Ciało i zdrowo
Bieganie to także najprostszy sposób na ruch przy nieregularnym trybie życia (Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Wyborcza.pl)
Bieganie to także najprostszy sposób na ruch przy nieregularnym trybie życia (Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Wyborcza.pl)

Jak postrzegamy własne ciało? Po co i jak z ciałem pracujemy? Jak radzimy sobie z upływem czasu i sił? Do rozmów wokół tego tematu zaprosiłam znane osoby, podejście których do cielesności wyjątkowo mnie ciekawi. Otwierającą cykl rozmówczynią została Małgorzata Rozenek-Majdan, do kolejnych zaprosiłam projektanta mody i jurora "Top Model" Dawida Wolińskiego, aktorkę i reżyserkę Anitę Sokołowską, socjologa i maratończyka prof. Tomasza Sobierajskiego, pisarkę i aktywistkę - Agnieszkę Szpilę oraz dziennikarkę - Karolinę Korwin-Piotrowską. Czas oddać głos politykowi, Borysowi Budce.

Widziałam kiedyś pana w środku tygodnia, jak pan biegał w warszawskim parku Łazienki. Mogę potwierdzić: te treningi to serio sprawa. 

Wystarczy wrzucić w wyszukiwarkę moje życiówki, żeby przekonać się, że jest to aktywność, która naprawdę jest ważną częścią mojego życia i trwa od lat.

Od lat, czyli od kiedy?

Od bardzo dawna... Pochodzę z Zabrza, w którym marzeniem każdego bajtla, czyli dzieciaka, była gra w Górniku Zabrze. Wielu z nas w podstawówce starało się trafić do szkółki tego klubu, ale prawie dla wszystkich przygoda z piłką nożną była bardzo krótka. W szóstej klasie do naszej szkoły przyszedł nowy wuefista, Grzegorz Mataczyński, który był jednocześnie trenerem sekcji lekkoatletycznej Górnika Zabrze. Zaczął mocno promować aktywności lekkoatletyczne i wymagać ich od nas. Może trudno w to dzisiaj uwierzyć, ale na pierwszych zawodach reprezentowałem szkołę w... pchnięciu kulą. Byłem w owym czasie najwyższy w klasie i w miarę szybki. Później pojawiło się bieganie i to właśnie "Trener", jak do dziś zwracamy się do Grzegorza Mataczyńskiego, zaszczepił we mnie i w moich kolegach pasję, która została w nas na całe życie.

Wiem z własnych doświadczeń, że szkoły trenerskie bywają różne, także takie, w których motywuje się krzykiem i krytyką. W pana przypadku, jak rozumiem, tak nie było?

Nasze bieganie było bardzo mądre i wyważone. Nasz trener do dzisiaj lansuje metodę spokojnego tlenowego treningu, bo wie, że to koniec końców przyniesie dobre rezultaty. Bywali zawodnicy, którzy robili niesamowity wynik w pierwszym starcie, a na trzeci czy czwarty sił im już nie starczało. 

Trener bardzo dużo opowiadał nam o historii biegania, tłumaczył środki treningowe, dostaliśmy dużo wiedzy teoretycznej. Miał do nas niesamowitą cierpliwość, do dzisiaj utrzymujemy kontakt, wspieram klub sportowy, w którym on działa, dalej zresztą trenuje młodzież.

Niektórzy śmiali się, że to bieganie jest za spokojne, ale ta metoda przynosiła efekty, a co najważniejsze, nie zraziła nas do sportu.

Zobacz wideo 48-letnia Ślązaczka jest mistrzynią bikini fitness. 'Byłam żoną u boku męża, teraz mąż stoi przy mnie'

A co z marzeniem o byciu piłkarzem Górnika Zabrze?

Nie było to moje marzenie, raczej etap, przez który gremialnie przechodziliśmy w Zabrzu. Kiedy w rodzinnym mieście funkcjonuje tak zasłużony klub, to tradycją jest, że chłopcy w nim widzą przyszłość. Na boisku najczęściej grałem na obronie albo stałem na bramce, żeby się za bardzo nie zmęczyć. Dopóki nie spotkałem trenera Mataczyńskiego, nie byłem specjalnie aktywny sportowo ani wybitnie wytrzymały. Dopiero treningi biegowe sprawiły, że z osoby, która nie lubiła biegać, stałem się pasjonatem tej dyscypliny.

Z przyjacielem ze szkolnej ławy trenerem Wojciechem Gajewskim (Archiwum prywatne) , To właśnie z Wojciechem Gajewskim Borys Budka konsultuje swoje treningi (Archiwum prywatne)

Biegał pan wtedy z kolegami?

Na początku do sekcji lekkoatletycznej Górnika Zabrze trafiło kilkadziesiąt osób z mojej podstawówki. Z tej grupy zostało później kilkanaście osób, a ostatecznie powstała kilkuosobowa, bardzo zgrana ekipa.

Sport jest super dla nastolatków – mówię to z punktu widzenia mamy 15-letniego koszykarza.

Bieganie w Górniku uchroniło nas przed wieloma pokusami okresu dojrzewania. Oczywiście zdarzały się jakieś imprezy. Nie ukrywam, że kiedy mieliśmy kilkanaście lat, także takie z alkoholem pitym w ukryciu, ale w naszym, biegaczy, przypadku były to niewielkie ilości i rzadkie wyjątki. Nas nikt nie namawiał na wódkę, papierosy czy długie imprezowanie, bo wiadomo było, że mając wizję porannego treningu, raczej nie damy się skusić.

Do dzisiaj utrzymuję kontakt z kolegami biegaczami z podstawówki. Jutro nawet jestem umówiony na trening z kolegą, który – jako najlepszy z nas – kiedyś był w kadrze Polski, a teraz jest znakomitym trenerem. Biegamy razem już ponad 30 lat.

Te treningi w dzieciństwie nie były nudne?

Przeciwnie, były bardzo fajne. To były biegi na średnie dystanse: 600, 1000, 2000 m. Niedaleko domu miałem stadion Górnika Zabrze z bieżnią, która później została przy okazji budowy nowego stadionu zdemontowana. Blisko był też las. W naszym biegaczym gronie spędzaliśmy wakacje, byliśmy zżytą grupą przyjaciół, to nie było nudne. 

W liceum też pan trenował?

Tak, ale wiedziałem już, że nie będę zawodowcem, mimo że w liceum osiągałem pomniejsze sukcesy – zostałem np. mistrzem Śląska juniorów młodszych na 1500 m.

Na studiach biegałem już tylko dla siebie; wymyśliłem sobie, że ukończę maraton. Kiedy miałem 19 lat, wystartowałem w pierwszej takiej imprezie, ale to było za wcześnie, biegu nie ukończyłem. Udało się pięć lat później, kiedy miałem 24 lata.

Dużo o bieganiu czytałem, trenowałem z kolegami, zawsze mogłem się skonsultować z trenerem Mataczyńskim. Trening maratoński nie jest bardzo skomplikowany, jeśli ma się trochę wiedzy na temat swojego organizmu, da się to zrobić. 

Borys Budka nie ukrywa, że od biegania jest uzależniony (Lenka Budka/Archiwum prywatne) , Dzisiaj polityk trenuje mniej intensywnie niż 20 lat temu, ale wciąż udaje mu się biegać cztery-pięć razy w tygodniu (Archiwum prywatne)

Ile ma pan maratonów na koncie?

10. Ten z 2009 roku ukończyłem z wynikiem 2 godzin 39 minut. Miałem wtedy 31 lat i to był czas dla mnie optymalny, żeby zrobić życiówkę. Moje maratony były efektem bardzo systematycznego i systemowego podejścia. Pierwszy maraton przebiegłem w 3 godziny 30 minut, czyli dokładnie, jak zakładałem – po pięć minut na kilometr. Wiele osób o takim wyniku marzy, ale dla mnie to był pierwszy krok. Później systematycznie stawiałem sobie nowe cele. Poza tym biegam rozsądnie – tylko jeden maraton rocznie, zawsze na wiosnę.

W trendach jest teraz przebiegnięcie maratonu, a pan ma do tego bardziej usystematyzowane i sportowe podejście. 

Pierwszy maraton chciałem ukończyć, ale z założonym czasem. Robiłem to dla siebie, lecz miałem podejście bardzo profesjonalne – wiedziałem, jak trenować, znałem swoje możliwości. Zachowałem też spokój. Każda motywacja jest dobra, jeśli idzie za tym zdrowa aktywność. Nawet jeśli ktoś biega głównie po to, by się pochwalić w mediach społecznościowych. I świetnie! W biegach długodystansowych i tak to życie zweryfikuje, kto się rzuca na wyzwania, którym nie jest w stanie podołać.

Nie da się 42 km przebiec bez przygotowania. Jest takie żartobliwe twierdzenie, że modę na maratony wymyślili ortopedzi na złość kardiologom. Zresztą rozmawiałem kiedyś z jednym z lekarzy ortopedów, który nie ukrywał, że w październiku, po Maratonie Warszawskim, mają w klinice największy wysyp pacjentów.

Właśnie dlatego, że porywają się na niego osoby nieprzygotowane, zachęcone przez biegającego kierownika działu lub prezesa firmy, podpuszczone w korporywalizacji. Maratonem można sobie zrobić dużą krzywdę. Zdrowe bieganie jest do 10 km, później zaczynają się schody.

Wśród polityków modna była kiedyś gra w piłkę nożną (Fot. Dominik Gajda / Agencja Wyborcza.pl)

Czy po drodze były w pana życiu inne dyscypliny?

Transfer do sekcji lekkoatletycznej nastąpił w moim przypadku z sekcji szachowej Górnika Zabrze. Naprawdę! Tylko potem bieganie mnie całkowicie pochłonęło. Czasami, gdy była okazja, zagrałem w piłkę lub pojeździłem na nartach.

Przy moim dość nieregularnym i do końca nieprzewidywalnym trybie życia bieganie to jedyny sport, który daje się uprawiać regularnie w każdym miejscu na świecie. Bo wystarczą buty do biegania i miejsce, po którym da się przebiec. Nie potrzeba do tego drużyny, specjalnego sprzętu, nie trzeba przewozić np. roweru. Choć zdaję sobie sprawę, że dla zdecydowanej większości bieganie jest najnudniejsze na świecie. 

Ale można ten czas świetnie wykorzystywać na słuchanie audiobooków czy podcastów.

Akurat ja bardzo świadomie w czasie biegania niczego nie słucham. Przed trudnymi wystąpieniami, konwencjami, spotkaniami lubię sobie na godzinę wyjść pobiegać, poukładać sprawy w głowie, przemyśleć, przećwiczyć, co chcę powiedzieć.

Czasami biegam z kolegami. Niedługo będę w Gdańsku i zawsze umawiam się wtedy na trening z Adamem Korolem, mistrzem olimpijskim w wioślarstwie, który kiedy skończył zawodowe wiosłowanie, przerzucił się na bieganie. Bardzo dobrze, bo w 2 godziny 49 minut przebiegł maraton w Berlinie, a jest to kawał chłopa – 197 cm, 90 kg żywej wagi, nie takie chuchro jak ja. Poznaliśmy się w rządzie Ewy Kopacz, w którym on był ministrem sportu, a ja sprawiedliwości, i do dzisiaj łączy nas przyjaźń.

Kiedy Adam przyjeżdża do Warszawy, spotykamy się rano na bieganie w Łazienkach, a gdy ja jestem w Gdańsku, umawiamy się przy plaży w Brzeźnie i biegniemy do Sopotu i z powrotem.
Dobrze mieć partnera biegowego, bo wtedy jest większa motywacja, by pójść na dwór (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl) , Z Adamem Korolem Budka poznał się w rządzie, a znajomość przerodziła się w biegową przyjaźń (Archiwum prywatne)

I wtedy są pogaduszki.

Tak! Wtedy mamy tzw. rozbieganie, czyli biegniemy w tempie 12 km/godz. i spokojnie możemy pogadać. Ale zdarzały nam się też końcówki treningu w dużym tempie i wtedy nie ma już miejsca na rozmowę. 

Przytrafił się panu okres bezruchu?

Tak, kiedy miałem kontuzję. I jestem wtedy nie do zniesienia – nie tylko dla otoczenia, ale także sam dla siebie. My, biegacze, mamy to do siebie, że przy dużych obciążeniach zdarzają się nam pogłębiające mikrourazy. Miałem – co jest dość częste – problem z achillesami i z piętami.

Jak się pan wtedy zachowuje?

Okropnie! Nie mogę sobie wtedy znaleźć miejsca, brakuje mi endorfin. Odbija się to także na mojej wadze, bo kiedy biegam, mogę sobie pozwolić na jedzenie wszystkiego. Kiedy mój organizm, przyzwyczajony do spalania kalorii, spowalnia, wpadają kilogramy i wtedy, powracając do aktywności, muszę jeszcze spokojniej i delikatniej się wdrażać. Teraz ważę 68–69 kg, co przy moim wieku i wzroście można by uznać za niedowagę, ale gdybym przestał się ruszać na trzy miesiące, to piątka by wpadła bankowo. 

Wspólne bieganie to także czas na spotkanie i rozmowę (Fot. Krzysztof Hadrian / Agencja Wyborcza.pl)

Co pan zawdzięcza tak regularnej i intensywnej aktywności?

Bardzo dużo. Bieganie kształtuje charakter, uczy systematyczności, pokory, szacunku dla rywali, zdrowej rywalizacji, tego, jak wiele zależy od nas.

Każdy sport, jeśli się jest w grupie o podobnych zainteresowaniach, daje przyjaźnie i znajomości. Środowisko biegaczy bardzo się rozwija i powiększa. 30 lat temu biegi uliczne nie były popularne, dlatego regularnie biorąc w nich udział, mam znajomych, z którymi widuję się od dwóch dekad, zawsze mamy o czym porozmawiać, nawet jeśli spotykamy się tylko na biegach i nie widzimy kilka lat.

To jest bardzo fajna, pozytywna społeczność, która nie traktuje biegania jak rywalizacji, tylko jak sposób na życie. 

Czy sport jest popularny wśród polityków?

Zaprzyjaźniłem się ze wspomnianym już Adamem Korolem. Partner w bieganiu działa superdopingująco. Jak się umawia o siódmej w recepcji hotelu sejmowego, to choćby było ciemno, wiało i padało, nie wypada go zawieść. Trzeba wstać i ruszyć swoje cztery litery. 

Mało osób może się też pochwalić byciem coachem premiera, a ja pomagałem Donaldowi Tuskowi, kiedy postanowił na swoje 65. urodziny przebiec maraton. Przez kilka miesięcy konsultowałem jego treningi. Zresztą kiedy się spotykamy, to zawsze schodzimy na tematy biegowe, co nudzi osoby spoza kręgu biegaczy, bo "ile o wynikach można gadać".

Premier postawił na swoim, królewski dystans przebiegł sam dla siebie, bez kamer, z wnukami czekającymi na mecie. I jest z tego dokonania bardzo zadowolony, a ja dumny, że mogłem mu doradzać.
Gdy premier Donald Tusk postanowił przebiec maraton, Borys Budka doradzał mu w przygotowaniach (Archiwum prywatne) , Duma z ukończonego biegu (Archiwum prywatne)

Kiedy rozmawiałam z prof. Tomaszem Sobierajskim, także biegaczem i maratończykiem, to powiedział, że w świecie naukowym bycie mądrym i bycie wysportowanym nie za bardzo mogą iść w parze, bo jak wysportowany, to raczej mało mądry. I na odwrót. Czy siłownia i pływalnia sejmowa nie świecą pustkami?

Siłownia jest pełna, sporo polityków ćwiczy. Tu nie ma reguły – jak w każdym zawodzie – nie sądzę, żeby była to jednak grupa, w której sportowcy są nadreprezentowani. Kiedyś była wśród polityków moda na wspólne granie w piłkę nożną. 

Dużo jednak było i jest w polityce dawnych wybitnych sportowców, których dzięki działalności w Sejmie poznałem: gimnastyk Leszek Blanik, wioślarze Adam Korol i Tomasz Kucharski, młociarz Szymon Ziółkowski, snowboardzistka Jagna Marczułajtis-Walczak, piłkarze Cezary Kucharski i Roman Kosecki, siatkarze Małgorzata Niemczyk i Paweł Papke.

Jesteśmy rówieśnikami – ja też jestem z rocznika 78. Ciekawa jestem, czy odczuwa pan upływ czasu?

Czuję to zwłaszcza przy szybkości – nogami nie przebieram już tak jak kiedyś. Widzę to na tętnie, które monitoruję, inna, bo dłuższa, jest też regeneracja. Kiedy otwieram tabelki z zapisami treningów sprzed 20 lat, to dzisiaj miałbym problem, żeby przebiec jeden kilometr w tempie, w którym kiedyś pokonywałem 20. Ale traktuję to z akceptacją i pokorą, bo jest to proces naturalny. 

Borys Budka na mecie - żoną Katarzyną Kuczyńską-Budką, prezydentką Gliwic i córką Lenką (Archiwum prywatne) , Rodzice polityka specjalnie przyjechali 100 km, żeby pogratulować startu synowi (Archiwum prywatne)

Gdy miałem 20 lat i widziałem kategorię M40, to sobie myślałem, że to chyba jakieś dinozaury startują. A dzisiaj jako M40 mam sportową radość i satysfakcję, kiedy pokonam młodziaków.

Kilka lat temu syn znajomych startował w tym samym co ja biegu i chciał mnie pokonać. Okazało się, że nie dał rady, bo coś w tych moich nogach jeszcze zostało.

W moim wieku potrzebna jest już pokora i znajomość oraz wyczucie organizmu. Nie można robić takich treningów jak kiedyś, nie ma się co oszukiwać. Jestem teraz bardziej jak samochód z silnikiem Diesla – pierwsze 2 km służą rozgrzaniu. Później już wchodzę na odpowiednie obroty. Myślę jednak, że wielu młodszych może mi pozazdrościć formy, ale i ja mogę wielu starszym ode mnie jej zazdrościć. 

Przy regularnych treningach można jeść wszystko - gorzej, kiedy trafiają się momenty bezruchu (Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Wyborcza.pl)

No i wzrok mi się pogorszył. W zeszłym tygodniu zmuszony przez życie kupiłem swoje pierwsze okulary. Zakup poprzedziła irytacja, bo nie byłem w stanie w sklepie odczytać składu dżemu i – jak się później okazało – dokonałem najgorszego z możliwych wyboru. 

Przyszłość widzi pan aktywnie? 

Nie wyobrażam sobie jej inaczej. Jeśli mam chwilę bez ruchu, to staję się nerwowy. Wiem, że jest to uzależnienie, ale cieszę się, że od sportu, a nie od czegoś innego.

Nosi mnie i złości, kiedy mi trening wypadnie z dnia, bo samolot się spóźni czy spotkanie przedłuży. 

Jak pan wypada na tle rówieśników?

Chyba nie najgorzej. (śmiech) Wśród nowych znajomych mam takich, którzy grają w tenisa, chodzą na siłownię, uprawiają kolarstwo, ale nie jest to tak regularne. Krąg kumpli biegaczy z podstawówki sumiennie biega. Zresztą o biegaczach, podobnie jak o studentach prawa, jest zabawne powiedzonko. Wie pani, po czym poznać biegacza?

Bieganie pomaga Budce przed ważnymi wystąpieniami i spotkania poukładać myśli (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl) , Dla Borysa Budki regularny ruch daje najlepszy odpoczynek głowie (Fot. Kuba Atys / Agencja Wyborcza.pl)

Nie.

Po tym, że sam ci o tym pierwszy powie. Gdy ktoś słyszy, ile trenuję, to często mówi: Podziwiam cię, że tyle ćwiczysz. Wtedy odpowiadam: Nie, to ja podziwiam osoby, które pracują fizycznie osiem godzin, np. w stolarni czy kopalni, i po tym mają energię wyjść pobiegać.

Mam wielkie szczęście, że mój tryb pracy, czysto umysłowej, pozwala mi na wplatanie treningów. Nie wiem, czy dałbym radę jeszcze biegać, pracując osiem godzin fizycznie.

Pięć treningów tygodniowo, wyjazdy, spotkania, wykłady na uczelni – brzmi to wszystko bardzo energochłonnie.

Pracuję głównie umysłowo i bieganie mnie mocno buduje, pozwala odpocząć głowie. Ze zmęczenia fizycznego czepię energię dla mózgu.

Czego by pan sobie życzył na najbliższe 25 lat?

Zdrowia, braku kontuzji i utrzymania trybu życia, które prowadzę. Bo mam z tego wielką satysfakcję i spełnienie. 

Palił pan kiedyś?

Nie. Nigdy w życiu nie ciągnęło mnie do papierosów.

Przyznaję, że lubię czerwone wino i piwo, ale w granicach rozsądku. Wizja treningu na drugi dzień bardzo pomaga ostudzić zapędy wypicia więcej niż dwóch lampek wina.

Lekarze pewnie aż klaszczą, jak widzą taki wzór dobrego prowadzenia się...

Rzadko chodzę do lekarzy i unikam ich, kiedy nic mi nie dolega. Ale rzeczywiście, przeszedłem covid i miałem później dość szczegółowe badania pocovidowe. Lekarze byli pod wrażeniem, jeśli chodzi o kwestię stanu moich żył, serca.

Nie chwalę się zdrowiem, bo wolę nie zapeszać, ale wiem, że bieganie pozwoliło mi uniknąć problemów wynikających np. z nadwagi. 

Ale mimo biegania i zdrowego trybu życia przez intensywny czas w parlamencie i rządzie nawet ja miewałem podwyższone ciśnienie. Wolę nie myśleć, co by było, gdybym w tak stresującym czasie pił, palił i miał 10 kilo nadwagi...

Borys Budka. Polityk, samorządowiec, nauczyciel akademicki, poseł i europoseł. Mąż i ojciec, a także biegacz długodystansowy.

Ola Długołęcka. Redaktorka. Lubi pisać o trendach, modach i zjawiskach. W wolnych chwilach trenuje jeździectwo.