Podróże
Domek Brda zbudowany przez Patryka i Kasię, twórców Zatrzymaj Czas Kwadrat (Fot. Zatrzymaj Czas Kwadrat)
Domek Brda zbudowany przez Patryka i Kasię, twórców Zatrzymaj Czas Kwadrat (Fot. Zatrzymaj Czas Kwadrat)

Dwa słowa: letniskowa legenda. I jak to z legendami bywa, i tę otacza swoisty realizm magiczny. – Sam już nie wiem, czy mam z tych domków wspomnienia własne, czy tylko kolektywne, pokoleniowe – zastanawia się Grzesiek. Nie jest pewien, czy spędził w Brdzie choć jedne wakacje, a mimo to doskonale pamięta jej zapach i trzeszczenie wąskich schodów.  

Te schody siedzą w głowie też Marcie, dla której wspomnienie wakacji w Brdzie jest jak „cofnięcie kasety do czasów dzieciństwa". – W Brdzie wszystko trzeszczało! – śmieje się. – Nasze psiaki tak się bały tych schodów, że nie było siły, która wciągnęłaby je na górę. Nikt z rodziny na nich zęba nie stracił, ale parę pijackich fikołków się zdarzyło. Mój tata nie należał do szczuplaków, więc byłam pewna, że kiedyś domek się zawali, i oczami wyobraźni widziałam, jak wygrzebuję spod ruin swoje zabawki.  

Inne migawki Marty z Brdy to "obrzydliwa ilość owadów i myszy", przed którymi naiwnie kryła się pod kołdrą, ale też superatmosfera. – Kolejki do pryszniców i zlewów, żeby umyć naczynia po grillu, i granie godzinami w świetlicy ośrodka wypoczynkowego w bilard i ping-ponga – wylicza z rozrzewnieniem. 

Trójkątny domek a la Brda (Fot. Shutterstock.com, zdjęcie ilustracyjne) , Trójkątne domki a la Brda (Fot. Shutterstock.com, zdjęcie ilustracyjne)

Agnieszka niedawno obchodziła pierwszą rocznicę ślubu i spędziła ją z mężem właśnie w PRL-owskiej Brdzie. – Teściowa pracowała na "Kablu" [w Krakowskiej Fabryce Kabli – przyp. red.] i jeździli do zakładowego ośrodka domków w Zakopanem. Weszliśmy z mężem do tej starej Brdy i przenieśliśmy się w czasie: kuchenka polowa, dwie wersalki i ława, w łazience prysznic z zasłonką, która lepiła się do tyłka, i pajęczyny w każdym kącie. Ale i tak z miejsca się zakochałam. Wyszliśmy przed domek, rozłożyliśmy leżaki, strumyk płynął z wolna, wiewiórki bzykały się na drugim brzegu. Klimat idealny! – śmieje się Agnieszka. 

W opowieściach moich rozmówców przewijają się nazwy miejscowości i przedsiębiorstw, które zwłaszcza w PRL-u, ale i później, oferowały swoim pracownikom i ich rodzinom letnie turnusy w Brdach. Czyjś tata pracował w Polfie Tarchomin, więc co lato wyruszało się nad jezioro Roś, czyjś wujek w ZWAR-ze (Zakładach Wytwórczych Aparatury Wysokiego Napięcia), co skutkowało wakacjami w Łebie, a czyjaś mama w Porcelanie Wałbrzych, więc rodzina przez 13 lat z rzędu jeździła na urlop do Brennej.  

I nieważne, jak było zimno, wilgotno czy siermiężnie oraz ile pająków spadło w nocy na głowę, wszyscy moi rozmówcy kończą swoje opowieści tak samo: w Brdach było magicznie. 

Letnicy i więźniowie  

Joanna do Zamrzenicy w Borach Tucholskich nad Zalewem Koronowskim zaczęła jeździć w latach 90. z wujostwem, rodzicami i siostrą. Miała 10 lat. – To był chyba ośrodek ministerialny, a wakacje były, zdaje się, z pracy mojej cioci – łowi w pamięci fakty.  

Ośrodek domków letniskowych, w skład którego wchodziły między innymi najbardziej prestiżowe wówczas Brdy, nie tylko leżał nad samą rzeką Brdą, ale także miał niezwykłe sąsiedztwo: jedną z siedzib aresztu śledczego Bydgoszcz-Bysław. Obydwa obiekty rozdzielał tylko budynek nadleśnictwa, w którym latem działał sklepik dla letników, a "pani sklepowa była jak rodzina". – Krążyła legenda, że to więzienie dla "złodziei kosiarek", czyli takich niestrasznych przestępców, i dopiero potem się okazało, że to był jednak areszt dla wielokrotnych recydywistów. Ale nikt się tym w sumie nie przejmował, bo więźniowie byli bardzo sympatyczni i razem tworzyliśmy ciekawą społeczność. Oni pracowali w okolicy, więc stale kręcili się wokół, odbierali nasze śmieci z ośrodka i chodzili rąbać drewno do tego samego lasu, po którym spacerowałyśmy z siostrą i z psem. Jeden z osadzonych uczył dzieci letników jeździć na rowerze, a jak któryś dzieciak nie umiał, to go woził na siodełku. Pan był ze Śląska, raz stwierdził, że "rzyć" go już boli od tego roweru, i to było dla mnie wielkie odkrycie, że można tak mówić na dupę – wspomina Joanna.  

Joanna pamięta, że więźniowie i wczasowicze spędzali czas podobnie: - Zakład karny miał niesamowite położenie, nawet lepsze niż domki: z własną ogromną zatoką z nenufarami. Tatowie pływali po niej łódkami i godzinami łowili ryby, więźniowie robili to samo. Tylko my za to płaciliśmy, a oni to mieli 'za karę', co było niezłym paradoksem - stwierdza. (Fot. Shutterstock.com, zdjęcie ilustracyjne)

Pamięta, że więźniowie i wczasowicze spędzali czas podobnie: – Zakład karny miał niesamowite położenie, nawet lepsze niż domki: z własną ogromną zatoką z nenufarami. Tatowie pływali po niej łódkami i godzinami łowili ryby, więźniowie robili to samo. Tylko my za to płaciliśmy, a oni to mieli "za karę", co było niezłym paradoksem – stwierdza.  

W latach 90., gdy rodzina Joanny odwiedzała Zamrzenicę, domki Brda lata świetności miały już za sobą. 

Próbowano nadać im nową świetność: drewniane podłogi przykrywano gumoleum, a do środka wstawiano meble à la "wczesny Wałęsa" i "wczesny Kwaśniewski". I choć w środku zawsze wisiał zbity termometr rtęciowy, Brdy były dla mnie symbolem aspirowania do czegoś lepszego. Mieszkało w nich wujostwo z moją siostrą i psem, a takie "szare chipsy" jak ja z rodzicami zajmowały tańsze domki parterowe

wspomina Joanna.  

Coroczne wakacje w Zamrzenicy skończyły się dla niej dopiero jakieś 10 lat temu. – Jeździliśmy tam przez 13 lat. Parę lat temu zamknięto też areszt śledczy i przekształcono go w... ośrodek wczasowy – kończy. 

Nowy masowy problem: wolne soboty 

Pierwsza Brda pojawiła się w Polsce w 1957 roku. Letniskowy domek w kształcie litery A wyszedł spod ręki architektów Zakładów Stolarki Budowlanej w Bydgoszczy, którzy imię nadali mu na cześć przepływającej przez miasto rzeki. Ale choć Brda wydaje się dziś na wskroś polskim wynalazkiem, inspiracja przyszła z Ameryki: 5 maja 1957 roku projekt trójkątnego domku Reese House autorstwa Andrew Gellera trafił na okładkę "The New York Timesa" i narobił niezłego szumu. Nie mówiąc już o tym, że proste szałasowe schronienia ludzie budowali od dawna i to na każdej szerokości i długości geograficznej 

A wracając do Polski, Brdy przyjęły się u nas natychmiast, od razu też zostały zawłaszczone przez PRL jako państwowe dobro wypoczynkowe.

W latach 50. i 60. XX wieku tanie domki z prefabrykatów wyrastały niczym grzyby po deszczu w państwowych i zakładowych ośrodkach wczasowych oraz bazach PTTK. O Brdzie własnej, prywatnej wówczas można było tylko pomarzyć – całość produkcji wykupowało państwo.  

Zmieniło się to diametralnie w 1974 roku, gdy za rządów Edwarda Gierka wprowadzono najpierw sześć, a od 1975 roku 12 wolnych sobót w roku. "Pojawił się w Polsce, po raz pierwszy w skali tak masowej, problem wypoczynku weekendowego", pisał w pierwszym wydaniu książeczki "Letni domek dla każdego" (Wydawnictwo "Sport i Turystyka", 1976) jej autor Zbigniew Kazimierczuk.

Nowy "problem" w zderzeniu z pragnieniem obywateli, by odpocząć od miasta, i zbyt małą liczbą podmiejskich ośrodków rekreacyjnych (oraz niechęcią państwa do budowania kolejnych) rodził konieczność samodzielnego zagospodarowania przez Polaków oszałamiającej liczby ponad 100 dni wolnych w roku ("Może to zaskakujące, ale obliczmy: 26 dni roboczych urlopu, 52 niedziele, 12 wolnych sobót i 8 dni świąt państwowych i kościelnych", pisał Kazimierczuk).  

Edward Gierek przemawia w 1973 roku (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, domena publiczna) , Domek letniskowy typu 'Brda' zaprezentowany podczas wystawy 'Budexpo' w Warszawie, 1980 rok (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, domena publiczna)
To w drugiej połowie lat 70. państwo zaczęło usilnie zachęcać Polaków do budowania prywatnych domków letniskowych, a książeczka "Letni domek dla każdego" oprócz niewątpliwego wymiaru praktycznego miała słabo ukrywane znamiona propagandy.

W jej wstępie odwoływano się między innymi do ankiety opublikowanej w "Kurierze Polskim", z której wynikało, że Polacy marzą o "własnej chacie za miastem", i to bez względu na aktualne miejsce zamieszkania ("zupełnym zaskoczeniem było 20 proc. ankiet nadesłanych... ze wsi: I my – pisał jeden z rolników – chcielibyśmy odpocząć od codziennych obowiązków i gospodarskiego pejzażu zamkniętego pomiędzy oborą a stodołą").  

Argumenty autora "Letniego domku dla każdego" za budową własnej daczy to dziś opis polskich przemian społecznych w pigułce: od zmęczenia obywateli wciąż świeżą urbanizacją, przez coraz dostępniejsze samochody i wzrost dochodów, na zazdrości względem sąsiadów i aspiracjach skończywszy ("tysiące dacz pod Moskwą, utkane chatami czechosłowackie Sudety i Karpaty, ciągnące się kilometrami wzdłuż zakola Dunaju letnie domki pod Budapesztem i wokół Balatonu – powszechność tego modelu wypoczynku to nie przypadek, to prawidłowość", pisał kwieciście Kazimierczuk). Dla wszystkich, którzy mają "wymagającą pracę", urlop dłuższy niż dwa tygodnie, trzy–czteroosobową rodzinę i problemy z uzyskaniem co roku FWP (Funduszu Wczasów Pracowniczych – przyp. red.] oraz "wyżej cenią własne zdrowie" niż fuchy w soboty, a do tego "mają dochody przekraczające 3 tys. złotych na głowę i odłożone 20 tys. złotych", autor miał jedno, jasne jak pierwszomajowe słońce przesłanie: pomyśl o letnim domku.  

Drewniany domek letniskowy wśród zieleni. Widoczny mężczyzna na tarasie i suszące się pranie (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, domena publiczna)

Tym bardziej że na Brdzie "rewia letniskowej mody" się nie kończyła: w 1976 roku w 21 polskich zakładach produkcyjnych powstawało seryjnie około 100 różnych typów domków letniskowych. Sęk w tym, że dziś pamiętamy głównie Brdę. 

Bryła, funkcja, konstrukcja 

Pierwsze wolne soboty czy pierwszy lockdown – marzenie o "chacie za miastem" łączy Polaków od pokoleń, zmieniają się tylko okoliczności. Jeszcze nim wybuchła pandemia, Brdy powróciły triumfalnie w nowych wcieleniach, i to nie tylko w Polsce. W USA jedna z pracowni architektonicznych nowoczesną wersję trójkątnego domku nazwała wprost Odrodzeniem Feniksa (Phoenix Rising). Połączenie świeżego spojrzenia i sentymentu sprawiło, że pół wieku od pierwszego boomu na Brdy słynny domek na lato zaczyna być postrzegany jak domek na lata. 

Karolina Rogóż z pracowni architektonicznej SK-Architekci dwie wersje nowoczesnej, całorocznej Brdy – mniejszą, o powierzchni 34,8 mkw., i większą, o powierzchni 80 mkw. – ma w ofercie już od kwietnia 2019 roku. Twierdzi, że w pandemii nie ma dnia, żeby ktoś nie zadzwonił, by o nie zapytać. Brdy kuszą, bo mniejsza wymaga wyłącznie zgłoszenia i może stanąć u klienta w dwa tygodnie, a większa spokojnie pomieści czteroosobową rodzinę.  

Osiedle domków Brda I - projekt pracowni architektonicznej SK-Architekci (Fot. mat. SK-architekci) , Wnętrze domku Brda I - projekt pracowni architektonicznej SK-Architekci (Fot. mat. SK-architekci)

Rogóż wyczuła potrzeby rynku. Ale pomysł, by odświeżyć klasyczną Brdę, przyszedł do niej już wiele lat temu, gdy jako studentka architektury miała stworzyć "coś nowego ze starego". – Przypomniały mi się trójkątne domki nad jeziorem, do których jeździłam z rodzicami. Gdy po studiach założyłam własną pracownię, pomysł unowocześnienia Brdy ciągle za mną chodził. Tak powstała wersja z dużym przeszkleniem, kominkiem i nowoczesnym designem – wyjaśnia. Tłumaczy, że dobry projekt to taki, w którym współgrają bryła, funkcja i konstrukcja. – W Brdzie można mieszkać przez cały rok, bo domki są ciepłe zimą – mają pompę ciepła, panele fotowoltaiczne, ogrzewanie podłogowe i kominek – i chłodne latem. Konstrukcja opiera się na prefabrykatach bez klasycznych ścian, więc Brdy są tanie w budowie, szybkie w montażu, trwałe i ekologiczne. A bryła jest wyjątkowa – zachwala.  

Domki Brda II - projekt pracowni architektonicznej SK-Architekci (Fot. mat. SK-architekci) , Domek Brda I zimą - projekt pracowni architektonicznej SK-Architekci (Fot. mat. SK-architekci)

Ile to kosztuje? To zależy, czy klienta interesuje sam projekt, a domek będzie stawiał metodą gospodarczą, czy woli gotowy domek wykończony pod klucz. W pierwszym przypadku ceny zaczynają się od 700 złotych, w drugim – na około 40-metrowy metraż trzeba przeznaczyć co najmniej 100 tys. złotych. 

"Znajomi chyba myślą, że zwariowaliśmy" 

O tym, jak prostym i efektownym projektem jest trójkątny drewniany domek, może zaświadczyć przypadek Kasi i Patryka, którzy współczesną Brdę zbudowali sobie sami, bez pomocy firm i architektów. Oboje są fotografami, żyją z tworzenia ślubnych sesji i filmów, a z budowlanką nie mają nic wspólnego. – Projekt narysowałem ja. Wymyśliliśmy spory kąt nachylenia dachu, musiał przyjechać planista i zrobić wizję lokalną. Gdy znalazł w okolicy dom o podobnym spadzie, wójt wydał zgodę na warunki zabudowy – opowiada Patryk.  

Kasia: Poza jednym spotkaniem z ekipą, która w dwa dni postawiła belki konstrukcyjne domu, i późniejszym szpachlowaniem ścian, które przerosło ich oboje, wszystko - od podłogi i dachu po całe wykończenie - Patryk zrobił sam (Fot. Zatrzymaj Czas Kwadrat) , - To pierwszy dom, który Patryk zbudował, więc bałam się, że się zawali, ale jak widziałam, że u niego wszystko musi być pod linijkę, to byłam naprawdę dumna - podkreśla Kasia. (Fot. Zatrzymaj Czas Kwadrat)

Kasia dodaje, że poza jednym spotkaniem z ekipą, która w dwa dni postawiła belki konstrukcyjne domu, i późniejszym szpachlowaniem ścian, które przerosło ich oboje, wszystko – od podłogi i dachu po całe wykończenie – Patryk zrobił sam. – Każdą szczapkę drewna na elewację i płot opalaliśmy ręcznie, zgodnie ze starą japońską techniką naturalnej impregnacji. Trwało to trzy miesiące i już nie chcemy niczego opalać – śmieje się Patryk.  

– To pierwszy dom, który Patryk zbudował, więc bałam się, że się zawali, ale jak widziałam, że u niego wszystko musi być pod linijkę, to byłam naprawdę dumna – podkreśla Kasia. 

Zawsze pragnęli mieć dom na wsi, a po drodze odkrywali, co to konkretnie znaczy w ich przypadku. – Najpierw była myśl o nowoczesnej stodole, ale przeszło nam, gdy tego typu domy zaczęły pojawiać się w całej Polsce. Mieliśmy wyceny od kilku firm, ale koszty były przerażające, a my nie chcieliśmy się pakować w kredyty – mówią.  

Po pierwszej nocy w swoim domu Kasia i Patryk nie chcieli już wracać do miasta (Fot. Zatrzymaj Czas Kwadrat) , Co najbardziej lubią w swoim domu? Widok. Spokój. - Ja uwielbiam światło i przestrzeń, bo choć domek w sumie ma tylko 65 mkw. powierzchni użytkowej na dwóch poziomach, to dzięki wysokim stropom tę przestrzeń naprawdę tu czuć - zapewnia Kasia (Fot. Zatrzymaj Czas Kwadrat)

Zamiast budować 250-metrową stodołę kupili więc 80-metrowe mieszkanie do generalnego remontu we Wschowie z myślą, że pomieszkają w nim maksymalnie pięć lat. I zamienili je w perełkę designu. – Wtedy zobaczyliśmy, że taka przestrzeń w zupełności nam wystarcza i budowa wielkiego domu byłaby w naszym przypadku błędem – przyznaje Kasia.  

Pomysł, by na rodzinnej działce nad Jeziorem Olejnickim zamiast dużego domu postawić małą Brdę, przyspieszyły zmęczenie i pandemia. – Mieliśmy bardzo dużo pracy i doszliśmy do wniosku, że to będzie domek na wynajem, dodatkowe źródło dochodu. Mieszkaliśmy we Wschowie, Patryk codziennie dojeżdżał 30 km na budowę, a ja obrabiałam sesje. Gdy domek już stał, ale jeszcze nie był wykończony w środku, któregoś razu padnięci zostaliśmy na noc i... już nie chciało nam się wracać do miasta – wspomina Kasia.  

Na zdjęciu z tamtego poranka widać szampana i dwa kieliszki oraz najbardziej różowy świt nad jeziorem.  

Co najbardziej lubią w swoim domu? Widok. Spokój. – Ja uwielbiam światło i przestrzeń, bo choć domek w sumie ma tylko 65 mkw. powierzchni użytkowej na dwóch poziomach, to dzięki wysokim stropom tę przestrzeń naprawdę tu czuć – zapewnia Kasia.

Podoba im się też bryła domu. – Nawet stare Brdy z lat 70. są ponadczasowe i wciąż bardzo ładnie się prezentują, przykuwają wzrok. Jeśli nasz dom postoi tu kilkadziesiąt lat, to raczej nie powinien nikomu się znudzić ani szpecić pięknego krajobrazu – analizują.  

Czasem zastanawiają się tylko, czy nie lepiej było wziąć firmę, która postawiłaby domek w kilka tygodni, zamiast męczyć się z budową przez okrągły rok. Ale szybko sami się uspokajają: – Na pewno zajęło nam to dużo więcej czasu i kosztowało dużo więcej niż 100 tys., ale mamy poczucie, że nie oszczędzaliśmy na materiałach i wszystko jest tak, jak chcieliśmy. 

Choć wybrali modny projekt domu, mają poczucie, że idą pod prąd. – Śmiejemy się z Patrykiem, że zmieniamy mieszkania na coraz mniejsze. Najpierw mieszkaliśmy z moimi rodzicami w 200-metrowym domu, później w 80-metrowym mieszkaniu we Wschowie, teraz mamy 65-metrową Brdę, a to nie jest nasze ostatnie słowo – mówi Kasia.  

Zawsze pragnęli mieć dom na wsi, a po drodze odkrywali, co to konkretnie znaczy w ich przypadku (Fot. Zatrzymaj Czas Kwadrat) , Zamiast wielkiej przestrzeni czterech - czy w ich przypadku dwóch skośnych - ścian wolą nieskończoną przestrzeń za oknem. (Fot. Zatrzymaj Czas Kwadrat)

Są pewni, że znajomi im nie zazdroszczą. Raczej uważają, że z takim podejściem do życia zwariowali. – Znajomy buduje ponad 300-metrowy dom z garażem na trzy samochody. A dla nas to by było niepoważne i całkiem niepotrzebne – mówi Patryk.  

Zamiast wielkiej przestrzeni czterech – czy w ich przypadku dwóch skośnych – ścian wolą nieskończoną przestrzeń za oknem. Niektórzy to doceniają. Kiedyś przyjechał kurier, wyszedł na taras i zaklął: "K..., ale macie widok". 

Paulina Dudek. Dziennikarka, redaktorka, twórczyni cyklu mikroreportaży wideo "Zwykli Niezwykli". Nagrodzona Grand Video Awards, nominowana do Grand Press.