Społeczeństwo
Kobieta, która zostawia dzieci, może być odrzucona nawet przez bliskich (Zivica Kerkez/shutterstock)
Kobieta, która zostawia dzieci, może być odrzucona nawet przez bliskich (Zivica Kerkez/shutterstock)

Poranek, dzieci już w szkole. Obydwoje mieliśmy akurat na później do pracy. Siedzę na kanapie z komórką w dłoni, przeglądam internet. Mąż mówi: "Spędzasz tyle czasu w telefonie, chyba masz kogoś na boku". To był zapalnik do ostatecznej rozmowy.

- A gdybym kogoś miała, to co? Przecież to kwestia czasu. Między nami już dawno nic nie ma.

- Wiem - odrzekł.

- Rozwód?

- Rozwód.

W domu jest bardzo cicho, siadamy przy drewnianym stole w kuchni. Nie mamy sobie wiele do powiedzenia. Padają pojedyncze zdania, same konkrety.

- Co z dziećmi? - pytam męża.

- Ty mi powiedz.

- Najlepiej, jeśli zostaną w domu, z tobą - odpowiadam zdecydowanie.

Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje

Wszystko przemyślałam, miałam dużo czasu.

- Tu mają swoje pokoje, podwórko, szkołę, przyjaciół. Ty lepiej zarabiasz, poradzisz sobie z domem i kredytem. Dzieciom się krzywda nie stanie, kochają nas tak samo.

Mąż jest lekko zdziwiony, że tak łatwo oddaję mu córkę i syna pod opiekę. Jeszcze bardziej, że nowy dom, do którego wprowadziliśmy się dwa lata wcześniej, będzie tylko jego.

- Jesteś pewna, że chcesz mi to wszystko zostawić? - pyta.

- Nie jestem, ale nie widzę lepszego wyjścia.

Wstajemy od stołu i każde rusza do swoich zajęć. Już nie ma spokoju, czuć między nami jakieś napięcie. On idzie na podwórko, ja zaczynam sprzątać, ale w środku dygoczę. Mam 30 lat i zaczynam nowe życie.

'Zostawiasz dzieci? Wstyd na całą wieś' (shutterstock)

"Bo się nie kochacie? Co to za powód?! Przecież macie dzieci!" Mama próbuje wymusić, żebym została. Łzy lecą jej po policzkach, ja nie płaczę. Próbuję się przebić przez jej rozpacz, ale jej nie interesuje, co mam do powiedzenia. Cały czas powtarza tylko: "Rozwód!", "Zostawiasz dzieci! Jak tak można?!", "Sumienia nie masz!", "Wstyd na całą wieś".

Nie wytrzymuję.

- Dobrze wiedziałaś, że ja tego małżeństwa nie chciałam. Przymusiliście nas, bo byłam w ciąży.

Nic nie odpowiada, bo co ma powiedzieć? Widziała, jak w dniu ślubu płakałam.

Powiedzieć dzieciom było trudno

Miałam 21 lat, byłam na drugim roku wymarzonych studiów w Krakowie. Mieszkaliśmy razem, ale chciałam się z nim rozstać, bo nam się nie układało. To była totalna wpadka. Ja bez stałej pracy, on tak samo. Nie byłam w stanie sama się utrzymać z dorywczych zajęć. Nie myślałam, żeby usunąć ciążę, wróciłam na wieś.

Rodzice się nie ucieszyli, ale zaakceptowali sytuację. "Teraz trzeba pomyśleć co dalej". Na wsi córka z brzuchem to był wstyd, więc ślub miał być, czy mi się to podoba, czy nie. Na spotkaniu z przyszłymi teściami siedziałam jak sparaliżowana. Jedyne, co udało mi się wynegocjować, to że wesele będzie po porodzie.

A potem zostałam sama na tej wsi, w tym domu, w tej ciąży. Życie mojego przyszłego męża niewiele się zmieniło, poza tym, że miał mnie zaklepaną. Studiował dziennie w Krakowie i pracował dorywczo, żeby mieć jakiekolwiek własne pieniądze. Przyjeżdżał na weekendy. Jeszcze mnie wtedy kochał, zależało mu, żebyśmy byli razem, więc dziecko było mu na rękę.

W dniu ślubu płakałam od rana. Jak jechałyśmy do kosmetyczki, świadkowa powtarzała: "To emocje", "Uspokój się, będzie dobrze". On widział, co się ze mną dzieje, ale chyba myślał, że za jakiś czas mi przejdzie. Jak ktoś mnie zna i patrzy na zdjęcia z wesela, to wie, że uśmiech jest wymuszony.

Syn pytał, jak będzie wyglądał jej nowy dom (shutterstock)

Mężem był z doskoku. Kończył studia, uzyskał tytuł naukowy, pracował, mógł się rozwijać. Ja z córką u rodziców. Odstąpili nam jedno piętro. Oni na dole, my na górze z oddzielną kuchnią i łazienką. Dom był ich, każdą decyzję trzeba było konsultować: czy można posłuchać muzyki, czy można przyjąć gości, zrobić coś po swojemu. Dążyliśmy do tego, żeby się wyprowadzić. Zaczęliśmy budowę na działce w tej samej wiosce. Ale ani drugie dziecko, ani nowy dom nie uratowały naszego małżeństwa. Poszliśmy nawet na terapię par, odbyły się dwa spotkania. Terapeutka powiedziała, że możemy dalej przychodzić, bo przecież nas nie wygoni, ale nie widzi sensu dalszej współpracy.

Powiedzieć dzieciom było trudno. Wieczorem, gdy kładły się spać, poszłam najpierw do jednego, potem do drugiego pokoju. Usiadłam na brzegu łóżka i mówię: "Niedługo się wyprowadzę, bo nie dogadujemy się z tatą. Nie będę mieszkała z wami, ale będę was często odwiedzać. Jak tylko coś się będzie działo, możecie do mnie dzwonić". Walczyłam ze sobą, żeby się nie rozpłakać. Nie chciałam, żeby myślały, że dzieje się coś strasznego.

- Gdzie będziesz mieszkać? - pyta córka.

- W miasteczku, 10 km dalej - mówię, chwilę głaszczę ją po głowie i wyślizguję się z pokoju.

Syn, przedszkolak, jest bardziej ciekawski.

- Będziesz miała nowy domek? Mieszkanie? Ale jakie? W bloku? Gdzie? Jak będzie wyglądać?

Nie płakały. Ja - dopiero jak zamknęłam się w łazience.

Na pierwszy raz spakowałam tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Kilka ubrań, moje ulubione kubki i talerzyki. Chciałam to zrobić szybko, jak najszybciej, żeby się więcej nie zastanawiać. Dzieci nie było w domu, nie chciałam, żeby widziały, jak wychodzę.

Płakała sama, w łazience (shutterstock)

Pierwszych kilka dni to był szok, w końcu byłam wolna. Organizowałam się w nowym miejscu. Nie miałam łóżka, bo nie było mnie stać, więc wieczorami leżałam na pompowanym materacu i rozmyślałam co dalej. Czy na pewno sobie poradzę, czy nie będę żałowała? A potem nagle pojawiała się myśl: o, teraz moje dzieci kładą się spać beze mnie. Przychodziły mi do głowy codzienne czynności, w których już nie brałam udziału. Trochę ich brakowało. Najgorsze były poranki, bo zwykle brałam na siebie budzenie, szykowanie śniadania do szkoły. No i wieczory, jak byłam sama w tym nowym miejscu. Nie da się zająć głowy cały czas. Zawsze jest moment, że coś się przebije. A jeden moment wystarczy, żeby ta lawina poszła dalej. Do tej pory tak mam czasami.

U dzieci starałam się być codziennie, co dwa dni. Zależy, jak kończyłam pracę. A kończyłam różnie, bo to gastronomia, nieregularne godziny, siedem dni w tygodniu. Po 19.00 już nie było sensu jechać, ale byłam, kiedy się dało. Bawiliśmy się, rozmawialiśmy, a potem po prostu wychodziłam. Jak zamykałam za sobą drzwi, oczy puszczały. Szłam do samochodu i nie widziałam drogi. Musiałam chwilę posiedzieć, zanim odpaliłam silnik.

***

Wyprowadziłam się chwilę przed świętami. To mała wieś, ludzie momentalnie podłapali temat. Plotka szła od drzwi do drzwi. Byłam "gościem" na każdej wigilii. Oprócz tej w rodzinnym domu. W drugi dzień świąt zadzwonił do mnie kolega z Holandii, mieszka tam już kilka lat, mamy kontakt od czasu do czasu. Mówi: "Mama właśnie do mnie dzwoniła z pretensjami, jak w ogóle mogłem tak postąpić, co ja wyprawiam". Doszły ją słuchy, że do niego uciekłam i teraz jesteśmy parą.

Z rodziny nikt mi nie został. Młodszy brat na początku czasem się odezwał, coś napisał. Spotkaliśmy się dwa razy po mojej wyprowadzce, ale z czasem urwał kontakt. Mieliśmy się zobaczyć znowu, ale się wycofał. Na kolejną wiadomość już nie odpowiedział. Mama nie potrafiła odebrać ode mnie telefonu. Dostawałam od niej tylko wiadomości. "Źle postąpiłaś", "Zniszczyłaś życie dzieciom", "Zniszczyłaś życie sobie", "Teraz radź sobie sama". Ojciec w ogóle się nie odezwał.

Najgorzej było w lutym. Doszły problemy finansowe. Ze względu na pandemię właściciele lokalu, w którym pracowałam, przestali być wypłacalni. Musiałam szukać czegoś nowego, a alimenty już w obowiązku. Bałam się, że nie będę miała za co przeżyć. Do tego wszystkiego zepsuł mi się samochód. Kupiłam go kiedyś od brata, gdy on sprawił sobie nowy. Zapłaciłam niewielkie pieniądze, był zarejestrowany na niego i na mamę. Teraz stał zepsuty na parkingu pod blokiem. Nie miałam do kogo zwrócić się o pomoc w naprawie, więc napisałam do brata. Kilka dni później zamiast niego przyjechał ojciec. Bez słowa zabrał auto i odholował do siebie na podwórko. Naprawił i teraz sam nim jeździ. Wiedział, że bez auta nie mam jak widywać się z dziećmi.

Wydawało mi się, że jestem silna psychicznie. Ale kiedy zostałam ze wszystkim zupełnie sama, a od plotek huczało już nie tylko we wsi, ale i w miasteczku, miałam dosyć. Rozniosło się szerzej niż w moich największych obawach. Mówili o mnie ludzie, którzy nigdy nie widzieli mnie na oczy. Nie schodziłam z afisza, byłam wydarzeniem numer jeden w całej okolicy. Najwięcej pogłosek było, że się wprowadziłam do jakiegoś faceta. Miałam romanse z nieskończoną liczbą mężczyzn. Byłam utrzymanką, utrzymywałam. Nikomu nawet nie przyszło do głowy, że mogę sobie sama wynająć mieszkanie.

O tym, że ojciec się mnie wyrzekł, dowiedziałam się od sąsiadki rodziców. Przyjaźniłyśmy się jeszcze za czasów, gdy tam mieszkałam. Oni wciąż mają dobry kontakt. Na jednym ze spotkań ktoś zapytał co u mnie. Tata odrzekł: "Ja mam już tylko jedną córkę". Chodziło mu o moją młodszą siostrę.

Usiedli przy stole, rozmawiali krótkimi zdaniami (shutterstock)

Szukałam pracy i bałam się, że ktoś mnie skojarzy. "To ona, ta, co zostawiła dzieci". Jakbym miała piętno wypalone na czole. W końcu udało mi się znaleźć pracę biurową w stałych godzinach, od poniedziałku do piątku. Na szczęście nowy pracodawca był na tyle zajęty, że nie miał czasu na plotki i nie dopytywał o życie prywatne. Praca w małym zespole, nie spotykam wielu ludzi, nie muszę bać się zaczepek.

Rozwód był w marcu. Wybraliśmy rozwiązanie ze wspólnym adwokatem. Wszystkie ustalenia dotyczące dzieci i majątku zapadły u niego. Rozstanie za porozumieniem stron, bez orzekania o winie. Sędzia zapytała, dlaczego dzieci mają zostać z ojcem. Powiedziałam, że zostają w rodzinnym domu, w miejscu, gdzie czują się dobrze, mają przyjaciół, chodzą do szkoły i do przedszkola. Zostają z ojcem, który je kocha. A ja nie wyjeżdżam na drugi koniec kraju, tylko jestem w miejscowości obok. To wystarczyło. Alimenty w wysokości 500 zł na dziecko. Chyba minimalne, jakie można płacić, ale ze względu na moją sytuację finansową nie można było o większe wnioskować. Żadnemu z nas nie ograniczono władzy rodzicielskiej. Dzieci prawnie przebywają zawsze w miejscu zamieszkania ojca. Nie mam ustalonych widzeń. Mogę się z nimi widywać, kiedy zechcę, wcześniej muszę tylko dać znać ich ojcu.

W życiu zaczęło się przejaśniać. Były mąż mnie spłacił, mogłam uregulować długi, kupić samochód i okulary do pracy. Kilka miesięcy później zaczęłam rozglądać się za odrobinę większym mieszkaniem. Byłam idealną kandydatką na lokatorkę, nie byłam studentką, miałam stałą pracę. Właściciele od ręki byli gotowi podpisać ze mną umowę. Póki nie przyznawałam, że jestem rozwódką i mam dzieci, które czasem będę przywozić.

- Ale jak? To gdzie one mieszkają?

- Na stałe z ojcem.

- Naprawdę? Wie pani, wstrzymajmy się z podpisaniem umowy do jutra.

W ten sposób dwa razy odmówiono mi wynajmu w ostatniej chwili.

Dzieci z czasem się przyzwyczaiły, że mama tu, a tata tam. Syn zniósł to lepiej niż córka, która na początku próbowała mnie namówić na powrót do domu. Szła w smutek, zatrzymywanie, przytulanie. Bolesne sceny. Powtarzałam sobie, że to kiedyś minie i ma prawo wyrazić wszystko tak, jak potrzebuje. Potem tłumaczyłam, że powrót jest niemożliwy.

Tłumaczyła córce, że powrót jest niemożliwy (shutterstock)

Po rozwodzie sytuacja zresztą trochę się zmieniła. Na początku były mąż zapewniał, że nigdy nie będzie robił problemów w kontaktach z dziećmi. Będę miała klucz do domu i mogę przyjeżdżać o każdej porze, jeśli się zapowiem. Ale krótko po ogłoszeniu wyroku przyjął pozycję poszkodowanego, którego kobieta zostawiła z dziećmi. Zyskał wielu moich przyjaciół, którzy teraz są tylko jego przyjaciółmi. Miał się komu żalić. Mnie nikt nie zapytał, jak się z tym wszystkim czuję.

Nie mam za dużo czasu na rozmyślanie. Muszę cały czas kombinować, żeby gdzieś złapać dodatkową pracę. Z jednego etatu nie jestem w stanie się utrzymać. Wynajmuję mieszkanie, płacę alimenty, paliwo podrożało, muszę coś jeść, jak dzieci są u mnie, to płacę za ich wyżywienie i drobne przyjemności. Dlatego pracuję też dorywczo w weekendy w klubie muzycznym. To nie są kokosy. Ale nie mam lepszych perspektyw, żeby tu dobre pieniądze zarobić. Wyjazd gdzieś dalej nie wchodzi w grę, bo nie chcę na kilka miesięcy urywać kontaktu z dziećmi.

***

Jak już myślałam, że wszystko ucichło i ludzie przestali się interesować moim życiem, wybuchła kolejna sensacja. Poznałam kogoś, pod koniec czerwca pojechaliśmy na kilka dni nad morze. Szłam sama na plaży i zbieg okoliczności sprawił, że był tam chłopak z mojej rodzinnej miejscowości. Nagrał relację, jak idę brzegiem morza, i wrzucił na swojego Facebooka. Filmik przesłała mi koleżanka. Na nagraniu lekko odstawał mi brzuch i to chyba była największa rewelacja. Ludzie robili screeny i przesyłali sobie to nagranie.

Życiem mojego byłego męża nikt się tak nie interesuje. Teraz, gdy ma już nową partnerkę, nie bywam u nich w domu. Z dziećmi widzimy się u mnie. Na początku traktowały to jak nową przygodę, teraz przyjeżdżają jak do siebie. Udało mi się z czasem przygotować dla nich pokój. Mają własne łóżka, biurko, swoje zabawki. Odbieram je ze szkoły cztery razy w tygodniu, jedziemy do mieszkania. Odrabiamy lekcje, robię obiad, wieczorem odwożę je do domu albo przyjeżdża po nie tata.

Jest pewna, że warto było odejść od męża (shutterstock)

Miałam nadzieję, że z czasem najbliższa rodzina pogodzi się z sytuacją. Ale nic takiego się nie wydarzyło. Przeciwnie. Moi rodzice mieli trzydziestolecie ślubu. Nie zostałam zaproszona, nawet nie wiedziałam, że organizują. Zaprosili byłego męża z dziećmi.

Czy tęsknię? Czasami chciałabym mieć takie miejsce, gdzie mogę pojechać na kawę i porozmawiać. Nie liczę na jakieś bliskie relacje i nie wiadomo jakie ciepło, ale zwykłych kontaktów czasami brakuje. Nie bardzo wiem, co się dzieje w rodzinie, bo nie mam od kogo się dowiedzieć. Mamę widuję, gdy odbieram syna z przedszkola, bo tam pracuje. Mówimy sobie "dzień dobry".

Zobacz wideo Odchować dzieci, a potem co? Rozwód?

Nie żałuję, według mnie to była dobra decyzja. Myślałam nad nią latami, czekając, aż dzieci podrosną. Nie zostawiłam ich ze złym człowiekiem. Nie był partnerem dla mnie, ale jest dobrym ojcem. Umiał przy nich wszystko zrobić, od kiedy poszłam do pracy, dzieliliśmy się obowiązkami. Gdybym to ja została w domu, utonęłabym w długach. Czułam, że to, co robię, jest właściwe, obydwojgu wydało nam się logiczne. Ale rozbieżność między tym, co czuję, a reakcją opinii społecznej sprawiła, że pojawiła się we mnie jakaś sprzeczność. Nachodzą mnie myśli, że mogłam coś zrobić inaczej. Tylko co? Jakkolwiek bym postąpiła, byłoby źle. Chciałam dać sobie szansę, zacząć nowe życie. Zaczęłam, ale za wolność zapłaciłam bardzo dużą cenę. Było warto.

***

dr Magdalena Śniegulska, psycholożka, Uniwersytet SWPS

Społecznie jesteśmy obciążeni stereotypem, że jeśli kobieta ma dzieci, to powinien być dla niej priorytet. Ma podporządkować całe swoje życie, żeby się tymi dziećmi zająć. I pewnie wiele kobiet tak robi. Tylko jakie są koszty? Jeśli dzieci są wychowywane przez osobę, która ma poczucie zmarnowanego życia, mogą doświadczać bardzo trudnych emocji. Poczucia, że są kulą u nogi. Warto też pomyśleć, jaką budują w sobie wizję kobiety: co może, czego nie może? A jeśli rodzice nie dogadują się między sobą, dodatkowo tworzą w dzieciach wizję związku jako nieustającego pola walki.

Gdy rodzice się nie dogadują, dzieci czują się jak na polu walki (shutterstock)

Zachowanie więzi emocjonalnej z obydwojgiem rodziców jest ważniejsze niż to, z kim dzieci mieszkają. Mama dochodząca, jeśli jest na bieżąco, zna i wspiera swoje dzieci, pomaga ogarnąć obowiązki i przekazuje wartości dla niej istotne, jest mamą obecną. Czy rodzic mieszkający z dziećmi jest nim siedem dni w tygodniu, 24 godziny na dobę? Nie, też się czasami wyłącza. Mówi: "Nie zajmę się wami w tej chwili, bo mam co innego na głowie". Ma swoje projekty, plany, wyjazdy służbowe. Nie jest stale dostępny. A jeśli jest, to paradoksalnie nie jest dla dziecka dobre. Zatem relacja z matką dochodzącą może być udana, wymaga jednak dużo uważności na potrzeby dzieci.

Warto pamiętać, że natura różnym rzeczom sprzyja, ale niczego nie gwarantuje. Nie każda kobieta po porodzie czuje wszechogarniającą miłość, która ułatwia zadania rodzicielskie. Wiele potrzebuje czasu, żeby relację z dzieckiem zbudować. Łatwiej takie relacje budować kobietom, które są przygotowane do roli matki i mają wsparcie społeczne. Dla dzieci kluczowe jest, aby miały w swoim życiu przynajmniej jednego dorosłego, który jest naprawdę dojrzały. Czy to będzie mężczyzna, czy kobieta, ma drugorzędne znaczenie. Dzisiaj coraz więcej ojców jest naprawdę zaangażowanych i zafascynowanych swoją rolą. Niejednokrotnie spotykam rodziny, w których dzieci mają bliższą emocjonalną relację właśnie z tatą. Dla nich wyprowadzka ojca byłaby dużo większą traumą niż wyprowadzka mamy.

Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje

Niezwykle ważne jest, żeby społeczność zaakceptowała tę sytuację. Model rodziny ulega zmianom. Relacje naszych rodziców czy dziadków były oparte na innych wartościach i nie ukrywajmy, że dzieci wcale nie były tam najważniejsze. W pokoleniu moich dziadków, jeśli w rodzinie było za dużo dzieci, to normą było oddawanie ich na wychowanie do bogatszych rodzin. Od tego czasu wiele się zmieniło, ale ostracyzm społeczny w naszym kraju jest bardzo silny, czego przykładem jest opisywana historia.

Odrzucenie społeczne jest bardzo szkodliwe dla matki, ale przede wszystkim dla jej dzieci, które pozostają w tej społeczności. Jeśli wokół nich panuje narracja, że to, co zrobiła mama, jest okropne, to nawet jeśli same czują inaczej, szybko uznają, że ich uczucia są niewłaściwe. Jak żyć z wiedzą "moja matka jest potworem"? To jest rodzaj wtórnej traumatyzacji. Taki przekaz społeczny może być daleko bardziej szkodliwy niż sama wyprowadzka mamy.

Maria Organ. Dziennikarka, reporterka, kulturoznawczyni. Najchętniej pisze o kobietach i oczekiwaniach społecznych. W wolnych chwilach czyta i tańczy.