Ciało i zdrowo
Siła, moc, szybkość i wytrzymałość - Agnieszka Szpila ma powera (Archiwum prywatne)
Siła, moc, szybkość i wytrzymałość - Agnieszka Szpila ma powera (Archiwum prywatne)

Jak postrzegamy własne ciało? Po co i jak z ciałem pracujemy? Jak radzimy sobie z upływem czasu i sił? Do rozmów wokół tego tematu zaprosiłam znane osoby, podejście których do cielesności wyjątkowo mnie ciekawi. Pierwszą, otwierającą cykl rozmówczynią została Małgorzata Rozenek-Majdan, do kolejnej rozmowy zaprosiłam projektanta mody i jurora "Top Model" Dawida Wolińskiego oraz aktorkę i reżyserkę Anitę Sokołowską, socjologiem i maratończykiem prof. Tomaszem Sobierajskim. Czas na oddanie głosu pisarce i aktywistce - Agnieszce Szpili.

Mam wrażenie, że twój stosunek do ciała jest bardzo pierwotny. Ciało na twoim profilu na Instagramie to brzuch w ciąży, karmienie piersią i dużo zbliżeń twarzy.

Urodziłam się raczej wątła i w dzieciństwie moi rodzice wspólnie z babcią Teresą paśli mnie milupami i humanami [mleka i kaszki dla niemowląt popularne w latach 70.–90. – przyp. red.]. Rosłam jak na drożdżach i od tego czasu miałam nadwagę; określano mnie jako śliczną, ale "nabitą". Kiedy miałam siedem lat, zabrano mi z jadłospisu chleb i ziemniaki, a ja i tak wyjadałam jedzenie – srebrną łyżeczką pasztety z dzika. 

Pamiętam doskonale poczucie, że ciało jest moje i dla mnie. Czułam, że w nim jest cała moja siła. W trzeciej klasie najważniejsza była dla mnie dobra ocena z WF-u – bo dawała szansę na dostanie się do klasy czwartej, o profilu sportowym. A dostanie się tam było moją obsesją.
Mała Szpila podkarmiona milupami (Archiwum prywatne)

Nie po to, żeby być chudszą, niż jestem, tylko dlatego, że miałam poczucie, że ciało jest i będzie mi bardzo potrzebne – sprawne, wytrzymałe, silne. Instynktownie czułam, że ciało to fundament. I że wątła nie przetrwam. Poza tym ja nigdy nie chciałam trwać, tylko żyć. Od małego miałam ten wielki apetyt na życie. I oto w czwartej klasie pojawił się u mnie sport – zostałam piłkarką ręczną – i potem zawsze coś sportowo robiłam. Pewnie jak ktoś na mnie spojrzy, to się sportowego zacięcia nie domyśli. Ale ja naprawdę mam niebywale mocne ciało – potrafię wejść na drzewo, zwisać z niego głową w dół.

Zresztą moje ciało nie może mnie zawieść, bo mam dwie 18-letnie córki z niepełnosprawnością intelektualną. Obie są bardzo szybkie, jedna ma ADHD, druga bywa bardzo agresywna i autoagresywna. Muszę mieć power, żeby pobiec za zwinną nastolatką i nie dopuścić do tego, żeby wpadła pod samochód. Muszę być gotowa na zrywy, działam w instynktownym, zwierzęcym trybie. Nie mogę sobie pozwolić, żeby moje ciało było rozlazłe czy spowolnione. 

Piłka ręczna uczy komunikacji i gry w drużynie (Fot. Paweł Małecki / Agencja Wyborcza.pl)

Wracając do szkoły podstawowej – piłka ręczna to był twój wybór?

W Chojnowie, w którym wtedy mieszkałam, nie było innej możliwości. Ale piłka ręczna jest niesłychanie ważna w moim życiu, bo ona mnie – do szpiku kości zepsutą jedynaczkę – uczyła życia grupowego, zasad współdziałania, tego, że sukces jest kolektywny.

Po sukces idzie się razem, a najlepiej w superdrużynie. Tym jest zresztą dla mnie dzisiaj feminizm. Piłka ręczna to była lekcja komunikacji – łapania się w locie spojrzeniem i ustaleniem działań bez użycia słów. 

Grałam na pozycji, która skutkowała żółtymi i czerwonymi kartkami, jako dziecko uczyłam się też, jak osiągać cel sposobem, nie siłą. Piłka ręczna była dla mnie bardzo ważna i płakałam, kiedy rodzice po kilku latach wyciągnęli mnie z Chojnowa do Wałbrzycha. Gra była dla mnie wtedy wszystkim, zresztą jako drużyna zdobywałyśmy mistrzostwa Polski młodziczek – mam do dzisiaj moje złote medale.

Zobacz wideo Poznały się, grając w piłkę nożną. Dziś są małżeństwem

W Wałbrzychu też robiłaś coś sportowo?

Jeśli za sport uznamy intensywny rozwój seksualny... Pierwszy raz u ginekologa wylądowałam w wieku 17 lat z powodu ekoseksualnej przygody z bananem. Ginekolog zresztą mnie pamięta do dziś, bo trafiałam do niego później z dziwnymi przypadkami i witał mnie słowami: „Moja kochana wariatka przyszła".

Na tę pierwszą wizytę założyłam czarne pończochy i szpilki mamy – odstawiłam się, jakbym szła na rozbieraną randkę. On tak rozczulająco mnie wtedy powitał: O! A kto to tutaj do nas przyszedł? Co się stało, dziewczynko? 
Chłopak-koszykarz to było coś (Fot. Roman Bosiacki / Agencja Wyborcza.pl)

W Wałbrzychu miałam chłopaka sportowca – świetnie zapowiadającego się koszykarza  Górnika Wałbrzych. Chodzenie na mecze było dla mnie bardzo ważne, moja przyjaciółka chodziła wówczas z gwiazdą tej drużyny, która akurat wtedy grała w I lidze, wygrywała z Anwilem Włocławek czy ze Śląskiem Wrocław. Pamiętam, że ćwiczyłam wtedy także callanetics z taśmy wideo Callan Pinckney. Miałam też książkę. Przez wiele lat callanetics był dla mnie aktywnością fundamentalną – na studiach kulturoznawczych we Wrocławiu robiłam moim współlokatorkom sesje ćwiczeniowe. Pamiętam, że w jednym ćwiczeniu na pośladki jest takie ustawienie nóg, po których miałyśmy orgazmy. 

O erotyce w sporcie nikt mi do tej pory nie opowiadał. Co było dalej?

Po przenosinach do Warszawy miałam okres biegania, ale ono szło mi, tylko kiedy wrzucałam sobie do słuchania kazania protestanckie. Akurat pisałam "Bardo", a religia była mocno w temacie tej książki. Ciało zestrajałam z biblijnymi przekazami – to była moja faza głębokiej wiary, nawet miałam chrzest protestancki. Zap*eprzałam wieczorami po Polu Mokotowskim – można powiedzieć – ramię w ramię z Chrystusem i świetnie się czułam. Trenowałam tak ze dwa lata.

A potem pojawił się pilates. Na macie w ogóle mi się nie podobał, ale w tym na reformerach w prowadzonej przez cudowną dziewczynę, Kornelię Samantę, Polce Pilates, która jest moim drugim domem, moją mokotowską Kalifornią, się zakochałam. Mam tam swoją społeczność. Wspaniałe instruktorki i pilatesiary takie jak ja. Albo zupełnie inne.

Zresztą pieniądze za napisanie "Heks" odłożyłam sobie na karnet na sesje. Bo głęboko wierzę, że to dzięki ciału mam wszystko. I jeszcze dzięki dzieciom i przeżyciom z nimi związanymi. Dzieci to jest trud codzienny, one i ciało mnie pchają do przodu, uruchamiają. Dlatego chciałam ciało nagrodzić. I inwestować w nie.
Agnieszka Szpila i jej ekipa pilatesowa. W okularach instruktor Staś (Archiwum prywatne) , Pilates to nagroda dla ciała i forma dbania o nie (Archiwum prywatne)

Czy dorastając w latach 90., ulegałaś kulturze diety?

Nigdy nie byłam w ówczesnym kanonie, ale podobałam się chłopakom. Może dlatego, że dobrze się ze sobą czułam i to było atrakcyjne. Do popularnych wtedy wzorów nie równałam, ale mam z okresu nastoletniego przyjaciółkę Wiolę i chciałam być Wiolą – z jej pięknymi nogami i wspaniałymi piersiami. Na nią jedyną patrzyłam z uwielbieniem. Wcale nie była szczupła, ale miała dla mnie wspaniałe proporcje.

Nie wyglądałam jako nastolatka jak amerykańska aktorka Alicia Silverstone, ale byłam pewna, że się podobam i że jeśli będę chciała pójść na randkę z najfajniejszym chłopakiem, to pójdę. I chodziłam. I to poczucie jest ze mną dzisiaj. Można mieć coś w sobie, niekoniecznie w wyglądzie, tylko w energii.

Jeden raz w życiu zapragnęłam być chuda. Żeby zobaczyć, jak to jest być szczupłym, bo nigdy wcześniej takiej figury nie doświadczyłam. Usłyszałam wtedy od otoczenia, że nie mogę tego zrobić, bo jak będę miała chude nogi i chudą d*pę, to przy mojej witalności wystrzeli mnie w kosmos i już nikt mnie nie zatrzyma. I chyba słusznie, bo po to mam takie nogi i tyłek, żeby stąpać po ziemi, one mają mnie trzymać. Uziemiać.

Zawsze składałam się z dwóch części: od pasa w górę z małym rozmiarem, i druga, przysadzista, od pasa w dół. Te dwie połówki się nie składały w harmonijną wedle kanonów całość, ale zapewniały mi stabilizację. 

I rzeczywiście, czuję, że moje ciało jest stabilne. Ostatnio byłam pierwszy raz na Mazurach, nigdy nie pływałam na SUP-ie, ale w niczym mi to nie przeszkodziło. Wypłynęłam na środek jeziora na małej, jednoosobowej desce, zrobiłam jogową pozycję psa z głową w dół. Ani razu nie spadłam do wody, czułam, że mam balans.

Witalność i radość z życia Szpila czerpie właśnie z ciała (Kinga Karpati, Daniel Zarewicz/Prestige Portraits) , Ciało Agnieszki Szpili musi być silne i szybkie (Archiwum prywatne)

Potrafię w najtrudniejszych sytuacjach w życiu nie zwariować, choć niejeden by na moim miejscu się psychicznie załamał. Za chwilę np. wskutek błędu legislacyjnego pozostanę na sześć miesięcy bez środków do życia. Moje córki skończą 18 lat i nie będą im przysługiwały dotychczasowe świadczenia. A ja pracuję – jak większość artystów – prekariacko, co jest załamujące, nie mam stałych dochodów. System się zatkał, zanim dostaną nowe świadczenia, minie pół roku. Normalnie pewnie by mnie to rozjechało, a ja czuję, że muszę stanąć w lekkim rozkroku, skalibrować miednicę i z tak ustawionym kręgosłupem, także tym moralnym, dzięki któremu robię w tym kraju zmiany społeczne, wkroczyć do ministerstwa i zmienić prawo. Nie tylko dla siebie, także dla innych – będących w takiej samej d*pie jak moje córki – ludzi. Wszystko w moim życiu i twórczości idzie z centrum ciała, ja z nim jestem w ciągłym kontakcie, jak z drugim mózgiem.

Eksperyment z byciem chudą się powiódł?

A skąd! Najmniejszy rozmiar ubrań, jaki nosiłam, to 38, a najczęściej dół 40–42, a góra 38. Nie zmienię tych proporcji i nie mam zamiaru z tym walczyć. Lubię, kiedy najpierw ciała przybywa, a później ubywa, podobają mi się te przemiany. Na początku robi mi się przykro, bo nie mieszczę się w spodnie, ale potem patrzę na większe piersi i czuję się wspaniale.

Lubię moje duże uda, kocham moją pokaźną pupę, nie zamieniłabym jej na żadną inną za nic w świecie. Moją najmłodszą córkę Jagódkę karmiłam pięć lat – taką obie miałyśmy potrzebę. I co? Moje piersi nie wyglądają powalająco, ale tu chodziło o miłość między mną a dzieckiem. I o tryskanie na świat tą miłością, tą oksytocyną. Kocham moje piersi za to doświadczenie.
Agnieszka Szpila jest także ekoseksualna - przyjemność czerpie z natury (Archiwum prywatne) , Pisarka ze zbiorem opowiadań 'Octopussy' (Archowum prywatne)

Zawsze miałaś dla siebie tyle samoakceptacji?

Tak – dzięki moim dziwnym rodzicom. Kiedy jako dziecko przychodziłam zapłakana z podwórka i mówiłam, że przez moje grube nogi w czasie podchodów zaklinowałam się w okienku piwnicznym, mama odpowiadała: Daj spokój, ważne, że masz dwie! I coś mi z tej Bożeny i jej odniesień zostało. Kiedy zasypiam i się budzę, mam w głowie, że to jest niesamowite i wspaniałe, jak nasz organizm funkcjonuje: oddycha, odżywia się, regeneruje.

Moja matka jest bardzo energiczna – nigdy nie ćwiczyła, ale rusza się, bo ma działkę. Za to babcia Teresa, lat 92, jest turbolaską. Z dzieciństwa pamiętam, że babcia z ciotką Luśką zamykały się w łazience podczas imprez i robiły przysiady oraz pompki. Po mastektomii Teresa na drugi dzień po operacji kazała dziadkowi Kazikowi przynieść do szpitala kij od szczotki i z nim ćwiczyła, żeby nie mieć zrostów. Coś z niej na mnie przeszło.

Kiedy najlepiej czułaś się w swoim ciele?

Rok temu, kiedy złapałam rotawirusa od dzieci. Przechorowałam go i poczułam się, jakby ktoś mnie zresetował. Żeby wrócić do siebie, przez tydzień byłam na diecie ryżowej. I wtedy czułam świetlistość – umysłu i ciała. Ja w ogóle jestem ryżową panienką. To był też okres, kiedy bardzo dużo, bo sześć razy w tygodniu, ćwiczyłam pilates na reformerach. Wyglądałam i czułam się najlepiej.

W tym roku po aferze w Teatrze Dramatycznym ze sztuką na bazie mojej książki "Heksy" zupełnie zapadłam się w siebie. Drugi raz w życiu. Pierwszy to był czas diagnozy moich córek, kiedy miały cztery lata.

Po zerwaniu współpracy z dyrektorką teatru moje ciało na trzy miesiące odłączyło się ode mnie, nie mogłam się z nim skomunikować, ono mówiło: Odp*eprz się ode mnie, Szpila, daj mi spokój, jestem wykończone, nie chcę ćwiczyć, chcę tylko spać i płakać, dostałom taki wpierd*l, że należy mi się przestój.

Poszłam za tym, odpuściłam i to mnie uratowało. Sen mnie uratował. Zresztą kiedy jadę samochodem i czuję, że jestem zmęczona, to zjeżdżam na parking, nastawiam timer i ucinam sobie 12-minutową drzemkę, po której się budzę nowo narodzona. Moje ciało jest mądre za mnie, reguluje mnie.

Zawirowania w Teatrze Dramatycznym dotyczyły wystawienia powieści Szpili 'Heksy' (Fot. Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl)

Sygnały dostajemy pewnie wszyscy, ale większość osób w takiej sytuacji nie posłucha ciała, tylko sieknie podwójne espresso. 

Na mnie kawa nie podziała. Sen i ćwiczenia robią mi najlepiej. Jeden z moich ukochanych instruktorów pilatesu Staś mówił, że jako jedyna rozumiałam na zajęciach, co to znaczy myśleć d*pą. Faktycznie, czuję, że pupą rodzę świat. I wszystkie kreatywne rozwiązania. I dzięki niej wiem, jak stawiać mądry opór polskiej popapranej rzeczywistości. Ja mojego ciała nie oszukuję, chociaż zdarza mi się nadużywać jego zaufania. "Heksy" i serial dla Canal+ pisałam nocami, czułam, że działam przeciwko organizmowi. Ale wtedy to ciało przepraszam, ciału dziękuję, głaszczę je i przytulam. 

Jakie masz sportowe marzenia?

Jeśli chodzi o ciało, to moim marzeniem jest surfing. Mam takie wizje, że zostawiam Polskę, nie wracam do niej, mam pieniądze i mieszkam w Kalifornii, piszę, kocham i pływam na desce. Od roku codziennie przed pójściem spać oglądam na Instagramie profile polubionych surferek.

Patrzę na nie i widzę mądrość – jak one czytają wodę, tańczą na niej, okiełznują żywioł, wykonując minimalne ruchy. To czytanie wody jest obecnie dla mnie największą nauką o życiu.  
Surfing może być dobrą lekcją życia (Wonderful Nature / Shutterstock)

Czujesz kruszejący monolit? Jak u ciebie wygląda podejście do starzenia i przeżywanie go?

Ostatnio zapomniałam zabrać okulary, a musiałam podpisywać dokumenty. Robiłam więc zdjęcia papierów, a potem powiększałam je i dopiero odczytywałam. Oczy dają jasno sygnał, że metryki nie oszukam.

Kilka miesięcy temu zblokowałam coś sobie w kręgosłupie, bo myłam głowę w dziwnym wygięciu nad wanną. Nagle trachnęło i nie mogłam się podnieść.

Ciało mi pokazało, że o drugiej nad ranem to się śpi, a nie wykonuje akrobacje w łazience. Przez trzy kolejne dni chodziłam z pustą spacerówką jak z balkonikiem, jakbym miała sto lat. Ciekawe to było doświadczenie, bo zobaczyłam, co mnie czeka, jeśli dożyję późnej starości. 

Czy upływ czasu na twarzy cię zajmuje?

No pewnie. Chodzę na mezoterapię, a w tamtym roku zrobiłam frakcjonowany kolagen. Jeśli miałabym pieniądze, robiłabym więcej. Są kobiety, które pięknie noszą zmarszczki i siwe włosy, ja siebie takiej nie widzę. Jak widzę odrost, to go farbuję, mam pięcioletnią córkę, która chce mieć mamę bez siwych włosów. Tutaj nie potrafię odpuścić.

Botoksu i wypełniaczy nigdy nie próbowałam, ale nie wykluczam. Cieszę się, że istnieje medycyna estetyczna, która szybko się rozwija. Warto iść z postępem. 

Czego życzysz swojemu ciału?

Żeby dobrze działało! Jak najdłużej. I było taką moją superkierowniczką, która mnie reguluje.

Agnieszka Szpila. Pisarka, kulturoznawczyni, ekofeministka, aktywistka. Autorka książek: "Bardo", "Heksy" i zbioru opowiadań "Octopussy". Jej debiutem literackim były "Łebki od Szpilki", poświęcone bliźniaczkom Milenie i Helenie, w których opisała doświadczenie bycia samodzielnym rodzicem dzieci z niepełnosprawnością.

Ola Długołęcka. Redaktorka. Czujnie obserwuje ludzi i przysłuchuje się ich rozmowom. Ciekawią ją relacje między ludźmi, a zwłaszcza różnice międzypokoleniowe, lubi pisać o trendach, modach i zjawiskach. W wolnych chwilach trenuje jeździectwo.