Podróże
Kiedyś do malucha, dziś ledwo do SUV-a. Pakowanie auta na wakacje to nie tylko kwestia pojemności bagażnika, ale też umiejętności (Fot. Shutterstock.com)
Kiedyś do malucha, dziś ledwo do SUV-a. Pakowanie auta na wakacje to nie tylko kwestia pojemności bagażnika, ale też umiejętności (Fot. Shutterstock.com)

Gdy syn Karoliny był mały, na każde wakacje jeździli z odkurzaczem: – Dziecię ciągle miało katar, odkurzacz podłączaliśmy do aspiratora do nosa, żeby go odciągać.  

Natalia w PRL-u wypoczywała światowo, acz swojsko: – Maluchem do Bułgarii jeździłam z rodzicami i workiem ziemniaków. 

Mama Pauliny w maluchu przewiozła bujany fotel. – Pół ulicy się zleciało, żeby rozkminić, jak to zrobiła. Kilkadziesiąt lat później upychałam ten sam fotel do kombi i nie było to proste. 

– My jeździliśmy na Mazury sowieckim zaporożcem – tak Marcin zaczyna opis podróży sprzed 35 lat. – Na trzy–cztery tygodnie, czyli cały urlop rodziców. Pięć osób, trasa 50 km, a trwała i trwała. Zabieraliśmy absolutnie wszystko: namiot, zmodyfikowany przez tatę – miał trzy „pokoje" i kuchnię – spanie, sprzęt do gotowania, nawet ruski telewizor Junost. Do tego masę ciuchów i niezapomniane, nigdy już później nieprzygotowywane przez mamę wekowane wędliny i pieczone mięso. Miejsca w i na aucie było tak mało, że dopakowywanie odbywało się już po tym, jak wszyscy wsiedli, a garnki jechały w komorze silnika.  

Lata później, ruszając na Mazury z trójką znajomych i psem bokserem o wdzięcznym imieniu Niegrzeczny Harry, Marcin w tym samym stylu pakował malucha. Dziś kupuje już tylko modele kombi. – Bo wejdzie wszystko, nawet 2,5-metrowe paczki z Ikei. Za to dzięki żonie odkryłem, że nie ma czegoś takiego jak za duży bagażnik, bo zawsze coś się jeszcze może przydać. I nieważne, czy jedziemy na weekend, czy na dwa tygodnie w miejsce z dala od cywilizacji. Przy każdej dopakowanej rzeczy słyszę: "No i w czym ci to przeszkadza?". 

Na wakacje jechało się pociągiem, autokarem albo załadowanym po brzegi małym fiatem 126p (Fot. Mirosław Noworyta / AG) (Na wakacje jechało się pociągiem, autokarem albo załadowanym po brzegi małym fiatem 126p (Fot. Mirosław Noworyta / AG)) , Kiedyś do malucha, dziś ledwo do SUV-a. Pakowanie auta na wakacje to nie tylko kwestia pojemności bagażnika, ale też umiejętności (Fot. Shutterstock.com)

"To twoja wina" 

Pytam psycholog Małgorzatę Osowiecką z Uniwersytetu SWPS, jak by wyjaśniła fakt, że nasi rodzice w czasach PRL-u, jadąc na kilka tygodni pod namiot albo na zagraniczne wakacje, mieścili się do malucha z kilkorgiem dzieci, tobołami, a często jeszcze psem i dywanami na handel, a my dziś z trudem mieścimy się do SUV-ów. – To bardzo ciekawe zestawienie. Doskonale tłumaczy uniwersalną naturę człowieka – odpowiada. Czyli jaką? – Bardzo szybko przystosowujemy się do nowych warunków. Gdybyśmy wciąż musieli się mieścić do malucha, tobyśmy się zmieścili. Ale już nie musimy. Żyjemy w dużo większym dobrobycie, a apetyt rośnie: chcemy więcej, lepiej, ciekawiej. Stajemy się coraz bardziej hedonistyczni. Wielkość samochodu i liczba rzeczy w bagażniku może się nigdy nie skończyć – przestrzega. 

Przyznaje, że Polacy nadpakowują się na urlop. Powszechnie i stereotypowo uważa się, że to problem kobiet, ale zdaniem psycholog ma to związek raczej z typem osobowości człowieka. – Więcej rzeczy pakują osoby lękowe, kontrolujące, neurotyczne, ze skłonnością do katastrofizowania. Taki ktoś do najbardziej słonecznego miejsca w Europie weźmie parasol, bo a nuż trafi się deszczowy dzień. Chce być przygotowany na wszystko. Ale tak się nie da. Wakacje są elementem życia, a życie zakłada niekontrolowalność – mówi.  

Zdaniem Osowieckiej zabieranie góry swoich rzeczy, z których każda wydaje się niezbędna, to też próba obniżenia napięcia, często nieuświadomionego strachu przed byciem daleko od domu i… perspektywą spędzenia dużej ilości czasu z rodziną. – Dla wielu osób, które w ciągu tygodnia tylko mijają się z bliskimi, to może być naprawdę trudne – mówi. 

Bo kto nigdy nie pokłócił się w aucie z rodziną zaraz za pierwszym zakrętem, ręka w górę! W stresujących sytuacjach, których ani w trasie, ani na urlopie nie brakuje, doświadczamy różnych emocji i musimy je jakoś regulować. Służą temu strategie pozytywne i negatywne. Do pozytywnych zaliczamy między innymi pogodzenie się z tym, czego się doświadczyło, koncentrację na czymś przyjemnym zamiast przykrym i pozytywne przewartościowanie, czyli uznanie, że choć wydarzyło się coś trudnego, to w zasadzie jest to dla nas dobre*. Negatywne strategie to obwinianie siebie lub innych, ruminacja (ciągłe myślenie o przykrym zdarzeniu) oraz katastrofizowanie (podkreślanie grozy zdarzenia).  

Psycholog podaje przykład: – Wyobraźmy sobie, że zapomnieliśmy suszarki do włosów, butów do wody dla dziecka albo – co faktycznie może być problemem – leków na receptę. Niektórym osobom popsuje to cały urlop. Jedni będą się biczować, że są beznadziejni, skoro zapomnieli tak ważnej rzeczy. Inni zaczną obwiniać partnera lub dzieci. A z badań*, w których porównano strategie regulacji emocji stosowane przez Polaków i Holendrów, wynika, że Polacy mają większą niż Holendrzy tendencję do obwiniania innych – mówi.  

Zdaniem Małgorzaty Osowieckiej zapomniana rzecz to tylko pretekst: - Jeśli w relacji jest jakiś problem, raczej na pewno wyjdzie na wakacjach. A rzeczy mogą być katalizatorem. (Fot. Shutterstock.com)

Zdaniem Małgorzaty Osowieckiej zapomniana suszarka to jednak tylko pretekst: – Jeśli w relacji jest jakiś problem, raczej na pewno wyjdzie na wakacjach. A rzeczy mogą być katalizatorem. 

"Uff, upchalim" 

Rzeczy do zabrania lawinowo przybywa, gdy rodzina się powiększa. Na pytanie, jak pakowanie auta na wakacje zmienia się wraz z pojawieniem się dziecka, Kasia się śmieje: – To jak porównać letni deszczyk do armagedonu. I wylicza bagaż dla oseska: – Torba z ubraniami, walizka z zabawkami, maskotka ulubiona, podusia ukochana, plus mały plecak, a w nim tablet i pierdyliard drobiazgów. Tylko ja pakuję się wciąż w jedną i tę samą torbę. 

Moi znajomi – nazwijmy ich Adam i Ewa Kowalscy – na wakacje podróżują z trójką dzieci w wieku wczesnoszkolnym. Adam mówi, że nawet na trzydniowy wypad na kajaki zabierają tonę rzeczy. Ale to nie żart. Biorą nawet duży ekspres do kawy, bo Adam jest jej smakoszem. Pakowanie vana (do osobówki dawno przestali się mieścić) zajmuje im kilka godzin. Pod koniec Adam ociera pot z czoła i rzuca: "Uff, upchalim". Van Kowalskich oddala się z piskiem. 

Justyna nie ma dzieci, ma za to trzy długowłose koty i weekendowe wypady z nimi i partnerem podsumowuje obrazowo: – Cygański tabor. Brakuje nam tylko pobrzękujących monetami chust na głowach. Dla trzech kotów trzeba zabrać kuwetę, a najlepiej dwie, worek żwirku, łopatkę do kup, zapas mokrej i suchej karmy, przysmaki w celu przekupstwa – na przykład gdy trzeba już ruszać do domu, a koty nie chcą wyjść spod łóżka – miski na jedzenie i wodę, zabawki, wreszcie nieprzemakalną matę piknikową i folię, bo najmłodszej zdarza się siknąć ze stresu. Koty, rozlokowane w dwóch kontenerach i mocno przypięte pasami, zajmują całą tylną kanapę. Justyna i jej chłopak z trudem mieścili swoją torbę z ubraniami. – Teraz koty zostają w domu. Tęsknimy, ale coś za coś. 

Rzeczy do zabrania lawinowo przybywa, gdy rodzina się powiększa. Na pytanie, jak pakowanie auta na wakacje zmienia się wraz z pojawieniem się dziecka, Kasia się śmieje: - To jak porównać letni deszczyk do armagedonu. (Fot. Shutterstock.com) , Dla Anity wyjazdy z pięcioma psami to był pikuś. Obecnie psów ma osiem. - Bagaże chyba wyślę kurierem - śmieje się (Fot. Shutterstock.com)

Dla Anity wyjazdy z pięcioma psami to był pikuś. Obecnie psów ma osiem, w tym dwa ważące po 50 kg. Te jadą w bagażniku, reszta kudłatego towarzystwa na tylnej kanapie. Niedługo ruszają na wakacje. – Bagaże chyba wyślę kurierem – śmieje się. 

How deep is your bagażnik? 

– U nas pierwsza była syrenka, a w niej nas pięcioro. Tata się już nie zmieścił, więc jechał obok syrenki junakiem. Bagażnik i dach syrenki wyładowane na maksa. A przy junaku przyczepka, też załadowana po brzegi! I tak gnaliśmy nad morze z zawrotną prędkością – chichocze Katarzyna. 

Romantyczne początki z mężem przeżywała już w erze malucha. – Na trzy tygodnie do Mielna jechaliśmy z wielkim namiotem i patelnią wbijającą się w plecy. Na postojach leżeliśmy na poboczu tyłkami do góry, bo nie mogliśmy już wysiedzieć. 

Kazimierz Kunicki i Tomasz Ławecki w książce "Maluchem do raju. Czym i jak podróżowano w PRL-u" zamieścili przepis na spakowanie malucha autorstwa małżeństwa Pyrków. "Należało wykorzystać każdą wolną przestrzeń, każdy zakamarek. Na bagażnik dachowy wędrowały stolik i krzesełka campingowe, namiot, torba z pościelą, przekładane materacami, śpiworami i ręcznikami, w foliowym, nieprzemakalnym opakowaniu. Wszystko możliwie płasko przytroczone, bo maluch za mały, żeby go wypiętrzać". Z przodu pakowano jedzenie: "Puszki szynki i gulaszu, w termosie masło, w słoikach zatopione w smalcu pieczony schab i cielęcina […] w kuble jaja natarte smalcem i każde owinięte w papier […] kawa inka, słodycze […] zapas cukru i soli".

Fiat 126p (fot. Biuro prasowe Fiata) , Polski Fiat 125p 1967-82 (fot. FSO)

Maluch bagażnik miał maleńki, zaledwie 125-litrowy. Nic dziwnego, że trzeba było część rzeczy mocować na dachu, ale czasem i to nie starczało. A dzisiejsze bagażniki? Te w SUV-ach mogą mieć nawet 800 litrów pojemności. Jeśli nadal się w nich nie mieścicie, możecie odrobinę pocieszać się faktem, że producenci często mijają się z prawdą. Eksperci niemieckiego automobilklubu ADAC zmierzyli, czy pojemność bagażników jest rzeczywiście taka, jak deklarują producenci. Co się okazało? Że rozbieżności dochodzą do 300 litrów. Najmniejsze odnotowano w małych i tańszych autach. Największe – w SUV-ach i vanach. 

Jednak nie przeceniajmy przestrzeni. Ważne są umiejętności w zakresie pakowania, a te najczęściej wynosi się z domu. Anna opisuje, jakim mistrzem pakowania jest jej mąż: – Mamy duży bagażnik (kombi), na wakacje pakujemy się na luzie. Za to na ryby to już samochód jest załadowany po dach. Cztery śpiwory, namiot, poduszki, wędki i cały sprzęt karpiowy, jedzenie, butla gazowa z palnikiem, grill, ubrania, ręczniki, kosmetyki, baniak wody, ponton, łódka zanętowa, dwa fotele turystyczne, stolik, naczynia, sztućce, czajnik, koce… Rodzina 2+2 i od niedawna pies. To jest jak Tetris. 

Ula z kolei, wyszkolona w pakowaniu przez mamę mistrzynię, "jest załamana", gdy patrzy, jak auto pakuje jej mąż. – Nic mu się nie mieści, a mamy SUV-a Peugeota 5008 ze schowkami w podłodze bagażnika. Ja bym zmieściła wszystko i jeszcze trzy razy tyle. Ale ja wykorzystuję wszystkie możliwe miejsca i schowki, na przykład nigdy nie pakuję butów razem, tylko wsadzam je osobno w luki między załadowanymi już pakunkami.  

Sylwia na stałe mieszka w Wielkiej Brytanii. Kiedyś na granicy z Francją - jeszcze przed brexitem - ją i męża zatrzymała kontrola celna. - Mąż odmówił wyjścia z auta, bo się wstydził tego, ile wieziemy. Wyszłam ja. Kiedy otworzyłam bagażnik, okazało się, że tata po cichu upchnął nam jeszcze domowe ciasto, wiejską kurę, a jajka łapałam w locie. Jak Francuzi zobaczyli, co mają kontrolować, puścili nas wolno. (Fot. Shutterstock.com) , Ula, wyszkolona w pakowaniu przez mamę mistrzynię, 'jest załamana', gdy patrzy, jak auto pakuje jej mąż. - Nic mu się nie mieści (Fot. Shutterstock.com)

W 1985 roku Ula pojechała z rodzicami i bratem do Szwajcarii. – Nasz maluch był zapakowany po sufit i jeszcze na dachu. My, dzieci, leżeliśmy z tyłu, bo w nogach były rzeczy. Na granicy w drodze na wakacje celnik kazał rodzicom wszystko wypakować. Zrobili to, przyszedł i powiedział: „Możecie jechać". I znów pakowanie. W sumie cała operacja zajęła trzy godziny. Mama mówi, że do Polski przywieźli trzy razy więcej rzeczy, niż wywieźli. 

Sylwia na stałe mieszka w Wielkiej Brytanii. Kiedyś na granicy z Francją – jeszcze przed brexitem – ją i męża zatrzymała kontrola celna. – Mąż odmówił wyjścia z auta, bo się wstydził tego, ile wieziemy. Wyszłam ja. Kiedy otworzyłam bagażnik, okazało się, że tata po cichu upchnął nam jeszcze domowe ciasto, wiejską kurę, a jajka łapałam w locie. Jak Francuzi zobaczyli, co mają kontrolować, puścili nas wolno. 

Magda nigdy nie zapomni, jak z dachu malucha pędzącego ze stolicy nad morze zaczęły im spadać rzeczy. – Rok 1988, my całą piątką w maluchu – rodzice i trzy córki. Nagle jakiś samochód trąbi i okazuje się, że z toreb na bagażniku zaczęły się wysypywać ubrania taty. Zatrzymał samochód i wyskoczył na jezdnię zbierać zguby. Na szczęście ruch w tamtych czasach był niewielki i nikt po nich nie przejechał. 

Przyczajony kotek, ukryty smartfon 

– Koniecznie napisz o bezpieczeństwie – uczula Małgorzata Mulak, dyrektor zarządzająca sieci serwisów blacharsko-lakiernicznych COMPET. Na co dzień zajmuje się likwidacją szkód powypadkowych i trafia do niej "trochę przykładów ludzkiego braku wyobraźni". – Źle zapakowane rzeczy w samochodzie mogą stanowić śmiertelne zagrożenie. Smartfon przy zderzeniu z prędkością zaledwie 50 km/godz. osiąga masę 10 kg, a mała butelka wody – 60 kg. Nawet długopis może wbić się w ciało jak nóż – mówi. 

Mulak przestrzega też przed nieprawidłowym przewozem czworonogów. – Nieprzypięty mały piesek podczas zderzenia może zabić człowieka, a z niego zostanie marmolada. Zwierzęta mogą się czegoś przestraszyć. Widziałam skutki sytuacji, w której kot, zwykle śpiący w trakcie jazdy, wskoczył nagle na właściciela, co spowodowało wypadek, w którym zginął człowiek. 

Małgorzata Mulak przestrzega też przed nieprawidłowym przewozem czworonogów. - Nieprzypięty mały piesek podczas zderzenia może zabić człowieka, a z niego zostanie marmolada. (Fot. BalkansCat/ Shutterstock.com) , Smartfon przy zderzeniu z prędkością zaledwie 50 km/godz. osiąga masę 10 kg, a mała butelka wody - 60 kg (Fot. Shutterstock.com) , Małgorzata Mulak: - Zwierzęta mogą się czegoś przestraszyć. Widziałam skutki sytuacji, w której kot, zwykle śpiący w trakcie jazdy, wskoczył nagle na właściciela, co spowodowało wypadek, w którym zginął człowiek. (Fot. Shutterstock.com)

Jak zatem zapakować bagażnik zgodnie ze sztuką? Ekspertka: – Najważniejsze jest ułożenie toreb i walizek w bagażniku. Najpierw wkładamy najcięższe rzeczy, jak najniżej i najbliżej siedzeń i ścian, żeby się nie przemieszczały i nie zmieniły środka ciężkości auta. Znam przypadek, gdy niedosunięta do ścianki skrzynka piwa przy zderzeniu wyłamała tylne siedzenie i złamała pasażerowi kręgosłup.  

W autach typu kombi i hatchback nie wolno demontować półki oddzielającej bagażnik i część pasażerską – w chwili zderzenia przedmioty leżące pod sufitem nie zostawią pasażerom szans na przeżycie. Luźne rzeczy muszą być w zamykanych schowkach, a te odpowiadające za bezpieczeństwo – łatwo dostępne. Warto też pamiętać, że im więcej bagażu, tym dłuższa droga hamowania, więc najlepiej jechać wolniej. 

A co z jedzeniem i piciem, po które w czasie długiej jazdy często sięgamy. – Też do bagażnika. Butelka wody albo owoc położone za kierowcą przy ostrym hamowaniu mogą wpaść pod pedał i go zablokować. Elementem higieny jazdy są przerwy co dwie godziny. Wtedy można się napić i zjeść. Naprawdę nietrudno to zaplanować – mówi twardo ekspertka. 

Małgorzata Mulak przestrzega jeszcze przed jednym: wynalazkami dla dzieci takimi jak skracacze pasów i styropianowe podkładki na siedzenia. – Wielu rodziców jak najszybciej chce się pozbyć fotelika z auta, żeby zyskać dodatkowe miejsce. Starsze dzieci też już nie chcą w nich jeździć, wstydzą się.  

Ale nie córka ekspertki, Maja, której fotelik być może uratował życie. Gdy dziewczynka przekroczyła 150 cm wzrostu (to jedyny warunek użycia fotelika ujęty w przepisach o bezpieczeństwie w ruchu drogowym), jadąc z mamą do szkoły, przeżyła poważną kolizję drogową. Na ich codziennej trasie w bok samochodu Małgorzaty uderzył inny pojazd i obrócił go o 180 stopni. Zatrzymały się dopiero po czołowym zderzeniu z kolejnym pojazdem. – Dzięki temu, że Maja jechała w foteliku i miała boczne chronienie głowy, nic jej się nie stało. Miała też dobrze zapięty pas bezpieczeństwa. Na podkładce przebiega on w złym miejscu, więc nie tylko nie chroni, ale w czasie zderzenia może wręcz zrobić dziecku krzywdę: połamać miednicę, uszkodzić organy wewnętrzne – kończy ekspertka. 

A główną przyczynę wypadków na polskich drogach w 2021 roku stanowiły zderzenia boczne. Było ich ponad 32 proc.

*** 

Kiedyś mieściliśmy się do bagażnika malucha, a dziś do SUV-a nie? Może i tak. Ale kiedyś byliśmy na maluchy skazani, a one nie rozwijały takich prędkości jak współczesne auta. Nie myśleliśmy też za dużo o bezpieczeństwie – które dziecko na tylnym siedzeniu jeździło w foteliku albo chociaż zapinało pasy? Kiedyś pięć osób w maluchu, garnki przy silniku i torby pod nogami to była norma. Czasy się po prostu zmieniły. I chyba dobrze.  

Z drugiej strony, jak mówi mi psycholog Małgorzata Osowiecka, im luźniejszy bagażnik czy walizka, tym więcej miejsca na piękne pamiątki z podróży. Albo na nic. Bo im mniej rzeczy, tym więcej przestrzeni na nas i nasze emocje związane z podróżą. Dosłownie i w przenośni. 

Zobacz wideo Czas na urlop! Jak zabezpieczyć na ten czas swoje rośliny? Jak się spakować? Jak przechowywać pieniądze?

* Wykaz strategii regulowania emocji oraz porównanie Polaków i Holendrów pochodzi z badania Magdaleny Marszał-Wiśniewskiej z Instytutu Psychologii PAN i Małgorzaty Fajkowskiej z SWPS.