Weekend Gazeta.pl zaprasza do rozmowy o pieniądzach. Bez warszawocentryzmu, bez wstydu, bez tezy. W nowym cyklu Anna Kalita pyta nie tylko o oszczędności, kredyty, lecz także o wydatki na edukację czy skrajne ubóstwo.
Czy zgadza się pan z brytyjskim socjologiem i ekonomistą Guyem Standingiem, który nazwał prekariuszy – osoby, o których nie mówi się dziś prawie wcale, a pracują bez etatów i żyją w permanentnej niepewności – niebezpieczną klasą społeczną?
Raczej nie.
Historia pokazała, że jak dotąd groźną klasą był proletariat oraz kategoria nazywana przez Marksa lumpenproletariatem. Mobilizacja proletariatu doprowadziła do wielu rewolucji, zmiany ustrojów na niedemokratyczne, rywalizacji wojskowej i gospodarczej dwóch bloków ideologicznych w XX wieku. Z kolei lumpenproletariat, czy "margines społeczny" analizowany przez Stefana Czarnowskiego w okresie międzywojennym, został zmobilizowany, żeby pomóc faszystom i nazistom w zainstalowaniu totalitaryzmów, które sprowokowały II wojnę światową.
Kiedy w 2011 roku Standing wydał książkę "Prekariat. Nowa niebezpieczna klasa" [polskie wydanie 2014 – przyp. red.], trwały jeszcze echa globalnego kryzysu finansowego z lat 2008–2009. Były to czasy popularności różnych radykalnych ruchów i scenariuszy. Jednym z nich był prekariat, stający się zapalnikiem zmian ustrojowych. Tak się jednak nie stało i nie widzę szans, by – przynajmniej w najbliższym czasie, czy nawet w ciągu kolejnego dziesięciolecia – miało się tak stać.
Słusznie pani zauważyła, że dziś o sytuacji prekariuszy nie mówi się prawie w ogóle, a przecież w 2015 roku odbył się w Polsce Kongres Prekariatu, a Partia Razem, która wówczas powstała, zapowiadała, że będzie reprezentować właśnie prekariuszy. Sam Guy Standing widział w tej partii prawdziwego reprezentanta interesów tej grupy.
Partia Razem umowy koalicyjnej co prawda nie podpisała, ale popiera rząd Donalda Tuska. Co więcej, ministerką pracy i polityki społecznej została wywodząca się z Razem Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, dlatego nastał czas, by sytuacji prekariuszy się przyjrzeć.
Temat jest aktualny również z tego względu, że w ostatnich latach staliśmy się krajem imigracyjnym. Więcej ludzi do Polski przyjeżdża, niż emigruje. Dla Standinga imigranci byli jedną z kluczowych grup należących do prekariatu, jako obywatele drugiej kategorii.
By choć spróbować ustalić, o jak licznej grupie rozmawiamy, sprawdziłam w Głównym Urzędzie Statystycznym, jak wiele osób pracuje w Polsce bez etatu. W pierwszym półroczu 2023 roku zgłoszono 850 tys. umów o dzieło. W czwartym kwartale 2022 samozatrudnionych było ponad 3 mln osób, przy czym większość – bo 2,5 mln – nie zatrudniała żadnych pracowników. Do tego dochodzą 2 mln pracujących na umowy czasowe oraz praca nierejestrowana, czyli na czarno, którą w 2022 roku wykonywało co najmniej 342 tys. osób, co daje 2 proc. ogólnej liczby pracujących.
Nie można oczywiście dodać tych wszystkich liczb i powiedzieć: mamy w Polsce ogromną liczbę prekariuszy, którzy świadomi są swojej odrębności klasowej, mają silne organizacje związkowe, polityczne i społeczne, a rewolucja jest tuż za progiem.
Lekarzom, adwokatom czy informatykom czasem po prostu opłaca się w ten sposób zarabiać. Prekariusze pracują na "umowy śmieciowe", ponieważ nie mają wyboru. W dodatku zarabiają marnie.
Tym, co wyróżnia prekariusza, jest wykonywanie pracy gorszej jakości pod wieloma względami – to znaczy bez ubezpieczenia emerytalnego i zdrowotnego, bez prawa do L4, bez pewności, że za miesiąc będzie praca i wypłata itd. A jeśli prekariusz traci zatrudnienie, to z dnia na dzień i nie ma prawa do zasiłków dla bezrobotnych.
Wspomniany Standing napisał, że globalizacja wyodrębniła siedem warstw społecznych: absurdalnie bogaci, czyli miliarderzy, dalej salariat – m.in pracownicy międzynarodowych korporacji – profesjonaliści i technicy, poniżej są robotnicy i wreszcie prekariat. Na samym końcu są bezrobotni oraz niedostosowani, czyli m.in. osoby żyjące w kryzysie bezdomności.
Prekariusze to nie są osoby w pełni wykluczone ze społeczeństwa, ale nie są też w pełni do niego włączone. Charakterystyczne jest to ich zawieszenie i ciągła niepewność co do pracy, dochodów, mieszkania.
Poznałam 40-letnią kobietę, która samotnie wychowywała dziecko i przez lata pracowała w firmie produkującej bardzo popularny show dla jednej z telewizji. Powiedziała mi, że kiedy przychodzą miesiące letnie i przerwa w produkcji, wtedy w ogóle nie zarabia i utrzymują ją rodzice.
Przypomina to prace sezonowe w rolnictwie. Są takie interpretacje prac tymczasowych i niepewnych, gdzie traktuje się je jako trampoliny do zatrudnienia lepszej jakości. Jak widać, niektóre prace nie dają na to nadziei.
Równolegle szła obietnica robienia kariery.
Najgorzej, gdy żyjemy tą obietnicą, mijają lata, a ona się nie spełnia. Próbowano przedstawiać taką sytuację jako normalną dla współczesnego, dynamicznego kapitalizmu. Modna w latach 90. była koncepcja społeczeństwa ryzyka Ulricha Becka. Wieszczono koniec stałej i pewnej pracy. Pojawiały się hasła, że co kilka lat każdy z nas będzie musiał ją zmienić, co oznacza kilka, a nawet kilkanaście rewolucji zawodowych w ciągu życia. "Trzeba być elastycznym! Gotowym do zmian! Przekwalifikowywać się!"
Nie każdy się w tym odnajduje. Standing twierdzi, że u prekariuszy często pojawia się syndrom czterech odczuć: gniewu, anomii, lęku i alienacji, co implikuje negatywne konsekwencje dla zdrowia psychicznego.
Sądzę, że większość się w takim świecie nie odnajduje. Ludzie pragną minimum pewności i stabilności. Te dają instytucje prawa pracy i państwa opiekuńczego, które powinny być ostoją w niepewnych czasach. Godna praca, bezpieczeństwo socjalne, ochrona socjalna, zabezpieczenie społeczne, publiczne usługi społeczne i zdrowotne – ich znaczenie rośnie, gdy warunki pracy, dochody i mieszkanie stają się coraz bardziej niepewne.
Kobieta, o której pani wspomniała, otrzymywała cały czas 500 zł na dziecko, a teraz będzie to 800 zł. Wprowadzenie tego świadczenia to był przełom. Polskie państwo opiekuńcze po 2015 roku znacznie się rozbudowało. W świadczeniach na dzieci jesteśmy liderem światowym, prześcigamy w hojności nawet państwa skandynawskie. Gorzej z usługami publicznymi, które są dużo lepsze w innych krajach.
Nie wszyscy tworzący dzisiejszą koalicję są zwolennikami 800+.
Latem, kiedy toczyła się na ten temat dyskusja, Szymon Hołownia oraz Władysław Kosiniak-Kamysz próbowali przyciągnąć uwagę argumentami, że powinno być to świadczenie warunkowe, czyli wypłacane tylko pracującym.
I teraz proszę sobie wyobrazić, że oto mamy prekariuszy pozostających w permanentnej niepewności zatrudnienia, którym w dodatku państwo odbierałoby świadczenie na dzieci właśnie w momencie braku dochodu z pracy. Taka polityka byłaby jawnym zaprzeczeniem państwa opiekuńczego, które stabilizuje życie obywateli w niepewnych czasach.
Pomiary jakości pracy [Job Quality Index – wskaźnik jakości pracy bierze pod uwagę dochody, bezpieczeństwo pracy, czas pracy i work-life balance, warunki pracy, możliwość rozwoju pracownika oraz reprezentację interesów pracowniczych. W edycji JQI podsumowującej 2021 rok Polska zajmuje drugie miejsce od końca. Na ostatnim miejscu jest Grecja – przyp. red.] dają Polsce bardzo niskie pozycje w rankingu krajów UE.
Co ciekawe, im wyższa stopa samozatrudnienia, tym niższa jakość pracy.
W PRL co jak co, ale praca była pewna.
W latach 80. pojawiła się nawet koncepcja utworzenia na Żuławach obozu reedukacyjnego dla "niebieskich ptaków", czyli osób uchylających się od pracy. Opozycjonistom zaś pracy zakazywano.
Władze kładły wtedy wielki nacisk na to, by każdy obywatel pracował. Praca była prawem i obowiązkiem. W świecie pracy socjalistycznej były rozmaite problemy, np. fuchy i kradzieże, ale praca była pewna. To, co było niepewne, to dostawy towarów w sklepach.
Po przemianie ustrojowej, w latach 90. głównym problemem stała się nie tyle praca niepewna czy niskiej jakości, ile brak pracy. Bezrobocie szybko wzrosło z kilkudziesięciu tysięcy do prawie 3 mln, aby jeszcze w początkowych latach dwutysięcznych osiągnąć ponad 3 mln.
Bohaterem nowych czasów stał się prywatny przedsiębiorca, a jego wartość dla społeczeństwa stanowiły tworzone przez niego miejsca pracy. Nie było tam miejsca dla związków zawodowych, a masowe bezrobocie znacznie zmniejszało siłę przetargową pracowników. Kolejne reformy sprawiały, że obchodzenie Kodeksu pracy było łatwiejsze.
Dziś bezrobocie w Polsce jest najniższe w Unii Europejskiej.
Bezrobocie zaczęło spadać od drugiej połowy lat dwutysięcznych. Kolejne rządy nie sięgały jednak po jakieś radykalne narzędzia, aby ograniczać nadużycia umów cywilnoprawnych czy samozatrudnienia przez pracodawców. Nie zwiększono znacząco uprawnień i zasobów Państwowej Inspekcji Pracy.
Rozmawiałam z Grzegorzem Ilnickim, prawnikiem reprezentującym pracowników w sądach, który podawał mi liczne przykłady osób – począwszy od stoczniowców, a skończywszy na ochroniarzach – które były zatrudnione na "umowy śmieciowe", podczas gdy wykonywały pracę jak na etacie. Wykazywano to w sądach. Pracodawcy musieli nadpłacać składki do ZUS-u. Wszystko pięknie, ale przypomina to zabawę w kotka i myszkę: ci, którzy mają więcej sił, by się latami sądzić, może i wygrają z pracodawcą, ale większość pozostaje na przegranej pozycji. Czy państwo nie powinno wziąć tego na siebie? Skończyć z tą fikcją?
Walka z tego typu nadużyciami to jest oczywiste zadanie państwa i jego organów. Musi mieć jednak do tego kompetencje, skuteczne narzędzia i stosować je w praktyce.
W kampanii wyborczej Lewica obiecywała likwidację "umów śmieciowych". Pan profesor się pobłażliwie uśmiecha.
Po pierwsze, usunięcie umów z prawa cywilnego byłoby dość trudne. Po drugie, część pracowników etatowych korzysta też z umów cywilnoprawnych. Po trzecie, pozostałe siły tworzące obecną koalicję rządzącą są w zdecydowanie większym stopniu pod wpływem organizacji pracodawców, niż zamierzają bronić interesów pracowników.
Trzecia Droga jest bardziej na prawo w sprawach ekonomicznych niż PO. Czasem odnoszę wrażenie, że poglądy Polski 2050 to poglądy Nowoczesnej z lat 2015–2016. Symbolicznie obie partie łączy postać Ryszarda Petru, choć liderem tej pierwszej jest Szymon Hołownia.
Z kolei najsilniejsze związki zawodowe – OPZZ i Solidarność – reprezentują głównie osoby zatrudnione na podstawie umowy o pracę, a nie umowy cywilnoprawnej lub samozatrudnionych. Jeszcze do niedawna tacy pracownicy nie mieli prawa zrzeszać się w związki zawodowe. Dopiero od 2019 roku mogą to robić.
Z tego, co pan mówi, wynika, że nie ma politycznego klimatu do poprawy sytuacji prekariuszy.
Jednym z kamieni milowych warunkujących wypłatę pieniędzy z Krajowego Planu Odbudowy są kolejne reformy dotyczące umów cywilnoprawnych.
Następuje normalizacja tego rodzaju umów. Wprowadzono minimalną stawkę godzinową dla pracujących na umowę-zlecenie. Widać też działania dotyczące umów o dzieło – wymóg ich rejestracji w ZUS-ie.
Idąc tą drogą, państwo nie tyle zlikwidowałoby umowy cywilnoprawne, ile wyeliminowałoby korzyści, jakie dziś implikują one dla pracodawców. Jeśli docelowo koszt, jaki będzie ponosił pracodawca, zatrudniając na umowę cywilnoprawną, byłby podobny jak przy umowie kodeksowej, to zatrudnianie na "umowy śmieciowe" przestałoby się opłacać. Z drugiej strony pełna normalizacja tych umów prowadzić może do zaniedbywania walki z ich nadużyciami.
A jaką politykę społeczną będzie prowadził rząd? Co ze świadczeniami, które – jak pan powiedział – dają poczucie stabilności w niepewnych czasach?
Politycy PO wielokrotnie zapowiadali, że "nic, co dane, nie zostanie zabrane", jednak proszę zwrócić uwagę, że w tym powiedzeniu nie ma gwarancji, że to, co dane, nie zostanie zreformowane, poprawione czy też zracjonalizowane.
W 2024 roku na Polskę zostanie najprawdopodobniej nałożona przez Unię Europejską procedura nadmiernego deficytu, co dla ekonomicznej prawicy w rządzie i poza nim będzie uzasadnieniem dla postulatów cięcia wydatków. Budżet na 2025 rok to będzie papierek lakmusowy, czy koalicja 15 października stanie się rządem otwartych cięć socjalnych, czy też będzie to robiła w ukryty sposób, co praktykował PiS, np. nie waloryzując świadczeń na dzieci.
Który scenariusz pan przewiduje?
Raczej ten drugi. Lewica mogłaby powiedzieć otwartym cięciom "nie", a Donald Tusk chyba się nauczył, że polityka zaciskania pasa nie jest zbyt skuteczna wyborczo.
Lewica otrzymała ministerstwo spraw pracowniczych i społecznych, powinna więc pokazać, że jest w stanie nie tylko oprzeć się polityce cięć, ale też zaproponować rozsądne reformy stabilizujące stosunki pracy.
Co nie zmienia faktu, że prekariusze nie znikną.
Prekariusze byli, są i będą. Wyzwaniem dla państwa jest sprawić, by było ich coraz mniej oraz by był to jedynie przejściowy okres w życiu zawodowym człowieka.
Do tego służy dostosowywanie instytucji prawa pracy oraz zabezpieczenia społecznego do nowych trendów technologicznych, gospodarczych i społecznych.
Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje >>
Ryszard Szarfenberg. Profesor Uniwersytetu Warszawskiego, Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych. Specjalizuje się w polityce społecznej, problematyce państwa opiekuńczego, wykluczenia społecznego, ubóstwa, nierówności społecznych, problemach prekariatu, bezdomności i pomocy społecznej. Badacz programów tworzenia i rozwijania standardów usług pomocy i integracji społecznej oraz koordynator merytoryczny w projekcie "Społeczna Agencja Najmu jako nowy instrument polityki mieszkaniowej". Jest m.in. ekspertem w sieci European Social Policy Analysis Network, przewodniczącym Rady Wykonawczej Polskiego Komitetu Europejskiej Sieci Przeciw Ubóstwu (European Anti-Poverty Network EAPN Polska), prezesem zarządu ATD Czwarty Świat.
Anna Kalita. Fascynują ją ludzie i ich historie oraz praca, która pozwala jej te historie opowiadać. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.


