Rozmowa
'Dla mnie, jeżeli ktoś pił latami i przepił serce, to również jest drastyczne' (Fot. Marek Podmokly / Agencja Wyborcza.pl)
'Dla mnie, jeżeli ktoś pił latami i przepił serce, to również jest drastyczne' (Fot. Marek Podmokly / Agencja Wyborcza.pl)

***

Przypominamy jeden z najchętniej czytanych przez Was artykułów Weekendu. Wywiad został opublikowany pierwszy raz 18 grudnia 2023 roku.

***

Powiedziałam panu doktorowi, że piszę o ludziach, którzy zapili się na śmierć, a pan odparł: "Proszę pamiętać, że ten diabeł najczęściej stąpa powoli".

Z medialnego punktu widzenia drastyczna śmierć z przepicia jest wtedy, kiedy następuje w efekcie trwającego kilka czy kilkanaście dni ciągu i widzimy zarzygane zwłoki lub krew. Dla mnie, jeżeli ktoś pił latami i przepił serce, to również jest drastyczne. 

Pacjenci, którzy mają problem alkoholowy, są integralną częścią każdej praktyki kardiologicznej. Gdybyśmy chcieli się zorientować, jaka jest skala tego problemu w naszym społeczeństwie, to nie należy pytać terapeutów… 

…do których trafiają tylko ci, którzy chcą wyjść z nałogu, ewentualnie jeszcze osoby, które się na to zgadzają pod presją najbliższych. Wiele osób nigdy się na to nie zdecyduje.

Dlatego trzeba pytać kardiologów. Główną przyczyną rozstrzeniowej kardiomiopatii nieniedokrwiennej jest właśnie alkohol.

Serce, które jest mięśniem, włóknieje, w związku z czym przestaje mieć siłę się kurczyć. Kurczy się tkanka mięśniowa. Włóknista nie. Do kardiologów przychodzą pacjenci i pacjentki – więcej zawsze było i nadal jest facetów – z olbrzymimi sercami oraz z arytmiami, czyli zaburzeniami rytmu serca, które są wynikiem tego uszkodzenia.

Alkoholicy mają olbrzymie serca, dobrze zrozumiałam?

Do komór serca w fazie rozkurczu napływa krew, po czym ono się kurczy i ją z siebie wypycha: do mózgu, do brzucha, do wszystkich narządów, którym potrzebny jest tlen i inne niesione przez nią składniki. Chore serce nie ma na to siły, dlatego coraz więcej krwi zalega w komorach, a to z kolei powoduje jego rozciąganie. Wśród pacjentów, którym wszczepiałem kardiowertery – defibrylatory, czyli urządzenia, które chronią przed nagłą śmiercią sercową – odsetek osób z poalkoholowym uszkodzeniem serca był istotny.

Mieszkaniec jednej z mazurskich wsi podczas majówki (Fot. Przemysław Skrzydło / Agencja Wyborcza.pl)

Jak istotny?

Na początku wszczepialiśmy je tylko pacjentom, którzy przeżyli nagłe zatrzymanie krążenia. Później także w tzw. prewencji pierwotnej, czyli osobom, u których mogło się to zdarzyć. Istotna część tej pierwszej grupy przepiła swoje serca. Dokładnych procentowych statystyk pani nie podam, natomiast zjawisko było częste.

Moja świętej pamięci babcia – tłumaczka, członkini PEN Clubu – mawiała, że alkohol pity z umiarem nie szkodzi nawet w największych ilościach. To jest oczywiście bon mot, ale chcę podkreślić, że jeśli ludzie popijają przy okazjach towarzyskich, to nic się złego nie dzieje. Jak ognia unikam moralizowania, które uważam za nieznośne. 

Ja również. Ani pan, ani ja nie jesteśmy duchownymi, więc nie będziemy wygłaszać kazań. Uzależnienie jest wtedy, kiedy człowiek ma przymus picia – tak mówi WHO. Jeśli zaś chodzi o zapijających się na śmierć w sposób, który pan doktor określił "medialnie drastycznym", to na pewno miał pan z nimi do czynienia, ponieważ w latach 80. i 90. jeździł pan w tzw. karetce "K", czyli kardiologicznej.

Szpital Grochowski, w którym wówczas pracowałem, miał dwa podrejony. Pierwszy to Saska Kępa, dzielnica ekskluzywna. Trafiali mi się stamtąd stulatkowie w świetnej formie, którzy wyglądali na dobrze zakonserwowane 80. Drugi podregion to był Grochów, skąd przychodzili 40-latkowie, którzy również wyglądali na dobrze zakonserwowane 80, a którzy wypili w swoim życiu wszystko, co było w tablicy Mendelejewa, a nawet to, o czym Mendelejew nie śmiał mieć pojęcie, że może istnieć.

Jak śpiewa Muniek Staszczyk: "Grochów się budzi z przepicia". Ale my się dziś skupiamy raczej na tzw. wysoko funkcjonujących alkoholikach.

Lata temu do Szpitala Grochowskiego został przyjęty z powodu zawału serca nobliwy pan inżynier, który zatłukł innego pacjenta szklaną butelką z wodą mineralną.

Zamordował go?!

Tak. Delirium tremens, które widziałem kilkukrotnie na własne oczy, to nie jest stan po przepiciu, tylko po niewypiciu. To jest oznaka zespołu odstawienia. Ten człowiek się obudził i sobie wyobraził, że w sali jest jedna butelka wódki, a tamten facet ją przed nim chowa. Ale to jest koniec historii pod tytułem alkoholizm. Martwi mnie, że zawsze skupiamy się właśnie na tym zamiast na początkach. Koniec jest tak oczywisty, że prawie nużący! To oczywiste, jakie są konsekwencje przewlekłego picia.

Nie dla wszystkich to jest oczywiste! Delirium – jak wszystko, co dotyczy alkoholizmu – jest przez osoby dotknięte tym problemem bagatelizowane. Ot, widziałem białe myszki.

To jest ciężka psychoza ze zmienionym zachowaniem, agresją oraz objawami wytwórczymi, czyli przewidzeniami. Widziałem delirium tremens u osób, na które postawiłbym grube pieniądze, że problem ich na pewno nie dotyczy. Jak do szpitala przywożą człowieka, z którego trzeba ściągać insektowe życie zewnętrzne, bierze się pod uwagę, że za chwilę będzie dodatkowa jazda, natomiast kiedy pacjent wygląda normalnie, jest miły, uprzejmy i sympatyczny, to na pierwszy rzut oka nie sposób się zorientować, że ma problem alkoholowy. Osoby dobrze sytuowane potrafią się genialnie maskować. W filmie "Zabawa, zabawa" jest pokazane, jak można udawać przed wszystkimi, że nie ma żadnego problemu. Dopiero kiedy taka osoba ląduje w szpitalu – po wypadku czy z powodu jakiejś ostrej choroby, zawału lub czegokolwiek innego – i nagle nie ma dostępu do alkoholu, wychodzi na jaw, jak bardzo jest uzależniona.

Zespół odstawienny to może być delirium, napady drgawkowe i inne objawy fizyczne oraz psychiczne, które niosą ze sobą straszne cierpienie.  

Ponieważ jestem ze starej szkoły, generalnie zawsze z pacjentami rozmawiam. Kiedy widzę, że jest problem alkoholowy, sugeruję kontakt z terapeutą uzależnień. Zdarza się, że mówię wprost: "Proszę pana, jeśli pan nie przestanie pić, to pan umrze". "E, to najwyżej umrę" – taka jest standardowa odpowiedź. "Tylko że zanim pan umrze, będzie pan godzinami, które się będą panu dłużyły w lata, siedział w fotelu i marzył, żeby dojść do ubikacji bez duszności".

Mocne.

To czasem pacjentów rusza. Z zajęć na studiach zapamiętałem trzy święte przykazania prewencji alkoholizmu: nigdy nie pić codziennie, nigdy nie pić samotnie, nigdy nie pić klina. 

Nawet ja nie jestem jeszcze w wieku okołokremacyjnym, a zmarły przed rokiem Andrzej Nowak, gitarzysta zespołu Złe Psy, to był człowiek młodszy ode mnie. Tyle że pił. Nikt mu nie powiedział, że nie można pić codziennie.

Doktor Stefan Karczmarewicz (Fot. archiwum prywatne)

Dlaczego? Umówmy się, że pytam o picie, w którym przeszło się na zawodowstwo. Alkoholicy, póki wypierają nałóg, lubują się w oszukiwaniu nie tylko innych, ale i siebie, więc jeśli piją codziennie pół butelki whisky albo całą butelkę wina, albo dwie, albo i trzy, to nie powiedzą: "Jestem uzależniony/uzależniona", ale właśnie: "Przeszedłem w piciu na zawodowstwo" albo coś w stylu: "Alkoholizm to nie choroba, ale styl życia". 

Jeżeli ktoś pije niskobudżetowe wódki, nieszczęsny denaturat czy inne paskudztwa, to jest trochę inaczej, niż kiedy owszem, pije, ale przy tym chociażby przyzwoicie się odżywia.

Marskość wątroby jest zależna między innymi od niedoborów białkowych, dlatego szalała wśród więźniów obozów koncentracyjnych. Pojawia się także u osób uzależnionych od alkoholu, które prowadzą marny tryb życia i niedojadają. W pewnym momencie alkohol, który jest przecież toksyną, uszkadza nerki, bez których nie da się żyć. 

A jeśli chodzi o serce, to są dwie złe wiadomości. Jedna to wspomniana kardiomiopatia rozstrzeniowa nieniedokrwienna. Druga – ponieważ te osoby w większości palą papierosy, to dochodzi ryzyko choroby wieńcowej, czyli choroby niedokrwiennej serca prowadzącej do zawału, ale również miażdżycy, która oznacza zwiększone ryzyko udaru. Pewnego dnia można się na przykład obudzić, ruszając tylko połową ciała albo nie ruszając żadną kończyną, a jednak będąc przytomnym, nie mogąc opowiedzieć, co człowiekowi dolega. Do tego dochodzi miażdżyca zarostowa tętnic kończyn dolnych. Ponieważ do nóg nie dopływa krew, co chwila trzeba przystawać, bo one potwornie bolą. A w końcu kończy się to nawet amputacją. Dalej mamy nadciśnienie, które jest czynnikiem ryzyka niewydolności serca, udaru oraz zawału. Cała ta litania chorób prowadzi do zaburzeń erekcji, w tym do impotencji. Alkoholizm prowadzi do niewydolności całego człowieka. Powoduje również liczne, nasilające się z czasem problemy z funkcjonowaniem w rodzinie, w społeczeństwie, w pracy. 

Nawet jak alkoholik dostaje pracę, to z powodu licznych chorób cały czas bierze L4, nie wspominając o tym, że pojawia się na kacu albo po pijaku i w efekcie tę pracę traci. A ponieważ życie z osobą uzależnioną jest udręką, często traci również żonę czy męża, kontakt z dziećmi, przyjaciół. 

Ma więc coraz więcej problemów finansowych oraz staje się coraz bardziej osamotniony, dlatego coraz więcej pije. Jeżeli natomiast człowiek nie pije rzeczonego denaturatu i jemu podobnych wynalazków, tylko butelkę whisky co wieczór, dzieje się wszystko to, o czym właśnie powiedziałem, tylko wolniej. Diabeł stąpa powoli!

W dodatku "eleganckie picie" może być połączone z tendencją do przejadania się. Tak zwani menele są najczęściej chudzi, natomiast w tym przypadku będzie pani widziała osobę z ewidentną nadwagą, czasami otyłością. Pojawią się zatem: cukrzyca, zaburzenia gospodarki cholesterolowej, lipidowej i to wszystko znowu będzie uderzać w układ krążenia. Tylko że w przypadku tego człowieka życie raczej nie skończy się pod mostem. Zabije go udar, zawał lub niewydolność serca, czyli strasznie niska tolerancja wysiłku, i w efekcie inwalidztwo krążeniowe, tak to nazwijmy.

Jak się do tego wszystkiego mają pojawiające się systematycznie newsy o amerykańskich albo innych naukowcach, którzy udowodnili, że kieliszek albo dwa kieliszki czerwonego wina dziennie dobrze robią właśnie na serce? Co pan na to?

Ja na to, że kłopot z analizą danych medycznych jest taki, że wyjęcie jednej zmiennej najczęściej oznacza, że wniosek jest nieprawdziwy. Na początku lat 90. rzeczywiście opisywano tzw. french phenomenon. Francuzi rzadziej niż przedstawiciele innych europejskich nacji chorowali na serce, i to mimo że pili i palili na potęgę.

I ktoś wysnuł wniosek: to zasługa tego, że do posiłku zawsze sączą wino?

Tak, ale inny naukowiec wpadł potem na pomysł: a może to też dlatego, że są szczupli? A jeszcze inny: a może to zasługa diety? W medycynie często na coś patrzymy pozytywnie albo negatywnie, a później się okazuje, że to tylko kawałek prawdy. Najważniejszy jest zdrowy rozsądek! 

Z mojego punktu widzenia dekalog kardiologa dla pacjenta zaczyna się od tego samego, od czego zaczyna się dekalog prof. Leszka Kołakowskiego. Od przyjaciół. Jestem głęboko przekonany – mimo że nie mam na to randomizowanych badań klinicznych – że mają oni bezcenny wpływ na życie i zdrowie. Mówiąc o przyjaźni, mam również na myśli związki uczuciowe, ponieważ miłość to jest uczucie, natomiast związek musi się opierać na przyjaźni, wzajemnym wsparciu oraz sprawianiu sobie różnych radości. Po drugie: trzeba mieć jakąś szajbę. Bieganie, łowienie ryb, pielęgnowanie ogródka. Cokolwiek, co sprawia człowiekowi przyjemność i satysfakcję. Trzecie przykazanie z mojego dekalogu, które dotyczy już stricte alkoholizmu, brzmi: wobec osoby uzależnionej nie można przyjąć strategii pod tytułem aniołek usiadł obok i się nad bidulkiem rozpłakał. Jeden z moich kolegów po fachu – fantastyczny kardiolog, niezwykle inteligentny facet – zapił się na śmierć, a pomogli mu w tym rodzice. Nie pojawiał się w pracy, a oni dzwonili: "Absolutnie nie jest pijany, tylko zmęczony, chory, śpi".

Chodzi o to, żeby poczuć konsekwencje swojego picia i być może uznać "osiągnąłem dno". Ale zostawmy już alkoholizm. Większość osób, które pijają alkohol, nie jest przecież uzależniona, a alkohol ich nie zabije. 

Ależ oczywiście! Pamiętam zajęcia z histologii na pierwszym roku studiów. Asystent był bardzo wymagający. Wszyscy się go baliśmy. Jedna z koleżanek zadała pytanie szczegółowe, dotyczące struktury komórkowej, w którym to pytaniu znalazła się fraza "Czy to jest niezdrowe?". Odpowiedział: "Życie jest niezdrowe". Alkohol towarzyszy naszej cywilizacji od lat, a jednak – pamiętając, że wpływają na to różne zmienne, między innymi aktywność fizyczna, odżywianie itd. – żyjemy coraz dłużej, a nie coraz krócej. Oczywiście można przekroczyć Bug i zobaczyć nadumieralność rosyjskich mężczyzn, ale oni tam chleją tak, że nam się nie śniło, że tak można. Odróżnijmy picie od chlania. 

Wśród naszych czytelników na pewno są osoby, które chciałyby, żebym pana doktora zapytała: ile tego alkoholu mogę w tygodniu wypić, żeby było bezpiecznie?

Nie wiadomo. Jeżeli ktoś ma skłonność do uzależniania się – chociażby do zakupoholizmu, a pamiętajmy, że skłonność do uzależnień jest niespecyficzna, co oznacza, że można się uzależnić od jednego, a za chwilę od drugiego – bezpiecznie jest nie pić w ogóle. W pozostałych przypadkach – oczywiście mówimy teraz o osobach zdrowych, a nie na przykład po przebytym zawale – najlepszym konsultantem wcale nie jest doktor Google tylko doktor zdrowy rozsądek. Urodziny, imieniny, powiedzmy jedna okazja miesięcznie, kiedy pijemy dobry alkohol. W ogóle bym się tym nie przejmował. Tak zwane picie piąteczkowe? Znowu: ważne, co pijemy, ile pijemy, w jakich okolicznościach pijemy. Jeśli do tego się ruszamy, bo na przykład tańczymy, to będzie lepiej, niż jak siedzimy i się obżeramy na tłusto przed telewizorem. Rozumiemy się? Z zawodowego obowiązku dodam, że nałóg często zaczyna się od nawyku. A w przypadku alkoholizmu ryzyko uzależnienia wynosi około 15 proc. 

Teraz będę adwokatką diabła. Co z rockandrollowcami, którzy przepili całe życie…

Sex, drugs and rock and roll? Świetny mem chodzi w internecie, jak to 90-letni Willie Nelson mówi, że młodzież powinna się zastanowić, jaki świat zostawi jemu i Keithowi Richardsowi. (śmiech) Weźmy Micka Jaggera i Diego Maradonę. Obaj chlali i ćpali. Jagger ma się świetnie. Maradona nie żyje. Czyli wychodzi na to, że sport szkodzi. Mnóstwo zmiennych wpływa na nasze życie. Również profil genetyczny, który powoduje, że na jedno jesteśmy bardziej narażeni, a na drugie mniej.  Zdrowy rozsądek – powtarzam.

Zobacz wideo Dr Banaszak: Nie ma już grup społecznych wolnych od uzależnień

A jak u pana z alkoholem, panie doktorze? Pije pan?

Owszem. Samodzielnie wytwarzam nalewki, a kiedy czuję się podziębiony, piję terapeutycznie, w zależności od objawów, 25 ml czosnkówki, imbirówki, malinówki albo sosnówki. Czyli jeżeli zdecyduję się na cały zestaw – co może, ale nie musi nastąpić – to mamy czasami nawet 100 ml mocnych napojów alkoholowych. Nie zdarza się to często, ale się zdarza. A na niestrawność przyjmuję orzechówkę. Jako człowiek wiele podróżujący wpadam czasami w pułapkę posiłku drugiej świeżości – parafrazując klasyka. Dawka: 25 ml. Nie więcej. Czasami piję też do posiłków. Dobrą wódkę, białe wino, ale najczęściej piwo. Preferuję słabe alkohole. Ale najczęściej piję bezalkoholowe piwo. Coraz częściej znajduję również akceptowalne smakowo wina bezalkoholowe. 

Zdarza mi się wypić więcej. Na przykład na wyjeździe żeglarskim czy narciarskim. Tak, że zaszumi w głowie. Tyle że takich dni w roku nie ma więcej niż 10. No i jeszcze jedna uwaga: nigdy nie zapijam stresu albo problemu. Nie dlatego, że jestem taki mądry i dzielny. Dlatego, że panicznie się boję, bo wiem, do czego takie zapijanie może prowadzić. Zbyt wiele widziałem.

Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje >>

Stefan Karczmarewicz. Doktor nauk medycznych, kardiolog, specjalista chorób wewnętrznych. Prowadzi blog "Medycyna i okolice" i jest autorem podcastów "Medycyna i okolice: rozmowy niepoprawne" oraz "Medycyna i okolice: rozmowy użyteczne". Pacjentów przyjmuje w gabinecie prywatnym w Otwocku.

Anna Kalita. Fascynują ją ludzie i ich historie oraz praca, która pozwala jej te historie opowiadać. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.