Znikąd ratunku – powiedziałam do przyjaciółki, gdy w piątek przez mój Facebook przewalała się fala zachwytów nad kabotyńskim tekstem Marcina Kąckiego.
– Jeszcze dobrze nie przeszła fala #MeToo, a już jest narracyjnie zagarniana przez skruszonych sprawców – odpowiedziała. – Zaraz się okaże, że twarzą #MeToo w Polsce będzie heteroseksualny mężczyzna w średnim wieku. To jak w dowcipie, że mężczyźni wygrywaliby nawet w konkursach na najlepszą kobietę.
Według statystyk dziewięć na dziesięć Polek doświadczyło przemocy seksualnej. Co oznacza, że niemal każda z nas ma w pamięci wspomnienie, gdy została nadużyta albo gdy ktoś przekroczył nasze granice. Gdy potwornie się bałyśmy, że za chwilę zdarzy się coś strasznego, nieodwracalnego. Albo gdy to się stało.
Chcemy, żeby ten świat się zmienił, prawda? Chcemy, żeby ci, którzy wyrządzili nam krzywdę, umieli przeprosić. Żeby naprawdę żałowali tego, co zrobili. Żeby rozumieli nasz strach, rozpacz, wstyd, pogardę dla samych siebie, zrujnowane poczucie własnej wartości.
Po to właśnie jest ruch #MeToo. Żeby kobiety wiedziały, jak stawiać granice. Żeby miały wokół siebie ludzi, instytucje i procedury, które będą je chroniły. Ale przede wszystkim – żeby nie musiały się bać. Żeby mężczyźni przestali traktować kobiety jako istoty gorsze, mniej lub bardziej atrakcyjne dekoracje w spektaklu ich życia. Żeby przestali traktować kobiety jako słabe ogniwo, obiekt, na którym można wyładować swoją frustrację i poczuć władzę. Obiekt, który można zniszczyć.
Dlatego sprawa Marcina Kąckiego, fakt, że w opowieści o swoim życiu przedstawił zastępy skrzywdzonych kobiet jako nieledwie statystki w westernie albo kryminale swojego życia, budzi tak wielkie emocje. Marcin Kącki stał się symbolem mężczyzny, który deprecjonuje i romantyzuje krzywdę kobiet, by budować obraz skruszonego bydlaka, ale swój tekst zamyka stwierdzeniem, że niczego by nie zmienił. Tworzy wielopiętrową narrację o przemianie, która jest przede wszystkim budowaniem własnej legendy. Swój tekst opublikował miesiąc po tym, gdy rada Instytutu Reportażu go zwolniła, dowiedziawszy się, że przed laty, jako przełożony w Gazecie Wyborczej, molestował swoją podwładną - byłą studentkę Instytutu.
Znam wiele kobiet, które doświadczyły przemocy. Te rozmowy wracają przy winie, w chwilach szczególnej kruchości albo wywołane w toku terapii. Znam kogoś, kto doświadczył przemocy ze strony osoby publicznej, ale nie chce o tym mówić. Ze strachu, że ujawnienie się złamałoby jej karierę. Ta kobieta boi się pozwu o zniesławienie. Nigdy nie zrobiła obdukcji. Ukrywała ślady na skórze. Pyta samą siebie, dlaczego tworzyła przed światem obraz idealnej pary, skoro w trakcie trwania związku była bita i przyduszona, wyzywana od najgorszych, upokarzana.
Wiem o tym. Z szacunku dla jej milczenia milczę, bo mnie o to prosiła. Czekam, aż będzie gotowa.
Ile znacie z najbliższego otoczenia takich przypadków, że ktoś kogoś skrzywdził, ale nie poniósł żadnych konsekwencji? Cała ta burzliwa dyskusja jest po to, żeby żadna z kobiet, które doświadczyły przemocy, nie bała się mówić głośno o tym, co przeszła. Żeby miała wokół siebie wystarczające wsparcie. Żeby nie czuła, że jej wyznanie może uruchomić lawinę pomówień, pogardy i ocen. Żebyśmy nie relatywizowali doświadczenia ofiary, nie szukali za wszelką cenę okoliczności łagodzących dla katów. Nie zastanawiali się, jak była ubrana ofiara i jaka jest historia jej życia, czy aby na pewno jest ofiarą czystą i nieskalaną jak Matka Boska płacząca przy studni.
Reakcją na sytuację nadużycia może być walka, ucieczka, ale też zamrożenie i całkowita uległość. Chcesz zareagować, ale nie jesteś w stanie, bo twoje ciało kamienieje. Dlatego tak często gwałcone kobiety nie krzyczą. Instynkt wybiera strategię, jak przetrwać. A potem ta strategia jest oceniana na forum publicznym – "skrzywdzona kobieta powinna jak najszybciej i jak najgłośniej krzyczeć o swojej krzywdzie". By nikt nie miał żadnych wątpliwości, że jest ofiarą.
Kobiety, które doświadczyły traumy, są narażone na retraumatyzację i muszą być odważniejsze niż jakikolwiek skruszony sprawca, a ich cierpienie jest nieporównywalnie większe.
Mam nadzieję, że przelewająca się przez media społecznościowe dyskusja będzie impulsem dla nowej fali #MeToo. Niech ofiary mają odwagę mówić o swojej krzywdzie. Stwórzmy im w dyskursie publicznym bezpieczną przestrzeń. A do wyznań skruszonych sprawców podchodźmy z jak największą ostrożnością. Ten, kto prawdziwie żałuje, ma odwagę odezwać się bezpośrednio do osób, które skrzywdził. I robi to z pokorą, a nie budując sobie pomnik własnej niezwykłości. Wszyscy chcemy żyć w bezpiecznym, uczciwym świecie i chcemy, żeby sprawcy naprawdę żałowali, a ofiary czuły, że zadośćuczyniono ich krzywdzie.
Małgorzata Rejmer - pisarka i dziennikarka, autorka zbiorów reportaży o komunistycznej Rumunii i Albanii. Laureatka Paszportu Polityki i Nagrody Kościelskich, a także Nagrody "Newsweeka" im. Teresy Torańskiej, Nagrody Literackiej dla Autorki Gryfia i Nagrody im. Arkadego Fiedlera. Niedawno ukazał się jej zbiór opowiadań "Ciężar skóry". W swojej twórczości zajmuje się problemami przemocy i władzy.
