Społeczeństwo
Wszyscy w Londynie są skądś, jak warszawskie 'słoiki'. - Tutaj to nie jest temat, tylko powszechne doświadczenie - mówi autorka książki (Fot. Chloe Christine/Unsplash)
Wszyscy w Londynie są skądś, jak warszawskie 'słoiki'. - Tutaj to nie jest temat, tylko powszechne doświadczenie - mówi autorka książki (Fot. Chloe Christine/Unsplash)

Czy Londyn jest przyjaznym miastem?

Z mojej perspektywy – m.in. jako matki – bardzo. Wydawałoby się, że w tak dużym i tłocznym mieście będzie fatalnie, ale paradoksalnie jest bardzo dobrze w porównaniu z miastami, które znam: Warszawą albo Gdańskiem, z którego pochodzę. W Londynie, a w każdym razie w dzielnicy, w której mieszkam, Islington, matka z wózkiem może przemieszczać się komfortowo. Jest wiele wind, podjazdów do budynków, łatwo się dostać do komunikacji miejskiej. Ostatnio byłam na wakacjach w Paryżu: wszędzie schody, bramki do metra wąziutkie... Wózek trzeba było po prostu przenieść.

Anglicy mają tak, że szanują przepisy, kolejki i regulaminy – a już od dawna wymogiem przy projektowaniu przestrzeni miejskiej jest zapewnienie łatwego dostępu dla wózków. To miasto od wielu lat buduje się z pomyślunkiem.

A toalety? Ich brak to podobno straszna zmora dla matek z małymi dziećmi?

Nigdy nie przyszło mi to do głowy, że to problem – i to chyba znaczy, że nie jest źle. Restauracje, kawiarnie, nawet puby mają przewijaki. Nie widuje się kartek "Tylko dla klientów".

Anglicy są przyjaźni dla matek z małymi dziećmi. W Islington jest prowadzona akcja "Breast feeding welcome". Naklejki "Tu można karmić piersią" można zobaczyć w bibliotekach, muzeach, kinach, nawet w Tesco. W Anglii to jest normalna sprawa i jeśli ktoś ma problem z tym, że kobieta wyciąga pierś, by nakarmić dziecko, to jest jego sprawa. Jakiś czas temu widziałam w mediach historię o tym, że jakiejś kobiecie robiono problemy z tego powodu…

W Anglii od pokoleń lepiej sytuowani mają swoje szkoły, biedniejsi swoje. I ten podział powstaje już na etapie przedszkola. Na zdjęciu: Londyn St. Pancras (Fot. Archiwum prywatne autorki książki 'Anglia. Czas na herbatę') , W Anglii od dawna wymogiem przy projektowaniu przestrzeni miejskiej jest zapewnienie łatwego dostępu dla wózków. Na zdjęciu: Marta Dziok-Kaczyńska z córką (Fot. Archiwum prywatne autorki książki 'Anglia. Czas na herbatę')

Znamienne, że uznano to za temat wart opisania.

Właśnie. Kobieta ma prawo karmić piersią i jeśli szef jakiegoś lokalu albo kelner powie, że ma tego nie robić, popełnia wykroczenie – można wezwać policję, która nałoży na taką osobę mandat.

Twój mąż też jest Polakiem, prawda?

Zgadza się; oboje wyjechaliśmy do Wielkiej Brytanii na studia w 2006 roku. Do Londynu dotarliśmy trochę później – 12 lat temu. Przez sześć lat żyłam tu sama z moim chłopakiem, od sześciu jestem matką.

Wyobrażam sobie, że trudno jest się zajmować dziećmi bez rodzinnej sieci wsparcia: babć, dziadków, cioć, kuzynów i kuzynek…

Trudno. Uratowały nas organizowane przez samorząd zajęcia dla bobasów i najmniejszych dzieci. Spotkania odbywają się codziennie, trwają półtorej godziny. W tym czasie dzieci się bawią między sobą, jest animator. Matki – bo zwykle o nie chodzi – mogą usiąść i trochę odsapnąć, poznać się z innymi osobami z okolicy.

To drogie zajęcia?

Darmowe. Ta oferta jest naprawdę duża. Niezależnie od gminy ofertę dla rodziców z małymi dziećmi ma bardzo dużo kościołów anglikańskich. Do jednego z nich chodziłam na zajęcia ze śpiewu z moją córką. Przychodziły tam anglikanki, ale też muzułmanki, katoliczki, ateiści… Na nikim to nie robi wrażenia. Kościół anglikański ma służyć społeczności takiej, jaka jest. Nie ma żadnego nagabywania albo oceniania.

Brzmi jak bajka.

Można tam spotkać Polaków, migrantów z innych krajów, londyńczyków… Chociaż to ostatnie mówię trochę na wyrost. Wszyscy w Londynie są skądś, jak warszawskie "słoiki". Tyle że tutaj to nie jest temat, tylko powszechne doświadczenie.

Trudno ci było nawiązać relacje z Brytyjczykami?

Po liceum przeprowadziłam się do Glasgow, ponieważ w Szkocji studia były darmowe dla obywateli państw unijnych. Wszyscy byliśmy młodzi, prawie wszyscy w obcym mieście, większość z nas miała za mało pieniędzy i czasem zadowalaliśmy się tostami z fasolą na obiad. Nie byłam migrantką, tylko studentką, więc nawiązanie kontaktów było bardzo proste.

Później mój chłopak – teraz mąż – znalazł pracę w niedużym mieście i tam zupełnie nie mogłam się odnaleźć. Trudno mi powiedzieć, czy chodziło o to, że byłam wśród Anglików, czy o to, że tęskniłam za dużym miastem.

A Londyn… Tu mieszka tylu ludzi, że kiedy jest się młodym, łatwo znaleźć "swoich". Kontakty w pracy stawały się nieraz zażyłe – spędzaliśmy razem weekendy na jakimś wyjeździe albo w pubie.

Z tego, co mówisz, wyłania się obraz bardzo otwartego społeczeństwa.

Bo na pierwszy rzut oka tak jest. W bezpłatnych zajęciach dla mam z dziećmi, o których wspominałam, brały udział osoby różnych narodowości i z różnych klas. Brytyjka z klasy średniej wyższej porozmawia swobodnie z mieszkanką bloku socjalnego. W powierzchownych relacjach ta klasowość nie ma dużego znaczenia. Dopiero kiedy przyjrzeć się bliżej, widać, jak ważna jest w Anglii przynależność do danej klasy.

W Anglii kobieta ma prawo karmić piersią. Jeśli ktoś powie, żeby tego nie robiła np. w lokalu, można wezwać policję, która nałoży na taką osobę mandat. Na zdjęciu: panorama Londynu (Fot. Archiwum prywatne autorki książki 'Anglia. Czas na herbatę') , Anglicy są przyjaźni dla matek z małymi dziećmi. W samym Londynie nie brakuje też zieleni. Na zdjęciu: Marta Dziok-Kaczyńska w Clissold Park (Fot. Archiwum prywatne autorki książki 'Anglia. Czas na herbatę')

To znaczy?

To zaczyna się na etapie wczesnej edukacji. W Polsce mojego dzieciństwa, czyli okresu transformacji i początku nowego tysiąclecia, przyzwyczailiśmy się, że do jednej klasy może chodzić syn prokuratora, córka pracownika biurowego i dzieci stoczniowca. W Anglii od pokoleń lepiej sytuowani mają swoje szkoły, biedniejsi swoje. I ten podział powstaje już na etapie przedszkola. Biedniejszym przysługuje 15 godzin państwowego przedszkola w tygodniu. Bogatsi zapisują dzieci do prywatnych placówek i płacą pięć tys. funtów, żeby ich trzyletnie dziecko uczyło się francuskiego. Twój status określa skończona szkoła, studia, akcent – bo możesz mieć akcent robotniczy lub typowy dla klas wyższych. Trudno wyrwać się z takiej szufladki.

Odczułaś to na sobie?

Uważam, że mnie łatwiej jest przekraczać granice klasowe, ponieważ jestem z zewnątrz. Mam dziwny akcent, który nie pozwala mnie nigdzie przypisać. Skończyłam liceum w Polsce, co nikomu nie pozwala na wyciąganie żadnych wniosków. Myślę, że łatwiej jest dostać przyzwoitą pracę biurową mnie niż komuś, po kim łatwo poznać, że pochodzi z klasy robotniczej.

W swojej książce "Anglia. Czas na herbatę" odbijasz się od stereotypów dotyczących Anglików – i okazuje się, że wiele z nich jest niepozbawionych prawdy. Jacy są Anglicy, których poznałaś?

Myślę, że przeciętny Anglik jest osobą, która interesuje się swoimi sprawami, ceni sobie spokój, nie jest wylewny ani spontaniczny.

Łatwo jest nawigować w ich codziennej rzeczywistości, bo ludzie są zwyczajnie mili. Idę do sklepu i słyszę: "dzień dobry", "jaki ładny dzień", "do widzenia". Ktoś na ciebie wpada, przeprasza od razu, zamiast warczeć… Ale to jeszcze nie znaczy, że łatwo się z Anglikami zaprzyjaźnić.

A ten słynny sarkazm i ironia?

Oj, tak. Jeśli Anglik cię lubi, będzie dla ciebie wredny. To wyraz ich sympatii.

Na studiach mnie to dziwiło. "Czemu jesteście tacy wredni?" – pytałam. Mój kolega odparł, że wcale nie jest wredny i że to jest banter, czyli właśnie taka przekomarzanka. Nie chodzi o to, żeby człowieka obrazić, tylko o to, by trochę dopiec i usłyszeć zabawną ripostę.

Podasz przykład?

Szef się ze mnie śmiał, że jestem z Polski, a ja mogłam mu się odgryźć, że sam jest Szkotem i pewnie tylko przebiera nogami, żeby wrócić do domu i otworzyć whisky.

W stolicy Anglii nikt ci nie mówi, w co masz wierzyć i jak masz żyć. Na zdjęciu: panorama londyńskiego City (Fot. Archiwum prywatne autorki książki 'Anglia. Czas na herbatę')

Trochę niebezpieczny zwyczaj, kiedy szef może żartować z twojego pochodzenia, prawda?

Anglicy umieją odróżnić banter od chamstwa. Inna sprawa, że są osoby, które są zwyczajnie niemiłe.

Zbanteruj mnie.

Musiałabym więcej o tobie wiedzieć. To jest oznaka jakiegoś rodzaju bliskości. Ktoś musi cię znać na tyle dobrze, żeby z ciebie zażartować. Anglicy są trochę niezręczni społecznie. Antropolożka Kate Fox pisze o ich społecznym dis-ease [gra słów: disease oznacza chorobę, a dis-ease oznacza brak łatwości – przyp. red.]. Według jej teorii Anglicy mają szereg kodów kulturowych, które pomagają im się do siebie zbliżyć, bo trudno im się zaprzyjaźniać spontanicznie, jak to się dzieje u południowców. Muszą postępować "według protokołu". Banter jest jednym z takich "protokołów" i oswojenie się z nim bardzo mi pomogło w budowaniu relacji z Anglikami.

Czemu lubisz żyć w Londynie?

W Wielkiej Brytanii nauczyłam się, jak być dorosłą: pracować, płacić rachunki, załatwić lekarza… To moje miejsce.

I bardzo odpowiada mi to, jak w Londynie traktuje się ludzi na co dzień.

To znaczy?

Chodzi o bardzo podstawowe sprawy, na przykład o kulturę pracy. Od znajomych w Polsce pracujących na podobnych stanowiskach co ja w korporacjach słyszę o nadgodzinach, o tym, że całe ich życie zależy od tego, czy szef nie jest "trudny". Dla mnie to abstrakcja. Nigdy czegoś takiego tu nie doświadczyłam.

W pracy czuć, że jest luz. Relacja między pracownikami i szefem jest bardziej partnerska. Kiedy potrzebowałam wyjść wcześniej, nigdy nie robiono mi problemu, nikt nie naciskał na mnie, żebym nie szła na zwolnienie lekarskie. Leczę się na depresję i mogłam chodzić na terapię w trakcie pracy. To jest ludzkie podejście.

À propos zwolnień lekarskich: w Anglii wynagrodzenie wypłacane na zwolnieniu jest bardzo niskie. Dokuczało ci to?

To prawda, w Anglii brakuje takich zabezpieczeń socjalnych jak w Polsce. Na L4 otrzymuje się statutory sick pay [ustawowy zasiłek chorobowy w Wielkiej Brytanii – przyp. red.] – świadczenie jest dość niskie, to nieco ponad 100 funtów tygodniowo. Urlop macierzyński jest trochę bardziej skomplikowany, ale to też nie są duże pieniądze, przynajmniej jeśli chodzi o "państwowe" gwarancje. W lepszych pracach można mieć benefity w postaci wyższego chorobowego i macierzyńskiego.

Mówiłaś, że Londyn jest przyjazny matkom z małymi dziećmi. A czy to jest dobre miejsce, żeby je wychować?

Chciałabym, żeby moje dzieci tu dorosły – właśnie ze względu na wartości, o których wspominałam wcześniej, m.in. szacunku dla siebie nawzajem. Tu nikt nie zadaje pytań w stylu: "Czy homoseksualność jest normalna? Czy dziecko może mieć dwie mamy albo dwóch ojców?". Gdyby ktoś poruszył ten temat w parlamencie, ośmieszyłby się.

Marta Dziok-Kaczyńska, autorka książki 'Anglia. Czas na herbatę' (Fot. Archiwum prywatne autorki) , Marta Dziok-Kaczyńska w Anglii mieszka od 2006 roku. Na zdjęciu ulice Londynu, w tle wieżowiec Sky Garden (Fot. Archiwum prywatne autorki książki 'Anglia. Czas na herbatę')

Nikt ci nie mówi, w co masz wierzyć i jak masz żyć. W szkole dzieci uczą się o religiach, ale nie ma jednej dominującej. Kiedy moje dzieci wystawiały jasełka, dowiadywały się, o co chodzi w Bożym Narodzeniu, ale nikt im nie przedstawiał dogmatów wiary chrześcijańskiej jako faktów, które muszą zaakceptować. "Chrystus przyszedł zbawić świat"? Mówi się dzieciom, że "chrześcijanie tak wierzą". A później w ten sam sposób opowiada się o islamie czy hinduizmie – z dystansu, bez jakiegokolwiek wartościowania.

Cenię też ten system szkolnictwa za brak przyzwolenia na przemoc. Kiedy myślę o moich czasach szkolnych i o tym, jak uczniowie byli traktowani… Tutaj jest to nie do pomyślenia. Tak samo różne studenckie historie, które słyszałam od znajomych: o złośliwych paniach z dziekanatu albo o groźnych wykładowcach, który oblewali całe roczniki… U Anglików jest mniej hierarchii, więcej partnerstwa. Na podstawowym poziomie jest tu łatwo żyć i być sobą.

Czy nad tym stylem życia nie zawisły ostatnio czarne chmury?

Jeśli pytasz o nastroje antymigranckie, to w Londynie tego nie odczuwam. To miasto od zawsze jest miksem osób ze wszystkich stron świata i trudno mi sobie wyobrazić, żeby to mogło się zmienić.

Latem były zamieszki po ataku nożownika, który zabił trzy dziewczynki na lekcjach baletu. Mówiono, że to imigrant [co nie było prawdą, choć napastnik miał korzenie imigranckie – przyp. red.]. Protestowały osoby o antyimigranckich poglądach, ale to było około tysiąca osób – a manifestacje przeciwko rasizmowi były znacznie liczniejsze. Ci, którzy mają problemy z przyjezdnymi, głośno krzyczą. Rzeczywistość nie jest tak dramatyczna.

Zobacz wideo Banaszak: Nie ma już grup społecznych wolnych od uzależnień

A jeśli chodzi o jakość życia?

Żyje się trudniej – to prawda. Podnoszenie się kosztów, wyższe ceny energii, inflacja bardzo uderzyły w najbiedniejszych mieszkańców. Odbiły się też na naszym budżecie, rata kredytu skoczyła o 400 funtów. Ale sytuacja nie jest tak dramatyczna, jak czasem się to przedstawia. Dalej uważam Londyn za świetne miejsce do życia.

Marta Dziok-Kaczyńska. Autorka znana z działalności w internecie pod pseudonimem Riennahera. Wydała powieść "Elfy Londynu" oraz "Anglię. Czas na herbatę". Prowadzi blog i podcast "Korespondencja z Londynu". W Wielkiej Brytanii mieszka od 2006 roku, studiowała historię i filmoznawstwo na Uniwersytecie w Glasgow. Przez wiele lat pracowała w brytyjskiej prasie, obecnie pisze teksty dla polskiego portalu myPolska.uk. Mieszka w Londynie z mężem i córkami.

Jan Rybicki. Laureat pierwszej edycji programu "Polska Stories", obecnie na stałe w weekend.gazeta.pl. Wcześniej publikował swoje reportaże m.in. w "Dużym Formacie" i "Tygodniku Powszechnym". Lubi słuchać, jak ludzie mówią.