Urodzeni w latach 80. i wczesnych 90., dorastali w kulturze indywidualizmu. Milenialsi. Maria Organ w nowym cyklu Weekend.gazeta.pl przygląda się pokoleniu Y, często nazywanym pokoleniem "ja, ja, ja".
***
Agata, 34 lata
– Nie zastanawiam się, dlaczego się tutaj znalazłam, tylko czy mi wolno. Czy mam prawo? Przecież nie mam raka, jestem co najwyżej na najlepszej drodze, żeby go mieć – mówi Agata, od dwóch miesięcy na zwolnieniu lekarskim od psychiatry. Zalecenia? Odpocząć.
Osiem lat wcześniej, po studiach z biotechnologii, Agata rozważa, czy zostać nauczycielką, czy może zatrudnić się w laboratorium. Mama koleżanki podpowiada, żeby aplikowała do firmy farmaceutycznej na monitorkę badań klinicznych. Dostaje się. Znajomi ze studiów zazdroszczą, marzyli o takich zarobkach.
Do pracy dojeżdża spod Warszawy. Wraca do domu koło 19, je obiad i siada do pisania raportów. W biurze nie da się na nich skupić, bo telefon dzwoni cały czas. Agata często jest też w podróży. Jeździ od szpitala do szpitala, gdzie prowadzone są badania nad lekami. Najpierw pokazuje lekarzom procedury postępowania z pacjentami i dawki testowanych leków. Później wraca, by monitorować badania, a jeśli coś idzie nie tak, koryguje pracę zespołu. Jest pierwszym kontaktem w pilnych sprawach, kiedy pacjentowi gwałtownie się pogarsza. W pracy najbardziej przeszkadza jej atmosfera. – "Młoda siksa nie będzie pouczać profesora medycyny!" Słyszałam coś w tym stylu – opowiada.
Po trzech latach Agata wciąż działa na wysokich obrotach, ale jej jelita przestają współpracować. Kilka razy w ciągu dnia musi iść do toalety. – Dopadało mnie zawsze przy ważniejszych spotkaniach. Na przykład stoję przed piątką lekarzy, rozpoczynam szkolenie i nagle muszę biec do innego skrzydła, bo w wielu szpitalach brakuje toalet. To wydłużało pracę. A potem jeszcze jazda pociągiem kilka godzin. Gdy masz rozwolnienie, to naprawdę jest uciążliwe, do domu wracałam przeczołgana.
Agata dostaje diagnozę - SIBO. Zalecenia: antybiotykoterapia i rygorystyczna dieta. Nie może jeść: większości warzyw, owoców, strączków, cytrusów, nabiału, niczego surowego. Może: jasne pieczywo, kaszę, ryż, kurczaka. Szczęśliwie ulubione pomidory jej nie szkodzą. Na jakiś czas objawy ustają, ale gdy organizm przyzwyczaja się do nowej diety, dolegliwości wracają ze zdwojoną siłą. Niepokoi się, gdy nie wie, gdzie jest łazienka. Z czasem dochodzą problemy z kolejnymi narządami układu pokarmowego. – Wiedziałam, że chodzi o stres związany z pracą, ale nie potrafiłam nad nim zapanować.
Rok później przechodzi nagłe załamanie. – Pracowniczka, która robiła audyt w jednym ze szpitali, zostawiła mnóstwo uwag, ale nie przekazała ich lekarzom. Ja musiałam to zrobić. Zmieszali mnie z błotem i wdeptali w ziemię. Kolega, który pojechał mnie wspierać, słowem się nie odezwał. Dostałam jakiegoś ataku. Trzęsąc się, zadzwoniłam do szefa i powiedziałam, że już nigdy tam nie wrócę.
Zaletą branży Agaty jest to, że nową pracę można znaleźć w ciągu kilku dni. W kolejnej firmie zaczyna od razu. – Miałam już kredyt na mieszkanie. Liczyłam, że etap wdrożenia to będzie moment odpoczynku, ale szybko zobaczyli, co umiem, i wpadłam z deszczu pod rynnę. Znów pięć dni w tygodniu poza domem albo dziewięć godzin w pokoju bez okna we wrocławskim szpitalu. Trudno było odważyć się na kilkuminutowy spacer, skoro wiedziałam, że moi koledzy siedzą bez przerwy – mówi.
Po kilku miesiącach do objawów jelitowych dochodzą migreny. – To było przerażające, bo gdy już docierałam do domu, musiałam cały wieczór leżeć w absolutnej ciemności. Nie byłam w stanie się poruszyć. W końcu wybrałam się do neurologa. Zapisał mi tabletki, które miałam brać, gdy przeczuję, że migrena nadchodzi. Nie chciałam nic przeczuwać, nie chciałam tego mieć!
Zamiast przyjmować kolejne leki, Agata woli jeszcze raz zmienić pracę. – Mniej wyjazdów, praca w większości zdalna. Co prawda nie ma do kogo gęby otworzyć, ale jest dużo mniej sytuacyjnego stresu – opowiada.
Mimo to objawy nie mijają. W każdą niedzielę wieczorem zaczyna robić jej się niedobrze. W poniedziałek boi się otworzyć komputer. Kiedy słyszy telefon, ma ścisk żołądka. – Mój mąż też pracuje w domu. Zwrócił uwagę, że choć mam pracować zadaniowo, czyli odbierać telefony i ewentualnie wtedy reagować, to ja siedzę w napięciu i patrzę w ekran, czekając, aż coś się wydarzy. Wiele osób na podobnym stanowisku w tym czasie gotuje obiad, grabi liście czy odwozi dzieci do przedszkola. Ja raz się wybrałam do lekarza, ale miałam taki stres, że biegiem wracałam do domu. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że nawet kiedy mogę, nie potrafię się zrelaksować – mówi przez łzy.
Agata chce się nauczyć odpoczywać. Przez rok szuka sposobu, żeby rozluźnić ciało. Próbuje metody TRE, która ma uwalniać napięcie mięśniowe przez pobudzenie w ciele wibracji, i fizjoterapii stomatologicznej, żeby ulżyć sobie w bruksizmie. Masaże wisceralne mają pomóc zmniejszyć napięcie w brzuchu. – To jest bardzo bolesne. Fizjoterapeuta wciska palce bardzo głęboko w brzuch, żeby przejść przez napięcia tkankowe i dostać się do narządów wewnętrznych – tłumaczy.
Poza tym regularnie chodzi na zajęcia pilatesu i spacery z mężem. – Po żadnym zabiegu nie czułam spektakularnej różnicy. Chyba wszystkie razem dały taki efekt, że objawy trochę słabły, ale nie ustępowały.
Udręczona tym, że nic jej nie pomaga, Agata decyduje się na wizytę u psychiatry. – Wypisał zwolnienie lekarskie i powiedział, że głównym lekiem dla takich jak ja jest odpoczynek. Nakazał nie myśleć o pracy i robić miłe rzeczy. Dodał, że na moim miejscu pozbyłby się kredytu, sprzedał mieszkanie i po prostu dbał o zdrowie.
– Jak ktoś mnie pyta, co ja robię na tym zwolnieniu, odpowiadam, że czytam, gram na gitarze, oglądam filmy, robię kurs szycia na maszynie. Wtedy ludzie komentują: "A, czyli po prostu żyjesz". Staram się. Służbowy telefon leży wyłączony w szufladzie, ale odpoczywanie to dla mnie nadal coś trudnego. Jestem zadaniowa, lubię widzieć efekty, a po spacerze nie ma tych efektów, więc od razu myślę, że to strata czasu i można by go było przeznaczyć na coś pożytecznego. Wciąż mam dysbiozy [dysbioza jelitowa powoduje najczęściej objawy ze strony przewodu pokarmowego, takie jak biegunki, wzdęcia i zaparcia – przyp. red.] w organizmie i trochę się boję tego powrotu do pracy, bo owszem, czegoś się nauczyłam podczas tego zwolnienia, ale doba nie jest z gumy. Jak mam pogodzić pracę z tym życiem?
Barbara, 39 lat
Od poniedziałku do piątku Barbara do 16 zajmuje się synkiem i próbuje pracować. Umawia kolejne sesje zdjęciowe i odpowiada na wiadomości od niecierpliwych klientów. Kiedy tylko mąż przekracza próg domu, przekazuje mu chłopca, a sama biegnie do komputera. Retuszuje zdjęcia do późnej nocy. W weekendy jej nie ma, robi zdjęcia. – Zero czasu z rodziną, ani chwili dla siebie, klient był najważniejszy. Co gorsza, nie widziałam w tym nic złego – opowiada, uśmiechając się z politowaniem. – Jest taki mem: na jednym obrazku leży człowiek w trumnie, poniżej podpis: "Kiedy umrzesz". Na kolejnym ten sam człowiek siedzi przy komputerze, poniżej podpis: "Kiedy przypomnisz sobie, że masz zdjęcia do obróbki". To byłam ja. Mogłam się czołgać ze zmęczenia, ale musiało być zrobione. Mąż zwracał mi na to uwagę: "Wstajesz rano i zaczynasz dzień od słowa ’muszę’. Muszę to, musimy tamto. Ja już mam dreszcze, jak słyszę kolejne ’muszę’!".
Podczas drugiej ciąży Barbara realizuje sesję ślubną. Brzuch jest już spory, ale ona kuca, wstaje, znowu klęka. Wygina się przez kilka godzin, byle tylko materiał był dobry. – Następnego dnia obudziłam się przerażona, bo nie mogłam się poruszyć. Okazało się, że ból promieniuje od kręgosłupa, bo przeciążyłam plecy. Nie przechodziło, więc poprosiłam męża, żeby ustawił komputer koło łóżka. Chciałam klikać chociaż jedną ręką, bo przecież klienci czekali.
"Mijamy się, Basia. Widzę tylko twoje plecy, gadam do tyłu twojej głowy" – słyszy kilka lat później od męża.
"Przecież ta praca jest moją pasją, no i potrzebujemy tej kasy" – odpowiada.
Biznes idzie coraz lepiej, właśnie kupili dom i powiększyli studio. Kiedy próbują wieczorem obejrzeć razem film, ona siedzi z komputerem na kolanach. – Nie układało nam się i nie bardzo wiedzieliśmy, co z tym zrobić.
Nadchodzi pandemia, a firma Barbary zaczyna działać jeszcze prężniej. Wyspecjalizowana w sesjach rodzinnych, rusza z nauczaniem online. Tymczasem jej mężowi obcinają część etatu. Oprócz weekendów ma wolne piątki, mogą w końcu spędzić razem trochę czasu. – Byliśmy zdumieni, jak taka mała zmiana dobrze na nas wpływa – ekscytuje się Barbara.
Ma jednak coraz więcej pracy. Od pojedynczych lekcji szybko przechodzi do tworzenia całych kursów na zlecenie zewnętrznej firmy. – Zarobiłam niezłe pieniądze. To był moment, kiedy zdecydowaliśmy z mężem, że najwięcej zyskamy, kiedy odejdzie z etatu. Weźmie na siebie więcej obowiązków domowych i będzie asystował w moich projektach, żeby wszystko szło sprawniej.
Barbara ma pomoc męża, więc jeszcze podkręca tempo. Sesje, retusz, nagrania do kursów i tak w kółko. – Byłam jak maszyna. Uśmiechałam się do klientów i do kamery, bo tak trzeba, ale nie do końca nadążałam za tym, co się dzieje – opowiada.
Pół roku później zaczyna chorować, łapie każdą możliwą infekcję. Niby nic poważnego, ale gdy tylko wyczołga się z łóżka i zmusi do pracy, choroba wraca ze zdwojoną siłą. – Zaczęłam zawalać terminy i strasznie się tego wstydzić. Przepraszałam, nadrabiałam i znów chorowałam. W końcu niemal przestałam zarabiać. Doszłam do wniosku, że potrzebuję pomocy, bo sama się z tego bagna nie wygrzebię. Poszłam na terapię.
Bardziej niż terapia Barbarze pomaga jednak koleżanka. – Poznałyśmy się przy pracy dla wspólnego klienta. Asia widziała, jak funkcjonuję, i zaproponowała mi szkolenie z balansu życiowego.
Jadą we dwie do hotelu na weekend. "Pierwsze, co musimy zrobić, to dowiedzieć się, jaka jest twoja życiowa intencja" – objaśnia Joanna. Barbara szeroko otwiera oczy, ale posłusznie odpowiada na dziesiątki pytań o pracę i pieniądze. – Komuś może wydawać się to głupie, ale na co dzień człowiek biegnie i się specjalnie nie zastanawia, o co mu chodzi w życiu. Po kilku godzinach doszłyśmy do tego, że moją życiową intencją jest spokój, a pieniądze mi go zapewniają.
Kolejną częścią spotkania jest planowanie całego nadchodzącego roku.
– Zacznijmy od końca. Kiedy masz wolne? – pyta Joanna.
– Jakie wolne?
– No, wolne! Wakacje, jakiś wyjazd raz na kwartał. Kiedy chcesz mieć weekendy? Normalny człowiek ma mieć dwa dni wolnego w tygodniu.
– Przecież jeśli zrobię wolne weekendy, to nie będę miała czasu na nic! – protestuje Barbara.
– Jesteś tu ze mną, bo to firma ma pracować na ciebie, a nie ty się masz poświęcać dla niej!
Wpisują w plan wakacje, rocznice, urodziny, weekendy, święta. Barbara nie dowierza, że można mieć tyle wolnego. Kiedy omawiają delegowanie zadań, przewraca oczami. W końcu przechodzą do kluczowej części, czyli liczenia, ile na to wszystko trzeba zarobić.
– Wychodzi 20 tys. netto miesięcznie – mówi Joanna.
– O ja pieprzę! Przecież to majątek!
– Policzmy, ile zarobiłaś w ubiegłym roku, podzielmy na miesiące. A teraz spójrzmy na ceny sesji i kursów i sprawdźmy, ile więcej trzeba ich sprzedać, żeby rachunek się zgadzał – mówi spokojnie Joanna, a Barbara jest przerażona. – Nie wierzyłam, że to może się udać, ale nie miałam nic do stracenia. Wiedziałam, że nie jestem już w stanie funkcjonować jak dotąd.
Tydzień później Barbara dostaje wiadomość od Joanny: "Przypominam, że zgodnie z ustalonym harmonogramem niedziele i poniedziałki masz wolne". – Kręciłam się po domu, nie miałam pojęcia, co ze sobą zrobić. Najpierw upiekłam keks, potem jeszcze chleb, mąż był zachwycony! W końcu mi przyszło do głowy, że może trochę pogram. My z mężem jesteśmy starzy gamerzy, ale od kiedy pojawiły się dzieci, nie miałam czasu na "World of Warcraft". Grałam trzy godziny i byłam zachwycona!
Stopniowo Barbara odzyskuje popołudnia. – Trzęsłam portkami, kiedy pierwszy raz zlecałam retusz swoich zdjęć. Jak zarwałam nockę, żeby pracować, i następnego dnia miałam wyrzuty sumienia, że chcę zrobić sobie drzemkę, zaczęłam prowadzić ze sobą dialogi.
"Powinnam pracować, muszę to skończyć".
"Jak się teraz nie położysz, to zyskasz półtorej godziny, ale połowę przesiedzisz na Pintereście. Jesteś zmęczona, więc będziesz uciekała od tej pracy".
Potem szłam do łóżka i mówiłam: "Należy ci się, należy ci się, musisz odpocząć, bo masz być zdrowa". Albo: "Jak się prześpisz, to nie będziesz taka nerwowa w stosunku do męża i dzieci". I tak powoli się przyzwyczajałam. A jak mi zasmakował ten wolny czas, to już nie chciałam go oddać. Dziś deleguję, co tylko się da, a ja maseczka, serialik, paznokietki czy drzemka, co tam sobie zechcę.
Nie wszystkie plany zapisane w kalendarzu udaje się zrealizować. – Na początku, jak coś nie wypaliło, byłam załamana. Kiedy złapałam jakiś poślizg, miałam poczucie winy. Musiałam znaleźć własny rytm i przestać obwiniać się o to, że o 8 przy biurku jestem nieprzytomna, a najlepiej skupiam się wieczorem. Asia powtarzała mi, że potknięcia to kwestia lepszego dopasowania planu. Dziś jej wierzę, bo mimo jednej czy drugiej obsuwy i momentów mniejszego ruchu w interesie udało mi się zdywersyfikować przychody. Wypuściłam trzy autorskie kursy i robię sesje, jakie lubię. A przy tym wszystkim mam naprawdę dużo czasu dla siebie i bliskich.
Wcześniej w kółko myślałam "co ze mnie za matka?!", a teraz mamy swoją tradycję – rodzinne spacery. Na początku to był koszmar, pół godziny to było wyzwanie, bo dzieciaki bolały nóżki. Nie lubiły chodzić, bo były nieprzyzwyczajone. A dzisiaj? Trzy godziny spaceru biorą na miękko! Nasze rodzinne życie zaczęło być takie, jak powinno być zawsze. A ja po roku innego podejścia do pracy jestem na etapie, o którym wcześniej nie śmiałam marzyć.
Małgorzata Osowiecka-Szczygieł, psycholożka, Uniwersytet SWPS
Milenialsi deklarują przemęczenie, a mówi się, że nie pracują ciężej niż inne pokolenia. Właściwie wielu z nich ma łatwiej, bo siedzi za biurkiem.
W Polsce kultura pracy nadal opiera się na przekonaniu, że im więcej czasu spędzimy w pracy, tym lepszymi pracownikami jesteśmy. Tymczasem – z perspektywy fizjologicznej – zaangażowanie naszych funkcji poznawczych przez osiem godzin to naprawdę duży wysiłek. Porównując pracę milenialsów do poprzednich pokoleń, zazwyczaj nie bierzemy pod uwagę obciążenia psychicznego, liczby bodźców oraz tego, w jakim tempie trzeba dziś przetwarzać informacje. Nieustanne utrzymywanie wysokich obrotów naturalnie będzie skutkowało przemęczeniem i potrzebą odpoczynku.
Wielu milenialsów deklaruje, że odpoczywać musi się uczyć. Absurd?
Każdy człowiek ma w sobie naturalną skłonność do zabawy, odpoczynku czy swobodnego myślenia, co najlepiej widać u dzieci. Te predyspozycje są dużo bardziej zgodne z naszym pierwotnym stanem niż praca, zwłaszcza ta intelektualna. Ewolucja zaprogramowała nas do rozmnażania się i zdobywania pożywienia, ale już niekoniecznie do siedzenia za biurkiem i prób nieustannego skupienia uwagi. Taka aktywność wymaga naprawdę znacznego wysiłku, do którego często zmuszamy się różnymi sposobami, co często prowadzi do stresu i napięcia w organizmie.
Po osiągnięciu takiego stanu trudno jest wrócić do bardziej naturalnego trybu funkcjonowania, który sprzyja luzowi. Szczególnie wtedy, gdy cała nasza energia została pochłonięta przez pracę, zalecenie terapeuty czy psychiatry „proszę odpocząć" staje się wyzwaniem. Potrzeba przecież energii i przestrzeni mentalnej, aby spokojnie zastanowić się, co naprawdę chcemy robić, kiedy, za ile pieniędzy. Konieczne jest więc podjęcie dodatkowego wysiłku, aby poszukać formy aktywności, która pomoże nam w osiągnięciu tego relaksu. Podejście zadaniowe, dociskanie siebie i oczekiwanie natychmiastowego rezultatu tutaj się nie sprawdzi, bo to wszystko jest przeciwieństwem luzu, którego tak pragniemy.
W jaki sposób więc odpoczywać, żeby faktycznie odpocząć?
W psychologii mamy ogólne założenie, że warto wypoczywać inaczej, niż się pracuje. To znaczy jeżeli wykonujemy pracę fizyczną, to być może warto odpoczywać, czytając książkę. A jeśli pracujemy mentalnie lub emocjonalnie, to wypoczynek powinien być fizyczny. Moim zdaniem są od tego wyjątki i najważniejsze, by zaobserwować, co naprawdę sprawia nam przyjemność.
Cała oferta wellness, którą jesteśmy dziś bombardowani: joga, medytacja, bieganie czy nauka oddychania, wielu osobom może pomagać, a w wielu innych może generować presję i poczucie winy. Wybór spośród tylu opcji może sprawić, że ktoś poczuje się niewystarczający, zwłaszcza gdy trendy społeczne narzucają, co jest "modne" w dziedzinie odpoczynku. Badania wskazują, że milenialsi bardzo lubią odpoczywać, oglądając filmy na platformach streamingowych albo grając w gry komputerowe. W takiej formie odpoczynku nie ma nic złego! Jeśli faktycznie czujemy, że odpoczywamy, to każdy sposób będzie dobry. Chyba że ten proces jakoś nas krzywdzi i oglądaniu filmu towarzyszy objadanie się, które jest raczej zajadaniem emocji niż sposobem na uwalnianie się od stresu, a w długotrwałej perspektywie może prowadzić do otyłości czy nadciśnienia.
Są osoby, które nie potrafią usiedzieć w miejscu, uważają, że albo aktywny wypoczynek, albo żaden, ewentualnie ujdzie jeszcze domowe krzątactwo. Czy to może być forma relaksu?
Sprzątanie w domu może być kuszące, bo czujemy, że robimy coś pożytecznego. Większość z nas chce być osobą sumienną i w swoich oczach pielęgnować taki obraz siebie, nawet kiedy inni nie patrzą. Dodatkowo pojawiają się wątpliwości co do opinii innych: co pomyśli o nas matka czy partner/ka, gdy zobaczą, że leżę na kanapie? Angażowanie się w różne czynności może więc wynikać z wewnętrznego przymusu, ale dla niektórych może też być formą relaksu. Wszystko zależy od tego, jakie mamy wewnętrzne nastawienie do wybranej aktywności. Czy gotujemy, bo to sprawia nam przyjemność, czy jakiś wewnętrzny przymus każe nam to robić, choć wolelibyśmy poleżeć na kanapie?
Są osoby, które uciekają w liczne aktywności, żeby odwlec spotkanie z emocjonalnymi trudnościami. Zamiast rozmowy z partnerem albo spotkania samemu ze sobą wybierają ciągłe zajmowanie się czymś innym. Odpoczynek na kanapie i spokojne, relaksujące czynności pozostawiają dużo miejsca na refleksję. A niektórzy bardzo boją się być sam na sam ze swoimi myślami. Badania wykazały, że ludzie częściej decydują się na zajęcie czymś niż zastanawianie się nad własnymi wartościami, celami i potrzebami.
Czy odpoczynek powinien być naszym obowiązkiem?
Nie. Jeśli ktoś traktuje odpoczynek jako swój obowiązek, to być może jeszcze nie osiągnął etapu, w którym relaks przychodzi mu naturalnie, i potrzebuje uwzględnić go w swoim planie dnia. Wtedy można zaplanować godzinę dla siebie i ten czas sobie obiecać. Słowo „plan" jest tu dużo lepszym wyborem niż „obowiązek", bo samo podejście do odpoczynku ma kluczowe znaczenie. Poczucie obowiązku sprzyja niechęci. Sprawia, że mamy kolejną rzecz na liście do wykonania i odczuwamy presję, podobnie jak w przypadku obowiązków zawodowych, żeby to załatwić.
Szukałabym raczej złotego środka. Jeśli naprawdę jest jakiś dzień, że nie mamy kiedy odpocząć, to okej, takie jest życie. Nie zawsze są dni, kiedy wszystko przebiega spokojnie i możemy sobie poleżeć na kanapie. Jednak ufamy sobie na tyle, że kiedy nadarzy się taka okazja, to na leżenie sobie pozwolę. Jeżeli jednak mimo obietnic czy planów trudno znaleźć czas na odpoczynek, warto rozważyć krótkoterminowe wsparcie, na przykład w ramach terapii poznawczo-behawioralnej, gdzie można zidentyfikować swoje myśli, zachowania i podjąć próby wprowadzenia zmian. Natomiast naprawdę nie warto robić z odpoczynku obowiązku, bo dla osób, które mają tendencję do stawiania sobie wysokich wymagań, to może być kolejna rzecz, która będzie je obciążać.
Maria Organ. Dziennikarka, redaktorka, trenerka storytellingu. Zanurzona w świecie milenialsów najczęściej pisze o swoim pokoleniu, psychologii i książkach. Prowadzi warsztaty z pisania historii osobistych i biznesowych, podczas których pomaga zmieniać codzienne doświadczenia w inspirujące opowieści. Kontakt do autorki i zapisy na warsztaty na www.mariaorgan.com.
Milenialsi. Nowy cykl weekend.gazeta.pl
Urodzeni w latach 80. i wczesnych 90. W nową, nieustannie zmieniającą się rzeczywistość wchodziliśmy z nieaktualną mapą podarowaną nam przez rodziców. Dziś próbując balansować między tradycyjnymi wartościami a wyzwaniami teraźniejszości, wciąż żyjemy w nieustannym napięciu. Rozczarowanie sobą, przeżywamy zwykle w pojedynkę albo w gabinetach terapeutycznych, jeśli kogoś stać. Szukamy winy w sobie i czujemy się jeszcze bardziej samotni. Dlatego postanowiłam poszukać tego, co nas łączy. Dowiedzieć się, co ukształtowało pokolenie milenilasów, jak radzimy sobie z wyzwaniami życia i dlaczego czasami czujemy się tak bardzo zagubieni. Do rozmów zaprosiłam socjologów, psychologów, politologów i przedstawicieli pokolenia. Tych, którzy znaleźli swój sposób na oswajanie rozpędzonego świata i tych, którzy wciąż go szukają. Maria Organ


