Rozmowa
Leila Ben Arfi od 35 lat mieszka w Polsce (fot. archiwum prywatne)
Leila Ben Arfi od 35 lat mieszka w Polsce (fot. archiwum prywatne)

Jesteś Polką?

Tunezyjką.

Przeżyłam w Polsce 35 lat. Tu się urodziły i wychowały moje dzieci, tu założyłam firmę. Ale wciąż czuję się Arabką w Europie, i nie mówię tak dlatego, że doświadczyłam tu rasizmu, bo nie doświadczyłam.

Jak się znalazłaś w Polsce?

Przyjechałam na studia. Namówił mnie do tego wuj, który pracował w ambasadzie Tunezji w Warszawie. Większość moich kolegów wyjeżdżała wtedy na studia do Francji, ja też o tym myślałam, zwłaszcza że kiedy ten wuj wypowiadał słowo "Polska", nie miałam pojęcia, o czym mówi. Ale on przekonywał, że tu jest wspaniale.

W 1985 roku?

Tak! Powiedział: "Tu jest inaczej, nauczysz się wielu nowych rzeczy". I w końcu mnie przekonał.

Co zostawiłaś w Tunezji?

Rodzinę: trzy siostry, dwóch braci, rodziców i dziadków.

Moi rodzice pobrali się z rozsądku - mama długo nie ulegała presji i nie pozwalała się zeswatać z kimś bogatym. Czekała na kandydata, który będzie wykształcony, bo chciała mieć wykształcone dzieci. Może dlatego, że sama nie mogła się uczyć.

Rodzice stworzyli nowoczesną rodzinę - pozwalali nam na to, czego tunezyjskie dziewczyny w latach 70. nie mogły robić: nosiłyśmy spodnie i uprawiałyśmy sporty. Co prawda byłam wytykana palcami jako ta, która chodzi na stadiony, ale miałam to gdzieś - cieszyłam się, że mogę robić to, co lubię.

Leila w dniu ślubu (fot. archiwum prywatne)

Przyjechałaś do Polski jako mężatka.

Przed maturą poznałam mojego przyszłego męża. Nie było wtedy koedukacyjnych szkół, dziewczyny oficjalnie nie mogły poznawać chłopaków. Wszystko działo się w ukryciu, żadnych otwartych flirtów, całowania. Zostawały tylko ukradkowe spojrzenia i uśmiechy.

Twój mąż też pochodzi z nowoczesnej rodziny.

Dlatego go chciałam! To była wielka miłość, ale mój tata się na nią nie zgadzał, bał się, że zaprzepaszczę studia. W końcu zrozumieliśmy: żeby być razem, musimy wziąć ślub. Na to rodzice się zgadzali.  

Wesele trwało siedem dni. Chciałam, żeby było tradycyjnie: mamy taki zwyczaj, że zarówno dziewczyna, jak i chłopak przed ślubem nie mogą wykonywać żadnych zabiegów kosmetycznych - mężczyzna się nie goli, kobieta nie depiluje, nie maluje, nie układa włosów, nie może się opalać, musi być tak biała, jak to tylko możliwe. Dopiero trzy dni przed ślubem panna młoda depiluje się woskiem z miodem, cytryną i wodą. Cała, od A do Z. Potem idzie do łaźni, mężczyzna zresztą też. To bardzo zabawne: wcześniej go widzisz, taki paskudny, a tu nagle w dniu wesela - piękny. Goli się, strzyże, wkłada garnitur, szok! Panna młoda błyszczy - ma ciężką suknię ze złota, tatuaże na rękach, we włosach kwiaty. Mówią, że zacofani ludzie cenią takie tradycyjne śluby, ale moim zdaniem te obyczaje mają wielki urok.

Wzięliśmy więc ten tradycyjny ślub, mimo iż oboje byliśmy z nowoczesnych rodzin, a po miesiącu zdecydowaliśmy, że jedziemy do Polski. Na studia. I dopiero wtedy wujek nam powiedział: "Ale słuchajcie, tutaj nic nie ma. Nic! Ani ubrań, ani łyżek, ani widelców". Więc spakowałam posag i ruszyliśmy. Nie było bezpośrednich samolotów, lecieliśmy przez Niemcy. Wrzesień. Zapamiętałam szarość i dziwny zapach.

Jaki?

Wilgoć i zaduch. W Tunezji wszystko jasne, kolorowe. Tu szare. Wszystko. Od budynków przez ubrania do jedzenia. Szarość na amen!

Pojechaliśmy do Łodzi na kurs językowy, płakałam tam przez tydzień. Problem z jedzeniem, wszystko na kartki, upiorne kolejki, niczego nie mogłam kupić, najbardziej brakowało mi mięsa. O owocach i warzywach zapomniałam natychmiast - zakodowałam, że jeśli cokolwiek uda mi się kupić, to tylko podstawowe rzeczy.

Polskiego uczyła nas starsza pani, która słowa nie mówiła w żadnym innym języku. Pokazywała na siebie i mówiła: "Ja jestem Maria". A my na to: "Ja jestem Maria". Nie mieliśmy pojęcia, o co jej chodzi! Na szczęście szybko mnie polubiła, zapraszała do domu, przynosiła truskawki. Po kursie, który trwał dziewięć miesięcy, zaczęliśmy studia w Białymstoku: ja architekturę, mąż medycynę.

Dlaczego Białystok?

Tak doradził nam wuj. Powiedział, że ciężko żyć w Warszawie, a Białystok ma dobre uczelnie i życie tam jest łatwiejsze. Zamieszkaliśmy w akademiku. Któregoś dnia przyszłam do męża i powiedziałam: "Słuchaj, jeśli mamy dobrze żyć w tym kraju, to musimy być dokładnie tacy jak Polacy. Co oni zrobią, to my też".

Czasy studenckie (fot. archiwum prywatne)

I co zrobiłaś najpierw?

Wszystkie swoje ubrania sprzedałam na bazarze - rozeszły się w ciągu kilku minut. Piękne, wielkie, kolorowe swetry robione przez moją mamę, która drżała, że będzie mi zimno. Jak w nich chodziłam, krzyczeli na mnie "żarówka" albo "kolorowa". No, byłam inna, trudno to ukryć. Ale zawsze czułam się wśród kolegów z roku świetnie. I bezpiecznie. Uwielbiali mnie, doceniali. Dla mnie to był raj, bo w Tunezji byłam najbrzydsza, miałam najciemniejszą skórę. A w Polsce - jak królewna.

O co cię pytali koledzy na początku?

Nie wiedzieli, co to jest Tunezja, mylili ją z Tanzanią. No i mieli w głowach coś takiego: "Jak to możliwe, że Arabka przyjeżdża tutaj na studia? Nie siedzi w domu, przy garach, obwiązana od stóp do głów jakąś burką?". Mimo to szybko się zaprzyjaźniliśmy i trzymaliśmy już do końca studiów sztamę.

Chociaż oczywiście na początku mnie podpuszczali.

Raz musieliśmy oddać zadanie z geometrii wykreślnej. Spotkaliśmy się wszyscy w kreślarni w akademiku o 20.00 - każdy miał swoją deskę i rysował. Nagle patrzę na jednego kolegę, taki niski, fajny, miał ksywę Szwejk, i pytam: "Co ty tam robisz?". On wkurzony, bo już prawie północ, a my jeszcze nie skończyliśmy, i mówi: "Zapierdalam kółka!". Pytam go, co to znaczy, a on, że to ładniejsze słowo na "robić", i żebym go użyła na najbliższym egzaminie. Natychmiast zaczęłam uczyć się odmiany: "ja zapierdalam..., ty zapierdalasz..., on...". Z samego rana wracam do domu i chwalę się mężowi, czuję, że wygrywam jakąś konkurencję, bo znam więcej słów niż on. Tłumaczę, co ono znaczy, po czym mówię: "Dobra, powtarzaj: Ja zapierdalam..., ty...". I odmieniamy razem.

Innym razem ryczałam przy nauczycielce, że całą noc robiłam ćwiczenia na zajęcia i teraz tak mnie bolą plecy, że już siły nie mam na poprawki. A jeden kolega potem do mnie: "Leila, nie używaj takich brzydkich słów przy profesorce!". Pytam, które jest brzydkie, a on na to, że "plecy". "Plecy są dużo niżej - mówi - chodzi ci o dupę! Następnym razem mów, że strasznie cię boli dupa". Podziękowałam mu i przy najbliższej okazji mówię: "Naprawdę, całą noc nad tym zadaniem siedziałam, aż mnie boli dupa!". Nie pomogło mi to w kontaktach z nauczycielką, która i tak mnie niezbyt kochała. Ale kolegów uwielbiałam od początku do końca.

Twój mąż nie był zazdrosny?

Nie, koledzy kolegami, a mąż mężem. Mieliśmy pokój małżeński w akademiku, z łazienką. Razem prowadziliśmy życie studenckie. Żeby przypodobać się wszystkim, kupiłam telewizor. Miałam kawę, miałam śmietankę, czekoladę - moje stypendium było wyższe niż pensja nauczycielki z Łodzi, więc mogłam kupować w Peweksach. I dzielić się, to było fajne. Żałuję, że nie zaczęłam inwestować już wtedy.

Ale miałaś żyłkę przedsiębiorcy.

Jeździłam do Czech i sprzedawałam ubrania. Miałam cekiny z Tunezji, przyszywałam je i moje ciuchy schodziły najlepiej. Po czym od razu wydawałam tam pieniądze. W ogóle nie chodziło o nie, zależało mi tylko na tym, żeby być jak inni.

Studia to najpiękniejszy czas. I poziom też był dobry.

Pierwsze targi turystyczne (fot. archiwum prywatne)

Ale po nich chciałaś wracać do swojego kraju.

Skończyło mi się pozwolenie na pobyt. Poza tym wiedziałam, że poziom życia w Tunezji jest wyższy. Urodziłam dziecko i stwierdziłam, że czas wracać. Ale okazało się, że mój dyplom z Białegostoku tam się nie liczy! Wkurzyłam się, że Tunezyjczycy myślą, że u nich poziom wykształcenia jest lepszy. Wiedziałam, że w wypadku medycyny może tak, ale na pewno nie architektury! Polacy mają bardzo dobry zmysł estetyczny, artystycznie są niesamowici, zawsze mi to imponowało.

No więc wróciłam do Polski, ale przeprowadziłam się do Warszawy i zaczęłam robić doktorat na Politechnice. Jednocześnie pracowałam jako architekt - projektowałam biurowe pomieszczenia, najczęściej dla banków.

A potem otworzyłaś biuro turystyczne.

Najpierw pokazałam znajomym ze studiów Tunezję. Zorganizowałam wycieczkę dla 15 architektów. Zamieszkaliśmy w hotelu w Monastyrze, z którego pochodzę. Reszty Tunezji nie znałam, bo młoda dziewczyna nie może sama jeździć po kraju, więc dla mnie ta podróż też była zaskoczeniem! Dodatkowo dyrektor hotelu, w którym mieszkaliśmy, zasugerował mi współpracę. Powiedział: "Fajnie, gdyby ludzie w Polsce zaczęli zwiedzać Tunezję". To był pierwszy krok, zaczęłam myśleć o organizowaniu wycieczek. Pomyślałam, że Polacy w ogóle nie znają Afryki, chciałam, żeby zobaczyli, że w Tunezji żyjemy lepiej niż oni, mamy lepsze hotele, piękne morze, niesamowite jedzenie. Zrezygnowałam z architektury i zaczęłam prowadzić biuro. To był 1990 rok.

Architektura cię nudziła?

Nie, wręcz przeciwnie - uzależniała. Dobrze zarabiałam, przyciągało mnie to jak narkotyk. Nie wracałam do domu, ciągle pracowałam, a miałam przecież rodzinę, małe dziecko.

Wiedziałam, że w turystyce za chwilę konkurencja będzie bardzo duża, do tego zajmują się nią głównie mężczyźni, ale postanowiłam rzucić się na głęboką wodę. Chociaż pewnych rzeczy nie mogłam przeskoczyć: rozmowy biznesowe w tej branży często odbywają się po pracy, na imprezie. Ja nie byłam zapraszana, ze względu na płeć. Zresztą w kulturze arabskiej nie wypada kobiecie brać udziału w takich imprezach, zwłaszcza jeśli jest mężatką.

Przez 10 lat prowadziłam biznes z mężem - on zrezygnował z medycyny i reprezentował firmę na zewnątrz, a ja siedziałam w biurze. W którymś momencie zorientowaliśmy się, że nie mamy już innego tematu do rozmowy - tylko turystyka. No i nigdzie nie mogliśmy jechać razem, zawsze ktoś musiał zostawać w firmie. Aż w końcu on przyjął inną pracę i zostałam sama. Na początku było mi ciężko, ale dałam sobie radę.

Dokąd w latach 90. najczęściej latali Polacy?

Do Egiptu, Tunezji, Turcji i Grecji. Ale ja od początku wiedziałam, że nie chcę iść w masówkę. Zanudziłabym się. Biznes dla mnie to nie tylko zarabianie pieniędzy - chciałam, żeby moje wycieczki były piękne. Od katalogu, przez hotele, które wybierałam, po pomysły na atrakcje w nietypowych miejscach.

fot. archiwum prywatne

Czyli?

Malediwy, Sri Lanka. Jak na tamten czas, zaskakujące kierunki. Wszyscy pukali się w głowę i mówili, że Polaków na to nie stać. A ja wiedziałam, że stać - do tej pory sama nie mogę się nadziwić, ile Polacy potrafią wydać na wakacje. Dla niektórych moich klientów 70 tysięcy złotych za tygodniowy albo 10-dniowy urlop to nie jest zaskakująca kwota. Różnica jest tylko taka, że kiedyś przynosili  pieniądze w reklamówkach, a teraz robią przelewy.

Na pierwszy nietypowy kierunek wpadłam dzięki reklamacji jednego z moich klientów.

Zaspał i spóźnił się na odprawę lotniczą na Okęciu. Kupił bilet na następny lot, ale żalił się na wszystko, a najbardziej żal mu było samego siebie. Zapamiętałam takie zdanie: "Wyglądałem z bagażami jak uciekinier ze Sri Lanki". Natychmiast pomyślałam: Dlaczego nie Sri Lanka? I zaczęłam kombinować, sprawdzać.

A dokąd dziś Polacy latają?

Wciąż do Egiptu, Tunezji, Turcji, Grecji, Bułgarii. To się nie zmienia, te kraje wciąż są na topie. No i sama powiedz, czy to nie jest nudne? Dlatego wolę łączyć różne kierunki, robię na przykład takie trio: Dubaj, Sri Lanka, Malediwy. Chcę też iść w inną stronę - poznawania kultury, doświadczania jej. Jeśli do Indii, to na jogę, medytację. Jeśli do Tajlandii, to na warsztaty kulinarne. Ale to jest trudne, Polak jeszcze nie jest na to gotowy.

Naprawdę? Wydawało mi się, że ludzie są teraz bardzo nastawieni na wydarzenia - oglądanie wielorybów na Lofotach, rowerem po Bangkoku, takie rzeczy.

Tak? A kto tak robi? Ten, kto już dużo widział, zwiedził, najeździł się. I szuka czegoś nowego, zaskakującego, chce uczestniczyć w różnych wydarzeniach.

A na co Polacy najczęściej się skarżą?

Na jedzenie - że codziennie to samo. Że za ostre albo za słodkie. Że nie ma polskich dań. "Gdzie polski akcent?" - pytają. Za mało mięsa albo jest niedobre. A trudno udowodnić, że było dobre, jeśli ktoś się upiera, że niesmaczne. Hotele brzydkie, zaniedbane, brudne, a w nich pokoje malutkie, ciasne, nieposprzątane. Torebka rzekomo ukradziona, a tak naprawdę zostawiona nieopatrznie w lobby. Łóżko dla dziecka za małe. Plaże wypełnione. Leżaki samodzielnie trzeba rozłożyć. Nie ma minigolfa. Albo kasyna. Kreatywność w reklamacjach nie ma granic.

Często dochodzi do sytuacji granicznych. Ktoś załatwia się w basenie - i nie mówię o oddawaniu moczu - a potem robi zdjęcie i wydaje mu się, że ma materiał dowodowy. Ktoś inny fotografuje obdrapane ściany nie wiadomo gdzie i udaje, że taki dostał hotel. Kolejny brudzi pościel i skarży, że taką dostał. Do historii przeszła już reklamacja matki, której córka została rzekomo zapłodniona w basenie. W którym była sama.

Niektórzy myślą, że nie znam polskiego. Ona mówi więc do niego w mojej obecności: "Napisz, że nie dali nam mięsa! Albo że w ogóle nie było tam jedzenia". I on pisze.

Co się teraz najlepiej sprzedaje oprócz Egiptu czy Tunezji?

Malediwy, Zanzibar, Seszele, Mauritius, ale przede wszystkim Emiraty Arabskie. Cztero-, pięciogwiazdkowe hotele w Dubaju.

fot. archiwum prywatne

Co Polak robi w Dubaju?

Ogląda Dubaj! Trwa to dwie minuty, potem siedzi w hotelu. W drugą stronę też jest zainteresowanie, coraz więcej Arabów przyjeżdża do Polski, bardzo ją lubią.

Co najbardziej im się podoba?

Kraków!

Miasta, najlepiej stare, a w nich rozrywki. Shopping. Jadą do Krakowa, potem Zakopane, Auschwitz, bo kochają historię, chcą się czegoś dowiedzieć o świecie, no a potem Warszawa, ewentualnie Trójmiasto.

Pojawił się Flydubai, samoloty są wypełnione, bilety bardzo tanie - jak na ich kieszeń, oczywiście. Za 1700 zł można już kupić lot do Krakowa. Dla porównania: Emirates to 2500, 3000 zł. Więc od dwóch lat mamy istny bum na arabskich turystów!

W Zakopanem są już restauracje stworzone specjalnie dla nich z jedzeniem halal i odpowiednim wystrojem. I sklepy, w których można znaleźć kinkiet - ni to góralski, ni to arabski. Za 4 tysiące złotych.

Arab w polskich górach kocha wiele rzeczy, na czele ze zmianami pogody. Kompletnie nie czuje niebezpieczeństwa w nadchodzącej burzy, po prostu interesuje go deszcz, woda - u siebie tego nie ma. To zresztą nieoceniony widok: kilka młodych kobiet, Arabek, w hidżabach nad Morskim Okiem cieszących się ulewą.

Łatwo może się też przemieścić w dowolne miejsce - wycieczka taksówką do Wiednia, Pragi albo Warszawy nie jest żadnym wydatkiem. Więc lądują w Krakowie, a potem zwiedzają pół Europy.

Oglądałam vlogi Arabów, którzy zwiedzali Kraków i Zakopane. Istna feeria zachwytów!

Brzmi, jakby robili to na zamówienie agencji reklamowej, a oni są naprawdę tymi miejscami zachwyceni! Uważają, że tam jest bezpiecznie i pięknie. Do tego ciągle zaznaczają, że wszystko jest tanie. Pokazują rachunek za pokój: 350 zł - za darmo! Kolejka górska: 23 zł - za darmo! A taki piękny krajobraz! Przywożą swoje herbaty, piją na tarasie i mówią: "Zobaczcie, jakie mam widoki! Czuję się jak u siebie, tylko jestem w zupełnie innym klimacie".

Leila w Maroku (fot. archiwum prywatne)

Niczego nie krytykują?

Absolutnie! W Polsce zachwycają ich nawet barany. Mówią: "Myślicie, że macie u siebie barany?! Spójrzcie tu! Prawdziwa wełna, prawdziwe mięso, to są dopiero barany!". Sama jestem zaskoczona, ale zachwalają jak szaleni.

Dlaczego nie organizujesz dla nich wycieczek?

Mój przyjaciel zajmuje się takimi wycieczkami. Słyszałam o rodzinie, która przyleciała do Polski z Kataru i jedna z ich córek zapomniała swojego ulubionego misia. Natychmiast wykonano telefon do służącego, który z tym misiem przyleciał: służący w klasie ekonomicznej, miś w biznesowej. Na lotnisku okazało się, że miś ma dwa metry wysokości.

Oni chcą luksusu, jak jadą na zakupy, to każdy swoim samochodem albo wręcz autokarem. Wybierają te największe apartamenty, bo chcą mieć poczucie, że są z całą wielką rodziną w jednym domu. Apartamenty to wciąż w Polsce jest nisza - zaczyna się rozkręcać, ale bardzo powoli. Dlatego moim zdaniem nie jesteśmy jeszcze przygotowani na przyjęcie Arabów w dużej liczbie.

A ja zaczynam się starzeć, nie myślę już o rozkręcaniu nowych biznesów!

Co zrobisz, jak przestaniesz pracować?

Wrócę do Tunezji. Cały czas mam zakodowane, że to mój kraj.

I co tam będziesz robić?

Żyć! Jeśli okaże się, że nie mogę wytrzymać bez pracy, coś wymyślę - może jakieś wycieczki dla seniorów? Albo akcje charytatywne? Tunezja to kraj, w którym wciąż brakuje wielu rzeczy. Może będę jak ten w czerwonych spodniach tutaj? Owsiak! Będę Owsiakiem w Tunezji.

Leila Ben Arfi . Tunezyjka, od 35 lat mieszka w Polsce. Prowadzi biuro podróży Best Reisen. Z wykształcenia architekt. Ma 57 lat.

Marta Szarejko . Dziennikarka. Publikowała w "Dużym Formacie", "Kulturze Miasta", "Nowych Książkach", "op. cit.", "Bluszczu", "Chimerze", "Pani", "Elle". Autorka książki o bezdomnych "Nie ma o czym mówić" (2010), za którą została nominowana do Literackiej Nagrody Angelus, zbioru reportaży "Zaduch" (2015), książki " "Seksuolożki. Sekrety gabinetów" (2019, wyd. Znak), współautorka zbioru "Odwaga jest kobietą" (2014). Jest stypendystką Fundacji Herodot imienia Ryszarda Kapuścińskiego.