Rozmowa
Pracownicy korporacji zmierzają do pracy na warszawskim Mokotowie. To zagłębie biurowców niektórzy nazywają 'Mordorem' (Fot. Franciszek Mazur / Agencja Wyborcza.pl)
Pracownicy korporacji zmierzają do pracy na warszawskim Mokotowie. To zagłębie biurowców niektórzy nazywają 'Mordorem' (Fot. Franciszek Mazur / Agencja Wyborcza.pl)

Jadłodajnia z warszawskiego Żoliborza zakończyła działalność, a powodem miała być m.in. za duża liczba klientów, którzy pojawili się po tym, jak o miejscu opowiedział popularny youtuber. Byłeś poruszony komentarzami internautów.

Duża ich część to nie było nic innego jak wymierzony we właścicielkę lokalu hejt: "Nie umie prowadzić biznesu!", "Typowe polskie narzekactwo!", "Homo sovieticus!". Pisano, że nie doceniła wspaniałej szansy na rozwój biznesu, jaką podarował jej los.

Historia warszawskiej restauracyjki idealnie obrazuje napięcie społeczne pomiędzy tym, jak robienie biznesu widzi – jak to nazywam – "aspirująca" oraz "nieaspirująca" klasa średnia.

Od razu dodam, że określenie "nieaspirująca" nie jest inwektywą.

Rozumiem, że "aspirująca" klasa średnia to ta, która uważa, że biznes prowadzi się po to, by go stale rozwijać i zarabiać coraz więcej.

Natomiast dla osób prowadzących małe biznesiki, które czasem określa się mianem ludzi z klasy ludowej, najważniejsze jest nie powiększanie zysku, ale stabilizacja oraz relacje z ludźmi z najbliższego otoczenia, którzy są stałymi klientami.

Studenci Uniwersytetu Gdańskiego czytają gazetę o prekariacie. 2015 rok (Fot. Łukasz Głowala / Agencja Wyborcza.pl)

Chcą trwać tu, gdzie trwają, i tak, jak trwają, a nie otwierać filię, tworzyć ogólnopolską markę?

Absolutnie! Dla nich liczy się familiarność, poczucie wspólnoty.

U nas, we Wrocławiu, również jest taki bar – nazwy dla jego dobra nie wymienię – który jest nastawiony wyłącznie na to, by karmić osoby z okolicy. Nie ma wielkiego szyldu, ponieważ ci, którzy mają o istnieniu tego miejsca wiedzieć, wiedzą. Właściciele każdego dnia oczekują, że o godz. 14 przyjdzie pan Janek, wdowiec z osiedla, i zje pierogi. A nie, że nagle zjawi się tłum turystów.

Którzy będą robić tym pierogom zdjęcia i wrzucać na Instagram?

To by zniszczyło podstawy tego interesu. Właściciele chcą prowadzić małą kuchnię dla stałej liczby gości. Chodzi m.in. o jakość, bo jak coś idzie w masówkę, ona często zostaje zatracona.

Ci ludzie nie chcą, by ich biznes rósł. Ma być tak, jak jest. I to im odpowiada.

Mój ulubiony fryzjer działa na tej samej zasadzie. Nie reklamuje się. Klienci to stałe grono osób. Wszyscy są po imieniu. 

Tak samo funkcjonują małe sklepiki z ubraniami i szyldami pod tytułem "Gracja". Nie należę do grupy docelowej tych butików, jednak uwielbiam obserwować, jak właścicielka jednego z nich, który od lat działa w okolicy, gdzie mieszkam, każdego dnia o tej samej porze otwiera i zamyka swój interes. Zawsze elegancko ubrana, dystyngowana.

Ona nie ma ambicji budowania imperium. Chce po prostu trwać na swoim posterunku i oferować wyselekcjonowany towar, w którym gustują jej klientki, zazwyczaj osoby starsze.

Wiele czytających nas osób zapewne kojarzy takie miejsca. To m.in. salony kosmetyczne, które nazywają się po prostu Kosmetyczka, a nie beauty coś tam – i już sam ten fakt stanowi komunikat o aspiracjach ich właścicieli. Powiedziałeś, że właścicielkę żoliborskiej jadłodajni wyzywano od "homo sovieticus". 

W upowszechnieniu tego stereotypu duża jest wina mediów, które – głównie w latach 90., ale również dziś – bardzo mocno lansowały model ultraliberalny. W jego optyce wszyscy, którzy nie zrozumieli, że celem prowadzenia biznesu jest dążenie do maksymalizacji zysku, mentalnie pozostali w poprzedniej epoce. 

W tamtym czasie okazało się również, że w nowym systemie nie ma miejsca dla całych grup społecznych. W pierwszej kolejności – dla klasycznych robotników, o których mówiono, że są przeżytkiem.

Nazywano ich "robolami".

Szkoły zawodowe zamykano, a poziom intelektualny ich absolwentów dyskredytowano.

Pochodzę z rodziny robotniczej i wychowałem się w Kędzierzynie-Koźlu, powiatowym, 60-tysięcznym mieście, gdzie wciąż – choć w okrojonym wymiarze – funkcjonują zakłady chemiczne. Poradziły sobie relatywnie nieźle w czasach transformacji, dzięki czemu w naszym mieście nie było aż takiej zapaści, jak np. w Wałbrzychu…

Sobiecin - najbiedniejsza dzielnica Wałbrzycha (Fot. Łukasz Giza / Agencja Wyborcza.pl) , Wałbrzych 2010 rok (Fot. Łukasz Giza / Agencja Wyborcza.pl) , Pierwszomajowy marsz osób w kryzysie bezdomności w Katowicach. 2010 rok (Fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Wyborcza.pl)

… gdzie po '89 funkcjonowały biedaszyby. Czy jako dziecko czułeś, że nowy system uderzał w godność twoich rodziców?

Rodzice starali się mnie przed tym chronić. Ojciec był na skraju załamania nerwowego, bo nagle okazało się, że dla tokarzy nie ma żadnej pracy. Jego kolega popełnił samobójstwo, dlatego że nie był w stanie znaleźć zatrudnienia. Wielu facetów uciekało w alkohol. Mój tata miał szczęście, bo wujek pomógł mu znaleźć pracę.

Ale ja o tym wszystkim dowiedziałem się dopiero po latach, już jako dorosły człowiek. Wtedy też dotarło do mnie, jakiej obróbce ideologicznej zostało poddane moje pokolenie.

Wychowałam się na Górnym Śląsku. Z okresu transformacji pamiętam dojmujące poczucie, że wszystko wokół – kopalnie, huty, a nawet finansowane przez nie kluby sportowe – się zamyka i kończy, a całe osiedla i miasteczka popadają w nędzę.

A jedyna słuszna, dominująca w mediach narracja była taka, że ci wszyscy, którzy "sobie nie radzą", są sami sobie winni.

Z roku na rok rosło bezrobocie i zawsze się okazywało, że człowiek, który nie może znaleźć zatrudnienia, ma nieodpowiednie wykształcenie.

Najpierw mówiono, że szkoły zawodowe produkują bezrobotnych, więc większość młodych starała się skończyć studia wyższe. Później się okazywało, że postawili na zły kierunek…

Gdański Urząd Pracy. Studenci utworzyli komitet społeczny, gdyż o tym, kto dostanie pracę w Niemczech decyduje kolejności zgłoszeń (fot. Beata Kitowska / Agencja Wyborcza.pl)

Z początku lat 2000. pamiętam, że zbyt wielu mieliśmy absolwentów marketingu i zarządzania.

... a w kolejnych latach nieodpowiednimi kierunkami studiów była anglistyka ("Ilu możemy mieć anglistów?") albo europeistyka. A teraz można usłyszeć nawet, że na rynku jest zbyt wielu informatyków. Człowiek na rynku pracy zawsze jest nieodpowiedni.

Po '89 ideologiczne uderzenie dotknęło robotników, ale potem przechodziło na kolejne grupy, m.in. właśnie studentów po "nieodpowiednich" kierunkach. Ostatnio elementem niepasującym do kapitalistycznej układanki stali się rzemieślnicy oraz drobni handlarze.

Kilkanaście lat temu w stolicy doszło wręcz do ich bitwy z ochroniarzami oraz policjantami.

Mówisz o osobach, które nie godziły się na likwidację Kupieckich Domów Towarowych zlokalizowanych nieopodal Pałacu Kultury i Nauki.

To samo działo się we Wrocławiu i innych miastach i miasteczkach. A przecież po 1989 roku sprzedano im obietnicę, że to oni będą solą kapitalizmu. To ich firmy miały ewoluować od drobnej sprzedaży na targu z łóżka polowego do dużych biznesów. Z czasem okazało się jednak, że "z Zachodu" przyszły wielkie sieci handlowe i drobni przedsiębiorcy nikomu już nie byli do niczego potrzebni. Korporacje zaczęły ich wypychać z rynku.

Ryneczki czy bazarki likwidowano czasem właśnie pod budowę galerii handlowej.

Te bazarki i ryneczki z czasem okazywały się nie dość estetyczne, wręcz brzydkie, psujące krajobraz. Oczywiście z punktu widzenia estetyki "aspirującej" klasy średniej, a nie tej "nieaspirującej", której przedstawicielką jest pani prowadząca na moim osiedlu sklepik.

Od 1989 roku ewoluowało również napięcie klasowe. Najpierw występowało pomiędzy "robolami", którzy nie pasowali do koncepcji nowego państwa, a klasą średnią.

Później pojawiło się napięcie wewnątrz samej klasy średniej. Doszło do rozłamu na tych, którzy nie nadążają – albo też wcale nadążać nie chcą – za trendami, i tych, którzy aspirują.

To jest rozdarcie pomiędzy tymi, którym "wystarczy", i tymi, którym nigdy "nie wystarczy".

Protest przeciwko likwidacji KDT w stolicy. 2009 rok (Fot. Jan Zamoyski / Agencja Wyborcza.pl) , Demonstracja pod hasłem 'Nie dla blaszanych prowizorek w centrum'. (Fot. Robert Kowalewski / Agencja Wyborcza.pl)

Silniejsza jest oczywiście "aspirująca" klasa średnia.

Udało jej się już niemal całkowicie zaorać klasę średnią starego typu. "Aspirująca" klasa średnia wzmacnia się dziś naukami rozmaitych influencerów i coachów, którzy opowiadają baśnie, że jak będziemy sobie wizualizować sukces i w niego uwierzymy, i będziemy się bardzo starać, to prędzej czy później bogactwo, prestiż i szczęście przyjdą.

Są nurty, które radzą, by całkowicie zerwać relacje z ludźmi z niższych klas, bo wiadomo: "bogactwo ciągnie do bogactwa!". To wszystko są warianty ideologicznej kapitalistycznej narracji dla młodego pokolenia.

Oczywiście nie wszyscy dają się na to nabrać. Prawda jest taka, że niektórzy, żeby przetrwać, są zmuszeni się ścigać. System kapitalistyczny niewiele oferuje dróg ucieczki.

Prezydent USA Donald Trump z Elonem Muskiem (Fot. REUTERS/Kevin Lamarque) , Trump kupił Teslę, by pokazać, jak bardzo wspiera swojego doradcę (Fot. REUTERS/Kevin Lamarque)

Wiadomo, kto się musi ścigać: pracownicy korporacji, gdzie co roku musi być większy zysk.

Nie tylko oni. To dotyka coraz to nowych grup, również tych, których kiedyś określało się mianem "wolnych zawodów", m.in. naukowców, którzy są zmuszeni udowadniać swoją produktywność poprzez gromadzenie określonej liczby punktów. System jest zaprojektowany tak, by wyciskać z ludzi, ile się tylko da, po to, by jak najwięcej zarobić.

Komu jest na rękę, by wyścig o zwiększenie zysków trwał?

Szeroko rozumianej klasie rządzącej, w której są zarówno politycy, jak i wielki kapitał.

Najlepiej to pokazuje przykład Stanów Zjednoczonych.

Tak było zawsze, ale teraz ten sojusz się ujawnił. Amerykański przedsiębiorca Warren Buffett określił to dosadnie: "To my wygrywamy!".

Oni po prostu wiedzą, że wygrali, ale tylko tę rundę, bo walka klas ciągle trwa. Walka rozumiana jako napięcie, a niekoniecznie wielkie strajki czy bitwy na ulicach.

Napięcie między klasami było i będzie zawsze. Nawiasem mówiąc, po raz pierwszy napisał o tym nie Karol Marks, ale Adam Smith, który zauważył, że kapitalista chce zarobić jak najwięcej i tak samo jak najwięcej chce zarobić pracownik. Tak powstaje konflikt klasowy, który jest faktem obiektywnie istniejącym. Żadna mroczna partia komunistyczna go nie inicjuje.

Młodzi podczas manifestacji pierwszomajowych w Białymstoku. 2010 rok (Fot. Marcin Onufryjuk / Agencja Wyborcza.pl)

Partie komunistyczne powstawały m.in. po to, by masom pracującym uświadomić istnienie owego konfliktu klasowego.

Dziś właściciele wielkiego kapitału czują, że są górą, i wiedzą, że mogą zrobić z pracownikami może nie wszystko, ale dużo. Bogacze się rozbestwili. Bez żenady ustawiają się tuż za plecami prezydenta Stanów Zjednoczonych i śmieją się ludziom w twarz: "I co nam zrobicie?".

"Aspirującej" klasie średniej biznesmeni brylujący na politycznych salonach nie przeszkadzają?

Nie, ponieważ to są wyznawcy teorii, że jeśli będziesz się wystarczająco mocno starała, to również tobie uda się wdrapać po szczeblach drabiny społecznej aż na szczyt i dołączyć do elit. To jest ich celem, a nie to, żeby wydawać codziennie smaczne obiady sąsiadom z okolicy.

Pracownicy sklepu wielkopowierzchniowego protestują we Wrocławiu. 2022 rok (Fot. Tomasz Pietrzyk / Agencja Wyborcza.pl)

Ty mówisz tak: firma to nie rodzina, a zatrudniający to nie wasi przyjaciele. Część korporacji przyjęła taką narrację, jak to wszyscy się kochamy. Gdy przychodzą zwolnienia, jest szok. Szczególnie że dzieje się to w coraz bardziej bezosobowy sposób.

W branży IT np. poprzez odcięcie dostępu do firmowego serwera. Człowiek próbuje się zalogować do firmowego systemu, ale nie może tego zrobić, i tak dowiaduje się, że nie ma już pracy. Tak to się dziś odbywa nawet w branżach dotychczas hołubionych. W USA fala zwolnień w ostatnich dwóch latach przetoczyła się m.in. przez firmy tworzące gry komputerowe.

Likwidowane były całe działy, łącznie z managementem. Ludzie sobie wyobrażali, że jak się będą starać, traktować firmę i szefa jak rodzinę, to będzie im się wiodło tylko lepiej, a nagle okazało się, że to nie ma żadnego znaczenia, bo ten menedżer, który ich lubił i chwalił, również wyleciał z pracy. Nawet pamięć o ich wysiłku dla firmy została zmielona.

A przecież przez lata byli na topie. Mówiono o nich "specjaliści wyższej klasy". Do Kalifornii ściągano ich więcej i więcej, co, nawiasem mówiąc, doprowadziło do przemodelowania całego otoczenia gospodarczego. Ceny mieszkań wzrosły tak bardzo, że dla zwykłych ludzi stały się niedostępne, co spowodowało potężne zaburzenia społeczne.

Kiedyś mówiono, że socjalizm to jest taki system, który tworzy problemy, a potem je próbuje bohatersko rozwiązać. Myślę, że z kapitalizmem jest jeszcze gorzej. Gdzie nie spojrzeć – czy na relacje pracownicze, czy rynek mieszkaniowy – powstają problemy.

XXI Warszawska Manifa pod hasłem 'Feminizm dla Klimatu. Klimat na Antykapitalizm'. 2020 rok (Fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Wyborcza.pl)

Za chwilę 1 maja, Święto Pracy. Oboje wiemy, że na pochody organizowane wokół haseł pracowniczych przyjdzie garstka osób. Skoro jest tak źle, to dlaczego kapitalizm trzyma się tak mocno?

Dlatego że na to pozwalamy.

Na rynku pracy skutecznie wmówiono nam, że jedyną dobrą strategią jest indywidualna strategia przetrwania. "Akurat mnie nie zwolnią", "Będę się bardziej starała i uda mi się przetrwać". Ta strategia najczęściej jest nieskuteczna.

A co jest skuteczne?

Samoorganizacja. Nie mówię o jakichś ideologicznych koncepcjach wyczytanych u teoretyków. To jest praktyczne doświadczenie wielu osób, które dzięki temu, że się zjednoczyły, wygrały. Na przykład ruch lokatorski udowodnił, że to działa. Jeszcze w latach 2000. hasło "reprywatyzacja" było konotowane pozytywnie. To właśnie ruch lokatorski wypracował nowy język. Ale świat pracy również zna historie ze szczęśliwym zakończeniem.

Swego czasu zorganizowały się pracownice sklepów wielkopowierzchniowych. Cała Polska usłyszała historie, jak są zmuszane do pracy w pieluchach.

Naszą kartą przetargową jako pracowników albo po prostu zwykłych ludzi, którzy nie mają ani władzy, ani dużych zasobów finansowych, jest wyłącznie samoorganizacja. Tylko wówczas jesteśmy w stanie zorganizować pieniądze i zasoby do walki. Nie mamy innego wyjścia.

Jesteśmy świadkami kolejnej w historii świata pracy automatyzacji oraz upowszechnienia tzw. sztucznej inteligencji. Badania pokazują, że ci, którzy w swojej pracy wykorzystują AI, pracują więcej, ponieważ przerzuca się na nich coraz więcej zadań. 

Dzieje się ten sam numer, który dział się przy każdej automatyzacji. Część osób będzie pracować więcej, a część zostanie bez pracy.

Zobacz wideo O konsumpcjonizmie mówi filozof Tomasz Stawiszyński

"Ludzie na przemiał", o których pisał prof. Zygmunt Bauman.

Dla systemu zbędni, ponieważ kapitalizm nie jest przystosowany do tego, byśmy się dzielili pracą, którą jako społeczeństwo musimy wykonać, i żebyśmy wszyscy pracowali. Tyle że mniej. A to jest możliwe – pod warunkiem że ludzie uwierzą, że można myśleć inaczej, niż myśli większość, i wspólnie wezmą się do roboty.

Xavier Woliński. Autor projektu wolnelewo.pl, gdzie regularnie publikuje komentarze i analizy. Publikował także m.in. w "Małym Formacie" i "Magazynie Kontakt". Specjalizuje się w tematyce polityczno-gospodarczej, a także w zakresie analizy dyskursu oraz strategii i historii ruchów społecznych. Podróżuje też po Polsce z cyklem spotkań "W obronie małych zwycięstw". Działacz wrocławskiej Akcji Lokatorskiej, której jest współzałożycielem. Współorganizował protesty pracownicze, m.in. listonoszy i pracowników gastronomii.

Anna Kalita. Fascynują ją ludzie i ich historie oraz praca, która pozwala jej te historie opowiadać. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.