Ciało i zdrowo
Małgorzata Rozenek-Majdan nie wyobraża sobie siebie bez aktywności sportowej (Materiały prasowe tvn)
Małgorzata Rozenek-Majdan nie wyobraża sobie siebie bez aktywności sportowej (Materiały prasowe tvn)

Jak postrzegamy własne ciało? Po co i jak z ciałem pracujemy? Jak radzimy sobie z upływem czasu i sił? Do rozmów wokół tego tematu zaprosiłam znane osoby, podejście których do cielesności wyjątkowo mnie ciekawi. Pierwszą, otwierającą cykl rozmówczynią została Małgorzata Rozenek-Majdan.

Kiedy myślę o pani w kontekście aktywności fizycznej i ciała, to przychodzą mi do głowy dwa określenia: w ryzach i pod kontrolą.

Rzeczywiście ludzie, patrząc na mnie, widzą dyscyplinę, kontrolę, strategię. Ja z mojej perspektywy dostrzegam wielką miłość do siebie, radość i spontaniczność w działaniach. Patrząc szerzej, uważam, że jestem osobą, która cieszy się życiem, smakuje je i sięga po nie pełnymi garściami. Żeby tak się działo, potrzebuję narzędzi, a moje ciało jest jednym z nich.

Dokładnie tak samo, jak dbam o mięśnie, troszczę się o głowę i o rozwój duchowy. Praca nad ciałem jest z pewnością najłatwiejsza do zauważenia.

Kontrola i trzymanie się w ryzach to część mnie, ale ważny tu jest cel, któremu służą. 

Cele mogą się zmieniać.

I się zmieniały. Jako dziesięciolatka zostałam uczennicą szkoły baletowej i trzymanie się w ryzach było moim dzieciństwem i codziennością. Mottem szkoły baletowej są słowa: Per aspera ad astra – przez wysiłek do gwiazd. To celny opis mojej młodości.

Szkoła baletowa to lata budowania mięśni i wytrzymałości (Fot. Michał Mutor / Agencja Wyborcza.pl)

Szkoła baletowa to ekstremum. To była realizacja pani marzeń?

Nie, to był wybór moich rodziców. Baletu bardzo nie lubiłam przez całe dziewięć lat, które go trenowałam, bo – jak na moje standardy – nie byłam wystarczająco dobra, a rosłam w cieniu mojego wybitnie utalentowanego w tym kierunku i odnoszącego ogromne sukcesy starszego brata.

Te lata ukształtowały moje podejście do ciała i myślenia, że ono ma być nie tylko ładne, ale także użyteczne, chociaż oczywiście ciało baletnic musi wyglądać w bardzo określony sposób – być zwiewne, eteryczne. Ale to tylko powłoka, pod którą przede wszystkim kryją się silne, trenowane godzinami, ekstremalnie wytrzymałe mięśnie.

Później celem, jaki postawiłam mojemu ciału, były ciąże – i ten cel też osiągnęłam. Po urodzeniu dzieci miałam krótki epizod ćwiczenia dla wyglądu, ale ten cel bardzo szybko stał się niesatysfakcjonujący – trudno mi było odnaleźć w nim głębszy sens.

Bo powrót do formy i  szczupłe ciało zaspokoiły próżność, ale nie były wystarczającym paliwem do motywacji.
Po latach spędzonych w szkole baletowej kolejnym celem Rozenek-Majdan stało się zostanie prawniczką (Fot. Radosław Jóźwiak / Agencja Wyborcza.pl)

Duże to były wyzwania?

Bardzo duże, bo po urodzeniu każdego syna zostawałam z dodatkowymi 30 kg i przez pierwsze sześć miesięcy waga w moim przypadku stała, niezależnie od tego, czy w ciąży byłam w wieku 28, 32 lat czy po czterdziestce. Mimo ćwiczeń, karmienia piersią, uważności w diecie nie chudłam. Za pierwszym razem było to dla mnie niepokojące, za drugim mniej, a za trzecim kompletnie się tym nie przejęłam. 

Kiedy urodziłam Henia i wróciłam do wyglądu sprzed ciąży, zdałam sobie sprawę, że chcę mieć ciało nie szczupłe, ale silne. Miałam poczucie, że siła, rozumiana jako wydolność, nie była moją mocną stroną. W takim myśleniu utwierdził mnie program "Pokonaj mnie, jeśli potrafisz", którego kręcenie już skończyłam, ale jest właśnie w emisji w TVN. On jest właśnie o zmaganiach fizycznych, przekraczaniu siebie i ćwiczeniu ciała.

Równolegle postawiłam sobie cel – udział w zawodach triathlonowych, do których się przygotowuję. Budowanie siły, wydolności, kondycji ma w moim wypadku proste przełożenie na psychikę, także mocniejszą, bardziej wytrzymałą.

Ma pani aktywność fizyczną absolutnie ukochaną? Taką, która daje pani tyle radości, że w ogóle nie traktuje jej pani jak trening?

Szukam w sporcie wyłączenia głowy, odcięcia się. Jestem przebodźcowana, podejmuję liczne aktywności, które wymagają ode mnie czujności na wielu polach jednocześnie.

Jednostajny, długi wysiłek fizyczny uspokaja mnie, wycisza. Sport staje się moją medytacją – nie umiem tak skutecznie przestać myśleć w innych okolicznościach, niż kiedy siedzę w garażu przez trzy godziny od szóstej rano na trenażerze rowerowym.

Dlatego łatwiej mi się do wysiłku mobilizować, bo dostaję nagrodę – endorfinowo-dopaminową. Jestem w moich działaniach bardzo zmotywowana i skoncentrowana, co bywa czasami dość męczące. Podczas dobrego masażu czujemy, jak nam puszczają napięcia w mięśniach, a ja podczas jednostajnego pedałowania czuję, jak puszcza mi głowa. 

Lubię także pilates i jogę, ćwiczę je z radością, ale triathlonowe dyscypliny są dla mnie najbardziej przyjemne. I nie rozpraszam się playlistami czy oglądaniem seriali – słucham dosłownie jednej piosenki przez miesiąc – co jeszcze lepiej pomaga mi odciąć się od bodźców.

Są sporty, które zupełnie pani nie podeszły?

Wiele! Samą mnie zaskakuje, jak liczna jest to grupa. W tej kategorii są wszystkie sporty zimowe, z nartami i snowboardem na czele. Nie jestem w stanie zrozumieć, jak ja, osoba, której koordynację ruchową kształtowano od najmłodszych lat, nie jest w stanie – mimo dużego nakładu pracy – dobrze jeździć na nartach.

Są osoby, którym udaje się nauczyć jeździć w dorosłym wieku. I ja mam za sobą wiele podejść, bo uważam, że super jest uprawiać różne sporty, ale poległam – nie jestem w stanie i wiem, że nie ma co podejmować kolejnych prób.
Małgorzata Rozenek-Majdan uważa, że sporty zimowe to dla mniej wyjątkowo problematyczne aktywności (Natalia Dobryszycka/materiały prasowe TVN) , Aryna Sabalenka w czasie turnieju tenisowego (lev radin/Shutterstock)

Drugą dyscypliną, która sprawia mi przyjemność, ale nie jestem w stanie nauczyć się prawidłowego ruchu, to tenis. Podoba mi się wszystko, co związane jest z tenisem. Więcej, wydaje mi się, że gram jak Sabalenka, a na filmikach z moich postępów widać, że kompletnie nie mam koordynacji oko–ręka. W przypadku tenisa, inaczej niż ma to miejsce z narciarstwem, nie zrażam się.

Wiem też, że nie dla mnie są sporty ekstremalne – tu wyniszcza mnie nie wysiłek fizyczny, ale psychiczny, brak komfortu we wchodzeniu w skrajne sytuacje. Nie ma we mnie pogoni za ekstremum, wprost przeciwnie, szukam spokoju i ciszy. Rajdy na MTB i tym podobne przeżycia to nie moja bajka.

Zawody w triatlonie wymagają żelaznej kondycji i długich przygotowań (Fot. Sebastian Adamus / Agencja Wyborcza.pl)

Trzy godziny na trenażerze w garażu, trening pływania i biegania ociera się o sport wyczynowy.

Na tym etapie, na którym jestem, owszem. Plus ja mam w ogóle skłonność do przesady w wielu rzeczach, nie umiem iść środkiem, zawsze rzuca mną od ściany do ściany. Najpierw tyrałam w szkole baletowej, potem z dnia na dzień rzuciłam balet i zaczęłam studiować prawo – patrząc z dzisiejszej perspektywy, była to absurdalna decyzja okupiona ogromnymi nakładami nauki i pracy. Później, po dziewięciu latach spędzonych nad prawem, podjęłam decyzję, by zostać niepracującą mamą. Kolejny rzut to praca w telewizji.

Od paru lat uczę się, jak balansować, ale w środku wciąż czuję potrzebę wyzwań, bo one mnie uspokajają. Nie samym chlebem żyję, ale nie potrafię wymyślić sobie innych sposobów na realizowanie się. Nie rzucę wszystkiego i nie ruszę w roczną podróż po świecie, bo mam zobowiązania wobec dzieci.

Przez pracę w telewizji uzależniłam się od adrenaliny i szukam jej też poza nią. Udziwnienia, emocje znajduję właśnie w sporcie.

Miała pani czas całkowitego bezruchu – bez treningów, ćwiczeń w domu, poza matą?

Teraz, w czasie przygotowań do startu w zawodach triathlonowych, które potrwają do końca 2025 roku, jest miejsce na świadomy bezruch, czyli czas na regenerację. Jest wpisany w czas treningowy, także jako element przygotowania.

Moje ciąże były także okresem braku aktywności – hormony wpływały na mnie tak, że zawieszałam dążenia i ambicje, a moje cele skupiały się wokół tego, żeby się wyspać, dobrze zjeść, leżeć. Wszystko wydawało mi się piękne, świat mnie kochał, reklamy wzruszały. 

Dobra forma fizyczna pozwala Małgorzacie Rozenek-Majdan nie myśleć o ciele (Fot. Aga Morcinek / Agencja Wyborcza.pl / Agencja Wyborcza.pl)

Jakie trzy określenia najlepiej definiują dzisiaj pani ciało?

Przede wszystkim "silne".  

Silne funkcjonalnie? Że wrzuci pani walizkę w pociągu na górną półkę?

Tak! Przyniosę zakupy z samochodu za jednym razem, przebiegnę 10 km. Potreningowe przyrosty siły są bardzo użyteczne w codziennym, prywatnym życiu. Jestem w stanie dłużej pracować, więcej zrobić. 

Moje ciało jest także "niezawodne" dzięki odpowiedniej regeneracji. Trening bez tego elementu to połowa drogi i można, pozbawiając się go, zrobić sobie krzywdę.

W ogóle odradzałabym uleganie ruszaniu na sport ze zbytnią intensywnością, takie rzucanie się, robienie za dużo, za mocno, za długo, za często. Trzeba dbać o ilość snu, odpoczynku, dietę, picie wody. Ruch w treningu to jedna trzecia całości. Moje ciało jest niezawodne dlatego, że ja dbam o całość.

Śmiało mogę też powiedzieć, że moje ciało jest piękne. Jest takie, jakie chciałam, żeby było. Cieszę się, że jego wygląd jest efektem ubocznym większej całości. Na dodatek przez to, że jestem z niego zadowolona, podoba mi się, to...

Pani myśli w ogóle wokół niego nie krążą?!

Dokładnie! Bardzo rzadko zdarza mi się, że ktoś to rozumie. Osobom, które są wysportowane, zarzuca się czasem, że one przesadnie myślą o ciele i swojej sylwetce. Ja wbrew pozorom w ogóle nie myślę o ciele inaczej niż w kategorii ułożenia treningu, dystansu, jaki mam pokonać, podbiegów do zrobienia. Męczyłabym się sama ze sobą, gdybym ciągle zastanawiała się, jak mam usiąść, żeby nie było widać fałdki. Sport i wysportowana sylwetka pozwalają o ciele nie myśleć i skupić się na innych sprawach.

Miała pani kompleksy związane z ciałem?

Wypada mówić, że miałam, ale nie miałam. Rodzice i szkoła baletowa były dla mnie najbardziej formujące, a dodatkowo szkoła baletowa nałożyła się na najbardziej kształtujący podejście do ciała okres. Wymagano ode mnie dużo, ale wyrosłam też w poczuciu wyjątkowości i mocy. Później czułam także własną sprawczość. Kiedy dostrzegam trudność czy problem, to szukam drogi, żeby to zmienić, a jeśli coś mi się we mnie nie podoba, to wprowadzam plan zaradczy. Zawsze podobały mi się większe piersi, a natura mnie nimi nie obdarzyła.

Wśród znanych kobiet widać trend odwracania efektów podjętych przed laty decyzji dotyczących wyglądu ciała. 

Ależ ja także odwracam swoje decyzje: jestem trzykrotną mężatką po dwóch świadomie przebytych rozwodach. Rozmiar biustu modyfikowałam. Teraz jego stan jest najbardziej zbliżony do naturalnego i takiego, z którym najlepiej się czuję. Gdybym miała świadomość i wiedzę przed laty, gdy pierwszy raz podejmowałam decyzję, to nic bym nie zmieniła. Bo pamiętam, jaka byłam szczęśliwa, jakie miałam poczucie sprawczości i kontroli nad tym, co się dzieje wokół mnie.

Co ważne, żaden z wyborów urodowych nigdy nie był podyktowany męskimi potrzebami, moi mężowie nie byli inicjatorami zmian.

A są pani wmawiane niedoskonałości, którymi się pani w ogóle nie przejmuje dzięki zadowoleniu z ciała?

Tego jest tak wiele, że zgubiłam rachubę. Głównym zarzutem jest kwestia wieku. Przez wiele lat w przestrzeni publicznej w zupełnie dla mnie niezrozumiały sposób krążyła plotka, że jestem starsza, niż podaję.

Dużo emocji wzbudzają moje nogi, które faktycznie nie należą do najprostszych, ale kompletnie nie przeszkadza mi to w ich namiętnym wręcz eksponowaniu. Obiektywnie widzę krzywiznę, ale nie ma ona wpływu na moje przekonanie o ich urodzie. 

Mój głos irytuje ludzi. Pracuję nad nim z foniatrą, ale zawsze miałam taką rdzę – nic na to nie poradzę, mnie nie przeszkadza. W moim przypadku czego bym nie zrobiła, reakcje są albo pozytywne, albo negatywne, to do mnie należy decyzja, opinię którego obozu wezmę do siebie. Lata temu zdecydowałam, że będę słuchać tylko tych, którzy mnie kochają.

Mam 45 lat i zauważam skokowe pogarszanie się funkcjonowania mojego ciała: gorszy wzrok, bolący kręgosłup, utrata siły w dłoniach. Jak jest u pani?

W tym roku kończę 45 lat, pogorszenie siły w rękach widzę od pięciu. Kobiety w mojej rodzinie mają genetycznie problem z odkręcaniem słoików. Byłam całe życie krótkowidzem, jestem po korekcji, gorzej widzę po zmroku, ale nie wiem, czy to kwestia wieku.

To, co bez wątpienia jest moim doświadczeniem wynikającym ze starzenia się organizmu, to wydłużony okres regeneracji po wysiłku.

Nie ma opcji, żebym zarwała noc albo po całym dniu spontanicznie poszła jeszcze na imprezę poszaleć. Nie mam na to siły. Tym bardziej że mamy z mężem małe, czteroletnie dziecko i chcemy być dla niego jak najdłużej sprawni fizycznie i emocjonalnie. Prowadzę higieniczne życie: nie piję alkoholu, zdrowo się odżywiam, chodzę spać o 21, uprawiam sport.

Zmarszczki, utrata jędrności – z tym się godzę bez wahania, bo czuję spełnienie. Jestem dokładnie tą 45-latką, jaką chciałam być, mając 18 lat. Tak sobie siebie w marzeniach wyobrażałam: z superrodziną, kochanym mężem, psami, podróżami, pasją. Łatwiej mi się pogodzić z upływem czasu, bo nie sprowadzam się do wyglądu. 

Poza tym upływ czasu może być rozczulający. Wzrusza mnie Radzio, który do czytania musi od niedawna zakładać okulary. Ja z kolei pilnuję się, żeby chodzić wyprostowana. W głowie ciągle myślę, że jestem młoda, wymagam od siebie i ciała dowożenia, ale mu pomagam.

Na planie programu 'Pokonaj mnie, jeśli potrafisz' Małgorzata Rozenek-Majdan musiała przekraczać swoje ograniczenia - pływając zimą w Bałtyku (Fot. Bartosz Krupa/materiały prasowe TVN)

Czego by pani ciału nie zrobiła?

Wiem, czego bym głowie nie zrobiła. Nie zafundowałabym sobie ponownie doświadczeń, które przeżyłam w programie "Pokonaj mnie, jeśli potrafisz" – nie pływałabym w zamarzniętym Bałtyku.

Nie robię sobie zabiegów, które są bolesne, bo źle znoszę ból. Wystarczy, że słyszę opis procedury, i wiem, że lasery, kaniule sprawią, że moje ciało się tak zestresuje, że bilans zysków nie przewyższy strat. 

Pilnuję, żeby być dobrze wyspana, bo to pozwala naprawdę lepiej funkcjonować i więcej znosić. Uwielbiam ciało rozpieszczać, przede wszystkim masażami raz w tygodniu. Ja bym bez moich pań nie dała rady. Radzio tego nie rozumie, bo nie relaksuje się na masażach – one zawsze były częścią jego pracy sportowca.

Zobacz wideo Justyna Żełobowska uczy ludzi boksu

Czy pani podejście do ciała w jakiś sposób się wyróżnia na tle tego, jak znane pani kobiety podchodzą do tego tematu?

Uważam, że udało mi się uzyskać balans między wymaganiem od siebie a kochaniem siebie. Dość często bywa tak, że sami świadomie szkodzimy ciału, ale później wymagamy od niego, żeby ono w jakiś cudowny sposób samo sobie poradziło i spełniało nasze oczekiwania.

Nie mam absolutnie nic do osób, które dokonują innych niż ja decyzji żywieniowych czy sportowych. Nasze życie jest wystarczająco trudne i skomplikowane, żeby każdy radził z nim sobie na swój sposób. Ale jeśli dokonujemy wyboru, to bądźmy zadowoleni z efektu, który za nim idzie. Nie możemy oczekiwać rezultatów, które są niespójne z naszymi wyborami.

Znam wiele pięknych kobiet w rozmiarach plus size, które są szczęśliwe w swoim ciele. Znam też osoby, które nienawidzą ruchu – zrozumienie swojej indywidualności i zgoda na nią jest kluczem.

Trzykrotnie zmusiłam swoje ciało do osiągnięcia niemożliwego, po diagnozie o niepłodności zachodząc w ciążę. Po takim doświadczeniu trzy kilogramy w tę czy tamtą nie mają żadnego znaczenia. Ciało każdego z nas ma pewnie słabość, którą możemy przekuć w siłę.

Małgorzata Rozenek-Majdan. Prawniczka, prezenterka telewizyjna, autorka książek, w tym "In vitro. Rozmowy intymne", działaczka społeczna. Mama trzech synów.

Ola Długołęcka. Redaktorka. Czujnie obserwuje ludzi i przysłuchuje się ich rozmowom. Ciekawią ją relacje między ludźmi, a zwłaszcza różnice międzypokoleniowe, lubi pisać o trendach, modach i zjawiskach. W wolnych chwilach trenuje jeździectwo.