Społeczeństwo
Na urlop bez smartfona? 'Pierwsze, co poczułam, to panika' (fot. Rafał Malko / Agencja Wyborcza.pl)
Na urlop bez smartfona? 'Pierwsze, co poczułam, to panika' (fot. Rafał Malko / Agencja Wyborcza.pl)

Aleksandra 

Przed wyjazdem sprawdziłam torebkę. Paszporty, dokumenty,  pieniądze – wszystko było na swoim miejscu. Telefon też. Wsiedliśmy z mężem i dzieckiem do samochodu, gotowi na osiem godzin jazdy do domu moich rodziców w Polsce. Po stu kilometrach drogi sięgnęłam do torebki. Facebook wzywał, jak zawsze, ale gdy moje palce dotknęły powierzchni ekranu, poczułam, że coś jest nie tak. To nie był mój nowy smartfon. To był stary telefon, który miałam oddać tacie – pusty, bez karty SIM, bez apek, bez niczego. Moje całe cyfrowe życie zostało w domu.  

Pierwsze, co poczułam, to panika. Osiem godzin bez telefonu? Bez scrollowania, bez wiadomości, bez map? Myśli pędziły jak szalone. Co teraz?

Jak przeżyję dwa tygodnie bez telefonu? Bez Facebooka, bez możliwości robienia zdjęć, bez kontaktu ze światem? Mam 32 lata, jestem bardzo aktywna w mediach społecznościowych, głównie dla moich znajomych. „Słuchaj, może zawrócimy?" – rzuciłam do męża z nadzieją w głosie. „Zapomnij" – odparł krótko, nie odrywając wzroku od drogi. 

Pierwsze dni były najtrudniejsze. Co chwila łapałam się na tym, że sięgam do kieszeni po telefon, którego tam nie ma (Fot. Arkadiusz Stankiewicz / Agencja Wyborcza.pl)

Pierwsze dni były najtrudniejsze. Co chwila łapałam się na tym, że sięgam do kieszeni po telefon, którego tam nie ma, chcąc sprawdzić powiadomienia, które nie nadchodziły. Wieczorami, gdy wszyscy kładli się spać, czułam się dziwnie. Co robić z tymi wszystkimi godzinami, które zwykle spędzałam, scrollując social media? 

Z nudów zaczęłam grzebać w starych szpargałach u rodziców. Czytałam numery "Pani Domu" sprzed lat, a krzyżówki stały się moim nowym ulubionym zajęciem. W akcie totalnej desperacji prawie sięgnęłam po "Dzieci z Bullerbyn". Cokolwiek, byle tylko zająć czymś ręce i głowę. Nawet oglądanie telewizji zrobiło się jakieś dziwne. Siedziałam przed ekranem i nie wiedziałam, co robić z rękami bez telefonu. 

Po kilku dniach zaczęłam zauważać, jak inni ciągle siedzą z nosem w komórce. Na spacerach, u znajomych – wszędzie te telefony.

Wcześniej nie zwracałam na to uwagi, a teraz mnie to zaczęło wkurzać. Próbowałam żartem zwracać na to uwagę: "Ej, odłóżcie te telefony, bo ja swojego nie mam". Śmiali się, odkładali na chwilę, ale zaraz wracali do scrollowania. To było trochę przerażające, ale też otwierające oczy. Dotarło do mnie, ile sama marnowałam czasu na te głupoty. Ile rozmów przepuściłam, ile momentów przegapiłam, bo ciągle miałam nos w telefonie.  

Zaczęłam gadać więcej z rodzicami. Nie takie tam "co słychać?", ale naprawdę rozmawiać. Z synem też spędzałam więcej czasu. Wieczorami, zamiast iść wcześnie do łóżka z telefonem w dłoni, siedziałam dłużej z rodziną. Zauważyłam, że mój mąż też częściej odkładał telefon, by po prostu porozmawiać.  

Nie powiem, że było zupełnie sielankowo i łatwo. Pamiętam, jak mąż pojechał do miasta, a ja sobie przypomniałam, że trzeba kupić masło. Poczułam się jak bez ręki. Serio, nie wiem, jak ludzie kiedyś żyli bez możliwości dzwonienia w każdej chwili. Poczułam się wtedy, jakbym podróżowała w czasie. I co najdziwniejsze, złapałam się na tym, że zaczyna mi się to podobać! Ta cisza, ten spokój, brak wymuszonego pośpiechu. 

Po kilku dniach zaczęłam zauważać, jak inni ciągle siedzą z nosem w komórce (Fot. Grzegorz Skowronek / Agencja Wyborcza.pl)

Całą podróż powrotną do domu z mężem przegadaliśmy. O marzeniach, planach, dzieciństwie. Nie takie tam półrozmowy, gdzie co drugie zdanie przerywasz, żeby sprawdzić telefon, bo ja swojego nie miałam, a mąż prowadził. Tak się rozgadaliśmy, że te osiem godzin minęło, zanim się zorientowaliśmy. 

Gdy wróciłam do domu po urlopie, od razu rzuciłam się sprawdzać telefon. Byłam ciekawa, ile wiadomości na mnie czeka. Ku mojemu zaskoczeniu niewiele osób zauważyło moją dwutygodniową nieobecność. To było dziwne uczucie.

Nie było mi przykro, ale jednak miałam wrażenie, że tyle czasu upłynęło, że na pewno czeka na mnie sporo nowości. Napisałam do koleżanki, że wróciłam. Odpowiedziała: "A, faktycznie, nie odzywałaś się dwa tygodnie. Zastanawiałam się, co tak zamilkłaś". 

Minęły trzy lata od tego urlopu, ja codziennie korzystam z telefonu, ale staram się być bardziej świadoma. Kiedy ktoś do mnie pisze, już nie czuję, że muszę odpisać w sekundę. Dotarło do mnie, że ludzie mogą poczekać. Jak jestem z kimś, staram się nie zerkać na powiadomienia. Te dwa tygodnie bez telefonu pokazały mi, że wciąż potrafię żyć bez ciągłego połączenia. I choć nie planuję celowego detoksu od telefonu, to wiem, że gdybym musiała, poradziłabym sobie. A może nawet bym to polubiła. 

Łukasz 

Któregoś wieczoru moja partnerka, przeglądając magazyn "Coaching", natknęła się na informację o obozie medytacyjnym Vipassana. 10 dni bez telefonu, rozmów i kontaktu ze światem zewnętrznym. "Może spróbujesz?" – zasugerowała. Praktykowałem już medytację od kilku lat, ale to była propozycja zupełnie innego kalibru. Dla mnie, osoby bardzo uwięzionej we własnej głowie, brzmiało to jak wyzwanie. Ale też szansa. 

W moim życiu to był moment, kiedy czułem przesyt wszystkim. Dwa lata wcześniej rzuciłem etat, żeby skupić się na prowadzeniu własnej firmy księgowej. Niby biznes szedł do przodu, ale odbijało się to na moim zdrowiu. Paliłem jak smok, przytyłem do ponad 90 kilo i generalnie byłem w rozsypce. Mój telefon wciąż wibrował – kolejna wiadomość, kolejny e-mail, kolejne powiadomienie. Byłem jak chomik w kołowrotku. Kiedy w końcu przenieśliśmy się do nowego biura i udało się ogarnąć część spraw, pomyślałem: czas na urlop. Ta Vipassana wydawała mi się dobrą okazją, żeby się na chwilę od tego wszystkiego odciąć i zapanować nad rozpędzonym umysłem. 

W listopadzie 2019 roku przekroczyłem próg ośrodka medytacyjnego i oddałem swój telefon. Czułem się nieswojo. Odcięty od świata i pozbawiony tej małej rzeczy, która zawsze była przy mnie. Drugiego dnia zaczął mnie zżerać niepokój.

Mój mózg, przyzwyczajony do ciągłego bombardowania informacjami, wpadł w panikę. Czułem się jak zagubione dziecko we mgle, a wieczorami nie mogłem powstrzymać łez. Wyłem i było mi tak cholernie źle, że aż brak słów. Nie z powodu telefonu, po prostu nie miałem gdzie uciekać przed nagromadzonymi emocjami.  

W listopadzie 2019 roku przekroczyłem próg ośrodka medytacyjnego i oddałem swój telefon. Czułem się nieswojo (Fot. Roman Bosiacki / Agencja Wyborcza.pl)

Ale piątego dnia coś się zmieniło. Po porannej medytacji wyszedłem na zewnątrz i... kurczę, trudno to opisać. Jakby ktoś nagle włączył mi wszystkie zmysły na full. Czułem każdy podmuch wiatru na skórze, każdy promień słońca, każdy zapach. Jakbym nagle zrósł się ze światem. To było jak wyrwanie się z jakiegoś dziwnego letargu. Po raz pierwszy od lat byłem naprawdę obecny tu i teraz. Nie w przeszłości, nie w przyszłości, ale dokładnie w tej chwili.  

Wtedy zrozumiałem, że mój biznes i mój telefon musi działać dla mnie, a nie ja dla niego. Nauczyłem się, że to narzędzie musi wykonywać za mnie pewne zadania, ułatwiać mi niezbędne rzeczy, a nie być czynnikiem ograniczającym. 

Powrót do "normalności" był jak skok na głęboką wodę. Strasznie się bałem, jak to będzie. Ale na szczęście miałem nową perspektywę. Po powrocie ostro wziąłem się za ogarnięcie tego, jak używam telefonu. Kombinowałem z kolorami, ustawieniami dostępu i blokującymi apkami. W końcu okazało się, że najlepsze i najprostsze rozwiązanie to po prostu wyłączenie wszystkich powiadomień. Telefon przestał mi piszczeć i wibrować co chwila. Ustaliłem sobie godziny, kiedy w ogóle go nie ruszam. 

Medytuję codziennie. Rano siadam na 10–30 minut, zależy, ile czasu złapię. Wieczorem też, bo dzięki temu łatwiej mi się wyciszyć po całym dniu i zasnąć. Co do telefonu, mam taką zasadę: po wstaniu nie dotykam go przez godzinę, czasem nawet dwie. Wieczorem odkładam go jakieś półtorej godziny przed snem. To małe zmiany, ale robią ogromną różnicę. 

Moje relacje z ludźmi nabrały głębi – nauczyłem się być rzeczywiście obecny w rozmowach, słuchać ich naprawdę. Kiedy idę z żoną na spacer albo robię coś bez konkretnego celu, tylko dla przyjemności, telefon zostaje w domu. Kiedy jestem z przyjaciółmi, telefon zostaje w kieszeni i tam siedzi. Dotarło do mnie, że prawdziwe życie dzieje się tu i teraz, a nie na ekranie smartfona. Jasne, czasem strzelę fotkę, ale scrollowanie social mediów czy ciągłe sprawdzanie wiadomości to już na szczęście przeszłość. Czuję, jakbym odzyskał kawałek życia, który wcześniej przepuszczałem przez palce. 

Mój biznes nie upadł, jak się obawiałem. Wręcz przeciwnie – bez ciągłego sprawdzania telefonu, e-maili i powiadomień zacząłem pracować efektywniej, podejmować lepsze decyzje.

Dotarło do mnie, że często wciskamy sobie kit, że musimy z kimś pogadać, "trzeba być w kontakcie" i pod telefonem, a tak naprawdę to ucieczka przed samym sobą. Często wygodniej przykryć się warstwą informacyjnego szumu niż zmierzyć z jakimś swoim lękiem. Ale jak zanurkujesz w głąb siebie, odkrywasz, że to, za czym do tej pory goniłeś, to mogą być jakieś bzdury. Czyjeś potrzeby, czyjeś poglądy, nie twoje. 

Teraz, jak idę swoją drogą, czuję taki wewnętrzny spokój. Nie daję mącić sobie w głowie, wiem, czego chcę, a życie jest po prostu fajne. Jak ten telefon ci ciągle towarzyszy, nie jesteś w stanie być w pełni obecny. A jak wejdziesz w rzeczywistość całym sobą, to doświadczasz wszystkiego inaczej. Kawa w tej samej kawiarni smakuje lepiej, powietrze na spacerze pachnie inaczej. Obecność drugiego człowieka odczuwasz mocniej, bo jesteś w stanie dać mu swoją pełną uwagę. 

Dotarło do mnie, że często wciskamy sobie kit, że musimy z kimś pogadać, 'trzeba być w kontakcie' i pod telefonem, a tak naprawdę to ucieczka przed samym sobą (Fot. Piotr Skórnicki / Agencja Wyborcza.pl)

Dorota 

To był rok, kiedy przeprowadziliśmy się za granicę i wydaliśmy dwie płyty w duecie. Mieliśmy mnóstwo wspólnych spraw, ciągle gadaliśmy. Ale to nie były rozmowy o naszym życiu, bo my już nie mieliśmy prywatnego życia. Staliśmy się taką sprawnie działającą firmą. Nagrywaliśmy, było dużo prób, muzyki i kłótni. Ale my, jako ludzie i jako para, zniknęliśmy w tym wszystkim.  

Pamiętam, jak siedzieliśmy w tym nowym mieszkaniu otoczeni kartonami i próbowaliśmy pogadać o czymś innym niż praca. I nagle się okazało, że my nie mamy o czym gadać. To było takie strasznie bolesne, bo myśmy się nadal bardzo lubili, ale okazało się, że wyjałowiliśmy tę ziemię, na której chcieliśmy budować wspólne życie. 

Chyba właśnie wtedy wpadliśmy na ten pomysł, żeby wybrać się w dzicz. Po prostu w naturę, bez planu i bez telefonów, bez tych ciągłych deadline'ów, e-maili i powiadomień. Tylko my dwoje. To nie miał być jakiś tam eksperyment. Bardziej próba reanimacji naszego związku. Czuliśmy, że musimy coś zrobić, bo inaczej to wszystko się rozpadnie. Chcieliśmy się odciąć od tego, co nas pochłaniało na co dzień. Przypomnieć sobie, dlaczego w ogóle jesteśmy razem. Brzmi może trochę dramatycznie, ale tak to wtedy czułam. Że albo teraz coś zrobimy, albo stracimy to, co między nami było. 

Telefony zostawiliśmy wyłączone w samochodzie i pierwsze dni były trudne. Z jednej strony miałam taki natłok myśli, jakby mój mózg chciał zastąpić to ciągłe scrollowanie (Fot. Marzena Hmielewicz / Agencja Wyborcza.pl)

Pojechaliśmy na Kaszuby. Zamierzaliśmy spać gdzieś na dziko pod namiotem, w pobliżu jakiegoś jeziora. Pamiętam, jak jechaliśmy i głowiliśmy się: kurde, gdzie my w ogóle wylądujemy? Ale była w tym też jakaś determinacja, bo gdzieś tam w głębi wiedzieliśmy, że ten wyjazd to ważna sprawa dla nas obojga. Inne obawy? Jak my ze sobą wytrzymamy. Ta niepewność była trochę przerażająca, ale też odświeżająca. 

Telefony zostawiliśmy wyłączone w samochodzie i pierwsze dni były trudne. Z jednej strony miałam taki natłok myśli, jakby mój mózg chciał zastąpić to ciągłe scrollowanie. Myśli pędziły jak szalone, jakby nie mogły zwolnić. A z drugiej strony czułam taką irytującą pustkę.

Wszystko to się objawiało rozdrażnieniem. W pewnym sensie to było jak fizjologiczne odczucie, trochę podobne do tego, jak jest się niewyspanym albo głodnym. Nie powiem, że jakoś super sobie z tym radziłam. Kompensowaliśmy to sprzeczkami między sobą. Bo łatwiej stwierdzić, że to ta druga osoba cię drażni. Udało mi się to jednak po prostu  przeczekać, ale to było dość intensywne. Jakby mój mózg nie wiedział, co ze sobą zrobić bez tego ciągłego strumienia informacji. 

A potem zaczęło się zmieniać. Trafiliśmy na taki opuszczony ośrodek, gdzie był piękny pomost. Spędzaliśmy na nim większość czasu. Często rozkładałam tam matę do jogi. Pływaliśmy łódkami, jeździliśmy na rowerach, gotowaliśmy na ognisku. Niby proste rzeczy, ale bez prądu i bieżącej wody nagle stawały się trudne i fascynujące. Podczas jednego ze śniadań na tym pomoście jakby nagle coś mi kliknęło. Jedliśmy proste rzeczy, wafle ryżowe z masłem i pomidorem, nic specjalnego, ale poczułam, że to smakuje jakoś lepiej. Jakby mi ktoś wyostrzył zmysły. Zaczęłam zwracać uwagę na każdy smak i teksturę. Chrupiący wafel, kremowe masło, soczysty pomidor – wszystko było takie intensywne. 

Niby proste rzeczy, ale bez prądu i bieżącej wody nagle stawały się trudne i fascynujące. Podczas jednego ze śniadań na tym pomoście jakby nagle coś mi kliknęło (Fot. Władysław Czulak / Agencja Wyborcza.pl)

Pamiętam też moment gdzieś w połowie wyjazdu. Paweł przygotowywał drewno na ognisko, łamał je. Spojrzałam na niego z daleka i nagle zobaczyłam go inaczej. To nie był już ten pianista, z którym ciągle grałam, ani mój współpracownik. Zobaczyłam chłopaka z Kaszub. Fajnego faceta, z którym spędzam czas na łonie natury. To było takie mocne. 

Zaczęliśmy doceniać te małe momenty. Siedzenie na pomoście i patrzenie na zachód słońca nagle stało się czymś wyjątkowym. Bez telefonów, bez rozpraszaczy, byliśmy po prostu obecni. Ze sobą i z naturą. 

Przez to, że nie mieliśmy żadnych rozpraszaczy, ten tydzień nam się strasznie rozciągnął. Mam wrażenie, że trwał chyba z miesiąc. Nagle okazało się, że mamy mnóstwo czasu. To nie była jakaś sielanka. Były różne momenty, ale wszystko było takie prawdziwe. Czy to jak byłeś sam ze sobą, czy z drugim człowiekiem, czy nawet z naturą, która też nie rozpieszczała, bo raz lało, raz było słońce. Ale wszystko było takie żywe. Mam wrażenie, że to tak wypełniło ten tydzień, że on nam po prostu spuchł we wspomnieniach. Wydłużył się niesamowicie.  

Po powrocie... no cóż, znowu wpadliśmy w ten sam kołowrotek. Ale mieliśmy te wspomnienia z Kaszub i to nas w jakiś sposób ocaliło. Zaczęliśmy robić takie rzeczy jak: dobra, jeszcze 10 minut gadamy o robocie, a potem koniec – wieczór jest nasz. I trzymamy się tego konsekwentnie. 

Od tamtej pory wakacje bez telefonów to nasza tradycja. Nawet teraz, gdy mamy syna, staramy się tak wyjeżdżać tylko we dwoje. Wtedy mały zostaje z dziadkami i włączamy telefon raz dziennie, żeby do niego zadzwonić.  

Ostatnio zauważyłam też coś nowego. O ile potrafimy już zadbać o tę bliskość w związku, o tyle wciąż uczę się jej w relacji z samą sobą. Tęsknię za tą wersją siebie z Kaszub – uważną, obecną, zanurzoną w chwili. I wiem, że aby ją odnaleźć, muszę nauczyć się odkładać telefon nie tylko dla Pawła, ale przede wszystkim dla siebie. 

Maria Organ. Dziennikarka, redaktorka, trenerka storytellingu. Zanurzona w świecie milenialsów najczęściej pisze o swoim pokoleniu, psychologii i książkach. Prowadzi warsztaty z pisania historii osobistych i biznesowych, podczas których pomaga zmieniać codzienne doświadczenia w inspirujące opowieści. Kontakt do autorki i zapisy na warsztaty na www.mariaorgan.com.