Społeczeństwo
Do gabinetów specjalistów trafiają ludzie w różnym wieku, z różnych branż, kobiety i mężczyźni. Bo wypalenie może dopaść każdego (Fot. Vasilis Caravitis/Unsplash)
Do gabinetów specjalistów trafiają ludzie w różnym wieku, z różnych branż, kobiety i mężczyźni. Bo wypalenie może dopaść każdego (Fot. Vasilis Caravitis/Unsplash)

Rozalia, dziś 32-latka, ma za sobą ponad sześć lat w korporacjach. Pracować zaczęła dużo wcześniej – na studiach była w gastronomii i w call center. Cieszyła się, kiedy przyjęli ją do pierwszej "poważnej pracy". Korporacja to stabilne zatrudnienie, opieka lekarska, benefity. Jednym słowem: bezpieczeństwo. A tego potrzebowała wtedy najbardziej. Nagle zaczęły się problemy.

Telefon do toalety

– Tamtego dnia okazało się, że będą potrzebne nadgodziny. Powiedzieli mi z góry, że nie będzie kiedy ich odebrać. To było w tamtej firmie normą. W gruncie rzeczy się ucieszyłam, bo to oznaczało, że mi za nie dodatkowo zapłacą, co więcej, część to były już godziny nocne, więc wyższa stawka. Ale nie dostałam żadnych pieniędzy. Podniosłam to na spotkaniu z team leaderką, a ona odesłała mnie do działu HR. Tak zaczęła się moja gehenna. Uwalanie premii za pięć dni L4, pilnowanie, gdzie jestem. Dostałam zakaz wychodzenia z budynku biura.

Paliła papierosy, tak jak połowa teamu, ale tylko ona została tak potraktowana.

– Doszło do tego, że moja przełożona pisała, gdzie jestem, gdy byłam w toalecie. Odpowiedziałam jej, że siedzę na kiblu i czy chce, żebym przesłała jej zdjęcie.

W tym czasie stwierdzono u niej zespół jelita drażliwego, który wiąże się z częstą potrzebą chodzenia do toalety. Ciągle bolał ją żołądek. Wiedziała, że objawy, które ma, powoduje głowa. Miała za sobą ciąg fatalnych zdarzeń w rodzinie: rozstanie rodziców, śmierć taty, krótko potem wypadek, w wyniku którego po czasie umarli babcia i wujek. Psychiatra stwierdził depresję. Praca była czynnikiem wyzwalającym. Do tej pory żyła w trybie przetrwania, jakoś sobie radziła. Aż przestała.

Lekarz dał jej zwolnienie na dwa tygodnie. Ale leki pochłaniały sporo pieniędzy, do tego wynajem pokoju i dojazdy do pracy. A premie przyznawano tylko tym, którzy nie korzystali z L4. Bała się, że gdyby dłużej pobyła na zwolnieniu, na życie zostałoby jej tysiąc złotych. Wróciła więc do pracy.

Któregoś dnia Rozalia poczuła, że umiera.

– Jak się zaczęło, byłam w pracy. Choruję na insulinooporność, więc na początku myślałam, że może spadł mi cukier. A że miałam obok moją przychodnię, od razu po pracy poszłam się zbadać. Tętno było trochę wyższe, ale reszta OK. Z przychodni wyszłam, żeby pojechać do apteki po leki na jelita. Kiedy wysiadałam z tramwaju, rozkręciło się na dobre. Zrobiło mi się ciepło, czułam, że moje ciało drży. Miałam poczucie jakiejś zagłady. I że nie mogę uciec. Od przystanku do apteki było jakieś 50 m, więc poszłam tam, jak najszybciej mogłam, płacząc i krzycząc, że nie wiem, co się ze mną dzieje, że chyba mam jakiś atak i czuję się, jakbym umierała.

Każdy z nas inaczej przeżywa syndrom wypalenia zawodowego, ale objawy, które mogą na niego wskazywać, wszyscy mają podobne. - Osoba, która tego doświadcza, wycofuje się, staje jakby za szybą. Dystansuje się wobec zadań, ludzi, pracy, życia i zwykle robi to wbrew swoim wartościom - mówi ekspertka (Fot. Albert Zawada / Agencja Wyborcza.pl)

Farmaceutki zamknęły aptekę i się nią zajęły. Poznały, że to atak paniki. Dały jej wodę i uspokoiły ją rozmową.

Po tym epizodzie Rozalia pracowała w firmie jeszcze rok. Łącznie była tam ponad dwa lata. W międzyczasie, żeby mieć wyższe kwalifikacje, zaczęła poprawiać swój angielski.

– Wiedziałam, że nie przedłużą mi już umowy, ale siedziałam tam tak długo, żeby mieć dobry wpis w CV. Spodobała mi się branża AML [Anti-Money Laundering, czyli przeciwdziałanie praniu pieniędzy – przyp. red.] – mówi.

Mniej niż rok w prestiżowej firmie wygląda mało wiarygodnie u kogoś, kto dopiero zaczyna. Do tego Rozalia nie mogła sobie pozwolić na bycie bez pracy. Właśnie przerwała studia, musiała mieć ubezpieczenie zdrowotne. Cały czas leczyła się z depresji i walczyła z zespołem jelita drażliwego.

Kolejne lata to kolejnych pięć firm. W każdej z nich nadgodziny i wyścig szczurów były normą. Po przejściu przez depresję znała już lepiej swoje granice.

– Menedżer mówił: "zdrowa rywalizacja", a ja mówiłam: "wyścig szczurów". Dodatkowe zadania, które dostawałam, nie przekładały się na dodatkową gratyfikację czy awans. To znaczy dostawałam "awans", bo wykonywałam obowiązki osoby na wyższym stanowisku, ale za tym nie szło wyższe wynagrodzenie.

Wtedy nadeszła pandemia, a z nią nowa rzeczywistość – możliwość pracy zdalnej. Dla Rozalii nie oznaczało to wcale oddechu. Kontrole, typowe również dla tej firmy, się nasiliły. Tym razem menedżer dzwonił pod byle pretekstem. W języku korporacyjnym mówią na to "mikromenadżment".

– Ktoś cały czas pisał do mnie, a nieodpowiadanie po minucie sprawiało, że było mi to wypominane na spotkaniu z przełożonymi. Traciłam przez to ochotę do pracy – wspomina.

Zaliczyła dwa zwolnienia grupowe. W jednej z firm projekt skończył się z dnia na dzień. Rozmowa z paniami z HR i wszyscy mieli się wynosić, potem tylko kurier przyjechał po sprzęt. Za drugim razem cały zwolniony zespół miał pracować jeszcze przez półtora miesiąca. Zanim jednak firma pożegnała wszystkich, Rozalię dopadł kolejny kryzys.

– W firmie dbano o tzw. well-being [dobrostan – przyp. red.]. W ramach troski o nasze zdrowie psychiczne dawano nam "godzinę dla siebie", czyli godzinę w ciągu dnia, którą mogło się dowolnie wykorzystać, np. załatwiając coś na mieście. Ja szłam spać.

W nocy spać nie mogła. Wybudzały ją sny o pracy. Ciało podpowiadało, że coś jest nie tak – jeszcze bardziej doskwierały jej jelita, bolał żołądek.

– Zrozumiałam, że problemem jest kultura pracy w korporacji. Korporacyjne absurdy, jak "mikromenadżment", w kolejnych firmach sprawiały, że czułam, że moja praca jest po prostu nieważna.

Pacjent zmagający się z syndromem wypalenia zawodowego dostaje często receptę i zwolnienie lekarskie. Wiele osób korzysta też ze wsparcia psychologicznego (Fot. Dominik Gajda / Agencja Wyborcza.pl)

W grudniu zeszłego roku otrzymała "plan naprawczy". To danie drugiej szansy pracownikowi, kiedy idzie mu źle, a nie chce być zwolniony. Ale Rozalia miała jedne z najlepszych wyników w zespole. Ludzi z zespołowej topki się nie zwalnia. Uważa, że szefowie nakłaniali ją do odejścia. Aż w końcu i tak wszystkich zwolnili.

Jest teraz w piątej korporacji. Znalazła ją po roku szukania. Firma jest z trochę innej branży, zarobki też są gorsze. Ale pracuje się lepiej, z menedżerami łatwiej się porozumieć.

Dowiedziała się też, że ma ADHD. Dużo dała jej specjalna psychoterapia dla takich osób. Nauczyła ją komunikować się z przełożonymi.

– Wydaje mi się, że w każdym wieku można się wypalić. Owszem, miałam wynagrodzenie, ale nie chodziło mi tylko o to, żeby ślepo wykonywać swoje zadania, tylko żeby ta praca, skoro zajmuje większą część mojego życia, sprawiała mi jakąś satysfakcję, była dla mnie wyzwaniem – mówi.

Złapałam Pana Boga za nogi

Był sierpień 2020, początek pandemii. 23-letnia Kasia* na ostatnim roku studiów znalazła pracę w dużej korporacji z branży handlu międzynarodowego. Uczyła się na pokrewnym kierunku, więc wszystko się zgadzało. Od początku pracowała zdalnie, pieniądze były lepsze niż w innych korporacjach. Były też benefity, takie jak prywatna opieka medyczna.

– Myślałam, że złapałam Pana Boga za nogi. To było idealne miejsce, żeby zdobyć prawdziwe doświadczenie zawodowe, a nie staż czy działalność w kole naukowym. Chciałam też udowodnić wszystkim, że sobie dam radę i że moje pokolenie to nie tylko cwaniaczki, tylko normalni, ambitni ludzie – mówi.

Bez problemu godziła pracę na pełen etat i studia dzienne. Do czasu.

– Nagle z osoby, która chodziła na milion wydarzeń, warsztatów, miała na to siłę, chęć i ciekawość, stałam się osobą, która pozornie bez problemu pracowała osiem godzin, a potem nagle odbierało jej zasilanie. Straciłam zapał do hobby, wolny czas zajmowały mi drzemki, prokrastynacja i mozolne próby pisania pracy dyplomowej. Nie potrafiłam tego zrozumieć, jak mogę nie dawać rady. W końcu to były "tylko" moje obowiązki, przecież chciałam zrobić tego magistra, lubiłam studiować. A jednak nie było dobrze – wspomina.

Była jedną z najlepszych studentek, ale studia skończyła tylko dlatego, że w porę znalazła się u psychiatry. Opowiedziała o swoich objawach, o odsypianiu w każdej wolnej chwili, o tym, że funkcjonuje już na autopilocie. Że nie ma komu oddelegować swoich zadań. Diagnoza: depresja reaktywna, czyli powodowana negatywnym zdarzeniem z życia czy traumą. W jej przypadku – przepracowaniem. Terapia i leki pomogły. Ale nie odeszła z firmy. Postanowiła jeszcze zawalczyć o awans – to było spełnienie jej ambicji, nie chciała się tak łatwo poddać.

W zespole była jedną z najlepszych. Premia była na wyciągnięcie ręki. Żeby mogła zapracować na awans, szef przydzielił jej dodatkową, nieoficjalną funkcję – specjalisty do spraw raportowania. Nieoficjalną, bo za nowymi obowiązkami nie przyszły dodatkowe pieniądze. Nie czuła się z tym źle, chciała się wykazać. Ale w podobnej roli był już ktoś inny, ktoś, kto błyszczał na spotkaniach. Prezentował nawet to, co ona opracowała.

To trwało rok. Frustracja i poczucie niesprawiedliwości narastało. Stała się niemiła dla osób z zespołu, które zaczęła uważać za rywali. Zaczęło jej przeszkadzać, że w zamian za starania nie dostaje nic poza satysfakcją i zadowoleniem menedżera.

– Powiedziałam mu: "Staram się o ten awans i nic. Co mam zrobić?".

Usłyszała, że awans przeznaczony jest dla jej kolegi. "Ale może wykorzystamy twój talent i potencjał do stworzenia nowego zespołu tylko dla ciebie?" – zaproponował menedżer.

Po kilku miesiącach mieli zielone światło. Byli ludzie, były projekty, zadania. Miała zapracować na wyższe stanowisko, sprawdzając się w tej roli – znów – bez większych pieniędzy. Nie miała z tym problemu, wierzyła, że jej się uda.

– Mówiono mi, że jestem już blisko. I ja to czułam. Bo mnie było widać, bo robiłam rzeczy, dzięki którym cyferki się zgadzały. Zrobiłam kurs z analityki danych, zostawałam dłużej w pracy, robiłam więcej niż faktyczny kierownik zespołu. Rozmowy z przełożonymi dodawały mi skrzydeł. Wiedziałam, że ta ścieżka kariery to jest to, czego chcę.

Na koniec roku przyszedł czas podsumowań. Kasia jak na tacy pokazała menedżerowi zestawienie wszystkich swoich dokonań. Usłyszała, że na awans nie ma budżetu.

– I to ostatecznie zabiło jakąś część mnie, ciężko pracującej, naiwnie wierzącej, że tym się zawsze obronię. Że ktoś mnie wreszcie doceni.

Resztę tygodnia przepłakała. Kolejny zaczęła z żółcią w gardle. W końcu przeczytała gdzieś, że nie trzeba być lojalnym wobec firmy, która nie jest lojalna wobec ciebie. Po kilku latach udowodniła już, że nie jest "skoczkiem", czyli pracownikiem przechodzącym z firmy do firmy, zanim wybiją mu trzy lata, gdy okres wypowiedzenia wydłuża się do trzech miesięcy.

Znalazła nową pracę. Wymarzoną, z pensją o wiele wyższą, niż dostałaby po awansie w starym korpo. I w pełni zdalną.

Dzięki terapii jest bardziej wyczulona na reagowanie, kiedy w pracy dzieje się coś nie tak. Zyskała też umiejętność robienia rzeczy, które nie są produktywne. Zamiast ćwiczyć na siłowni czy robić kurs językowy, gra w "Simsy" i maluje obrazki, których nikt nie ogląda.

– Nie wszystko musi zaprocentować w przyszłości – mówi.

Roszczeniowe zetki? Chyba nieszczęśliwi debiutanci

Katarzyna Krzywicka-Zdunek, połowa duetu znanego w social mediach jako Socjolożki.pl, protestuje przeciwko nazywaniu młodych pracowników roszczeniowymi.

– Oni po prostu poszukują miejsca, które pozwoli im na bezpieczną finansową egzystencję. Chcą mieć normalne, godne życie, wziąć kredyt, wynająć mieszkanie. W dużych miastach to bardzo wysokie koszty. Młodzi muszą bacznie patrzeć na pieniądze. A pandemia pokazała, że osoby, które dopiero zaczynają swoje życie zawodowe, są pierwsze do odstrzału w momentach kryzysu.

Do wypalenia zawodowego może przyczyniać się również myślenie o pracy po pracy. - Przeciążamy swój umysł - mówi Anna Bratko (Fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Wyborcza.pl)

Krzywicka-Zdunek przytacza badania "Młodzi dorośli" wykonane na 1500 osobach w wieku 16–35 lat.

– 75 proc. osób w wieku 25–30 lat utrzymuje się ze swojej pracy zawodowej, 17 proc. wciąż musi łatać swój budżet domowy pieniędzmi, które przekazują im rodzice. W grupie 31–35 lat to odpowiednio 78 i 16 proc. Ich częste zmiany pracy są spowodowane poszukiwaniem godnych warunków – twierdzi socjolożka. – Dla milenialsów kredyt był porażką, bo to oznaczało, że "rodzice mnie nie zabezpieczyli". Przedstawiciele pokolenia Z są szczęśliwi, jeśli dostają kredyt, bo to znaczy, że mają stabilną pracę i są wypłacalni – podkreśla.

Pokolenie Z, czyli osoby urodzone po 1996 roku, utożsamia się też z "wielką rezygnacją", która przyszła po pandemii. To odwrót od "kultury zap****olu".

– Z raportu Gallupa, powtarzanego co roku, wynika, że mały procent osób angażuje się w pracę. Dużo pracowników robi to, co musi, nie więcej. Ale to nie jest tak, że stawiam bierny opór mojemu pracodawcy i nie wykonuję jakichś zadań, tylko po prostu trzymam granice. Tak robi pokolenie Z: pracuję od tej do tej godziny, mam określone obowiązki. Dla zetek ważne jest określenie zasad, bo one zaczęły dostrzegać, że praca nie służy do tego, żeby nam dawać szczęście. To nasz obowiązek. Szczęście jest poza miejscem pracy. To pokolenie X kuło ten sukces, jarało się pracą. Następne generacje od tego odchodzą – i super. To jest zachowywanie równowagi życiowej – komentuje Krzywicka-Zdunek.

Złamane serce pracownika

Patrycja Sawicka-Sikora, psycholożka specjalizująca się w temacie wypalenia zawodowego, mówi, że do jej gabinetu trafiają ludzie w różnym wieku, z różnych branż, kobiety i mężczyźni. Bo wypalenie może dopaść każdego. Zwłaszcza idealistów i perfekcjonistów.

– Mówimy w branży, że żeby się wypalić, to trzeba się palić. Musi nam na czymś zależeć. Tak często dzieje się z młodymi idealistami, którzy wierzą, że ich praca coś zmieni, że mają szansę na realizację swoich wartości, motywacji. Podejmują różne próby, myśląc, że się uda, aż w końcu po jakimś czasie kolejne zawody łamią im serca. Syndrom wypalenia zawodowego pojawia się jako swego rodzaju ochrona – opowiada. I dodaje: – Każdy z nas inaczej go przeżywa, ale objawy, które mogą na niego wskazywać, wszyscy mają podobne. Osoba, która tego doświadcza, wycofuje się, staje jakby za szybą. Dystansuje się wobec zadań, ludzi, pracy, życia i zwykle robi to wbrew swoim wartościom. Dlatego na koniec często ma jeszcze złe zdanie o sobie.

Sawicka-Sikora konsultuje wielu pacjentów w okolicach trzydziestki. – Oni już wiedzą, że można sobie pomóc – podkreśla.

– Wypalenie zawodowe jest zdefiniowane przez WHO w ostatniej wersji klasyfikacji chorób ICD-11. Wiemy, że oprócz wyczerpania, często mylonego ze zniechęceniem, pojawia się bezosobowa postawa wobec pracy, dystansowanie się. W kolejnym etapie jest coś, co nazywamy obniżonym poczuciem sprawności zawodowej – tłumaczy prof. Paweł Zagożdżon, psychiatra.

ICD-11 nie obowiązuje jeszcze oficjalnie w polskiej medycynie. Prace nad polską wersją są w trakcie finalizacji. To nie znaczy, że wypalenie zawodowe nie było znane polskim psychiatrom.

– Oficjalnie kodowanie przyczyn choroby, która sprawia, że ktoś nie jest w stanie chodzić do pracy, jest bardzo elastyczne. Coś, co całkiem niedawno spróbowano zidentyfikować jako wypalenie zawodowe, jest znane od dawna. Mogłoby się znaleźć w szarej strefie pomiędzy depresją a zaburzeniami adaptacyjnymi – tłumaczy lekarz.

Pacjent dostaje często receptę i zwolnienie lekarskie. Bo najważniejsze w takiej sytuacji to odpocząć.

– Wzmacniamy kogoś farmakologicznie, aby stał się bardziej odporny na stres, mógł lepiej spać, słowem, mógł odpocząć. Ale tak nie można za długo. Najlepszym sposobem na problemy z pracą jest zmniejszenie obciążenia. To oczywiście wyzwanie dla wielu z nas, żeby wiedzieć, kiedy dużo jest już za dużo.

Każde zwolnienie lekarskie kiedyś się kończy. A wtedy pracownik musi podjąć decyzję – odejść czy zostać i próbować na nowo odnaleźć się w swojej firmie.

A co jeśli pracownik zbagatelizuje problem? – Może narastać frustracja. Szybciej dojdzie do utraty zasobów odporności i zdolności do przystosowywania się. A problem z zakresu zdrowia psychicznego może stać się poważniejszy – tłumaczy prof. Zagożdżon.

– Być może jest to bolesne, czasem okupione nawet wizytą u psychiatry czy psychologa, ale najlepiej znaleźć sobie pracę, którą jesteśmy w stanie psychicznie udźwignąć – podkreśla psychiatra.

Wypalenie zawodowe stało się gorącym tematem na LinkedIn [portal społecznościowy służący nawiązywaniu kontaktów zawodowych – przyp. red.] i spotkaniach specjalistów od zatrudniania. Wiele firm stara się przeciwdziałać wypaleniu swoich pracowników, na przykład oferując teleporadę psychologa w godzinach pracy.

Anna Bratko, HR menedżer w Bayer GBS Gdańsk, razem ze swoim kolegą Tomaszem Zdziechem wprowadziła do swojej organizacji warsztaty o wypaleniu zawodowym. Są skierowane do kadry menedżerskiej, tak żeby liderzy sami mogli je rozpoznać. Niedługo mają ruszyć również warsztaty dla pracowników niższych szczebli.

– Rola lidera jest z pewnością duża, bo to on może wyłapać, że dany pracownik doświadcza wypalenia, i wesprzeć przez zmianę zadań, zachęcenie do skorzystania z urlopu i szczerą rozmowę na temat trudności – mówi Anna Bratko. – Nie jest to jednak łatwe, bo w Polsce istnieje przekonanie, że tylko ciężką pracą można do czegoś dojść. Osoby, które doświadczają takiego wypalenia, żyją w przekonaniu, że przekazanie informacji o tym, że sobie nie radzą, nie będzie dobrze odebrane przez rodzinę, bliskich, zespół czy firmę. Dlatego tak ważne jest uświadamianie na wszystkich płaszczyznach, że wypalenie zawodowe powinno wyjść ze strefy tabu i należy mówić o ryzykach, które się z nim wiążą – podkreśla Bratko.

Według niej do wypalenia zawodowego przyczynia się również myślenie o pracy po pracy. – Przeciążamy swój umysł, ciągle myśląc o pracy. Sądzę, że sztuczna inteligencja może tu być game changerem. Boimy się, że zabierze nam miejsca pracy, ale być może właśnie nas odciąży? – zastanawia się Anna Bratko.

*Imię bohaterki zmienione na jej prośbę.

Sylwia Gutowska. Dziennikarka i reporterka freelance. Od kilku lat w tematach krążących wokół społeczeństwa i zdrowia psychicznego. Kulturoznawczyni i polonistka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu.