Polska Stories
Koncert Ołówka w HotKlubie w ramach Festiwalu Wyobraźni. Scenografia: Kain May (fot. archiwum autorki)
Koncert Ołówka w HotKlubie w ramach Festiwalu Wyobraźni. Scenografia: Kain May (fot. archiwum autorki)

Kolejny etap Polska Stories za nami. Od 24 października do 19 grudnia na łamach weekend.gazeta.pl publikujemy reportaże uczestników programu. Artykuł Martyny Gawlik jest ósmym z nich.

Po koncertach były powroty z HotKlubu ciemnymi, pustymi ulicami. Miasto rowerów – bo tak nazywana była przez sąsiadów Stalowa Wola – wieczorami przytłaczało. Po 21.00 nie świeciły latarnie, za dnia trzy razy dziennie ulice przecinał peleton rowerzystów i autobusów wiozących pracowników do huty, która zatrudniała więcej niż połowę mieszkańców. Szare betonowe budynki wzniesione w stylu art deco, zdawały się stłamszone przez komunistyczną hegemonię. Dzielnice dzieliły stalowowolan na równych i równiejszych: dyrektorów, urzędników i klasę robotniczą reprezentującą Centralny Okręg Przemysłowy.

Serca lokalnej młodzieży i klasy pracującej rozgrzewał swoimi piosenkami powstały w 1987 roku w Stalowej Woli Zaczarowany Ołówek, zespół uwielbiany przez młodych i mieszkańców okolicznych miast, w tym oddalonego o 30 km Tarnobrzega. Lider Zaczarowanego, Rafał Maciąg, był autorem ckliwych i wzruszających, ale też groteskowych tekstów, które grają w głowach fanów do dziś. Grupa podczas swoich występów porywała ludzi taneczną muzyką inspirowaną latami 50, nieszablonowym wizerunkiem i zachowaniem na scenie, co - jak wskazuje frontman - było nawiązaniem do muzycznej burleski.

– Rafał to człowiek instytucja, był przebłysk geniuszu w tym, co robił. Nie tylko miał zespół o genialnej nazwie, ale i grupę atrakcyjnych chłopaków, chłopcy z plakatu, pewni siebie, performujący w zaraźliwy sposób tę swoją męskość. Były też dziewczyny: z niektórymi kończyło się na flircie, z innymi byli gotowi realizować artystyczne projekty. Stylistyka łączyła bunt z glamourem, jeansy, trampki All Stars, okulary. A glamouru to my wtedy potrzebowaliśmy jak kania dżdżu – zwierza się Agata Araszkiewicz, przyjaciółka frontmana ZO, która w roku 1990 sprawowała funkcję przewodniczącej tarnobrzeskiego ogólniaka, a dziś badaczka literatury, aktywistka i pisarka publikująca m.in. w "Krytyce Politycznej", i "Gazecie Wyborczej".

Rafał Maciąg, kompozytor, autor tekstów i serce Zaczarowanego Ołówka (fot. Archiwum autorki)

Szturm na salę gimnastyczną

Schyłek komuny był jak łyk świeżego powietrza. Inspiracje z Zachodu coraz płynniej przedzierają się przez niegdyś hermetyczne granice kraju, wywierając realny wpływ na kształtowanie się kolejnej ery, "nowego" świata. Ówczesna młodzież była uważnym świadkiem wielkiego odrodzenia, wreszcie można było przynajmniej raz w tygodniu wybrać się na koncert, poznać więcej osób i przede wszystkim zapomnieć o cenzurze.

Panują takie hasła jak "No Future", mamy ciągle depresję i uważamy, że komuna jest zła. Jesteśmy politycznie zdemoralizowani i pesymistyczni, a równolegle mamy tę swoją subkulturę muzyczną. Taką niebywałą chęć oporu – wspomina Agata Araszkiewicz, która wraz z Darkiem Litwińczukiem z Chłopców z Placu Broni w 1990 roku zaprosiła Zaczarowany Ołówek na koncert studniówkowy.

Wytrzasnęłam skądś numer telefonu do Rafała i zadzwoniłam. On odpowiedział, że zaraz będzie na dworcu w Tarnobrzegu przejazdem i możemy porozmawiać. To był początek naszej szalonej znajomości – zwierza się Araszkiewicz.

Projekt awangardowej scenografii studniówkowej stworzył sam Kain May, artysta malarz związany z polską sceną alternatywną. Śladów jego twórczości można doszukać się także na okładce winyla Ołówka.

- Zapytałem wydawcę: Słuchaj, Zima, co jest na tej okładce? A on odpowiada: Jak to, k*rwa, co? Ruda Zocha! (fot. Archiwum autorki) , Plakat ZO autorstwa Kaina Maya (fot. Archiwum autorki)

Znali się dobrze z Rafałem. Zostawił ten nasz "projekt" u Jurka Owsiaka w pracowni witraży przy Dworcu Zachodnim w Warszawie. Delegacja z Kopernika, czyli ja i Rafał, pojechaliśmy to odebrać. Kain May dał nam w paczce wskazówki, jak samodzielnie stworzyć scenografię, na przykład z rolek po papierze toaletowym. Załączył też propozycje rysunków do skopiowania w dużej skali na ściany. Uczniowie stroili salę kilka dni według tych rysunków – dodaje Araszkiewicz.

Maminsynki szły do domu o 20, a my do 3 nad ranem składaliśmy te ozdoby. Pamiętam atrapę misia z wydłubanymi oczami, chwilę przed studniówką odzyskał wzrok – śmieje się Artur Stefaniak, maturzysta wspomnianego ogólniaka i do dziś fan zespołu.

  – To było tak wielkie wydarzenie, jakby pie*rzeni Rolling Stonesi grali w naszej szkolnej sali. Kto chciał być na tej studniówce, szukał sobie pary, ale dla wielu chętnych zabrakło miejsca. I podczas koncertów pod salą gimnastyczną trwał szturm, kiedy grał Ołówek, ludzie rzucali cegłówkami w szyby – opowiada Araszkiewicz.

–  Jeden wielki huk, szkło posypało się na podłogę – mówi Artur Stefaniak. Po chwili refleksji dodaje: – Szary papier, którym były pozaklejane okna, mógł uratować wielu ludzi, bo zamortyzował siłę uderzenia. Osiem szyb naraz w jednym momencie, cegły, a na sali ludzie – wspomina, nie kryjąc emocji Marek Gruchota. - Mimo dramatycznych chwil grozy uczniowie szybko uporali się z odłamkami szkła, by za chwilę rozpocząć drugą część występu i zabawę do rana.

Muzyka młodych ludzi

Basista Ołówka Piotr "Szczypior" Szczepański nie ukrywa, że Tarnobrzeg był ulubionym miejscem koncertów, a to ze względu na publikę. – Tam był świetny odbiór, sale pękały w szwach, publiczność szalała – wspomina.

Z kolei tarnobrzeżanin Artur Stefaniak dodaje: – Dla mnie Ołówek to był ewenement i wielkie zjawisko. Miałem może 17 lat, był rok 1988, poszedłem na koncert w Tarnobrzeskim Domu Kultury. Czego mogłem się spodziewać: cztery żarówki na krzyż, przytłaczający klimat komunistycznej taniochy. I w tym wszystkim kapela, która zagrała w składzie: kontrabas, perkusja, gitara, w wystrzałowych strojach, butach z czubami. Chłopak śpiewał energicznym, młodym głosem i grał na akordeonie, co mnie bardzo urzekło. Melodie ekstremalnie zapadały mi w pamięć. To było coś świeżego, innego, bardziej rockandrollowego z elementami punka. Mógłbym to nazwać muzyką młodych ludzi. A fakt, że chłopaki są ze Stalowej Woli, był dla mnie jeszcze bardziej ekscytujący – opowiada uczestnik głośnej studniówki.

Już na początku spotkania Rafał Maciąg zaznacza: – Zaczarowany Ołówek to bohater plebejski.

To właśnie Maciąg odpowiadał za kompozycję utworów, teksty, kreację zespołu. A do tego był szalonym frontmanem, który dogrywał linie na saksofonie, gitarze lub akordeonie. Łączył awangardę z rockabilly, punkiem, modą i trendami zachodnimi. Każdy koncert był zagadką: co zrobi Maciąg?

– Znajomy opowiadał mi, że po koncercie Zaczarowanego był zażenowany zachowaniem lidera, mówił: "Śpiewał tyłem do połowy numeru, pozował na wielkiego gwiazdora". Malkontentów też nie brakowało, myślę jednak, że oni sami chcieli być na miejscu Zaczarowanego – śmieje się Stefaniak.

Wizja Zaczarowanego narodziła się podczas Zlotu Cynicznej Młodzieży Ery Atomowej w Gdyni 9 lutego 1986 roku. Datą narodzin Zaczarowanego Ołówka jest oficjalnie wiosna 1987 roku. Od tamtej pory w niebywałym tempie na przestrzeni roku stali się rozpoznawalni w wielu okolicznych miastach.  

Zespół Zaczarowany Ołówek w składzie (od lewej): RIP Marek Trela (perkusja), Rafał Maciąg (wokal, saksofon, akordeon), Piotr 'Szczypior' Szczepański (bas), Iza Sowa (chórek), Bogumił Proszek (klawisze, cyja), Renata Latko (chórek), Andrzej Mordasiewicz (gitara) (fot. Archiwum MDK w Stalowej Woli)
Ty i ja, oboje o tym wiemy, że ty i ja bardzo się lubimy, lecz gdy ty spotkasz mnie albo ja spotkam ciebie, udajemy nienawiść, udajemy. Potem piszę listy do ciebie z daleka, piszę listy ze słońca, piszę, piszę z nieba, a na drzewach wycinam nożem serca równiutkie, wycinam serca okrąglutkie cegłówką albo kawałkiem kredy, piszę listy, wycinam serca na drzewach

- fragment piosenki "Ty i ja", znanej też jako "Bolero" i "Uber die Liebe"; tekst: R. Maciąg

"Nowy świat Zaczarowany"

Rok 87. Salki stalowowolskich domów kultury pękały w szwach od młodych muzyków, nowa fala na swoim grzbiecie niosła kolejne grupy muzyczne, które po obejrzeniu gwiazd zapraszanych do HotKlubu zapragnęły grać piosenki i koncerty. Młodsi muzycznym stażem lądowali w osiedlowych domach kultury, gdzie był jeden sprzęt na wszystkich. Na instrumentach, o jakich w tamtym czasie można było pomarzyć, grywał w Zakładowym Domu Kultury zespół Spider, który miał swoje pięć minut w świecie heavy metalu. Świeżo upieczony wówczas Ołówek spotykał się w Spółdzielczym Domu Kultury. – Słyszeliśmy już wtedy o sobie z Rafałem. Instruktor, muzyk i pierwszy menedżer Ołówka, Krzysztof Paluszkiewicz, legendarna postać, tuż przed śmiercią zwierzył mi się, że muzyków jest w naszym mieście pełno, ale tylko Maciąg to prawdziwy artysta – zdradza Marek Gruchota, obecny dyrektor MDK w Stalowej Woli.

Niecałe trzy dekady temu był menedżerem Ołówka, Spidera i kilku innych zespołów, pracownikiem HotKlubu i domu kultury, który wiedział, do których drzwi zapukać po wsparcie finansowe. Dodatkowo pisywał do lokalnych gazet o działalności, którą de facto sam inicjował.

Byłem kimś pomiędzy władzą a zespołami, czyli ani tu, ani tu. Starałem się zorganizować życie w zgodzie z władzą i tym, na co władza pozwoli – skromnie podsumowuje Gruchota.

Dzięki niemu w Stalowej Woli działo się wiele nowych rzeczy: Festiwal Wyobraźni, teatry uliczne, koncerty. Był tym, który oprócz organizacji życia w HotKlubie został mianowany pracownikiem ZDK-u, a klub trafił pod skrzydła domu kultury. Robił nam też oprawę medialną, o wszystkim, co robił, pisał do "Sztafety", "Tygodnika Nadwiślańskiego". Gruchota miał w garści wszystkich – śmieje się Rafał Maciąg.

Gdy pod pretekstem zaginięcia parasolki Ołówek wyleciał z salki SDK-u, pod egidę ZDK przyjął chłopaków właśnie Marek Gruchota, który już wcześniej dobrze znał ich piosenki.

Ponad tymi zespołami Ołówek wyróżniał się warstwą intelektualną. Zespoły tamtych czasów porywały się na wykonywanie coverów, bo ich kompozycje ujawniały braki z podstaw muzyki. Natomiast u Rafała wszystko się zgadzało. Ta muzyka miała rozbudowaną harmonię, można było wsłuchać się w bardzo dobre teksty albo po prostu zatańczyć. Ich ubiór i fryzury zawsze były stylowe, była pewna pieczołowitość w tym, co pokazywali na scenie – mówi dyrektor Gruchota.

Agata Araszkiewicz dodaje: – Rafał umiejętnie łączył zbuntowany underground, pop, sztukę, bunt i rock and rolla z tradycją. To naprawdę było wyjątkowe, bo docierał zarówno do prostych ludzi, jak i do znawców.

Nie zapomnę, jak tłumaczył gitarzystom, jak zachowywać się podczas gry, to miało być takie falliczne rozkołysanie – dodaje basista Zaczarowanego Piotr Szczepański.

Dla mnie to było jak nawiązanie do średniowiecza. Lata 50. to czasy, kiedy moi rodzice byli młodzi, paczki przychodziły z Ameryki, brylowały postacie takie jak James Dean, Marilyn Monroe, Elvis Presley. I Rafał po prostu po to sięgnął, ożywiając te symbole. Dziś może to nie wydaje się takie niesamowite, popkultura żywi się zapożyczeniami i cytatami. Wtedy to było bardzo odkrywcze – tłumaczy Araszkiewicz.

Ołówek był też prekursorem wyświetlania w tle za zespołem filmów i materiałów wideo. Część scenografii stanowiła praca wspomnianego wcześniej, promowanego przez Wojciecha Manna w programie "Non stop kolor" Kaina Maya, który przyjechał na zaproszenie Gruchoty na organizowany corocznie Festiwal Wyobraźni przy okazji doniosłego święta – jubileuszu 50-lecia Stalowej Woli i Huty.

Wielkie święto, wielkie święto w mieście, sztuczne ognie, telewizja. Do południa w niedzielę latały balony. Społeczeństwo jest zachwycone. Czy ty widzisz, jak nagle się tu zmieniło, jakie wszystko jest czyste i nowe. Tak właśnie wygląda robiona na pokaz każda rocznica państwowa

- Zaczarowany Ołówek, "Urodziny miasteczka socjalistycznego"; tekst: R. Maciąg

HotKlub

Festiwal Wyobraźni określany był jako najważniejsze święto w regionie, tak też przedstawiali wydarzenie w eterze dziennikarze radiowej Trójki. – Postanowiliśmy, że na froncie domu kultury, gdzie do niedawna wisiały hasła partyjne czy portrety, zawiśnie coś innego. Ściągnąłem Kaina Maya, który malował niezwykle kolorowo tę olbrzymią płaszczyznę. Niestety, materiał, na którym tworzył, był zbyt ciężki i runął z całej wysokości. Rafał skwapliwie wykorzystał fragment tej mozaiki i wkrótce stanowiła ona element scenografii podczas koncertów Ołówka – tłumaczy dyrektor Gruchota.

Równolegle rozwijała się działalność HotKlubu, który wcześniej pełnił funkcję stołówki hotelu robotniczego. Obok niego stał jeden blok, za nim tory, a dalej las.

To była "Jaskinia Innego Świata", dla niektórych najważniejsze miejsce – mówi Szczepański.

Tam kultura spotykała się z rozrywką i muzyką na żywo. Do HotKlubu wchodziło się przeszklonymi drzwiami, dalej było małe biuro, czytelnia prasy, minihall z szatnią i dwie sale klubowe, ta większa mieściła około 200 stojących osób. W piwnicach był sprzęt muzyczny, tam też odbywały się próby Zaczarowanego Ołówka. Na deskach klubu gościły znane grupy teatralne, pracownicy, między innymi Gruchota i Maciąg, organizowali też projekcje filmowe i na wiele innych sposobów urozmaicali życie kulturalne miasta, To właśnie tam w ręce młodzieży trafiły pierwsze kompakty, po raz pierwszy młodzi ludzie mogli także obejrzeć i filmy odtwarzane z magnetowidu.

Początkiem lat 90 HotKlub został zlikwidowany, a na jego miejscu znajduje się do dziś oddział Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego (fot. Archiwum autorki)

Dla wielu ludzi HotKlub był miejscem poza kontrolą, gdzie można było spodziewać się wszystkiego, co w świecie kulturalno-społecznym w jakikolwiek sposób było istotne. Mieliśmy jedyny magnetowid w mieście, w sali kinowej odbywały się projekcje, między innymi premiera Orwella "1984" z kasety wideo. Zabawny to musiał być widok: na środku sceny malutki telewizorek, a pod sceną niemal 200 osób w niego wpatrzonych – wspomina Rafał Maciąg.

Był taki cykl prezentacji płyt kompaktowych, wtedy to była nowość. Każdy na sali siedział w swoim kącie i słuchał muzyki – dodaje Piotr Szczepański.

Cisza jak na nabożeństwie, muchę było słychać – dodaje ze śmiechem Marek Gruchota.

Przyjeżdżali także wielcy radiowcy: Mann, Niedźwiedzki czy Beksiński. 

Ten ostatni organizował "Wieczór z płytą kompaktową", siadał na podwyższonej scenie, a obok stały kompakt i walizka. Puszczał ten swój Marillion – wspomina Marek Gruchota.

Gośćmi HotKlubu przy okazji organizowanych wieczorów z poezją bywały także gwiazdy dużego formatu: Elżbieta Adamiak, Magda Umer, Wojciech Belon ze swoją Wolną Grupą Bukowina, a nawet Mieczysław Fogg, ale też szanowane formacje jazzowe. Gośćmi byli również Krystyna Prońko, Mariusz Lubomski, Andrzej Zaucha, Marek Grechuta. Pojawiła się także alpinistka i himalaistka Wanda Rutkiewicz oraz dziennikarze sportowi, między innymi Szpakowski i Pichlak. Zagrały tam wszystkie zespoły, które liczyły się wówczas w polskim rocku, między innymi Brygada Kryzys, TSA, Oddział Zamknięty, Maanam, gdzie Kora zaprezentowała swój wizerunek z ogoloną głową. To w HotKlubie można było zobaczyć wystawy polskiej szkoły plakatu czy zdjęcia uznanych fotografów.

Różni ludzie tam się pojawiali, bo Hot był związany z warszawskimi klubami, z PagArtem, Remontem, z ZPR-ami, zawsze ktoś chciał wcisnąć jakiś koncert, bo Stalowa była strategicznym punktem na trasie między Warszawą a Rzeszowem. Sław nie brakowało – mówi lider Ołówka i wspomina wizytę wielkiego Zauchy w 1991 roku w swoich włościach.

Spodobał mu się bardzo mój mały saksofon, wyglądał jak zabawka, ale grał. Występował z nim w Opolu. Niestety, nigdy nie udało mu się go zwrócić – mówi.

Anegdotę z czasu wizyty Kabaretu Pająk w HK przytacza Marek Gruchota:

Był to znaczący studencki kabaret, wpierw zorganizowano wydarzenie w klubie Olimpijczyka, a potem w HotKlubie. Hala główna była zajęta przez śmietankę partyjną Stalowej Woli. Rozpoczyna się spektakl, a panowie wchodzą na tyły sali, przynieśli sobie herbaty, pączki i dyskutują. Nagle grupa rozpoczyna swój spektakl, na scenę wychodzi prowadzący i mówi tak: "Witam wszystkich państwa serdecznie, a w szczególności tych, którzy usiedli w ostatnim rzędzie bez biletów". Tamci po chwili osłupienia spojrzeli po sobie i wyszli. O 7.03 rano dzwoni do mnie sekretarka: "Dyrektor zaprasza na rozmowę". Wchodzę, na stole leży ryza papieru kancelaryjnego z napisem: "Notatka służbowa spisana na okoliczność występu kabaretu Pająk". Dyrektor do mnie: "Panie kolego, co wyście tu nawywijali, czy wyście zwariowali?". A ja mu na stół rzucam scenariusz, ocenzurowany, rzecz jasna, w którym takie powitanie się znalazło. To na dobre wyprostowało sytuację, dyrektor zadowolony, podbiliśmy notatkę, że wszystko zostało wcześniej ocenzurowane.

Dyrektor przywołuje postać cenzora Michalika, wielkiego fana Springsteena. – Rozmawiało się z nim o jego mistrzu, a on bił te pieczątki – wspomina i dodaje, że milicja posłała kiedyś tajniaka do HotKlubu. – Przychodził w ramonesce i jak się okazało, bardziej niż wypatrywanie nieprawidłowości interesowała go nasza pracownica Ela. Został więc naturalnie zneutralizowany.

Wycinek pochodzący z 'Tygodnika Nadwiślańskiego' (fot. Archiwum autorki)

Zamieńcie karabiny na uśmiech dziewczyny

Debiutem scenicznym Ołówka był support Kultu w Stalowej Woli w 1987 roku. "Było dobrze i w ten sam wieczór manager Kultu zabrał nas do Rzeszowa na kolejną sztukę do klubu ’Pod Palmą’. Pojechaliśmy bez dziewczyn z chórków, bo im starzy nie pozwolili" – mówił Zaczarowany w wywiadzie załączonym do winyla z 2016 roku. Zagrali kilka bardzo dobrze odebranych koncertów w okolicy, a kariera była na wyciągnięcie ręki... kiedy o Rafała upomniało się wojsko.

–  Odmówiłem złożenia przysięgi, bo nie było takiej możliwości, bym przysięgał na Związek Radziecki z powodów rodzinnych, ideowych, światopoglądowych. Większość ludzi, która w tamtym czasie lądowała wojsku, była z tym pogodzona. Tak się mówiło: "Dobra, odpi*rdolę te dwa lata, wrócę i będę miał spokój do końca życia", a ja poszedłem niepogodzony i to się nie zmieniło – opowiada lider Zaczarowanego Ołówka. – Moim stryjem był generał Stanisław Dąbek, uczestniczył w Lądowej Obronie Wybrzeża podczas kampanii wrześniowej, został pośmiertnie awansowany na stopień generała. Babcia pomagała Żydom podczas wojny.

Zielone czołgi drogą jadą. Jadą na Wschód, jest piąta rano. Przy radiostacji Józek umiera. W ręce mam zmięte Bronki zdjęcie. Czy słyszysz, w radiu Presley śpiewa? Lalala! Ty jego słowa też zdradziłaś! Co dzień ze strachu w gacie srałem, ty się nie bałaś, w partii byłaś. Karabin spada na posadzkę, wczoraj posłałem Bogu kartkę. Nie chcę już więcej poligonu. Nie kocham więcej twoich oczu

- fragment punkowego utworu "Czołgi jadą"; tekst: R. Maciąg    

- Nie uczestniczyłem w żadnych ćwiczeniach, powiedziałem jasno: gram na gitarze i saksofonie i nie będę wykonywał żadnych ćwiczeń fizycznych, bo po dwóch latach nie będę na tyle sprawny, by wziąć do rąk instrument. A to sens mojego życia. Przenieśli mnie do orkiestry, mogłem chodzić w trampkach. A mój dzień wyglądał tak, że wychodziłem rano na śniadanie, nawykrzykiwałem się apolitycznych haseł typu: 'Wolność i pokój, żołnierze', wieczorem wracałem na kolację i robiłem to samo. A weekendami w wojskowym klubie muzycznym uczyłem grać na pianinie dzieci oficerów – opowiada frontman Ołówka.

I przyznaje z ironią: – Nie nadawałem się na żołnierza. Kiedy nauczyłem żołnierzy kilku piosenek z Powstania Warszawskiego, wszyscy mieli przeze mnie kłopoty. No i właśnie... Wtedy kazali mi się nie martwić, zapewnili, że jest pan porucznik, który mnie przypilnuje, kiedy będą mnie przewozić do szpitala psychiatrycznego. Mówili: "Tam będzie pan doktor, to mu opowiesz o dziadku i o babci" – nie kryje rozbawienia Maciąg. Jak dodaje, podczas jego trzymiesięcznego pobytu na Oddziale IX Szpitala Wojskowego w Krakowie Program III Polskiego Radia prezentował w eterze utwór Ołówka pt. "Jesteśmy dzikimi chłopcami".

W nas jest taka młoda siła, chcemy śmiać się i przeżywać, kochać głupio, głupio szczerze i nie każdemu wierzyć. Chodźcie z nami – idziemy i ufamy, sztandary i włosy rozwiewa nam wiatr, nie jest za nami i wszystko przed nami, idziemy, bo przyszedł nasz czas

- "Jesteśmy dzikimi chłopcami"; tekst: R. Maciąg

Po krótkim spotkaniu z kulturą wojskową Zaczarowany mógł w końcu mieć swój najlepszy czas. Znali ich nie tylko w mieście, ale i od Rzeszowa, przez Warszawę, aż po Gdańsk, zaczęły się również zaproszenia na renomowane festiwale Poza Kontrolą czy Zadyma. Wystąpili także w Jarocinie.

"Za pierwszym razem wysłaliśmy kasetę na przesłuchanie i zagraliśmy na małej scenie. Drugim razem pomógł nam Kuba Wojewódzki, który nas lubi. Moi chłopcy ostro pochlali z Farben Lehre, ale to my dostaliśmy ultimatum od ‘władzy’, że albo posprzątamy dom kultury w Jarocinie, albo wy*ebią nas z festiwalu z hukiem. Pozamiataliśmy i nie wylali nas. Trochę szkoda, bo mielibyśmy jeszcze lepsze przyjęcie od publiczności (…)" – mówił w jednym z wywiadów Rafał.

Gęste chmury nad tournée do Rygi

Ryski koncert przeszedł najśmielsze oczekiwania. Trasa odbyła się w czerwcu 1989 roku. Kilka miesięcy wcześniej w Rydze wystąpił Spider, wszyscy wrócili do domu zadowoleni. Nad tym wyjazdem wisiały jednak ciężkie chmury.

- Bohaterem znów miał być Spider, który zaskarbił sobie sympatię tamtej publiczności, tyle że niedługo przed wyjazdem zespół zawiesił działalność. Stanęliśmy przed wyborem rozwiązania trasy albo wysłania zespołu na poziomie. Mieliśmy jeszcze Ołówek - mówi Gruchota, wówczas koordynator trasy do Rygi, menedżer Spidera i Ołówka.

Planowaliśmy jechać do Gdańska na festiwal, podobało im się nasze granie, miałem tam kilku dobrych znajomych. Gruchota jednak przekonywał, by jechać do tej Rygi – opowiada Maciąg.

Publiczność rewelacyjnie zareagowała na dźwięki Ołówka, chłonęła wszystkie melodie. Niewiele miała wcześniej do czynienia z kapelami z zagranicy.

Wrak autobusu. Ryga, początek lipca 1989 r. (fot. Archiwum MDK w Stalowej Woli)
Zdążyliśmy zagrać koncert w Rydze. O 4 nad ranem, wybudzeni ze snu, patrzyliśmy na płonący autobus, który stał na parkingu vis-à-vis naszych okien. Wyglądał jak pochodnia, ogień trawił na naszych oczach sprzęt za wielkie pieniądze, zdobyte z ogromnym wysiłkiem – opowiada, nie kryjąc emocji, Gruchota.

Dzięki temu, że polska firma odpowiadała za remont rynku głównego w Rydze, szybko udało się poinformować o tym, co się wydarzyło, dom kultury, a przy okazji i media.Do samego przekroczenia granicy nie byli pewni, czy uda im się wrócić do domu. Świtu nie było, kiedy tamtejsza policja znalazła winowajców.

W lasku w ziemiance spało dwóch bezdomnych. Tam znaleźli koc z naszego autokaru i siatkę z dwiema butelkami oliwy, które na Litwie kupił nasz kolega. Reasumując: ktoś włamał się do autokaru, ukradł z niego koc i oliwę, resztę spalił. Przyprowadzono tych dwóch, może podstawionych, typów. Wyglądało to jak tragikomedia. Chcieli ochronić tamtejszą młodzież, wychowaną zgodnie z duchem socjalistycznym, oddzielić od tzw. zgnilizny Zachodu – opowiada Gruchota, kiedy Maciąg pół żartem, pół serio zauważa: – Jakby nas ukatrupili, to pół biedy, ale gorzej, jakby nas wysłali na Syberię. Weź, ku*wa, w tamtych czasach wróć do Polski. Z wrażenia na miejscu kupiliśmy worek trawy i aż do przyjazdu pod granicę kopciliśmy jak smoki. Gruchota błagał, byśmy wyrzucili towar. Miał najbardziej przej*bane, bo my to wiadomo. Jesteśmy dzikimi chłopcami – dodaje z uśmiechem Zaczarowany.

Ewidentnie to była akcja służb specjalnych, którym się nasza wizyta nie spodobała, bardzo dramatyczny moment, niesamowity stres. Zwątpiłem we wszystko i dwa miesiące później na dwa i pół roku wyjechałem do Ameryki, a na moje miejsce do HotKlubu przyszedł Rafał – kończy Gruchota.

Voilà

Są takie fenomeny, które występują, kiedy zagina się czas i przestrzeń, a my byliśmy pokoleniem przełomu – zauważa Agata Araszkiewicz. – W Tarnobrzegu królowali Trupersi i Cenny Klejnot Wolnej Woli, w którym grał między innymi Darek Litwińczuk. Właściwie to on zasugerował, by zaprosić na studniówkę Zaczarowany Ołówek. Myśmy ich doskonale znali z kaset. Po koncercie w Jarocinie pojawiali się nawet w prasie, "Na Przełaj", no i to się oczywiście wycinało – dodaje Araszkiewicz. – Rafał w tym wszystkim był bardzo ważną osobą, jego kontakty, stosunki. On budował sieć przyjaźni, miał sporo znajomości, grupę, która szybko rosła. A po studniówce było o nich jeszcze głośniej.

Od kiedy poznałem Agatę Araszkiewicz, ekipa z Tarnobrzega stale przyjeżdżała do HotKlubu, nawet po 30 osób. Wszyscy tam spali, byli wyłączeni z obiegu – mówi ze śmiechem Rafał i dodaje, że to właśnie od niej zaczerpnął inspirację do utworu "Voilà".

Miałam wszystkie ściany wyklejone papierem, po którym można było pisać i wyklejać je różnymi frazami. Rafał przepisał kilka z nich i wykorzystał w piosence – mówi Araszkiewicz.

Rafał zdradził, że otrzymywał od Agaty listy egzystencjalne pisane na… papierze toaletowym.

Plakat ZO autorstwa Kaina Maya (fot. Archiwum MDK w Stalowej Woli)
Czasami całymi godzinami ludzie bez sensu chodzą ulicami. Niekiedy sprawy naprawdę ważne mentalnie traktuje się niepoważnie, a czasem też można spotkać człowieka, który całe życie na miłość czekał i inne ważne sprawy rozwlekał, bo na miłość, bo, bo czekał, czekał, czekał... J’attends, Je ne cross pas…

- "Voilà"; tekst: R. Maciąg, A. Araszkiewicz

Araszkiewicz była zaangażowana w życie szkoły i organizowała wiele akcji kulturalnych.

Utrzymywałam korespondencję z grupami poetycko-artystycznymi, oni wysyłali tagi, a my w ramach kółka uczniowskiego rozwieszaliśmy je po mieście. Tuż przed studniówką w 1990 roku wykleiłam wielką kartkę tagiem: "Marksjanie. Marksjanie zagrażają Ziemi". I była debata, czy zawiesić mnie w prawach ucznia, podkreślam – jako przewodniczącą szkoły. Tak się nie stało, a dyrektor się zgodził na zespół rockowy, gdzie ta kultura stała w kontrze z oficjałem peerelowskim. To był symbol wielkiego otwarcia.

Po pamiętnej studniówce śladem największych gwiazd Zaczarowany zagrał koncert na dachu HotKlubu.

To były zwariowane czasy, w życiu bym na to nie wpadł, by zrobić imprezę na dachu klubu – śmieje się Szczepański. – Myśmy cały sprzęt tam wtargali. Było wspaniale. Tylko niebawem się wszystko skończyło.

W 1992 roku zagrali po rocznej przerwie koncert charytatywny. Sala, która wcześniej mieściła 200 osób, wytrzymała ponad 300. Ołówek po raz ostatni zagrał repertuar z "Uber die Liebe", w nowej odsłonie, nieco mocniejszej. Po tym występie kontakty z jednostką kultury bez Marka Gruchoty były utrudnione, HotKlub przestał istnieć w 1990, a próby w mieszkaniach się nie sprawdzały. W końcu każdy poszedł w swoją stronę. Rafał wyjechał do Paryża, a po powrocie zajął się marketingiem, wizerunkiem, był również wykładowcą.

A dziś?

W 2020 roku pod nazwą Capital Weirdo&His Magic Band Maciąg wystąpił na krakowskiej scenie u boku Hanki Wójciak z utworem Ołówka "Czuła piosenka o nieczułości". Tym samym zaanonsował nowy projekt, fuzję "Stołecznego Cudaka", pod którym ukrył swoją artystyczną osobowość, i piosenek Zaczarowanego Ołówka.

 Reaktywacja Ołówka po takim czasie nie wchodzi w grę, co nie zmienia faktu, że wciąż wracam do tamtych piosenek i z pewnością będzie można je usłyszeć w nowej odsłonie – mówi lider i dodaje: – A dziś? Cały czas piszę, tworzę muzykę, jestem w trakcie budowania własnego studia, a w wolnych chwilach zajmuję się renowacją starych mebli, co sprawia mi wielką radość. W tej chwili realizuję wszystkie marzenia swojego życia, dlatego też rok temu podjąłem się studiowania reżyserii w Krakowskiej Szkole Filmowej – podsumowuje.

Zobacz wideo "Nie jestem takim kozakiem i pistoletem jak kiedyś". Wywiad z Muńkiem Staszczykiem

Najważniejsze pytanie, jakie wielu ludzi zadawało sobie w tamtych czasach: jak to możliwe, że oni nie byli popularni na skalę kraju? Równie dobrze mógłbym dziś ich słuchać w radiu zupełnie jak Chłopców z Placu Broni. Jak tylko poznałem tekst do piosenek "Ruda Zocha", "Ty i ja" czy "Zielone pola", momentalnie dorobiłem sobie chwyty gitarowe i grałem we wszystkich miejscach w Polsce, od morza aż po góry. Wszędzie te piosenki robiły furorę, ludziom szczeny opadały – mówi Stefaniak, który jest moim wujkiem i to on 18 lat temu zapoznał mnie z repertuarem Zaczarowanego Ołówka.

 

Wykonanie Artura stało się swoistą tradycją rodzinną. Kiedy sięgał po gitarę wszyscy wiedzieliśmy, co za chwilę zagra. Swój minishow zaczynał zawsze od "Rudej Zochy", przez "Ty i ja", które niezmiennie wprawiało publiczność w osłupienie, nostalgię i zachwyt. W 2016 roku razem z niemałą grupą fanów doczekałam się wydania jedynego winyla Ołówka, z pomysłową grafiką Prosiaka przedstawiającą Rudą Zochę. Znalazły się tam nagrania z HotKlubu z 1988 roku i z rok późniejszego koncertu w Białymstoku, gdzie grali razem z Sleeping Dogs Wake z Anglii.

Polska Stories

Polska Stories to kilkumiesięczne warsztaty dla młodych reportażystów i reportażystek, którzy rozpoczynają pracę w zawodzie. Dziesięciu uczestników, którzy doszli do finału, wzięło udział w bezpłatnym cyklu szkoleń dziennikarskich. Prowadziła je wielokrotnie nagradzana reportażystka Olga Gitkiewicz. Każdy reportaż przygotowany w ramach Polska Stories zostanie opublikowany na stronie głównej Gazeta.pl oraz w serwisie Weekend.gazeta.pl. Spośród dziesięciu opublikowanych reportaży jury złożone z doświadczonych redaktorów i dziennikarzy wybierze najlepszy tekst. A jego autor na minimum sześć miesięcy dołączy do współpracowników Weekend.gazeta.pl.

Więcej