Społeczeństwo
Absolwenci New York University podczas ceremonii wręczania dyplomów na stadionie drużyny Yankees (Fot. Ritu Manoj Jethani/Shutterstock)
Absolwenci New York University podczas ceremonii wręczania dyplomów na stadionie drużyny Yankees (Fot. Ritu Manoj Jethani/Shutterstock)

3 mln – tylu Europejczyków w 2014 roku studiowało poza granicami. W 2022 roku było ich już 4,6 mln. Tymczasem zainteresowanie polskich uczniów studiami za granicą utrzymuje się na podobnym poziomie od prawie dziesięciu lat. Szacunki OECD mówią, że w 2022 roku, podobnie jak w 2015, polskich studentów za granicą było 50 tys.

– Za granicą nie wystarczy sama matura. Uczelnia wybiera osobę, a nie wyniki – twierdzi Marek Hołówko z EduCat, firmy pomagającej kandydatom dostać się na studia zagraniczne. Ich kandydaci najczęściej zamierzają składać papiery do: USA, Wielkiej Brytanii, Włoch, Holandii i Skandynawii. Pomoc firmy polega na tym, że uczeń liceum dostaje mentora – osobę, która sama skończyła studia za granicą. Ten prowadzi go przez cały proces, podpowiada, jak pisać podania, gdzie zaangażować się w dodatkową działalność, którą wymarzona uczelnia najlepiej uwzględni.

– Z reguły samodzielne aplikowanie jest trudne. To jest zwykle zadanie dla całej rodziny. Jeśli rodzic nie jest zaangażowany w edukację dziecka, to takie dziecko nie pojedzie – mówi Hołówko.

Każdy kraj ma inne wymagania i terminy składania podań. Tak zwany Oxbridge, czyli Oksford i Cambridge, najbardziej prestiżowe uczelnie brytyjskie, oczekują na Personal Statement w październiku. Do USA z kolei oprócz podań trzeba zazwyczaj napisać kilka esejów.

Przygotowania do studiów w USA najlepiej zacząć już w drugiej klasie liceum. Na zdjęciu: absolwenci jednego z amerykańskich college'ów (Fot. Rob Crandall/Shutterstock)

Nina. "Doświadczenie nie do odwzorowania"

Nina Wieretiło, współwłaścicielka EduCat, studiowała na Oksfordzie w latach 2016–2019. Przyznaje, że dzisiaj nie byłoby jej stać na takie studia, bo po wyjściu Wielkiej Brytanii z UE czesne dramatycznie wzrosło – z poziomu równego brytyjskim studentom, czyli około 9,5 tys. funtów, do 25–50 tys. funtów rocznie. Jej kierunek to ekonomia.

– W liceum zrobiłam międzynarodową maturę. Żeby tego nie zaprzepaścić, postanowiłam pójść na całego – zaaplikowałam na najlepsze uczelnie w Anglii. Udało mi się dostać na nie wszystkie. Korzystałam z pomocy osoby, która już tam studiowała. Doradziła mi ekonomię na Oksfordzie, powiedziała, że jeśli ona się tam dostała, to dlaczego ja bym miała się nie dostać – wspomina.

Studia były dla niej zderzeniem z rzeczywistością. Nauka na uniwersytecie w Wielkiej Brytanii to coś zupełnie innego niż zajęcia po angielsku w warszawskim liceum. Do tego nowe środowisko i tęsknota za domem, znajomymi. Nina przyznaje, że nie było łatwo.

Najważniejsza była organizacja. Na Oksfordzie całe uczelniane życie spędza się w "college'ach". Mieszka się w tamtejszych akademikach, je na stołówkach, chodzi na zajęcia i ma się "one on one'y" – spotkania z tutorem, kluczowe dla przebiegu nauki. Obowiązkowych zajęć jest tylko kilka godzin w tygodniu, ale trzeba się do nich bardzo dokładnie przygotować. Na tygodniowej liście jednego przedmiotu jest do przeczytania kilkanaście pozycji, z których trzeba napisać esej. Poza tym kwitnie życie studencko-imprezowe. Trzeba to wszystko umieć pogodzić.

Nina Wieretiło, współwłaścicielka EduCat, studiowała na Oksfordzie w latach 2016-2019. Na zdjęciu panorama Oxfordu (Fot. Użytkownik o nicku Chensiyuan/Wikipedia Commons)

Pomimo wyzwań Nina ukończyła licencjat z najwyższą średnią na roku. Po dyplomie przez chwilę próbowała znaleźć swoje miejsce w Londynie, ale wróciła do Polski.

– Nie było mi dobrze w Anglii. To kraj, który ma swoją specyficzną kulturę i pogodę. Jak typowy Anglik pyta "How are you?", to Polak mu odpowiada, że dziś boli go brzuch i zmarła mu ciocia, a jutro musi iść do urzędu. A to nie o to jest pytanie. Nie każdemu to odpowiada. Pewnie gdybym tam jeszcze z dziesięć lat pożyła, wkręciłabym się w te monty pythony. Poza tym jest tam multi-kulti i każdy może znaleźć swojego. Ale w Polsce po brytyjskich studiach dostaje się też znacznie lepsze oferty pracy niż w Wielkiej Brytanii – przyznaje.

W Warszawie zatrudniła się w korporacji, później założyła własną firmę. Doradza młodym kandydatom, jak skutecznie aplikować na uczelnie poza Polską.

Mówi, że zagraniczne studia najlepiej zaplanować jeszcze przed liceum. Powinno się wybrać odpowiednie rozszerzenia, pasujące do wymarzonego kierunku. Poza tym w listach motywacyjnych muszą widnieć jakieś osiągnięcia. – Zajęcia pozaszkolne, zawodowe, organizacja różnych festiwali, start (niekoniecznie wygrana) w konkursach, olimpiadach – wymienia. – Żeby to wpisać, trzeba to zrobić. To wszystko musi być w planie aplikanta – mówi.

Ona sama w liceum odbyła staż w firmie Hewlett-Packard. – Dostałam się przez kontakty rodzinne. 16-latka nigdzie nie wezmą do pracy, trzeba to sobie jakoś załatwić – przyznaje.

Na oksfordzkim kampusie Polacy są traktowani tak jak przedstawiciele innych nacji. Ani gorzej, ani lepiej.

– W Anglii wśród Polaków jest taka obawa, że Polak to tylko pracownik. Na Oksfordzie mamy bardzo dobrą opinię pracowitych studentów. To wszystko zależy, do jakiej bańki się trafi – mówi Nina.

A jakie są koszty życia dla polskiego studenta w Wielkiej Brytanii po brexicie?

– To zależy od tego, kto i w jakim mieście studiuje. W Londynie dzisiaj trzeba by zapłacić z 1000 funtów za samo mieszkanie, za jedzenie z 500–600 – szacuje.

Mimo trudów nie zamieniłaby jednak tego doświadczenia na żadne inne. – To nie do odwzorowania nigdzie indziej – przekonuje.

Marek*. Martwy kot i najlepszy czas w życiu

W roku akademickim 2021/2022 liczba Polaków studiujących w Holandii się podwoiła. Według statystyk przytaczanych przez "Rzeczpospolitą" 83 proc. uczących się na uniwersytetach w tym kraju narzeka na problemy ze znalezieniem mieszkania. W 2021 roku organizacja Kences informowała o studentach nocujących na korytarzach akademików.

Te problemy zna Marek, który w 2023 roku ukończył studia w Holandii – prawo międzynarodowe na uniwersytetach w Groningen i Amsterdamie.

- Holandia to bardzo otwarty, niesamowicie bezpieczny kraj. Wszystko można załatwić tam po angielsku - mówi Marek. Na zdjęciu budynek główny Uniwersytetu w Groningen (Fot. Użytkownik o nicku Wutsje/Wikimedia Commons)

– Rok przed moim przyjazdem studenci w Groningen mieszkali w namiotach wojskowych rozlokowanych w uczelnianym kompleksie sportowym – opowiada Marek.

Sytuacja, o której mówi, nie była miejską legendą. Opisywał ją holenderski serwis uniwersytecki Ukrant.nl. W 2018 roku liczba osób przyjętych na studia w Groningen, gdzie znajduje się dziewięć kampusów i dwie duże uczelnie, przewyższyła liczbę dostępnych miejsc zakwaterowania – akademików i mieszkań na wynajem. Uniwersytet uruchomił więc rozwiązanie awaryjne.

Gdy w 2019 roku Marek był przyjmowany na Uniwersytet w Groningen, też nie znalazł mieszkania. Udało mu się uniknąć życia w namiocie, jednak przez pierwszy rok korzystał z innego tymczasowego rozwiązania zaproponowanego przez uczelnię – kontenerów przewozowych przerobionych na mieszkania. Ustawione obok siebie, miały wszystkie udogodnienia potrzebne do życia, jak kuchnia i łazienka, i tworzyły rodzaj studenckiego osiedla.

Dlaczego studenci z innych krajów przyjeżdżają tak tłumnie właśnie do Holandii? Tamtejsze uniwersytety mają bardzo wysoki poziom i dużą ofertę studiów w języku angielskim. Po brexicie, sfinalizowanym w 2020 roku, Holandia dodatkowo przejęła kandydatów wcześniej zainteresowanych uczelniami w Wielkiej Brytanii i stała się najpopularniejszym kierunkiem wśród studentów z Unii Europejskiej. Jednak nie tylko poziom i dostępność studiów przyciągają "uczelnianych emigrantów".

W roku akademickim 2021/2022 liczba Polaków studiujących w Holandii się podwoiła. Na zdjęciu widok na panoramę zabytkowego centrum Amsterdamu (Fot. Użytkownik o nicku Taiga/Shutterstock)

– Holandia to bardzo otwarty, niesamowicie bezpieczny kraj. Wszystko można załatwić tam po angielsku – mówi Marek.

Kiedy wybierał studia, w Polsce nie było kierunku prawo międzynarodowe. Marek tłumaczy, że choć na polskim prawie były takie zajęcia, to całe studia skupiały się na rodzimych przepisach, a późniejsza kariera prawnicza poza Polską byłaby znacznie utrudniona. Na jego wymarzonym kierunku nie kładziono nacisku na specyfikę żadnego konkretnego kraju.

Nie korzystał z usług firmy pomagającej w rekrutacji, nie uczył się też w liceum z międzynarodową maturą. Żeby dostać się na holenderski uniwersytet, nie musiał jej mieć.

– W Unii Europejskiej obowiązuje wzajemne rozpoznanie świadectw i certyfikatów – mówi dziś już praktykujący prawnik.

Najważniejsze były listy motywacyjny (pisany przez kandydata) i referencyjny (pisany przez nauczyciela). Poza świadectwem maturalnym niezbędny był też certyfikat z angielskiego co najmniej na poziomie C1. Gdy już Marka przyjęli, musiał zdać wstępny egzamin, którego – jak mówi – nie dało się nie zdać i który miał na celu sprawdzenie, czy wie, czego dotyczyć będzie jego kierunek, i czy podoła z językiem angielskim.

Na jego roku wszyscy studenci byli spoza Holandii, a jeśli byli Holendrami, to mieli podwójne obywatelstwo. Później dołączali do nich także studenci przenoszący się z pobrexitowej Wielkiej Brytanii.

– Można było bardzo długo być w Holandii i nie spotkać żadnego Holendra – wspomina swoje doświadczenia.

W Holandii, nie tak jak w Polsce, studia prawnicze są podzielone na licencjat i magisterkę. Po skończeniu pierwszego etapu i zdobyciu dyplomu Marek przeniósł się na studia magisterskie do Amsterdamu. Tam sytuacja mieszkaniowa była jeszcze gorsza.

– Miesiąc przed rozpoczęciem studiów wysłali mi po prostu wiadomość, że jeśli nie udało mi się znaleźć zakwaterowania, sugerują przemyślenie, czy powinienem przyjeżdżać. To było radykalne – wspomina.

Znalazł kąt na dwa tygodnie, a potem zamieszkał u starszej pani w jej mieszkaniu socjalnym, w którym mieszkała ze swoimi dorosłymi dziećmi. Taki podnajem był nielegalny i groziła jej za to grzywna, płacił więc gotówką. Właścicielka lokalu racjonowała Markowi zużycie wody. Miała też kota. W którymś momencie zwierzak przestał się pojawiać.

– Po tygodniu od jego zniknięcia obok mojej sypialni poczułem nieprzyjemny zapach. Starsza pani powiedziała, że jej kotek zmarł i trzyma go w pudełku po butach. To było dla mnie za dużo. Nie pytałem o nic więcej i wyniosłem się do znajomych – wspomina.

W mieszkaniu ze starszą lokatorką spędził trzy i pół miesiąca. Potem udało mu się wynająć zwykłe mieszkanie ze studentami, w którym mieszkał do końca studiów.

– Mieszkania nie trafiają na rynek publiczny, znajduje się je przez znajomych. Jak ma się już sieć kontaktów, to jest trochę łatwiej. Ale jak przyjeżdża się "na żywca", jest trudno – opowiada.

Mówi, że mimo przygód na początku lata spędzone w Amsterdamie to najlepszy czas w jego życiu.

Jakie koszty ponosił Marek i jego rodzina? Samo czesne wynosiło około 2000 euro za rok (dziś podrożało i według fundacji Kastu to 2601 euro rocznie na wszystkich kierunkach licencjackich i magisterskich). Życie to koszt od około 1200 euro miesięcznie w Groningen do około 1800 euro w Amsterdamie. Już z zakwaterowaniem, około 800 euro za pokój.

Od razu po studiach Marek dostał się na staż w Komisji Europejskiej. Dzisiaj pracuje w jednej z międzynarodowych kancelarii prawniczych w Brukseli. Jest bardzo zadowolony z wyboru, jakiego dokonał kilka lat temu. Jest przekonany, że gdyby zaczynał od studiów w Polsce, mógłby nigdy nie dotrzeć tu, gdzie jest. Choć w Holandii nie mieszka już od ponad roku, śledzi, co dzieje się tam dzisiaj. Po wyborach w 2024 roku nowy, prawicowy rząd z Partią Wolności na czele "wziął się" za zagranicznych studentów i problemy z ich zakwaterowaniem w prosty sposób – zaczął zmniejszać liczbę miejsc na studiach w języku angielskim.

Wśród kierunków świata, na które patrzą polscy licealiści marzący o nauce za granicą, jest też Australia. To obok USA jeden z najdroższych krajów do studiowania. Na zdjęciu: kampus Uniwersytetu w Sydney (Fot. Użytkownik o nicku Knowledgeispower3/Wikipedia Commons)

*Imię zmienione na prośbę bohatera.

Marlena

Już pod koniec podstawówki wiedziała, że chce dostać się na amerykańską uczelnię. Była w szóstej klasie, gdy trafiła na Adama Ziębę, promotora studiów za granicą, absolwenta Harvardu z rocznika 2014, dziś też prezesa Polskiego Stowarzyszenia na Harvardzie (Polish Harvard Society).

Wybrała NYU (New York University), jeden z najlepszych uniwersytetów w USA. Kierunek: finanse.

Większość renomowanych uczelni w Stanach Zjednoczonych wymaga zdania SAT (Scholastic Assessment Test), wstępnego egzaminu na studia honorowanego w wielu krajach.

"Przygotowania najlepiej zacząć w drugiej klasie liceum, żeby wiedzieć, jakie są wasze cele i jaki jest wasz timeline na te egzaminy" – mówił do zainteresowanych nauką na Harvardzie Adam Zięba podczas jednego ze swoich live'ów na Facebooku w 2016 roku.

Marlena zaplanowała sobie wszystko dużo wcześniej. Dostała się do renomowanego XIII Liceum Ogólnokształcącego w Szczecinie, które przez wiele lat było numerem jeden w Polsce w rankingu liceów serwisu Perspektywy (dziś znajduje się na trzecim miejscu). Pochodzi z Darłowa w Zachodniopomorskiem, do oddalonej o 200 km stolicy województwa musiała się przeprowadzić. Mieszkała u cioci. Lata nauki w szczecińskiej "trzynastce" wspomina z uśmiechem.

– Po raz pierwszy spotkałam ludzi, którzy naprawdę byli zainteresowani tym, czego się uczą. Chociaż wszyscy odnosili sukcesy, nie było tam wyścigu szczurów. Pomagaliśmy sobie – mówi.

Brała udział w olimpiadach, angażowała się w organizację debat i wydarzeń. Współtworzyła Ogólnopolską Federację Młodych, która promowała ideę małych ojczyzn. Trafiła pod opiekę Krajowego Funduszu na rzecz Dzieci, organizacji pomagającej młodym Polakom w rozwoju i edukacji.

Są też kraje, które studia na dobrym poziomie oferują za darmo albo za niewielką opłatą - zagraniczni studenci za semestr studiów po angielsku płacą w Austrii czy Niemczech od 30 do 300 euro. Na zdjęciu Auditorium Maximum Uniwersytetu Technicznego w Monachium, jednego z najlepszych uniwersytetów w Niemczech (Fot. Użytkownik o nicku Benson.by/Wikipedia Commons)

W 2021 roku dostała się na wymarzoną uczelnię. Ale to był dopiero początek jej zmagań. Znaczącą część czesnego w wysokości około 200 tys. zł pokryło stypendium z uczelni, ale dodatkowe opłaty, jak zakwaterowanie czy ubezpieczenie, były szokiem dla jej rodziny. Pracowała w wakacje, wykonując typowe prace nastolatków mieszkających w turystycznej miejscowości, ale to była kropla w morzu potrzeb. Założyła internetową zrzutkę. Zebrane pieniądze pokryły pozostały roczny koszt studiów.

– Moja uczelnia ma kilkanaście kampusów na całym świecie. Oprócz Nowego Jorku byłam na NYU we Florencji, w Abu Zabi i wreszcie w Szanghaju – wymienia.

W 2022 roku trafiła pod skrzydła nowo powstałej Fundacji Rafała Brzoski. Dzięki jej wsparciu mogła kontynuować studia bez obaw.

Gdy lockdown się rozluźnił i mogła wjechać do chińskiej metropolii, Szanghaju, do biznesu i finansów (major – główny kierunek) dobrała sobie język chiński i ekonomię (minors – uzupełniające przedmioty). W maju 2025 roku ukończyła studia licencjackie, a we wrześniu zamierza kontynuować studia na topowym University College London. Chce uczyć się o wykorzystywaniu nowych technologii w systemach edukacji i jak w ten sposób dawać szansę jak największej liczbie młodych osób. Ma nadzieję, że jej przyszłe badania pomogą start-upom i firmom w sektorze edukacyjnym, ale też rządom w ulepszaniu systemów edukacji.

Zobacz wideo 12-letni Tadek ratuje żaby. "Każda się liczy"

– Polska ma duży potencjał, by zostać pionierem tych zmian i inspirować inne kraje do zrobienia tego samego – uważa.

Ponad milion złotych za studia

Wśród kierunków świata, na które patrzą polscy licealiści marzący o nauce za granicą, jest też Australia. To obok Stanów Zjednoczonych jeden z najdroższych krajów do studiowania – samo czesne wynosi około 700 tys. dolarów australijskich (prawie 1,7 mln zł) za całe studia. Z życiem może to wynieść nawet 1,5 mln dolarów (ponad 3,5 mln zł). W USA ceny są jeszcze wyższe.

Dodatkowo po pandemii dostęp do tamtejszych uczelni jest dla cudzoziemców nadal utrudniony. Rząd australijski stara się to naprawić, wprowadzając nowe programy stypendialne.

Z drugiej strony są kraje, które studia na dobrym poziomie oferują za darmo. Jest tak na niektórych uczelniach w Austrii czy Niemczech, gdzie za semestr studenci zagraniczni za studia po angielsku uiszczają niewielką opłatę (od 30 do 300 euro). Podobnie jest w Skandynawii i Finlandii.

W Czechach i Polsce, gdzie poziom uczelni wciąż rośnie, obywatele UE nie zapłacą nic za studia, jeśli wybiorą studia w językach narodowych uczelni.

Sylwia Gutowska. Dziennikarka i reporterka freelance. Od kilku lat w tematach krążących wokół społeczeństwa i zdrowia psychicznego. Kulturoznawczyni i polonistka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu.