Jak sama mówi, w dzieciństwie i wczesnej młodości nosiła się jak hippiska. Polubiła to, że się wyróżnia na tle innych dzieci. Z oczekiwaniami dotyczącymi jej wyglądu zderzyła się w telewizji. O bodyshamingu, akceptacji siebie i podejściu do ciała w cyklu "Ciało i zdrowo" opowiadała dziennikarka Karolina Korwin-Piotrowska.
Jaki ma pani stosunek do ciała i do formy?
Zostałam wychowana w dużej akceptacji dla tego, jakie mam ciało i jak ono się zmienia. Kiedy moje ciało zaczęło dojrzewać, a ja stawać się kobietą, wpadłam w popłoch. Mama pokazała mi wtedy swoje zdjęcie z podobnego okresu i powiedziała: Zobacz, to mija, ten proces jest naturalny, w ogóle się nie przejmuj.
W szkole i na studiach ciało nie było wielkim tematem. Śmieję się, że body shaming dopadł mnie dopiero, kiedy poszłam do pracy do telewizji. Mam z tego czasu niezatarte wspomnienia. Raz byłam w makijażowni Telewizji Polskiej i osoba odpowiedzialna za make-up i fryzury pochyliła się nade mną i rzuciła: Boże, ty już masz siwe włosy! Miałam wtedy 23 lata i rzeczywiście z tyłu głowy widać było siwe pasmo – takie samo zresztą jak u mojej mamy. Wczesne siwienie jest w mojej rodzinie kwestią dziedziczną.
Do tamtego spotkania siwe włosy mi się podobały, uważałam, że są fajne. W jednej chwili, po jednym komentarzu zmieniło się moje nastawienie i właściwie przez całe moje późniejsze życie włosy farbowałam.
Tak mocno te słowa w pani zostały?
Owszem. Byłam pod względem upiększania się kompletnie zielona - w domu miałam puder i tusz do rzęs, a komentarz wygłosiła osoba, której wcześniej nie znałam, ale była jednak w jakimś stopniu decyzyjna.
Wtedy też się zorientowałam, że to, jak wyglądam, może być dla niektórych problemem. Moja fryzura - klasyczny bob - się nie podobała. Później zrobiłam trwałą, zupełnie bez sensu, bo źle w niej wyglądałam. A zrobiłam ją sobie, bo uległam opiniom, że moja fryzura powinna być "bardziej puszysta".
W radiu, w którym wcześniej pracowałam, nie spotkałam się z takimi ocenami. Wygląd nie był tematem, nie był ważny.
Kiedy poszłam do telewizji, dowiedziałam się, że on ma znaczenie i że musi być określony, a na dodatek, że są osoby, które z założenia wiedzą lepiej, jak mam wyglądać. W takim przekonaniu trwałam bardzo długo.
Rozumiem, że to był ten czas, kiedy w popularnych kolorowych magazynach robiło się metamorfozy czytelniczek, nie bacząc na ich realne życie i nie zastanawiając się nad tym, czy będą w stanie utrzymać platynowy blond przy trójce dzieci w domu na wsi.
Tak, takie programy i takie myślenie było wtedy powszechne. W książce "Naciągnięte" [Elżbieta Turlej, "Naciągnięte. Jak Polki uwierzyły, że tylko piękne będą szczęśliwe" - przyp. red.] opisano przypadki bohaterek programów telewizyjnych poddawanych przemianie: "robiono im zęby", zabiegi medycyny estetycznej. Te kobiety bywały z różnych środowisk, z różnymi historiami, na różnych poziomach rozwoju emocjonalnego, ale wszystkie miały nadzieję, że program zmieni coś w ich życiu. Wracały z jedną sukienką z wielkiego finału do domu, w którym wodę wciąż czerpało się ze studni, mąż był przemocowy, a dziecko z niepełnosprawnością. Ten powrót był trudny, bo rozczarowujący i pozbawiający nadziei.
Kobiety wykorzystywano dla oglądalności, były pretekstem do zareklamowania kliniki sponsora czy marki kosmetycznej. Te programy wylansowały lekarzy, fryzjerów, dentystów, makijażystów, stylistów, a nie ich bohaterki.
Patrząc z perspektywy czasu, te przemiany robione były jak spod jednej sztancy. Upodobania, gust, baza, na której się pracowało z wyglądem, w ogóle nie miały znaczenia.
Czemu pani ciało - zanim stało się przedmiotem oceny - służyło?
Miało i ma funkcję zdecydowanie użytkową. Nigdy nim nie epatowałam - pewnie dlatego, że po części byłam wychowana w tradycyjnym polskim wstydzie, ale także ponieważ nie czułam takiej potrzeby. Miałam dostęp do zagranicznej prasy i uwielbiałam patrzeć na Madonnę w gorsetach, na jej ekspresyjną seksualność. Moją pierwszą idolką była Sinéad O’Connor, czyli ogolona na zero dziewczyna w wojskowych spodniach i grunge'owych ubraniach - słabość do nich mam do dziś. Innym moim wzorcem była Diane Keaton z "Annie Hall" czy Meg Ryan z "Kiedy Harry poznał Sally". Czułam, że nie muszę się odkrywać, że moje ciało jest zaopiekowane, ciekawie ubrane, ale ważne było dla mnie, że nie wyglądam jak wszyscy wokół.
Źle znosiłam próby unifikacji. Duża w tym zasługa mojej matki, tego, jak od dziecka byłam ubierana. Mama świetnie szyła i przerabiała ubrania.
Jak?
Kiedy inne dziewczynki nosiły spódniczki ledwo zakrywające majtki i wielkie kokardy we włosach, ja wyglądałam jak hippiska. Na początku mi się to nie podobało i skrycie marzyłam o tej wielkiej kokardzie, ale z czasem zauważyłam, że na zdjęciach klasowych czy grupowych się wyróżniam - i zaczęło mi się to podobać.
W domu dbano o moją indywidualność i podkreślano, że jest ona ważna. Że jeśli się w czymś czuję źle, to nie muszę tego zakładać, bo niewygoda w konsekwencji ogranicza.
Ten odmienny wygląd spotykał się z akceptacją rówieśników?
Różnie bywało. Złośliwości i agresji też doświadczałam. Kiedyś ktoś pomazał mi płaszcz, który mama kupiła na targu w Rzeszowie. Na Podkarpacie docierały paczki z Ameryki, których zawartość sprzedawano na bazarach, a my tam jeździliśmy na wakacje - stąd taka zdobycz. Nauczyciele także miewali uwagi. Mama zrobiła mi na drutach sweter, który miał wplecioną złotą nitkę - za niego wezwano ją do szkoły i zrugano, że chodzę w nieakceptowanych "brokatach". Inny, bo uszyty przez mamę, miałam fartuszek do szkoły. Uznałam, że inność jest częścią mnie i mojego życia.
A sport też nią był?
Urodziłam się z bardzo poważną wadą serca i pewne rzeczy w moim życiu były zabronione. W czasach mojego dzieciństwa osoby chore na serce zwalniano z WF-u, co nie zmienia faktu, że lubiłam ćwiczyć w domu. Zawsze miałam także psy - długie spacery to część mnie. Jako dorosła osoba dorzuciłam do tych aktywności jogę, miałam też okres chodzenia na siłownię, ale dzisiaj ze względów zdrowotnych ćwiczenia siłowe mam zabronione.
Lubię się ruszać i lubię się porządnie zmęczyć, ale w dzieciństwie więcej czasu spędziłam w szpitalu niż na WF-ie.
Od dziecka, co jest ważne w kontekście ciała, byłam chowana w wiedzy, co jeść, żeby być zdrowym, jak dbać o siebie. W moim domu jadło się chudo i niskotłuszczowo ze względu na mnie. Nie miałam nigdy oporów przed jedzeniem warzyw i owoców, nie mieliśmy w domu majonezu, tłustego jedzenia. Wiadomo było, że jestem chora na serce i muszę mieć konkretną dietę. Cukier był nagrodą, a ja się nigdy na słodycze nie rzucałam. Nie dostawałam czekoladki, tylko jogurt naturalny ze świeżymi truskawkami. Jadłam ciemne pieczywo - w takiej diecie wyrosłam i w niej trwam. Co nie oznacza, że nie zjem od czasu do czasu picki.
W moim dzieciństwie nie było żelków, batoników, po szkole chodziłyśmy z koleżankami do sklepu na ogórki kiszone. No, może zdarzało się je przegryźć batonem Juhas. Nie miałam pokus, colę piło się od święta, a puszkę zostawiało na pamiątkę.
Jak wyglądały te późniejsze telewizyjne próby ociosania indywidualizmu?
Przede wszystkim były nieustanne. W TVP stylizowanie gwiazd nie było wtedy jeszcze tak rozwinięte, ale później trafiłam do TVN-u, w szczycie przerabiania wszystkich. Na początku nawet mi się to podobało, bo to ciekawe doświadczenie, kiedy ktoś przychodzi i mówi, że ma pomysł na to, jak mnie wystylizować, i zgodnie ze swoją koncepcją mnie ubiera. Dla mnie ubranie na antenie zawsze było kwestią drugorzędną, wyrosłam w przekonaniu, że ważny to jest przekaz i on się zawsze obroni. Otóż w XXI wieku tendencja się odwróciła i przede wszystkim trzeba wyglądać. Z czasem zaczęło mnie to jednak denerwować, bo pojawiły się pomysły, które były może i interesujące, ale niekoniecznie dla mnie.
Nie ten styl?
Przede wszystkim niewygoda. W pewnym momencie ubrania, które nam przynoszono, były za małe, co było niekomfortowe.
Nie wiem, z czego wynikało, że kobiety o normalnych wymiarach dostawały ciuchy odpowiednie dla modelek wybiegowych. My nie miałyśmy i nie musiałyśmy mieć ich wymiarów. Ciężko się takie sytuacje znosi i wcale się nie dziwię, że część kobiet pracujących na wizji w tamtych czasach nie dojadała.
Jeszcze w programie "Top Model" pozwoliłam sobie zrobić tzw. make over z doczepianiem włosów, który skończył się tak, że do dzisiaj mam ogromne problemy z wrażliwą skórą głowy, a wtedy niemal wyłysiałam. I pomimo że po metamorfozie usłyszałam wreszcie, że "wyglądam dobrze", ja sama dla siebie tak nie wyglądałam i się nie czułam. Był to rodzaj eksperymentu, który przeprowadziłam na sobie, absolutnie świadomie, żeby zobaczyć, jak to jest. Zrozumiałam, że to nie jest droga dla mnie, ale uświadomiłam też sobie, jak wiele osób się temu poddaje, bo chcą "wreszcie dobrze wyglądać". To był dla mnie moment przełomowy, poczułam, że dałam się wcisnąć w jakąś formę, a teraz już bardzo proszę, żeby dać mi święty spokój. Zbuntowałam się i byłam w tym brutalnie konsekwentna, do tego stopnia, że na nagrania zaczęłam przynosić własne ubrania. I praktycznie już do końca mojej bytności w TVN-ie występowałam w moich zestawach.
I broniły się?
I to świetnie! Ubrania z lumpów, przywiezione z zagranicy, poprzerabiane, bo mama mówiła, że czasami wystarczy zmienić guziki, żeby tchnąć w ciuch nowe życie. Chciałam się czuć dobrze, być w "moich", powyciąganych, znoszonych, rzeczach. Ubrania są dla mnie rodzajem zbroi, którą zakładam.
Nie można siedzieć w za małym kostiumie i myśleć oraz bać się w czasie programu, że ubranie się rozejdzie na plecach, a styliści bardzo lubią wciskać kobiety z telewizji w zbyt małe ubrania.
Kiedy się pani czuła najlepiej w swoim ciele?
Teraz! Dał mi to PESEL i idące za nim doświadczenie życiowe. Pewnego dnia się obudziłam i zwyczajnie miałam wyje*ane. Wiem, jak funkcjonują media, jak ogromną wagę przywiązuje się w nich do kobiecego wyglądu. On swego czasu był fetyszem i bogiem, a treść stawała się drugorzędna.
Z wiekiem nabrałam doświadczeń, zdobyłam wiedzę, a że nigdy nie miałam większego problemu z akceptacją siebie, to dzisiaj już świadomie macham ręką na sprawy, na które nie mam wpływu.
Nie ukrywam, że choruję metabolicznie, co miało wpływ na moje ciało. Miałam do wyboru: puchnąć lub zacząć się leczyć, zmienić dietę i słuchać się lekarzy. Wtedy dotarło do mnie, że nie muszę się ścigać. Robię programy o filmach, podcasty - nie muszę bić się na stylówki i wygląd.
Co było dla pani najbardziej wzmacniające w procesie akceptacji?
Nie było jednego takiego doświadczenia, raczej ich suma. Na pewno ogromny wpływ na wyluzowanie - nie tylko moje - miała pandemia, w której założyłyśmy dresy, żyłyśmy z odrostem, bez zrobionych paznokci, bez makijażu. Niezwykle wyzwalające okazało się, że da się żyć bez retuszowania i picowania się od rana. Pandemia zmieniła dress code - dresy, sportowe buty weszły na salony i z nich nie wychodzą. Myślę, że w covidzie byliśmy bardzo blisko ze swoimi ciałami; ja w każdym razie na pewno to poczułam. Zdecydowanie poleciały haftki w gorsecikach, dostaliśmy przyzwolenie na bycie rozlazłymi - w takim pozytywnym tego słowa znaczeniu. Zaprzyjaźniłam się wtedy ze sobą jeszcze bardziej.
Co pani myśli o starzeniu się, ulatujących siłach?
Okulary noszę od paru lat, stały się nawet moim znakiem firmowym i przy okazji tarczą przed światem, maską, za którą się ukrywam. Paradoksalnie dobrze mi zrobiło, że zachorowałam. Regularnie się badam, jestem pod stałą opieką lekarzy i mam kontrolę nad ciałem i wiekiem biologicznym, który - jak się okazało - jest całkiem niezły.
Nigdy nie paliłam, alkohol piłam sporadycznie, nie brałam narkotyków, nie jadłam tłusto. Lekarze mówią mi wprost, że dzięki dobremu prowadzeniu się 'leki wchodzą jak w masło' i działają idealnie.
Czuję się najlepiej od lat. Grzecznie i sumiennie biorę przepisane tabletki, pilnuję diety, bardzo dużo chodzę - mam psy i nie mam samochodu - rozciągam się na jodze. Ćwiczę jogę twarzy, chodzę na masaże, na kobido. Na wywiady chodzę w spodniach z dziurami i pomimo krytycznych komentarzy będę je nosiła do 99. roku życia, a potem może się zastanowię, czy mi wypada. Serio, mam gdzieś, co ludzie dzisiaj myślą na temat tego, jak wyglądam. Dzisiaj noszę więcej barwnych dodatków: kolorowych skarpetek, wyrazistej biżuterii, kolorowych oprawek okularów. Miło mi, kiedy na spotkaniach autorskich podchodzą do mnie dojrzałe kobiety i dziękują mi za to, jak się zachowuję i ubieram, bo to je inspiruje. Jeśli dzięki mnie dodam odwagi chociaż jednej kobiecie, to będę szczęśliwa. Bo mamy w Polsce wielki problem z tym, co zrobić z kobietami w pewnym wieku, i wciskamy je w rolę babci, starszej kobiety. Dla mnie starość to mądrość i doświadczenia. Nie dam się wepchnąć w żadne stereotypy.
Ja mam wrażenie, że dochodzi do przewrotu w postrzeganiu kobiet po czterdziestce – docenia się je, dostrzega ich atrakcyjność.
Uważam, że jesteśmy we wzorcu wschodnim, gdzie kobieta, robiąc sobie w pewnym wieku operacje plastyczne, pokazuje, że ją na nie stać. Zgodnie z teorią, że nie ma ludzi brzydkich, są tylko biedni. Widziałam ostatnio zdjęcia z imprezy u jakiegoś miliardera w Cannes i musiałam przeczytać podpisy, bo nie byłam w stanie stwierdzić, kto jest kim. Na zdjęciach była banda identycznych kobiet klonów bez wieku - wielce zadowolonych z tego, jak wyglądają.
Jest bańka, w której zbliżony do siebie wygląd, identyczne nosy, usta, owal oczu i twarzy, jest dowodem statusu finansowego. W niektórych kręgach medycyna estetyczna i wygląd jest rodzajem religii, jak w 'Wielkim pięknie' Sorrentino, gdzie ludzie robią sobie botoks jak w świątyni.
Nie jest to moja bajka. Bliżej mi do tego, co powiedziała Simone Signoret [aktorka, laureatka Oscara za rolę w "Miejscu na górze" oraz Cezara za kreację w "Życie przed sobą" - przyp. red.], że każda zmarszczka na mojej twarzy jest moją historią.
Moja kobieca bańka jest bardziej wyluzowana. Robimy sobie mezoterapię, stosujemy kremy, chronimy skórę przed promieniami UV, polecamy sobie masażystów i fizjoterapeutów. Cieszy mnie, że pojawiła się różnorodność w opowiadaniu o kobietach 40 plus, że nie wciska się nam bajek, że chodzenie na spacery, sok z marchwi i miłość męża pozwalają zachować młodość, jędrność i szczupłość. Są kobiety, które jasno manifestują swoją seksualność i wygląd po czterdziestce: Sharon Stone, Jane Fonda, Paulina Porizkova, Brooke Shields czy Monika Olejnik i Lidia Popiel.
Mamy możliwość patrzenia, jak starzeją się ikony z naszej młodości. Pamela Anderson żyje, jak chce, pokazuje się bez makijażu, udowadnia, że ze słowa "starzeć się" można zdjąć pejoratywne znaczenie. Kobiety po czterdziestce odwalają teraz kawał świetnej roboty, pokolenie, które przyjdzie po nich, będzie miało o wiele łatwiej.
Czy ma pani obawy dotyczące starości?
Nie, poradzę sobie. Lękowa to już byłam, po to poszłam na terapię, żeby przestać się bać. Patrzę w przód, nie za siebie. Czuję się ze sobą bardzo dobrze, bawię się ze sobą. To jest moje ciało i moje życie, czuję, że mogę w nim być na moich warunkach.
Rozmowa została pierwotnie opublikowana 12 sierpnia 2024 roku.
Karolina Korwin-Piotrowska. Dziennikarka telewizyjna i radiowa, podcasterka, felietonistka i pisarka. Od lat związana z polskim show-biznesem, który także odważnie krytykuje. Jej ostatnia książka "Pierwsza młodość" miała premierę w lipcu 2024 roku.
Ola Długołęcka. Redaktorka. Czujnie obserwuje ludzi i przysłuchuje się ich rozmowom. Ciekawią ją relacje między ludźmi, a zwłaszcza różnice międzypokoleniowe, lubi pisać o trendach, modach i zjawiskach. W wolnych chwilach trenuje jeździectwo.