Być w Maroku i nie pójść do hammamu to – jak mówią – być w Rzymie i nie zobaczyć papieża. Robię to zawsze, gdy tu jestem, i to niejeden raz. Przyjemność wielka i za każdym razem nieco inna, szczególnie gdy korzysta się z różnych hammamów: z tych luksusowych za sto euro i z tych osiedlowych za jedno. Są też wersje pośrednie, gdzie spotykam i Marokańczyków, i przyjezdnych. A raczej Marokanki, bo w hammamie kobiety i mężczyźni nie bywają razem.*
Wyjątek to spa dla turystów, w których oferują nawet rytuały dla par. W prawdziwym hammamie nie do pomyślenia! Tam strefy dla kobiet i mężczyzn nawet wejścia mają osobne, w niektórych wyznacza się inne dni lub godziny otwarcia dla kobiet, a inne dla mężczyzn. Wspólne są jedynie piece grzejące na okrągło hektolitry wody.
Spośród wszystkich krajów Maghrebu tradycja hammamu jest najbardziej popularna właśnie w Maroku. Chadzają do nich z upodobaniem i kobiety, i mężczyźni. Hammam wywodzi się ze starożytnych łaźni rzymskich i greckich. Islam przejął go chętnie, bo łaźnia była znakomitą odpowiedzią na zasadę tahara, czyli czystości fizycznej, która obok czystości duchowej obowiązuje każdego muzułmanina. Dotyczy ona dbałości o ciało i ubranie, nakazuje ghusl, czyli zażywanie codziennej kąpieli, i wudu, czyli ablucję przed każdą modlitwą. Wszak jak mówi Koran: "Zaprawdę, Bóg miłuje nawracających się i miłuje oczyszczających się!".
Muzułmanie, budując hammamy według planów podobnych do starorzymskich, wprowadzili jedną ważną zmianę: w hammamach nie ma basenów, tak ulubionych przez Rzymian czy Greków. Muzułmanin powinien kąpać się w bieżącej, a nie w stojącej wodzie razem z innymi. Reszta jest prawie identyczna. Podobny jest układ pomieszczeń – przebieralnia oraz sale: gorąca, ciepła i chłodna, a także architektura z charakterystycznymi kopułami przykrywającymi łaźnie. Często mają one w sklepieniu niewielkie otwory, przez które wpada światło i uchodzi nadmiar gorąca i pary.
W hammamach, podobnie jak w rzymskich łaźniach, piec znajduje się w osobnym pomieszczeniu za ścianą sali gorącej i jest ustawiony nieco niżej. Podgrzewa wodę w dużym kotle, która następnie rurami dostarczana jest do wnętrza hammamu. Jednocześnie gorące powietrze i dym z pieca kierowane są prze- wodami pod podłogą łaźni, ogrzewając pomieszczenia, zanim ulecą przez komin. Piece hammamów pracują od świtu do wieczora, w Marrakeszu ustawia się w nich na noc gliniane naczynia z ulubionym tu daniem – tandżiją, by dusiła się stopniowo w żarze aż do rana. Budynki łaźni można łatwo rozpoznać po charakterystycznych "dziurkowanych" kopułach lub po stosach drewna zgromadzonych na tyłach. Starych, zabytkowych, wciąż działających hammamów jest w medynie bardzo dużo. Nowe są na wszystkich osiedlach mieszkaniowych, nawet tych najbardziej nowoczesnych.
Gdy po raz pierwszy szłam do tradycyjnego osiedlowego hammamu, musiałam zabrać ze sobą mnóstwo rzeczy, w które wyposażyła mnie Kasia Ławrynowicz mieszkająca od dawna w Marrakeszu. Było czwartkowe popołudnie i wiele kobiet obładowanych jak ja zmierzało do łaźni. Czwartek to czas oczyszczenia przed świątecznym piątkiem, kiedy wszyscy idą do meczetu na uroczystą południową modlitwę. Ale czwartkowe popołudnie to także czas odpoczynku i przyjemności po pracowitym tygodniu. Hammam jest bowiem miejscem spotkań, w przeszłości szczególnie ważnym dla kobiet, które miały niewiele okazji, by wyjść z domu i z dala od męskich oczu cieszyć się towarzystwem innych kobiet. "Było to również miejsce, w którym zawodowe swatki oceniały walory kandydatek na żony". Dziś Marokanki swobodnie poruszają się po mieście, wiele z nich pracuje zawodowo, bywają w kawiarniach, spotykają się w kinie. Większość ma także w domach prywatne łazienki. Ale rytuał hammamu pozostał jedną z ich ulubionych przyjemności.
Wyposażona w plastikowe wiaderko, krzesełko i czerpak, w kupione w Arganie Shop czarne mydło, glinkę ghassoul i rękawicę kessa, z torbą ręczników i ubrań na zmianę przekroczyłam próg kobiecej części hammamu. Zapłaciłam za wstęp całe dwanaście dirhamów i zaczęłam rozglądać się za kawałkiem wolnej ławki. Szatnia była pełna kobiet, które zdejmowały kolejne warstwy ubrania bez cienia wstydu. Nawet te, które jeszcze w drzwiach ukryte były od stóp do głów pod nikabami, chustami i dżellabami, teraz rozgadane i roześmiane zrzucały wszystko i zostawały w bieliźnie, a dokładnie rzecz biorąc, tylko w majtkach. Nikt nie przejmował się figurą, wiekiem, tuszą czy rozstępami. Kobiety czuły się tu u siebie. Niektóre przyszły z kilkuletnimi dziećmi, które kręciły się wśród gołych łydek i ud. Kto był gotów, chwytał wiaderko, szedł do pierwszego pomieszczenia i siadał na własnym stołeczku albo macie.
Pierwsza sala jest najgorętsza, skóra ma się tu rozgrzać, a jej pory otworzyć przed zabiegami. Uff, jak tu było gorąco. Do hammamu przyszłam z Magdą, przyjaciółką, która na kilka dni wpadła do Marrakeszu i w marokańskiej łaźni była po raz pierwszy. Usiadłyśmy na naszych stołeczkach i rozglądałyśmy się po sali, gdy nagle wielka jak góra, roześmiana łaziebna podeszła do nas rozkołysanym krokiem z wielkim wiadrem pełnym gorącej wody i bez pardonu polała nas po głowach i ramionach. Aż podskoczyłyśmy z wrażenia. Kobiety roześmiały się serdecznie, więc i nam nie pozostało nic innego. Jednak grzecznie podziękowałyśmy łaziebnej za dalszą pomoc, czym była bardzo rozczarowana. Inne kobiety życzliwie pokazywały nam, co po kolei robić. Nawzajem polewałyśmy się więc gorącą wodą czerpaną do naszych kubełków z kranów w ścianie, ale żeby nie obleźć ze skóry, dodawałyśmy nieco zimnej. Całe pomieszczenie pełne było wody i pary, dziecięcego szczebiotu i kobiecych głosów.
Po kilkunastu minutach razem z innymi przeszłyśmy z całym naszym dobytkiem do środkowej sali i przyglądałyśmy się pilnie, co robią nasze sąsiadki. Jak one nakładałyśmy na skórę czarne mydło, nawzajem smarując sobie plecy. Po paru minutach mocno masowałyśmy ciało rękawicą kessa. Była naprawdę szorstka. Dziewczyny siedzące obok pokazały nam, jak to robić: nogi i ręce wzdłuż, brzuch, piersi, pośladki i plecy kolistymi ruchami. Nie chodziło o delikatne mizianie, to miał być energiczny peeling powtarzany kilka razy w każdym miejscu. Niedaleko nas łaziebna tarła bez litości ciało jednej z kobiet, która poprosiła ją o pomoc. Popatrzyłyśmy po sobie z ulgą i dalej same masowałyśmy się naszymi rękawicami. Trwało to i trwało, skórę miałyśmy już mocno zaróżowioną, gdy wreszcie dostałyśmy sygnał: dość, wystarczy. W ruch poszły kolejne wiadra gorącej wody, by zmyć mydło i złuszczony naskórek.
Teraz był czas na maseczkę z glinki ghassoul, nasza przyjemnie pachniała różą. Nałożyłyśmy ją na całe ciało i na włosy, znów pomagając sobie nawzajem. Potem usiadłyśmy na stołeczkach i przyglądałyśmy się innym kobietom. Te, które przyszły z dziećmi, szorowały także ich ciałka. Niektóre dzieciaki były zachwycone i chętnie wskakiwały do wiader z wodą, inne ryczały wniebogłosy, bo mydło dostało im się do oczu. Dwóch chłopaczków ganiało po śliskiej od wody podłodze, co musiało skończyć się katastrofą i płaczem. Na pociechę mama wydobyła z czeluści wielkiej torby po lizaku i łzy zniknęły jak ręką odjął.
Pod ścianą dwie młode dziewczyny, smukłe jak gazele, delikatnymi ruchami jedna drugiej nakładały na ciało maskę z henny, oleju i pachnących ziół. Dalej trzy przyjaciółki opowiadały sobie jakąś historię i zaśmiewały się do łez, wnet i inne zaczęły im wtórować i cały hammam rozbrzmiewał kobiecym śmiechem. Aż trzęsły się od niego gołe brzuchy i piersi, a rozbawiona Wielka Łaziebna – jak nazwałyśmy ją z Magdą – uderzała się dłońmi po potężnych udach. Śmiałyśmy się i my, choć nie miałyśmy pojęcia z czego. Po prostu było nam wesoło w tym miejscu pełnym wody i radosnej kobiecej energii. Gdy w końcu udało nam się uspokoić, zmyłyśmy glinkę, polewając się kolejnymi wiadrami, i przeszłyśmy całą grupą do trzeciego pomieszczenia.
Tu już nie było gorąco, tylko przyjemnie ciepło. Usiadłyśmy na długich kamiennych ławach pod ścianami, by obeschnąć, odpocząć i natrzeć ciało olejkiem. Rozkosznie było dotykać własnej skóry, miękkiej i gładkiej jak jedwab. Nasz olejek arganowy delikatnie pachniał różą. Powoli wmasowywałyśmy go w wilgotną skórę kolistymi ruchami. Z przyjemnością siedziałyśmy w ciepłej sali razem z innymi kobietami, nasze ciała stopniowo się schładzały, a my czułyśmy błogie rozleniwienie. Wszystkie ucichłyśmy i tylko uśmiechałyśmy się do siebie. Dobrze nam było razem w tej kobiecej przestrzeni. Nie miało znaczenia, kim jesteśmy, ile mamy lat, czym się zajmujemy, jak wyglądamy, skąd przybyłyśmy. Byłyśmy kobietami, to nas łączyło i sprawiało, że czułyśmy się ze sobą dobrze, bezpiecznie i swobodnie. Długo ociągałyśmy się z wyjściem na świat.
Wiele razy byłam w hammamach w Marrakeszu i w Fezie, ale chyba nigdzie nie poczułam tak silnej kobiecej więzi, jak w tej zwykłej osiedlowej łaźni w dzielnicy Sidi Joussef. Mieszkają tu wyłącznie Marokańczycy, nie ma turystycznych atrakcji ani riadów zmienionych w hotele. Kobiety w hammamie przyjęły nas jak swoje, jak nowo przybyłe do ich społeczności, bez pytań i bez zdziwienia.
*Publikujemy fragment książki Beaty Lewandowskiej-Kaftan "Marrakesz. Miasto świętych i gwiazd", która ukazała się 7 maja 2025 roku nakładem Wydawnictwa Wielka Litera.