

Raz w tygodniu robię trening aerobowy – biegam w interwałach albo w biegu ciągłym. Staram się także robić trening siłowy na siłowni, bo po czterdziestce masa mięśniowa szybko spada, ćwiczę także wzmacniająco mięśnie głębokie podczas pilatesu i nie zaniedbuję rozciągania.

Czy dawne sportowe życie daje ciału taryfę ulgową? Ma pani np. wciąż supermetabolizm, ciało pamięta ruch?

Lepiej pamięta głowa niż ciało. To jest zresztą pułapka dla byłych sportowców. Pamiętamy, jak sprawni, silni, wytrzymali byliśmy. Kiedy porywamy się na jakąś aktywność, to ambitnie, z dawnym zawodniczym zacięciem, nie odpuszczając, robiąc to na sto dziesięć procent. I pojawiają się kontuzje: zerwane ścięgna Achillesa, więzadła kolanowe.

Musimy brać poprawkę na nowe realia. Z drugiej jednak strony jest nam łatwiej, bo kiedy zaczynamy trenować, to sprawność wraca bardzo szybko. Trzeba tylko działać etapami, a nie porywać się na wyzwania, które kiedyś nie stanowiły problemu, a dziś nimi już są. 
Dla sportsmenki najważniejsi w sporcie byli ludzie i jej sportowa rodzina (Fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Wyborcza.pl) , Dzisiaj Monika Pyrek-Rokita już nie skacze, za to biega, chodzi na siłownię i ćwiczy pilates (Fot. Dominik Sadowski / Agencja Wyborcza.pl)

Kiedy teraz chodzę na stadion lekkoatletyczny zrobić trening, to zamykam się w godzinie. Głowa chciałaby może i więcej, ale ciało nie jest na takie obciążenie gotowe. Trudniej buduje mi się teraz masę mięśniową, dynamikę, elastyczność, siłę. Nie jest to poziom, który miałam lata temu.

Są sportowcy, którzy przechodząc "do cywila", odpuszczają. Jak piłkarze Brazylijczyk Ronaldo czy Brytyjczyk Wayne Rooney, którzy wyglądają, jakby nigdy nie mieli nic wspólnego z zawodowym sportem.

Wygląd jest dla mnie ważny. Kiedy widzę, że przybieram na wadze i zaokrąglam się w okolicy brzucha, to intensyfikuję plan sportowy. Nigdy nie miałam problemów z trzymaniem wagi, raczej w drugą stronę – trudnością było zwiększenie masy mięśniowej. Ale dla sportowców bywa to trudne, bo ćwicząc, spalamy bardzo dużo kalorii, które uzupełniamy wysokoenergetyczną dietą. Nie da się wciąż tyle jeść, nie ćwicząc. I to może być ogromnym wyzwaniem, zwłaszcza dla byłych zawodników, którzy mieli łatwość do wahań wagi. 

Czego pani ze sportu brakuje?

Ludzi – mojej sportowej rodziny. Spędzaliśmy po trzy miesiące w ośrodku sportowym w Spale non stop. Dzisiaj jesteśmy porozrzucani po całej Polsce. Widujemy się, bo trzymamy się razem, wspólnie wyjeżdżamy na rodzinne wakacje, nasze dzieci się przyjaźnią, ale nie jest to dawna intensywność.  

Przyznam, że brakuje mi czasu na sport.

Podziwiam ludzi, którzy potrafią wstać o piątej–szóstej rano i przed pracą pójść biegać. Nie ma szans, żebym zmusiła się do treningu o tej porze.

Z drugiej strony trening wieczorny też mi nie odpowiada, bo po nim długo nie mogę zasnąć. Optymalny czas dla mnie na ćwiczenia to połowa dnia, a wtedy z reguły trudno z jego wygospodarowaniem, bo dzieci trzeba ze szkoły odebrać, zająć się obiadem. Z reguły bieganie zostawiam sobie na weekend, kiedy nigdzie nie pędzę, siłownię wplatam jakoś w dzień, a pilates ćwiczę rano, po obudzeniu. 

Monika Pyrek i Anna Rogowska podczas Mistrzostw Świata w Berlinie w 2009 roku (Fot. Małgorzata Kujawka / Agencja Wyborcza.pl) , Lekkoatletka podczas Igrzysk Olimpijskich w Atenach w 2004 roku (Fot. Kuba Atys / Agencja Wyborcza.pl)

Mówi pani, że sportowcy mają wyeksploatowane ciała, ale na kręgosłup, kolana, łokcie, nadgarstki narzeka wielu moich znajomych po 45. roku życia. Najczęściej słyszą od lekarzy, że to peseloza. 

Poszłabym o krok dalej. Problemem jest siedzący tryb życia, w który i ja wpadłam. Z osoby bardzo aktywnej sportowo przeszłam do papierologii przy biurku w mojej fundacji. Myślę, że po prostu za dużo czasu spędzamy przed komputerem. Najtrudniejsza jest umiejętność wstania co godzinę z krzesła, przejścia się, porozciągania się, a nie siedzenia kołkiem pięciu godzin w tej samej pozycji. Mięśnie się wtedy skracają, usztywniają, a nasz organizm to są naczynia połączone. Jeśli czworogłowy mięsień uda i wszystkie prostowniki są przykurczone, to one ciągną cały układ mięśniowy lędźwiowy, a co za tym idzie – kręgosłup.

Byłam zawodniczką, realizowanie planu nigdy nie przychodziło mi z trudem, a w zderzeniu z pracą biurową potrafię polec. Bo chcę zdążyć na czas, a zawsze jest dużo do zrobienia, brakuje miejsca na przerwy.
Mając doświadczenia w sporcie zawodowym Monika Pyrek-Rokita nie marzy o karierze sportowej dla swoich dzieci (Fot. Tomasz Fritz / Agencja Wyborcza.pl)

Kiedy się czuła pani najlepiej w swoim ciele?

Bardzo to dla mnie trudne pytanie.

Do tej pory wszyscy moi rozmówcy odpowiadali, że teraz jest dla nich ten czas: dobrze się czują sami ze sobą, bo są świadomi, doświadczeni, wreszcie spokojni – a to przychodzi z wiekiem.

Też mi taka odpowiedź przyszła do głowy, ale z drugiej strony dla mnie, jako sportowca, to poczucie było powiązane z osiągnięciem najlepszej formy. W takim przypadku odpowiedziałabym, że najlepiej się czułam między 25. a 28. rokiem życia, bo byłam najlepiej wytrenowana, a przy tym miałam najmniej wyeksploatowany organizm. 

Z drugiej strony w tamtym okresie nie czułam się specjalnie kobieco, bo musiałam być bardziej umięśniona.

Dzisiaj ważę mniej, bo mam mniejszą masę mięśniową, i czuję się bardziej kobieco. W duchu jestem jednak zawodniczką, która ma dobrze zapamiętaną formą startową.

Łatwo ulec wolności, którą daje wyjście ze sportu? Że już wszystko można i nic nie trzeba?

Nie pilnuję się restrykcyjnie, bo moim drogowskazem jest samopoczucie. Jeśli mam przez resztę dnia czuć się ciężko i mieć obolały brzuch, bo zjem pizzę, to już wolę z niej zrezygnować. Zdarza mi się czasami zjeść podczas oglądania serialu miskę popcornu o 23.30. Wiem, że gdybym robiła tak codziennie, to efekty prędzej czy później bym odczuła. Dlatego robię to sporadycznie.

W przypadku formy i diety Monika Pyrek-Rokita kieruje się własnym samopoczuciem (Fot. Krzysztof Hadrian / Agencja Wyborcza.pl)

Jak wypada pani na tle swoich rówieśników?

Wyróżnia mnie przede wszystkim sprawność, zwinność, koordynacja, jestem lepiej rozciągnięta, więcej mogę. Ale także brak napięcia. Nie uważam, że dzieci powinny być sportowcami zawodowymi, nastawiać się, żeby wygrywać każde zawody. Zresztą o tym jest opowieść sportowa, spektakl "Gong!", który stworzyliśmy wspólnie z teatrem Pleciugą dzięki dofinansowaniu Ministerstwa Sportu i Turystyki. Mieliśmy spektakle w Toruniu, Warszawie i Łodzi, a od jesieni spektakl będzie grany w Teatrze Lalek "Pleciuga" w Szczecinie.

Uważam, że sport powinien być zabawą, źródłem radości i przyjemności. Nie pokładam w dzieciach swoich sportowych nadziei, nie przenoszę na nie moich ambicji, bo wiem doskonale, jak trudną drogą jest sport zawodowy.

To, że dzisiaj przywozimy 10 medali z igrzysk olimpijskich, nie znaczy, że mamy słabych zawodników i oni się nie starają. Ci, którzy pojechali do Paryża, to jest elita, jedna tysięczna procentu ludzi na świecie, wybitne jednostki. Żeby móc walczyć z najlepszymi, musieli wiele udowodnić i poświęcić. Medali do zdobycia jest tylko 329 i czasami naprawdę może zwyczajnie zabraknąć szczęścia. 

Mam tego świadomość, znam trud i nie mam ciśnienia, żeby synowie trafili do pierwszego składu jakiejś drużyny. Chcę, żeby dobrze się bawili, ruszali, mieli znajomych.

Być może popełnię błąd, bo synowie będą zdolni, a ja ich nie popchnę, przegapię odpowiedni moment. Ale staram się być czujna i jak tylko sami zdecydują, że chcą jakiś sport na poważnie uprawiać, to im w tym pomogę. 

Jakie sporty zaszczepiła pani synom?

Lekkoatletykę – wszystkie konkurencje. Starszy syn jest w klasie sportowej, młodszy idzie do pierwszej klasy. Chodzą na lekkoatletyczne zajęcia sportowe, byli na pierwszym obozie sportowym. Jeżdżą na rowerach, grają w kosza, siatkówkę, tenisa, badmintona. Trochę ich muszę przymusić do nauki pływania, bo uważam, że każdy człowiek, ze względów bezpieczeństwa, powinien umieć pływać. Mamy umowę, że jak będą już dobrze pływali, to odpuszczę pływalnię. 

Zdarza się, że ludzie ćwiczą wyłącznie dla efektów estetycznych – dla płaskiego brzucha czy jędrnych pośladków. Nie idzie za tym kondycja, wydolność, siła, sprawność.

Każdy powód jest dobry, żeby coś robić. A badania mówią, że bardzo mało się ruszamy, więc już lepiej ćwiczyć tę pupę i brzuch, niż leżeć na kanapie z komórką. 

Kiedy byłam w ciąży z drugim synem, zrobiłam sobie zdjęcie na wadze. Wskazała wtedy 70 kg – najwięcej w moim życiu. Zrobiłam je ku przestrodze, żeby nie zapomnieć, jak trudno mi się w takiej wadze ruszało, jak bardzo taka masa ograniczała moją sprawność.
Prowadząc własną fundację była zawodniczka promuje zdrowy tryb życia i sport wśród rodzin (Fot. Piotr Skornicki / Agencja Wyborcza.pl /)

To była ciąża, więc stan przejściowy, bardzo szczęśliwy, poza nim nie chciałabym się nigdy znaleźć w sytuacji, kiedy dźwigam tyle kilogramów. Zwłaszcza teraz, kiedy doszły problemy z odcinkiem lędźwiowym kręgosłupa i czasem trudno mi już dzisiaj wstać z łóżka.

Utrata sprawności jest zresztą czymś, co przeraża mnie najbardziej.

Ta wynikająca ze starzenia?

Też. Widzę siebie jako fitseniorkę. Aktywność fizyczna może być lekiem spowalniającym procesy starzenia. Umiarkowana regularna aktywność przekłada się nie tylko na sprawność fizyczną, ale także psychiczną i umysłową. 

Nie miejmy złudzeń, tu się samo nic nie zadzieje. Musimy zadbać o sprawność i siłę mięśni, o wydolność. Samo się nie zrobi, ale nie ma się co poddawać zbyt prędko. Wydolność co prawda szybko zanika, ale i bardzo szybko wraca.

Potwierdzam. W czasie pierwszego treningu tabaty umarłam na zajęciach trzy razy, na trzecim ledwo, ale przeżyłam w jednym kawałku.

A czy ma pani sporty, które pomimo chęci okazały się pani słabą stroną?

Pływanie. Nigdy nie nauczyłam się dobrze pływać i ciągle myślę, żeby wrócić na zajęcia doszkalające dla dorosłych.

Mówi się, że lekkoatleci mają inne napięcie mięśniowe, więc nie potrafią wypracować czucia wody, które mają pływacy. Może na moje poczucie nakłada się perfekcjonizm sportowy i wcale źle nie pływam, ale mój pogląd na tę sytuację jest jednak inny. 

W ramach mojej fundacji działa platforma instruktażowo-edukacyjna Siła Sportu. Jestem gospodynią każdego nagrania i sama na sobie testuję różne dyscypliny. Najtrudniejsza jak dotąd okazała się dla mnie deskorolka, potrzebna do jazdy odwaga i koordynacja. Trudno mi było bardzo, ale frajda była duża. 

Uważam, że warto dodawać sobie sportowych bodźców, bo z czasem, np. tylko biegając ten sam dystans tą samą trasą, ciało się przyzwyczaja i przestaje reagować. Warto coś dodawać, żeby poczuć zmianę.

Zobacz wideo Przerwana klątwa! "Kobiety wiodą prym w polskim boksie"

Ma pani jeszcze kontakt z tyczką?

Jeśli pyta pani, czy skaczę, to nie, nie skaczę, ale kontakt mam, bo robimy zawody tyczkarskie dla dzieci i młodzieży, prowadzę także uczniowski klub sportowy – raz na jakiś czas podpowiadam elementy techniczne.

Takie powroty to są skrajne emocje, bo bardzo lubię sportową rodzinę, więc z jednej strony się cieszę, jest to dla mnie ważny moment, z drugiej jednak kiedy widzę te łzy i smutek dzieci, gdy coś im nie wychodzi, to wracają wspomnienia, kiedy i mnie nie szło.

Wiem, przez co przechodzą, i mam ochotę je wszystkie przytulić, że to tylko dzisiaj, że jutro już może pójdzie im lepiej. Tym też jest sport, nauką z porażki, ona buduje sportowca i mocnych, choć bardzo wrażliwych ludzi. 

Monika Pyrek-Rokita. Lekkoatletka skacząca o tyczce, olimpijka z Sydney, Aten, Pekinu i Londynu, trzykrotna medalistka mistrzostw świata. Po zakończeniu kariery sportowej w 2013 r. założyła Fundację Moniki Pyrek realizującą projekty dla dzieci i młodzieży upowszechniające sport przez zabawę. Mama dwóch synów.

Ola Długołęcka. Redaktorka. Lubi pisać o trendach, modach i zjawiskach. W wolnych chwilach trenuje jeździectwo.