Pięć miesięcy na statku, dwa miesiące wolnego. Dziewięć dni rejsu, a potem wymiana pasażerów. Magdalena od 15 lat pracuje na statkach pasażerskich. "Przygoda" zaczęła się przypadkiem. Na wysłanie zgłoszenia namówił ją znajomy.
– Praca na statku wciąga jak narkotyk. Albo się to kocha, albo się tego nie znosi. Nie ma absolutnie nic pośrodku – mówi bez wahania.
Dziś przyznaje, że ten wybór zapewnia jej dobre życie. – Przez pięć miesięcy intensywnie pracuję, a potem mam dwa miesiące pełnych wakacji. To trudna, wymagająca praca, ale odpadają codzienne dojazdy, koszty zakwaterowania i wyżywienia. A przy okazji można zobaczyć kawał świata. Byłam w miejscach, o których nawet nie marzyłam – opowiada.
Magda pracuje jako butler na dwunastopiętrowym, luksusowym statku wycieczkowym. – Jestem osobistym opiekunem gości – kamerdynerem. Przez cały rejs zajmuję się nimi kompleksowo: rezerwuję stoliki w restauracjach, organizuję wycieczki, serwuję posiłki, spełniam ich życzenia. W czasie jednego rejsu mam pod opieką kilku gości. Muszę poznać ich nawyki i sprawić, by czuli się jak w domu. Obsługa musi być na najwyższym poziomie – podkreśla.
Jak w wojsku
Życie na statku toczy się według ściśle określonych zasad. – Trochę jak w wojsku. Ale te zasady są po to, by zapewnić bezpieczeństwo. Co tydzień mamy odpowiednie szkolenia – każdy z nas ma przypisaną konkretną rolę na wypadek sytuacji awaryjnej – tłumaczy.
Tak samo jest podczas trudnych warunków atmosferycznych. – Przeżyłam kilka sztormów, ale przyzwyczaiłam się do tego uczucia. Niezależnie od pogody pracujemy zgodnie z harmonogramem. Jasne, że wtedy jestem bardziej zmęczona, bo muszę włożyć więcej siły w wykonywanie obowiązków, ale standard usług musi pozostać niezmienny – zaznacza.
Podczas kontraktu Magda nie ma wolnych weekendów. Zmiana trwa 10 godzin, ale ze względu na system rotacyjny każdego dnia jest kilka godzin wolnego. Za to po dwumiesięcznej przerwie potrzeba kilku dni, by znów złapać rytm. – Ale ta praca wchodzi w krew – zaznacza.
Dlatego uważa, że odnalezienie się w życiu na lądzie na dłuższą metę byłoby sporym wyzwaniem. Ale wie też, że nie chce spędzić całego życia na morzu. – Praca na statku ma wiele plusów, ale za kilka lat chciałabym ułożyć sobie życie na lądzie. Trzeba wiedzieć, czego się chce – podkreśla.
Codzienność na statku
Anna doskonale wiedziała, czego chce. Z zawodu jest operatorką kamery. Wcześniej pracowała dla stacji telewizyjnych w Polsce, ale szukała możliwości pracy w międzynarodowym środowisku. I znalazła – niespełna rok temu na stanowisku camera video technican na statku wycieczkowym.
– Początkowo brzmiało to trochę surrealistycznie: statek i telewizja? Jak to w ogóle działa? Poznałam jednak zasady, rutynę i odnalazłam się jak nigdzie indziej – mówi.
Statek, na którym pływa, to 16-piętrowy kolos o długości około 300 m.
– Znajduje się na nim 17 restauracji, kasyno, spa z widokiem na ocean, przedszkole, siłownia, baseny, ogromny teatr na tysiąc osób, studio dla mniejszych show. Moim zadaniem jest rejestracja i transmisja wydarzeń z teatru i studia – opowiada. Pracuje od 8 do 10 godzin dziennie, bez dni wolnych. – Grafik jest elastyczny: praca zaczyna się po południu, więc przed południem, kiedy statek jest w porcie, mogę zejść na ląd. To ogromny przywilej – mówi.
Za równie cenny uznaje kontakt z ludźmi z całego świata. – Jednego dnia płyniesz obok norweskich fiordów, drugiego tańczysz salsę z kucharzem z Filipin o zachodzie słońca. Ale najpiękniejsze są relacje z załogą – oni stają się twoją rodziną.
Bo nikt nie zrozumie członka załogi lepiej niż inny członek załogi.
– Przyświeca nam zasada: one crew, one family [jedna załoga, jedna rodzina – przyp. red.]. Życie na statku zmienia człowieka na zawsze. Uczy wyrozumiałości, otwartości, dystansu do siebie i świata – opowiada.
Anna pracuje na statku, który uchodzi za wyjątkowo przyjazny załodze. Mają własną siłownię, bar, bibliotekę, fryzjera, strefy rekreacyjne i własne pokłady. – Żyjemy pod powierzchnią. Korytarze mają nazwy ulic, kabiny są numerowane jak domy. Obowiązują nas surowe zasady: po 2.00 w nocy nie można przebywać w strefie gości, dostęp do restauracji wymaga pisemnego wniosku. Mamy zakaz uprawiania hazardu, korzystania z alkoholu i używek, za złamanie którego grozi natychmiastowe zwolnienie – mówi.
Na statku znajduje się szpital, wszyscy członkowie załogi są ubezpieczeni i mogą liczyć na pomoc także na lądzie. – Normy kulturowe i religijne są szanowane. W strefie załogi można być sobą – bez względu na orientację, wyznanie czy tożsamość – podkreśla.
Życie, które prowadzi, to jak mówi, mieszanka rutyny i chaosu. Codzienność to bieg, tłum i hałas, którym towarzyszy życzliwość, ale niekiedy – oczywiście – i konflikty. – To nie są łatwe momenty. Tam nie da się po prostu unikać problemów – mieszkasz i pracujesz z tymi samymi ludźmi, widujecie się każdego dnia. Ale łatwo też o przyjaźnie, jeśli jest się otwartym – podkreśla.
A do pracy na statku, jak przyznaje Anna, jest to niezbędne. – Bycie introwertykiem może być w takich okolicznościach wyzwaniem. Brak prywatności, plotki, mieszkanie w tak ciasnej kabinie, że trudno się zmieścić. Brak dostępu do światła dziennego, rozłąka z bliskimi – święta i urodziny na statku bolą – wyjaśnia. – Z rzeczy bardziej przyziemnych: brak ulubionych kosmetyków, twarda woda czy fakt, że nie wszystko można łatwo kupić. Do tego cotygodniowe ćwiczenia ewakuacyjne i alarmy – nadal nie mogę się do nich przyzwyczaić – zaznacza. – Z drugiej strony kiedy wracasz na ląd, świat wydaje się nierealny, brakuje rutyny.
Mimo wszystkich niedogodności Anna nie zamieniłaby swojej pracy na żadną inną.
– Świadomość, że jesteś częścią czegoś większego, wyjątkowego, co porusza się po morzach i oceanach, jest bezcenna. Każdy dzień na morzu uczy mnie czegoś nowego. I chyba właśnie to lubię najbardziej – zapewnia.
Akrobata na statku i zakaz oglądania "Titanica"
Kamil pracuje jako akrobata na statku wycieczkowym. Za nim sześcioipółmiesięczny rejs, we wrześniu znów wchodzi na pokład. Próby zaczyna już w sierpniu.
Zanim jednak rozpoczął tę pracę, przez dwa lata intensywnie się do niej przygotowywał.
– Znajomy akrobata zabrał mnie kiedyś na rejs. Zobaczyłem, jak wygląda ta praca, i pomyślałem: też tak chcę – wspomina. – Byłem już akrobatą, ale musiałem się wyspecjalizować w akrobatyce powietrznej, żeby móc ubiegać się o kontrakt – tłumaczy.
W końcu trafił na ogłoszenie na Facebooku. Zgłosił się i okazało się, że spełnia wszystkie wymagania.
Przed rejsem czekał go miesiąc prób w Turcji. Przygotowywali show, który na pokładzie grali trzy razy w tygodniu – o 18.30 i 21.30. Każde wystąpienie trwało pół godziny. – Do tego próby, charakteryzacja, codzienne treningi – opowiada.
Rejs trwał tydzień – od punktu A do punktu A – a codziennie statek cumował w innym porcie. – W dni bez występów zwiedzałem. W tej pracy naprawdę można zobaczyć kawał świata, to nie jest żadna bujda – mówi.
Włochy, Hiszpania, Marsylia – tam dotarł podczas poprzedniego rejsu. Wycieczkowiec, na który wchodzi we wrześniu, będzie cumował w portach Afryki, a końcowy przystanek to Dubaj.
– Na statku nie da się nudzić – zapewnia Kamil. – Załoga to około 1500 osób z całego świata. Spędza się czas razem: rozmowy, imprezy wieczorami. Ja w wolnym czasie nagrywałem tiktoki na moje konto – przyznaje.
"Korpo, w którym mieszkasz"
Jako akrobata miał swoją kabinę – przywilej zarezerwowany dla oficerów, kierowników, akrobatów i kilku piosenkarzy.
– Kabina była bez okna i do tego trudno się przyzwyczaić. Wstawałem o ósmej-dziewiątej, a tam zupełna ciemność. Z czasem było coraz trudniej. Pod koniec kontraktu wstanie rano i normalne funkcjonowanie było naprawdę ogromnym wysiłkiem – podkreśla.
Kamil przyznaje, że na statku trudno o regenerację. – Na początku rejsu jest ekscytacja, ale po trzecim miesiącu człowiek zaczyna się męczyć ciągłym dostosowywaniem się do zasad i nieustannym byciem z ludźmi. Po czwartym odczuwa już wyraźne zmęczenie – wyjaśnia.
A zasad wcale nie jest mało. – Jak w korpo, tylko że w tym korpo mieszkasz. Trzeba zawsze wrócić godzinę przed wypłynięciem statku z portu. Trzeba stawić się na scenie godzinę przed show – punktualność to podstawa. Trzeba zachowywać się zawsze kulturalnie, zgodnie z normami społecznymi. Zdarzają się wyrywkowe testy na alkohol i narkotyki. Musisz znać swoje miejsce w hierarchii, stosować się do reguł, nie wykłócać się. Te ograniczenia nie są bez powodu, mają trzymać ludzi w ryzach, żeby nie doszło do anarchii – tłumaczy.
Są też zasady, które trudno zrozumieć. – Na przykład zakaz oglądania "Titanica". Kiedy ze znajomymi chcieliśmy wynająć salę kinową i padła propozycja, żeby obejrzeć "Titanica", dostaliśmy zakaz. I to nie był żart – opowiada.
Wyzwaniem bywają też warunki atmosferyczne. – Jednego dnia nie mogliśmy dobić do brzegu przez pogodę – fale naprawdę były potężne. Przez osiem godzin statek tylko krążył. Moje zaplanowane na tamten dzień show odbyło się normalnie, ale bujało tak, że trudno opisać. To jest dużo bardziej niebezpieczne – wykonuję dużo ewolucji, a bywało tak, że skakałem, a statek "uciekał" mi spod nóg. Kiedy jestem sześć metrów nad ziemią, naprawdę czuję wszystko, co się dzieje ze statkiem. To ogromne utrudnienie. Na szczęście udało się bezpiecznie skończyć spektakl.
Mimo tych trudnych momentów Kamil bardzo docenia swoją pracę. – Bardzo lubię występować przed publicznością. Robiłem to wcześniej w różnych formach: w teatrach, parkach rozrywki. Kocham być na scenie. Show, które przygotowywaliśmy na statku, było bardzo satysfakcjonujące – tancerze, piosenkarze, piękna muzyka. I oklaski, które zawsze miło usłyszeć.
Lekcja cierpliwości
Do pracy na statku trzeba mieć towarzyską naturę – powtarzają moi rozmówcy. Ale potrzebne jest jeszcze jedno.
– Twardy charakter – podkreśla Sandra Świerczek. – Musisz być stanowcza, opanowana, pewna siebie, odpowiedzialna i empatyczna. Bez odporności na stres i krytykę ani rusz – mówi. – Tak samo jak bez umiejętności adaptacji.
Na swój pierwszy statek weszła w maju 2019 roku. O możliwości pracy na wodzie dowiedziała się od znajomej. W planach miała rozpoczęcie studiów, ale po przemyśleniu wszystkich "za" i "przeciw" postanowiła wysłać CV. – Uznałam, że praca na statku to świetna okazja, by zaoszczędzić pieniądze na przyszłą edukację, zwiedzić Europę i poznać ludzi z różnych krajów i kontynentów. A studia przecież nie uciekną – opowiada.
Rekrutację przeszła niemal błyskawicznie. – Podczas rozmowy pytano mnie o umiejętności, doświadczenie zawodowe, znajomość języków obcych oraz moje mocne i słabe strony. Finalnie zostałam zatrudniona na stanowisku barwaitress na statku śródlądowym – wyjaśnia. Do jej obowiązków należało przyjmowanie i obsługa zamówień gości, utrzymywanie porządku w barze, obsługa płatności, przygotowywanie eventów i raz w tygodniu – pomoc przy dostawach.
– Sezon, w zależności od firmy, trwa od 9 do 11 miesięcy. Po przepracowaniu pierwszego awansowałam na stanowisko barkeepera, czyli szefowej baru. Oprócz przygotowywania koktajli i ogarniania baru zarządzałam zespołem. Układałam grafik, musiałam dbać o komunikację, motywować pracowników – wymienia.
Rozwiązywała też konflikty, których nie brakowało. – Najczęstsze to te, kiedy współpracownicy wytykają sobie nawzajem potknięcia i pomyłki, zamiast okazać wyrozumiałość i ewentualnie pomóc. Zdarza się też, że jeden pracownik obgaduje drugiego za plecami, wymyśla historie, mówi kłamstwa – opowiada. – To zawsze największe wyzwanie. Trzeba wykazywać się dużą tolerancją, profesjonalizmem i wysoką kulturą osobistą – podkreśla.
Praca na wodzie to również – jak twierdzi – lekcja ogromnej cierpliwości. – Przez cały rejs jest się wśród ludzi – załogi i pasażerów. Nawet w kajucie, która zwykle jest dwuosobowa, z łazienką i piętrowym łóżkiem. Parę razy trafiłam na współlokatorki, które robiły bałagan albo używały moich rzeczy. Na statku praktycznie nie ma prywatności – zaznacza.
Co jest atutem tej pracy? Zarobki. Na początku Sandra dostawała około 2000 euro miesięcznie, a po kilku latach – 3500 euro. I praktycznie wszystko można odłożyć, bo załoga statku nie płaci za zakwaterowanie, wyżywienie ani transport na statek i z powrotem.
– Co więcej, bez wydawania pieniędzy można zwiedzić mnóstwo miejsc. Nie trzeba gotować, bo dla całej załogi posiłki przygotowują kucharze. Można nauczyć się języków i poznać naprawdę ciekawych ludzi – zapewnia.
Ale praca na statku ma też swoje minusy. – Przebywasz z ludźmi, z którymi czasem po prostu nie chcesz być. Pracuje się wiele godzin, często bez dni wolnych. Na początku uwielbiałam to zajęcie, ale z czasem zaczęłam dostrzegać jego wady. Zmieniła się też moja wizja przyszłości – podkreśla.
Po pięciu latach Sandra postanowiła więc zrezygnować z pracy na statku. Nie porzuciła jednak turystyki – niedawno zatrudniła się dorywczo w hotelu w Szwecji. – W przyszłości chciałabym pracować w marketingu w biurach podróży organizujących rejsy. A na statki wracam już jako pasażerka – dodaje.
Ania Korytowska. Dziennikarka od tematów społecznych. Lubi ludzi, a każda rozmowa uczy ją czegoś nowego. Chce oddawać głos osobom, które są go pozbawiane.