Wiktoria, Oliwia, Dominika i Klaudia pracują na budowie. Ciężkiej, fizycznej pracy się nie boją, bo wybrały swój zawód świadomie. Każde zlecenie wykonują niezwykle dokładnie, ich praca nadal bywa oceniana przez pryzmat płci, a nie kompetencji. Ale one kompetencjami bronią swojej obecności na tym rynku pracy. Według danych GUS kobiety w polskim budownictwie stanowią 7,7 proc. zatrudnionych.
– Chcieli mi pokazać, że na budowie znalazłam się przez pomyłkę. Zdarzały się głupie teksty o tym, że mam wrócić do garów albo że jestem tu tylko do parzenia kawy. Na początku bolało, przejmowałam się, ale zagryzałam zęby i jestem tu, gdzie jestem – mówi Wiktoria, która od ośmiu lat pracuje na budowie.
Zaczynała jako wykończeniowiec, teraz pracuje jako elektryk i hydraulik.
Według danych GUS kobiety w polskim budownictwie stanowią 7,7 proc. zatrudnionych. Są mniejszością, która musi walczyć o uznanie w środowisku.
"Wszyscy pracują po równo"
Właściwie Wiktoria na budowie zajmuje się wszystkim. Wyznaczaniem przekroju przewodów, kuciem, bruzdowaniem, czyli wykrajaniem w murach specjalnych wgłębień pod instalacje, rozkładaniem rur i przewodów. Czasami wykonuje też prace wykończeniowe, bo to, jak mówi, nieodzowna część procesu między rozłożeniem instalacji a zamontowaniem baterii łazienkowych czy lamp. – Bywa i tak, że biorę łopatę do ręki, bo nie wszystko da się zrobić koparką. Nie ma tu podziału na prace męskie i kobiece, wszyscy pracują po równo, z czym się godzę, bo to moja świadoma decyzja – podkreśla.
Wiktoria z wykształcenia jest technikiem informatykiem, ale już w szkole średniej czuła, że w pracy przed komputerem się nie odnajdzie. – Wizja siedzenia przed komputerem przez wiele godzin mnie przerażała. Kiedy mój o dwa lata starszy kolega założył działalność jako elektryk i wykończeniowiec i zaproponował, żebym mu pomogła, od razu się zgodziłam. Pracowałam po szkole i w weekendy. Trochę sobie dorabiałam i jednocześnie uczyłam się fachu – wspomina.
Wiktoria zrobiła uprawnienia Stowarzyszenia Elektryków Polskich, które pozwalają na wykonywanie prac związanych z obsługą, konserwacją, montażem i remontami urządzeń oraz instalacji elektromagnetycznych. Od tamtej pory cały czas doskonali się w zawodzie.
Tata Wiktorii jest wykończeniowcem, nie chciał, żeby córka szła w jego ślady. – Rodzice mieli świadomość, że to ciężka praca. Chcieli mi jej oszczędzić, ale mnie do budowy ciągnęło – opowiada. Ciągnęło do tego stopnia, że dorabianie po maturze zamieniło się w pełnoetatową pracę. – Nie mogłam znaleźć pracy jako informatyk w swoim mieście, a wykończeniówka i elektryka coraz bardziej mi się podobały. To, że mogłam sama rozłożyć całą instalację, zrealizować różnorodne, często wymagające zlecenia, to była ogromna satysfakcja. Czułam, że to mój konik – zaznacza.
Także dlatego, że praca na budowie wiąże się z aktywnością fizyczną, która dla Wiktorii od zawsze była istotna. – Od gimnazjum ćwiczyłam siłowo. Jestem dumna, że wtedy podjęłam tę decyzję, bo dzięki niej mogę być sprawna i wydajna w pracy. Zbudowałam siłę i wytrzymałość, z których teraz korzystam. Nie ma co się oszukiwać, na budowie trzeba nosić, i to sporo. Narzędzia, materiały, gruz... A ja dzięki siłowni nauczyłam się poprawnej techniki podnoszenia ciężarów i dzięki temu nie robię sobie krzywdy – mówi Wiktoria.
Pokonać strach
Wiktoria pracuje po 10-12 godzin dziennie. Razem z Jarkiem, który został także jej życiowym partnerem. – Mam w nim ogromne wsparcie. Dzięki temu łatwiej było mi mierzyć się ze stereotypowymi komentarzami. Pracowałam z mężczyznami, którzy nigdy na budowie nie spotkali kobiety. Niektórzy z nich wychodzili z założenia, że powinnam zajmować się domem. A Jarek zawsze doceniał mój profesjonalizm – podkreśla.
I odwagę, która była niezbędna, żeby Wiktoria mogła wejść do zawodu.
– Całe życie byłam bardzo nieśmiałą, wstydliwą i małomówną osobą. A jednak pokonałam strach i dałam radę. Nic nie dzieje się przypadkiem, widocznie miałam być w tym miejscu, w którym jestem – mówi.
Dokuczliwe komentarze ze strony innych fachowców, zwłaszcza tych starszych, Wiktoria nauczyła się puszczać mimo uszu. Jak się okazało, to był najlepszy pomysł. – Kiedy przestałam odpowiadać na zaczepki, przestali mnie zaczepiać. A od niektórych usłyszałam nawet pochwały. Teraz mogę już chyba mówić o szacunku, który mi okazują za to, jak wykonuję swoją pracę. Śmiało mogę przyznać, że panowie mają coraz więcej empatii. Spotkać na budowie kobietę z ciężkim sprzętem w rękach to jednak nadal rzadkość – uśmiecha się.
Wiktoria przyznaje, że uwielbia swoją pracę i dopóki zdrowie jej pozwoli, nie zamieni jej na żadną inną. – Prowadzimy firmę razem z narzeczonym i właściwie jesteśmy na ostatniej prostej na drodze do kompleksowego wykonywania wszystkich instalacji w domach jednorodzinnych.
Odpowiedzialność i satysfakcja
Oliwia od ponad pięciu lat pracuje jako operatorka koparki. Chociaż na ogłoszenie o pracy trafiła przypadkowo, jej umiejętności i kompetencje przypadkowe nie są. Z wykształcenia jest technikiem budownictwa. Przeszła też specjalny kurs szkoleniowy, zakończony egzaminem składającym się z części teoretycznej i praktycznej, który umożliwia jej obsługę koparek i ładowarek.
- Najpierw pracowałam w hurtowni budowlanej, ale zależało mi na lepszej pracy, dlatego aplikowałam na stanowisko operatora koparki - wspomina. Po kilku dniach od aplikacji została przyjęta do pracy. - Egzamin zdałam, ale przed pierwszym dniem na budowie pojawił się stres. Bałam się, że sobie poradzę. Okazało się jednak, że jestem dobra w tym, co robię - zaznacza.
Do zadań Oliwii należy między innymi praca przy budowie i remontach dróg gminnych, demontowanie starej nawierzchni, przygotowywanie gruntu pod nową, a czasami rozbiórka. Pracuje po dziesięć godzin dziennie, od poniedziałku do piątku. Zdarza się, że do pracy musi przyjść także w soboty. - Podczas zmiany cały czas muszę być maksymalnie skupiona i skoncentrowana. Odpowiadam nie tylko za siebie i sprzęt, ale także ekipę, z którą współpracuję.
Odpowiedzialność w pracy Oliwii idzie w parze z satysfakcją z dobrze wykonanej pracy. - Efekty widać dosyć szybko i to napędza mnie do dalszego działania. Czerpię ze swojej pracy naprawdę dużo frajdy i radości. Tu nie ma nudy, bo każdy dzień przynosi nowe zadania, w których mogę się sprawdzać. Czuję, że się rozwijam. Jak czegoś nie wiem, to pytam, bo akurat ekipę mam bardzo pomocną. Doceniają mnie i moją pracę. Ale najważniejsze, że ja sama ją doceniam - dodaje.
Kobiety w zawodzie zmaskulinizowanym
Według danych z rocznika statystycznego z roku 2020 w sektorze budownictwa w Polsce zatrudnionych było łącznie 728 tys. osób, w tym 93,7 tys. kobiet. A to oznacza, że w polskim budownictwie kobiety stanowią 7,7 proc. zatrudnionych. Dla porównania w Norwegii jest to 35 proc., a w Danii – 25 proc. Dobra wiadomość jest taka, że tzw. budowlanka, chociaż w Polsce od lat zmaskulinizowana, otwiera się na kobiety.
– Na rynku pracy występuje zjawisko segregacji poziomej, czyli podział branż i zawodów na "męskie" i "kobiece", przy czym zawody "kobiece" często charakteryzują się niższym poziomem wynagrodzeń, gorszymi warunkami pracy oraz mniejszym prestiżem – zauważa dr Olga Czeranowska, socjolożka z Uniwersytetu SWPS w Warszawie. – O ile osadzenie tego podziału w stereotypach płciowych zakłada, że pewne predyspozycje czy umiejętności "naturalnie" występują u jednej z płci – dodaje dr Czeranowska – o tyle zarówno faktyczne proporcje kobiet i mężczyzn w grupach zawodowych, jak i same stereotypy zmieniają się w czasie.
Jak wyjaśnia dr Czeranowska, podział zawodów na "kobiece" i "męskie" jest związany z szerszym kontekstem kulturowym i społecznym. – Rynek pracy nie funkcjonuje w próżni, segregacja pozioma wiąże się z tym, jakie stereotypy są obecne w społeczeństwie, powielane w kulturze czy przekazywane kolejnym pokoleniom w edukacji. Stereotypy dotyczące "męskiego" charakteru pracy na budowie są silnie zakorzenione także ze względu na fizyczny charakter pracy kojarzony z tą branżą. Niektóre prace faktycznie wymagają siły fizycznej, zdarzają się przecież kobiety odznaczające się bardzo dużą siłą fizyczną. Jednocześnie automatyzacja pracy zmienia to, na ile dane stanowisko wymaga siły fizycznej, co może przyczynić się do zwiększenia liczby kobiet zatrudnianych w branży budowlanej – dodaje.
W zrealizowanym przez socjolożkę badaniu dotyczącym mężczyzn w zawodach sfeminizowanych i kobiet w zawodach zmaskulinizowanych istotną kwestią był "status rodzynka", jaki mają przedstawiciele zawodowych mniejszości płciowych w miejscu pracy.
– Pojęcie to pochodzi z języka potocznego i pojawiło się już we wcześniejszych badaniach prof. Małgorzaty Fuszary. Dotyczy (głównie) pozytywnych konsekwencji wykonywania pracy niezgodnej ze stereotypem płci. O ile w języku potocznym "rodzynkiem" określany jest zazwyczaj jedyny mężczyzna w danej grupie, o tyle wyniki projektu pokazują, że podobne postrzeganie swojej roli pojawiało się również u niektórych kobiet – wyjaśnia dr Czeranowska. I dodaje: – Bycie kobietą w zawodzie zmaskulinizowanym lub mężczyzną w zawodzie sfeminizowanym może mieć jednak również negatywne aspekty, takie jak np. dyskryminacja.
Branża dla twardych kobiet
Klaudia niedawno skończyła 34 lata, w branży pracuje od ponad dziesięciu. Nadzorowała realizację projektów obiektów użyteczności publicznej na terenie całej Polski. Wspólnie z mężem prowadzi firmę budowlano-wykończeniową. Mąż Klaudii zajmuje się realizacją, ona odbiorem technicznym nieruchomości deweloperskich na życzenie właścicieli mieszkań i wykończeniówką.
– W tym mieści się wiele zadań. Dbam o to, aby każda nowo oddana nieruchomość była wykonana zgodnie z normami i bez ukrytych wad. Moja praca polega na szczegółowych inspekcjach, identyfikowaniu problemów i pomaganiu klientom w uzyskaniu nieruchomości w najlepszym możliwym stanie. Z mężem wspieramy się w swoich zadaniach – opowiada.
Początki w branży nie były dla Klaudii łatwe. – Nie ma co ukrywać, budowlanka jest zdominowana przez mężczyzn. Jako kobieta weszłam do męskiego świata. Bywało różnie. Zdarzało się, szczególnie na początku, kiedy objęłam funkcję project managera, że spotykałam mężczyzn, którzy chcieli mi wejść na głowę. Myśleli, że są silniejsi i mądrzejsi, a ja miałam kompetencje, by koordynować ich pracę. Ukończyłam kursy odbiorów technicznych nieruchomości deweloperskich, administracji, zarządzania zasobami ludzkimi – wyjaśnia.
Nie obyło się bez nieprzyjemnych sytuacji, ale Klaudia znalazła na nie sposób. – Podchodziłam do pracy zadaniowo. Zlecałam im zadanie, a potem rozliczałam z tego, jak je wykonali. Szkoda mi było czasu na przepychanki – podkreśla.
Konflikty jednak się zdarzały. Mimo to Klaudia nie porzuciła budowlanki. – Były sytuacje, gdy nerwy puszczały i po kłótni płakałam, ale za chwilę brałam się w garść i mówiłam sobie, że nie ma rzeczy niemożliwych – dodaje.
Na szczęście trafiała też na od początku chętnie współpracujące ekipy. – Z niektórymi osobami koleguję się do dzisiaj. To kierownicy budów, inżynierowie – przyznaje.
Na przestrzeni lat Klaudia ciężką pracą wyrobiła sobie pozycję w branży. – Praca na budowie oprócz wiedzy technicznej wymaga organizacji i współpracy – podkreśla. – To gra zespołowa. Wykonawcy i podwykonawcy powinni grać do jednej bramki. Nie możemy sobie przeszkadzać. Nauczyłam się przez te lata rozmawiać z ludźmi tak, żeby budować dobry i zgrany zespół – podkreśla.
Lata pracy na budowie nauczyły Klaudię również szybkiego podejmowania decyzji i reagowania w sytuacjach, których czasem wręcz nie można było przewidzieć. – Zdarzają się sytuacje, że zabraknie materiału i pracownicy stoją bezczynnie albo u kogoś przecieka dach, pękła ściana i trzeba szybko ustalić naprawę z deweloperem.
Budowlanka zdaniem Klaudii jest branżą dla twardych kobiet. – Nie można ulegać presji i dać sobie wejść na głowę. Na budowie pracują ludzie z różnymi charakterami, ale to nie jest miejsce na sprzeczki. Nie warto dawać się sprowokować. Bycie twardą kosztuje, bez wsparcia, które mam w domu, mogłoby być trudno. Ale satysfakcja z dobrze wykonanej pracy jest tego warta – podkreśla. – Poza tym dążę do tego, żeby moja marka "Kobieta na budowie" była największą marką w Trójmieście.
"Brud i wszechobecny pył to pikuś"
Dominika pracuje jako kierownik robót elektroinstalacyjnych dla polskiej firmy, ale jej aktualna budowa znajduje się poza granicami naszego kraju. – Zajmuję się nadzorowaniem prac i rozwiązywaniem problemów na budowie oraz analizą dokumentacji, zamawianiem materiałów i przygotowywaniem zestawień wykonanych robót – wymienia.
Do pracy trafiła zaraz po studiach elektrotechnicznych na politechnice. Kiedy zaczęła rozsyłać CV, pierwsza odpowiedź przyszła z firmy, która poszukiwała inżyniera budowy. – Rozmowa kwalifikacyjna była tak zachęcająca, że zdecydowałam się spróbować – mówi.
Próby nie żałuje. Spodobało jej się na budowie i postanowiła w branży zostać. – Pracuję dużo, zwykle co dwa lata zmieniam miejsce pracy oraz zespół, z którym współpracuję – opowiada. – Są to głównie mężczyźni, ale w składzie obecnego zespołu są też kobiety. Nie spoglądam na ludzi przez pryzmat ich płci. Ważniejsze jest, jak mi się z tą osobą współpracuje, choć sama doświadczyłam w przeszłości stereotypowych zachowań ze strony mężczyzn – przyznaje.
Gwizdy, świecenie laserem w moją stronę, nieprzyjemne komentarze. – Na szczęście to już przeszłość – zaznacza Dominika. A jeśli czasem jeszcze coś takiego ją spotyka, to:
– Jestem w pracy po to, aby pracować, a nie reagować na zaczepki – podkreśla.
Tym bardziej że zadań do wykonania ma dużo, szczególnie kiedy zbliżają się ważne dla projektu terminy. – Wtedy pojawiają się nerwy i stres, których nie lubię najbardziej. Nawet zmieniające się warunki atmosferyczne, błoto, brud i wszechobecny pył to przy tym pikuś – mówi. Do nich przez lata pracy zdążyła się już przyzwyczaić.
Ania Korytowska. Dziennikarka od tematów społecznych. Lubi ludzi, a każda rozmowa uczy ją czegoś nowego. Chce oddawać głos osobom, które są go pozbawiane.



