Podróże
Osobne wyjazdy to dla niektórych oderwanie od rutyny, od siebie i od rodziny (fot. Shutterstock)
Osobne wyjazdy to dla niektórych oderwanie od rutyny, od siebie i od rodziny (fot. Shutterstock)

Razem 18 lat, 14 po ślubie. Dwójka dzieci, jeszcze trochę brakuje im do pełnoletności. Michał i Alicja wypracowali sobie wyjazdowe kompromisy, które co roku próbują wpleść w układankę urlopów, szkolnych wakacji i planów znajomych.

Wyjeżdżamy, żeby odpocząć, w różnych konfiguracjach. Razem jeździmy na weekendowe wypady – dla dobra relacji. Ale odpoczywamy też osobno, czasem zabierając na takie wyjazdy dzieci. Organizujemy też rodzinne urlopy, we czwórkę – wylicza Alicja. – Ostatnio byłam z moją przyjaciółką na wyjeździe z w sumie piątką dzieci, bez naszych partnerów. I było cudownie. Śmiałyśmy się, że przydałby się nam zaradny asystent, żeby postał w kolejce po jedzenie, popilnował dzieci przed sklepem, pomógł z noszeniem bambetli na plażę. Takie przedłużenie nas samych, a nie kolejna osoba decyzyjna, która zaburza ewentualną jednomyślność rodzicielską.

Osobne wyjazdy Alicja uzasadnia prosto: oderwanie od rutyny, od siebie i od rodziny. To jest czas, w który i ona, i jej mąż mogą robić to, na co mają ochotę. I docenić siebie.

Na moich samodzielnych wypadach daję sobie prawo nie myśleć o rodzinie, nie dzwonić i nie kontrolować – wyjaśnia. – Jak dzieci pójdą spać o 23 z nieumytymi zębami, to świat się nie skończy. Mamy z mężem oprócz wspólnych różne zainteresowania i na siłę się w nie nigdy nie ciągnęliśmy. Mamy też znajomych, do których niespecjalnie obydwoje czujemy miętę, i spotykamy się z nimi osobno. Nie jesteśmy organizmem symbiotycznym: on chodzi sam na imprezy, na których wiem, że będę się źle czuła. Ja chodzę sama na filmy i sztuki, które jego nie interesują. Ufam mu, a on – mam nadzieję – ufa mi. Zresztą moją największą fantazją na samodzielnych wyjazdach – a mam na koncie wiele służbowych – jest: wyspać się, najeść, poczytać, pooglądać seriale i nie musieć z nikim rozmawiać. 

Z kolei w czerwcu, kiedy samodzielny wyjazd Michała na tydzień był zagrożony, Alicja była zrozpaczona. Tak samo jak on. – Bo też potrzebowałam odzyskać po pandemii swoją przestrzeń – mówi.

Na moich samodzielnych wypadach daję sobie prawo nie myśleć o rodzinie, nie dzwonić i nie kontrolować (fot. Shutterstock)

Raz w roku zostawia męża zupełnie samego na dwa tygodnie. Zabiera wtedy dzieci do swojej mamy, a Michał ma czas i przestrzeń tylko dla siebie.

Moja rodzina uważa, że ja daję w tym układzie więcej, co poniekąd jest prawdą. Ale z drugiej strony dzieci grzeczniej się zachowują, jak jest z nimi jeden rodzic – nie wiem, z czego to wynika. Więc tak, jest to z mojej strony poświęcenie w zgodzie z patriarchalnym duchem, ale mam potem kartę przetargową męczennicy w małżeńskich potyczkach – dodaje ze śmiechem Alicja.

Co kilka miesięcy zdarzają się dwutygodniowe wyjazdy całej rodziny. Wtedy jest nerwowo, ale według Alicji to standard, bo przy obydwojgu rodzicach dzieci się kłócą bez względu na scenerię i czas. Wakacji z nimi nie traktuje jako odpoczynku.

Kłopot z liczbami

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w 2020 roku mieszkańcy Polski odbyli łącznie 53 mln podróży z co najmniej jednym noclegiem. 

I w tym miejscu powinna się znaleźć informacja, jaki procent tych podróży to samodzielne wyjazdy – bez partnerów, żon, mężów. Niestety, dane z instytucji prowadzących badania z zakresu turystyki są w wielu przypadkach niepełne: z małą liczbą osób ankietowanych, nieporównywalne. Liczby często się wahają. W różnych badaniach z tego samego roku rozbieżności mogą wynieść nawet kilkadziesiąt procent. Z powodu niekompletnych danych nie da się określić, ilu Polaków będących w związkach woli na wakacje lub choćby na długi weekend pojechać solo czy z przyjaciółmi. A skoro nie ma wiarygodnych liczb, skupmy się na historiach bohaterów, którzy przez miesiące bądź lata wypracowywali wyjazdowe kompromisy.

Zwyczaj wyniesiony z domu

Magda podróżuje raczej z mężem. Raczej, bo razem jeżdżą na "główne", czyli te najdłuższe urlopy, zwykle dalekie wycieczki w ciepłe miejsca. Ale czasem potrzebują od siebie odpocząć.

Od lat dwa razy w roku wyjeżdżam sama na festiwale filmowe. Oglądam filmy, spotykam się ze znajomymi, jestem sobie żaglem, sterem i okrętem – opowiada Magda. – Mój partner za to wyrusza na męskie wyjazdy. Jeszcze kilka lat temu trwały tydzień, a nawet dwa. Teraz, kiedy wszyscy znajomi mają dzieci i trudno jest wygospodarować więcej czasu, muszą wystarczyć dwa–trzy dni. Nie pytamy się o zgodę, informujemy się o terminach i sprawdzamy w kalendarzach, czy druga osoba może w tym czasie na cały etat zająć się dzieckiem.

Uważa, że takie nastawienie obydwoje wynieśli z domów. Plany wakacyjne rodziców Magdy z reguły nie sięgały dalej niż działka, więc jeśli chciała jechać gdzieś indziej, musiała sama to sobie zorganizować. A jej teściowa z kolei pewnego dnia oznajmiła, że wyjeżdża w pojedynkę i nie będzie pytała nikogo o zdanie. Domownicy przyjęli to jako fakt. – Tu nie było awantur, a raczej ulga. Że teściowa przestała ciągać męża ze sobą i dała mu święty spokój. On może spotkać się z kolegami, obejrzeć mecz, a ona pozwiedzać Ateny w tym czasie. Od jej pierwszego samodzielnego wyjazdu nikt się nad tym nie zastanawiał. To przyszło bardzo naturalnie – wyjaśnia Magda.

Od lat Magda dwa razy w roku wyjeżdża sama na festiwale filmowe (fot. Shutterstock)

Gdy dopytuję, czy tak pozytywne nastawienie do urlopów w pojedynkę Magda i jej mąż mieli od początku ich 10-letniego związku, mówi, że od kiedy pamięta, wręcz się do nich wzajemnie zachęcają. Ale na wspólnych urlopach też dobrze się dogadują, bo oboje lubią zarówno zwiedzanie, jak i leżakowanie z drinkami.

Krok w inną stronę

Małżeństwo jest od tego, by jednak razem iść przez życie. Nie mieszkamy przecież w dwóch osobnych domach, nie dzielimy lodówki na pół. Czemu mielibyśmy osobno podróżować? – pyta Igor, który jest ze swoją żoną od ponad ćwierć wieku.

Nie ma oporów przed tym, by wyjechała z przyjaciółką na Bliski Wschód na tydzień, ale z samotnym wyjazdem gdziekolwiek już by się nie pogodził. – To są niuanse. Tak jak jedzenie osobno posiłków. Drobny krok, który może sprawić, że zaczniemy się rozchodzić w różne strony.

Na pytanie, dlaczego samotny wyjazd jest krokiem w stronę może nawet rozwodu, ale podróż z przyjaciółkami już nie, Igor odpowiada, że w takich sytuacjach ważny jest kontekst.

Z kumplami na wyjazdach przez tydzień oglądamy "Simpsonów", robimy koszmarnie nieodpowiednie żarty i jemy fast foody. Moja żona by się zamęczyła. Jak raz pojechała z nami dziewczyna kolegi, bo bardzo nalegała, to przez tydzień tylko przewracała oczami. To jest czas, który spędzamy ze znajomymi. Ale wyjazd samotny na taki okres byłby dla mnie ciężki do zniesienia – miałbym poczucie, że druga osoba próbuje ode mnie uciec, odizolować się. Nie po to jest rodzina, żeby szukać ucieczki – podsumowuje.

Kompromisem według Igora może być system, który wypracował razem z żoną i dziećmi – każdego dnia wyjazdu inna osoba ustala, co będą robić przez cały dzień. I tak raz jadą na wycieczkę rowerową, a dzień później do aquaparku. W ten sposób każdy ma dostać jeden dzień tego, co chciałby robić najbardziej. W cenie trzech dni, podczas których trzeba robić to, co inne osoby lubią najbardziej.

Najważniejsza jest rozmowa

O tym, czy samodzielne wyjazdy są faktycznie krokiem w stronę rozstania, mówi doktor nauk społecznych i psycholożka Iwona Tyrna-Łojek: Wyjazdy w pojedynkę mogą być bardzo pozytywne dla związku. Spójrzmy na hobbystów, na przykład zajmujących się łowieniem ryb czy wspinaczką wysokogórską, których partnerzy nie mają doświadczenia, chęci czy umiejętności, by im towarzyszyć. Dlatego wyjeżdżają sami, ewentualnie z przyjaciółmi, którzy podzielają ich pasję. Ale zawsze jest to ustalone z partnerem, zawierany jest kompromis. Wyjeżdżając bez drugiej połówki warto też pamiętać o pisaniu smsów, wysyłaniu zdjęć, filmów i dzwonieniu. Wówczas druga strona nie czuje się odrzucona.

Kwestia tego, w którym momencie na przykład samotne weekendy zaczynają być w rzeczywistości ucieczką od związku, to zupełnie inny temat. Pojawiają się wtedy sygnały takie jak niepewne, mętne tłumaczenia, nagłe wyjazdy bez konsultacji czy brak wcześniejszych rozmów na temat potrzeb obu osób. – Albo zdanie: "Dajmy sobie spokój, odpocznijmy od siebie" – dodaje psycholożka. – Takie sytuacje zdarzają się na przykład, gdy para zbyt szybko podejmuje decyzję o wspólnym zamieszkaniu. Po pewnym czasie może nastąpić zmęczenie obecnością drugiej osoby i mogą się zacząć ucieczki w samotne wyjazdy. Związek oczywiście da się uratować, ale trzeba rozmawiać. Każdy człowiek jest inny, każdy ma swoje potrzeby, oczekiwania, pasje. Na początku, w okresie wielkiego zadurzenia, zdarza się te elementy odrzucać, ignorować. Ale po pewnym czasie to wraca. I rozmowa, kompromis, powiedzenie, co jest dla mnie ważne, są kluczowe.

Wyjazdy w pojedynkę mogą być bardzo pozytywne dla związku (fot. Shutterstock)

Sama ze sobą

Marcelina, która z Kasią jest od pięciu lat, opowiada: – Lubimy jeździć w te same miejsca, ale robić różne rzeczy. Zawsze musiałam ją długo namawiać, żeby cokolwiek zobaczyć, bo nie lubi już samego planowania, a co dopiero wycieczek. Ja potrzebuję samotnych podróży, by swobodnie odetchnąć. To nie tak, że w związku jest mi źle, po prostu dla mnie jest ważne, żeby pielęgnować relację z samą sobą. Przed pandemią tę moją potrzebę zaspokajały podróże służbowe. Robiłam tylko to, co chciałam. Pamiętam świetny wyjazd do Szwajcarii, na którym byłam zupełnie sama, bez żadnych znajomych. I to było cudowne. Wszystko zaplanowano z góry, a ja niesamowicie wypoczęłam.

Marcelina podkreśla, że we wszystkim trzeba znaleźć złoty środek. Dziewczyna, z którą była wcześniej w związku, chciała samotnie jeździć wszędzie, co ją bolało. Teraz, w relacji z Kasią, stara się organizować raz na jakiś czas wspólne wyjazdy – takie, na których wypracowują wakacyjne kompromisy.

Jak kogoś kochasz, to chcesz się z nim dzielić różnymi fajnymi wrażeniami. Chcesz, żeby ta osoba widziała to co ty, żeby dzieliła z tobą przeżycia. Szczególnie jeśli są to wielkie, dalekie podróże – wyjaśnia. – Ale mam też znajomych, którzy jeżdżą osobno, bo mają oddzielne budżety. I czasem jednej osoby nie stać na wymarzoną podróż drugiej. Dla nich taki układ jest w porządku.

Innym argumentem przemawiającym za samotnymi podróżami jest posiadanie zwierząt. Nie wszyscy mają rodzinę gotową na przyjęcie "szczekaczy" pod swój dach na dwa tygodnie, a koszt petsittera, szczególnie w dużych miastach, jest często tak wysoki, jak zabranie dodatkowej osoby na wyjazd.

– Gdy jedziemy gdzieś tylko na weekend, to czasem zostawiamy nasze koty na półtora dnia z pełnymi miskami – opowiada Marcelina. – Ale jeśli to dłużej niż dwa dni, ktoś musi do nich przyjść. A przy dwóch tygodniach – mieszkać z nimi. Mamy sprawdzoną petsitterkę, z którą przetestowałyśmy dłuższe i krótsze wyjazdy, wszystko jest dogadane zawczasu. I nasza pani jest świetna, mega sobie poradziła, jak jeden z kotów się rozchorował. Ale płacimy 50 zł za każdą wizytę. Ostatnio miałyśmy dużo szczęścia – pojechałyśmy w podróż dlatego, że okazało się, iż moja przyjaciółka może się na ten czas wprowadzić do mieszkania i zająć zwierzakami. Ale są sytuacje, w których jedna z nas musi zostać ze zwierzętami w domu, by druga mogła odpocząć.

Dwie noce, czyli kompromis

Andrzej i Julia są w związku od ponad roku. I od mniej więcej takiego czasu prowadzą dyskusje na temat samotnych podróży. – Nie mogę zabronić jej żadnego wyjazdu, ale przy każdym dłuższym niż dwa dni bardzo się o nią martwię – mówi Andrzej. – Jest w trasie zupełnie sama. Ciężko mi zrozumieć, czy ze mną ten wyjazd byłby gorszy?

Andrzej przekonuje, że podczas podróży zawsze można się rozdzielić na jeden, dwa dni i spędzić ten czas samotnie, mając jednocześnie partnera wystarczająco blisko, by mógł zareagować w odpowiednim momencie, gdyby coś się stało. Według jego partnerki tak wygląda teoria – a w praktyce ten pomysł nieco rozmija się z rzeczywistością.

Przede wszystkim takie deklaracje często padają przed wyjazdem, kiedy wszyscy są w bezpiecznym, znanym terenie. W obcych miastach czy parkach narodowych pomysł rozdzielenia się nagle staje się dużo mniej popularny, a znajomi potrafią szybko zmienić zdanie. Zaczyna się obrażanie, dyskutowanie, problemy, których miało nie być. Ta zasada działa także wtedy, gdy jedzie się w parze – wyjaśnia Julia.

Najczęściej na samotne wycieczki jeździ do miast, które zupełnie nie interesują Andrzeja, lub na wymagające fizycznie wyprawy, na przykład wielokilometrowe piesze szlaki. – Osoba, z którą jadę, musi mieć podobną formę jak ja i być doskonale świadoma tego, gdzie są jej granice. Andrzej nie lubi długich trekkingów, a z dziewczynami ciężko jest nam się dobrać pod względem sprawności. Jeśli wchodzę z kimś na szlak, to musimy też zejść z niego razem. To podstawa bezpieczeństwa. A jeśli ktoś źle ocenia swoje siły, nie jest przygotowany, naraża siebie, mnie i skutecznie niweluje całą przyjemność z takiej podróży.

Julia samotnie podróżowała także na inne kontynenty. Najdłużej sama była w Azji, prawie dwa tygodnie, ale to było, zanim się związała z Andrzejem. On lubi samotną wspinaczkę, ale jego wyprawy nie trwają dłużej niż dwie noce. Od kiedy Andrzej i Julia są razem, nie wyjeżdżają na samotne wyjazdy dłuższe niż 48 godzin. Jak mówią, to forma kompromisu.

Dwa tygodnie na oddech

– Moja mama nie jeździła nigdzie sama. Miała problem, by wybrać się bez taty nawet do sklepu – opowiada Kaja. – Dalej żyje w przekonaniu, że jeśli podróżować, to tylko razem. Ma to bardzo głęboko zakodowane. I każdy mój samodzielny wyjazd ją szokuje.

Kaja ze swoim partnerem jest już od 15 lat. I niezmiennie uważa, że to, że jest z kimś w związku, nie znaczy, że ma obowiązek robić z tą osobą wszystko i mieć ochotę na te same rzeczy. – Partnerowi zawsze mówię na do widzenia: "Zobaczysz, poznasz ludzi". I: "Papa, baw się dobrze". Od początku nie było z tym żadnego problemu. To oczywiste, że sobie ufamy, dajemy sobie przestrzeń do swoich zajawek i zainteresowań. Nie było zakazów i zazdrości.

Kilka lat temu zaczęła go namawiać, by oprócz wyjazdów we dwoje zaczął też jeździć ze swoją mamą. Była wtedy już po siedemdziesiątce, zawsze chciała podróżować, ale nie miała takich możliwości. A Kai z kolei trudno było wytrzymać z nią więcej niż kilka dni w jednym hotelu. – A on jechał z nią i w te miejsca, w których byliśmy, i w zupełnie nowe. Przed śmiercią zobaczyła Cypr, Egipt, Grecję. I wracała z tych wyjazdów bardzo szczęśliwa. Ja też się cieszyłam, bo mogłam odetchnąć, pobyć ze sobą, spotkać się w pojedynkę ze znajomymi i decydować o wszystkim. Taka wolność na dwa tygodnie, nawet tylko w domu, jest cudowna. A teściowa zdążyła zobaczyć wiele pięknych miejsc, zanim odeszła.

Agata Porażka. Dziennikarka weekendowego magazynu Gazeta.pl, wcześniej pisała dla Wirtualnej Polski. Twórczyni cyklu Zagrajmy w Zielone, który skupia się na tym, co powinniśmy zrobić, by zamiast niszczyć, dbać o planetę. Interesują ją tematy związane z górami, środowiskiem i problemami współczesnego świata.