Wakacje to szczyt sezonu weselnego. Czasem zamiast scen z filmu romantycznego dochodzi do zdarzeń rodem z horroru, a przynajmniej… komedii.
– Takiego wesela się nie zapomina – pięć lat po swoim ślubie i przyjęciu mówi Paulina, żona Jarka. – Co poszło nie tak? Raczej co nie poszło. A wszystko zaczęło się dzień wcześniej.
Po pierwsze: brzozy
Paulina: – Mieliśmy piękną, bardzo wysoką salę. Jednak część gości odmówiła przyjścia na wesele, zostało około 80 osób i sala zrobiła się za duża. Chcieliśmy ją nieco zmniejszyć optycznie, ale nie wydać na to dużo pieniędzy. Wymyśliliśmy więc, że wstawimy do niej całe drzewa. Okazało się, że nasza dekoratorka – młoda dziewczyna z polecenia – ma własny las, taki do nasadzenia, i możemy drzewa wyciąć od niej. Wybór padł na 16 brzóz samosiejek, wysokich na cztery–pięć metrów. Chcieliśmy też poukładać na schodach brzozowe witki oraz wstawić je do ogromnych wazonów, żeby spływały nad głowami gości. Brzmiało to pięknie.
Dekoratorka wyczytała, że drzewa trzeba ściąć jak najpóźniej, najlepiej dopiero dzień przed weselem. Plan był więc taki, że dzień wcześniej nam je dostarczy, a w ustawianiu drzew na sali pomogą nasi znajomi. Tylko że jak się okazało, wcale nie tak łatwo wyciąć w jeden dzień 16 drzew. Dojechały dopiero w dniu ślubu, gdy chętni do pomocy już się wykruszyli.
Wesele mieliśmy na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, gdzie w weekend nie wolno wjeżdżać autem, a co dopiero wielką przyczepą z drzewami. Znaleźliśmy jedną jedyną ulicę dojazdową, bardzo stromą, co jeszcze bardziej nas opóźniło. Ale prawdziwy problem zaczął się wtedy, gdy brzozy dojechały na miejsce i odkryliśmy, że mają inny środek ciężkości niż choinki – ich góra jest cięższa niż dół. Wszystkie się przewracały! Nie mieliśmy do czego ich podwiązać, więc koniec końców pan młody w dniu ślubu jechał ze świadkiem do marketu budowlanego po worki z klejem do płytek, żeby dociążyć stojaki. Kleju było 500 kilo, a my dzwoniliśmy po znajomych: "Hej, może masz ochotę ponosić z nami worki?".
Worki potem zwróciliśmy do sklepu, ale jeden zaginął. Chyba zafundowaliśmy komuś remont łazienki.
Po drugie: rzut stołów
Paulina: – Dopiero przed wyjściem do urzędu rzuciłam okiem na salę i coś mnie tknęło. Mój wspaniały mąż nie obrócił na drugą stronę kartki z układem stołów i czterech nie ustawiono, więc część gości nie miałaby gdzie siedzieć. Rzuciliśmy się, żeby je ustawiać. Przez to tak bardzo spóźniliśmy się na swój ślub, że urzędniczka dzwoniła, czy w ogóle się pojawimy.
W tym wszystkim zgubiła się moja bielizna, więc druhna wskoczyła na rower i pojechała po nową, bo inaczej poszłabym do ślubu bez majtek. Z kolei mój mąż zgubił swoje ślubne buty – podczas szaleńczego ustawiania stołów gdzieś je odstawił i nie mogliśmy ich znaleźć. Poszedł do ślubu w butach świadka, a świadek w pożyczonych czarnych adidasach. Buty znalazł dopiero jeden z gości – leżały odłożone na jego krześle. Majtek nie znalazłam do dziś. Ja bez majtek, mąż bez butów. A to nie jest nawet połowa historii.
Po trzecie: dywan
Paulina: – Przechodzimy do chyba najśmieszniejszej części. Nasza dekoratorka miała mnóstwo planów, tylko nie oceniła właściwie, ile czasu zajmie jej realizacja naszych szalonych pomysłów – każdy by poległ. A że pogrążyły ją drzewa, nie zdążyła m.in. zawieźć do urzędu białego dywanu, po którym mieliśmy pójść do ślubu, oraz dekoracji: wielkich wazonów z witkami i kwiatami. Byłam pewna, że w tym całym niedoczasie dywan już odpuszczamy. Ale nie. Z pałacu ślubów do naszej sali było pięć minut piechotą, ale jej narzeczony – który wiózł nam ten dywan – nie znał Warszawy. Stwierdził, że przejadą autem. Tylko że jak już wiemy, to było niemożliwe. Dwuosobowa ekipa od dywanu – chłopak dekoratorki i nasz kolega – zaparkowała więc pod skarpą, a przed sobą miała strome schody, po których trzeba było wnieść 60-metrową belę. Bo dywan też przyszedł na ostatnią chwilę i nie był pocięty. We dwójkę nigdy nie daliby rady, zatrzymali więc jakieś przypadkowe dziewczyny – chłopaki nieśli dywan, a dziewczyny wazony. W podziękowaniu zaprosiliśmy je na wesele, ale były trochę zmieszane i odmówiły.
Gdy dotarliśmy spóźnieni przed oblicze urzędniczki, dywanu wciąż nie było. Ekipa wbiegła z belą i zaczęła ją rozwijać, skacząc nad nią jak kozice. Do wszystkiego przygrywała muzyka.
Zdanie zakazane
Według Marty Jaśkiewicz-Łajszczak, wedding plannerki i twórczyni podcastu "Potrzymaj mi welon!", która stara się wspierać młodych nie tylko w kwestiach logistycznych, ale przede wszystkim w rozumieniu przedweselnych i weselnych emocji, hasło "najpiękniejszy dzień w życiu" powinno być zakazane. – Dla wielu panien młodych ślub i wesele to finał koszmaru: sporów z rodziną, napięcia i silnego parcia, aby udowodnić sobie i innym, że będzie idealnie. Z reguły nie jest, ale ludzie mówią o tym niechętnie, choć w sieci codziennie czytam: "jestem załamana", "mam dość", "najchętniej wszystko bym odwołała".
Zdaniem Marty przygotowania do wesela są jednym z najtrudniejszych okresów w życiu. – Ten czas kumuluje wszystko, co wymagające: związek, rodzinę, kasę, pracę, problemy zdrowotne – bo ona nie śpi i nie je ze stresu. Zderzenie oczekiwań z rzeczywistością jest ogromne. Bo miało być wspaniale, a jest orka na ugorze i cała masa skrajnych emocji – od presji na zadowolenie wszystkich, przez lęk i poczucie winy, po rozczarowanie – wylicza.
Marta wie, o czym mówi – do własnego wesela podchodziła dwa razy. – Pierwsze podejście było naście lat temu. Miałam 21 lat, a wesele miało być takie, jak należy: w eleganckiej sali ze sztukaterią, kolorowymi podświetleniami na suficie i kolumnami, z rosołem, tabunem ciotek i napiętą mamą w garsonce. Pamiętam, jak stałam w tej sali, menedżerka coś do mnie mówiła, a ja czułam, jak jej głos się oddala, za to sufit przybliża. Gdy masz 21 lat, nie do końca wiesz, co się dzieje. Tylko ten sufit był jakiś taki ciężki – śmieje się.
Dziś mówi, że tamto fizyczne poczucie przygniecenia ją uratowało. Odwołała ślub na etapie wybierania sali.
Przy drugim podejściu paradoksalnie pomogła jej ciąża. – Nie planowałam już wychodzić za mąż, ale mój obecny mąż się oświadczył. Był lipiec, chcieliśmy zrobić wesele jeszcze w wakacje, nad morzem, mieliśmy niewiele czasu. Jestem perfekcjonistką, ale wtedy musiałam machnąć ręką na wiele rzeczy. Wesele było kameralne. Moja mama serwowała kiełbaskę, karkóweczkę i bawiła się wyśmienicie, bo była na prawach gościa, nie miała żadnych stresów, a znalazła dla siebie rolę, w której się odnalazła. W mojej rodzinie każdy wie lepiej, a wesele w takiej formule wszystkich nas uwolniło od presji – wspomina Marta.
To wtedy postanowiła zostać wedding plannerką, ale taką, która mówi, jak jest. – A jest tak, że nawet najbardziej doświadczonych organizatorów coś na weselu może zaskoczyć i to od ludzi na weselu – pary młodej, rodziców i gości – zależy, czy "położą" imprezę – podkreśla.
Jedna z par opowiadała jej o weselu, na którym padł prąd. – Kompletnie nie do przewidzenia. Ale państwo młodzi byli superparą, zaprosili znajomych, mieli fajną, zgraną rodzinę. Gdy zgasło światło, odpalili świeczki, a muzykę puścili z bezprzewodowego głośnika. Zrobiło się klimatycznie, wesele okazało się niezapomniane. Wszystko ratują ludzie. Jak masz kiepskich ludzi, to oni stwierdzą: "O rany, co za klapa, wychodzimy". I pójdą – mówi wedding plannerka. I wspomina inne wesele, które już sama organizowała i na którym prąd padł na pół minuty. – W ciągu tych 30 sekund zdążyło do mnie podejść pięć osób z pytaniem, co się dzieje i czy teraz będą jeść zimny rosół? Gdyby elektryczność nie wróciła, to tamto wesele by padło, bo jego uczestnicy nie mieli tolerancji na potknięcia – wyrokuje.
Sikają! To koniec!
Ludzie się boją, że impreza się nie uda, a synonimem nieudanego wesela jest zdaniem Marty Jaśkiewicz-Łajszczak pusty parkiet. – Więc ledwie się zacznie impreza, ledwie przełkniesz pierwszy kęs, rodzice i młodzi już wyganiają: "Tańczcie, tańczcie". A kto wstaje od stołu po trzydaniowym posiłku i rusza w dzikie pląsy? Ludzie wtedy padają z przejedzenia, cholesterol im skacze, pod drzwiami powinna stać karetka. Chcesz się wysikać, zapalić, pogadać na zewnątrz, bo ci duszno, ale weselna olimpiada już wystartowała i musisz zaliczyć wszystkie dyscypliny. A atrakcji-dyscyplin na weselach tylko przybywa. Para i rodzice wpadają w panikę, a gdy ludzie tańczą, jest ulga: uff, tańczą, udało się – ironizuje.
To właśnie strach, że impreza się nie uda, sprawia, że ludzie zaczynają zachowywać się desperacko i nieracjonalnie. – Rodzice młodych chodzą i dręczą gości: "Wszystko dobrze? Smakowało?". Muszą się upewnić, że dobrze zrobili, że ta rolada ze szpinakiem to nie był błąd. Mama pani młodej wisi nad nią: "A czemu oni się nie bawią, czemu wyszli? Zrób coś!". Podczas gdy wszystko jest w porządku. Ludzie potrzebują sikać i potrzebują chwili dla siebie. Ale potrzeba skontrolowania wesela często jest w młodych i ich rodzicach ogromna. Jak sobie z tym poradzić? Rada jest jedna: trzeba trzymać się swojej perspektywy. Tobie rolada smakowała. Rosół też. A Najwyższa Komisja ds. Gorącości Rosołu może mieć inne zdanie. Gdy nie wiemy, co robić, wracamy do fundamentów, czyli tego, co ważne dla młodych i gdzie leży granica, której absolutnie nie chcą przekroczyć. Albo kończy się to tak jak na jednym z wesel, o którym słyszałam: panna młoda była wegetarianką, ale na stół wjechał świniak z jabłkiem w pysku. Koszmar – mówi Marta.
Zdaniem Marty dziś wyjątkowo łatwo zachłysnąć się tym, co oferuje branża ślubna, bo oferta jest ogromna, a "tamci mieli". – A jest jeszcze kwestia standardu. Mój mąż to nazywa "inflacją oczekiwań" – musimy innych przebić. U tamtych były fajerwerki – a na weselach są coraz częściej – to my dołożymy kolorowe dymy. U tamtych był tort na trzy piętra, to my zrobimy wieżę ze styropianu na dwa metry, bo takie wielkie torty nie są z kremu i biszkoptu. To jest wielki wyścig weselnych zbrojeń. Może mnie branża teraz wyklnie, ale ona nam nie pomaga, bo pokazuje zbyt wiele fajnych rzeczy. Ważne, żeby wybrać z tej oferty to, co nam służy, a nie żeby goście mieli stale zajęte ręce, bo jak pójdą sikać, to klapa – mówi.
Jest źle, a nawet świetnie
Paulina: – Gdy okazało się, że ludzie nie mają gdzie siedzieć, a my nie mamy w co się ubrać i jesteśmy spóźnieni na swój ślub, miałam sekundę refleksji: jest źle. Potem nalali mi drinka i stwierdziłam: a tam, będzie, jak będzie. Dlaczego w dniu ślubu nie dostaliśmy zawału? Po prostu nie mieliśmy presji, żeby było idealnie. Większość gości nie była świadoma, że za ich plecami odbywa się komedia pomyłek, a my walczymy o każdy element tego dnia. Może patrząc na skoki nad dywanem, pomyśleli: "Hmm, to chyba nie powinno tak wyglądać?", ale większości problemów technicznych raczej nie zauważyli. Nikt też nad nami nie stał i nie dogadywał, bo mój mąż już w trakcie przygotowań do wesela jasno dał do zrozumienia, że to nasze przyjęcie, my za nie płacimy, a rodzina nie może siać fermentu.
Gdy moja mama weszła na salę i zobaczyła te brzozy, jęknęła tylko: "O Jezu, Smoleńsk". Odparłam: "Mamo, kurde, oni nie mają monopolu na brzozy".
Takich drobiazgów jak to, że mój mąż pomylił obrączki – mnie założył swoją, moja na jego palec nie weszła – czy tego, że powystawowa suknia była źle dopasowana i musiałam ją zdjąć po pierwszym tańcu, bo przy każdym ruchu przekręcała mi się na plecy, nawet nie liczę. Ani tego, że po ślubie, a przed weselem robiliśmy dodatkowe kółka bryczką, żeby dać organizatorom czas na zamaskowanie worków z klejem. Ani tego, że nie dogadaliśmy się z cateringowcem i gdyby nie jego dobra wola, nie mielibyśmy do picia nic poza alkoholem.
Ci, którzy nas znają i pomagali wesele ratować, twierdzą, że to musiało tak wyglądać, że właśnie takie wesele do nas pasowało. Nie ma sensu na siłę udawać, że jest się kimś innym. Ważne jest jedzenie i muzyka. No i oczywiście goście, a nasi bawili się świetnie. Na salę weselną weszliśmy polonezem i to zintegrowało starszych i młodszych. Do dziś nasze wesele wspominają. Właśnie mamy piątą rocznicę i myślimy, żeby za pięć lat to powtórzyć. Bo uważamy, że wyprawianie wesel naprawdę dobrze nam wychodzi.
"Nikt by nie uwierzył"
Zdradzam Marcie Jaśkiewicz-Łajszczak, że inspiracją dla tego tekstu była dla mnie historia kobiety, która swoje wesele określiła właśnie mianem "najgorszego dnia w życiu". Ale zapytana o to, czy chciałaby opowiedzieć swoją historię na łamach magazynu, odmówiła – bo "nikt by jej nie uwierzył, że było aż tak źle". Nie chciała też straszyć innych panien młodych.
Zdaniem Marty unikanie tematu przedweselnej i weselnej presji oraz przemilczanie weselnych klap to zaklinanie rzeczywistości, bo czy się o tym mówi, czy nie – one są. A pisanie o tym pomaga dziewczynom zrozumieć, że nie są jedyne.
– Rzadko słyszę, że wesele było dla kogoś najgorszym dniem w życiu. Takie słowa mogą wymagać pokonania poczucia wielkiego wstydu i porażki, bo skoro było tak źle, to może to była moja wina, to ja coś źle wybrałam? Dużo częściej słyszę, że ludzie nie chcieliby powtarzać wesela w takim wydaniu, w jakim to zrobili. I jeżeli dochodzi do powtórki – bo poprzednie małżeństwo się nie udało – robią wszystko zupełnie inaczej – zdradza wedding plannerka.
Według Marty nie brakuje też osób, które chciałyby swój ślub odwołać, ale tego nie robią, "bo wstyd". – Wstyd jest w Polakach mocno zakorzeniony, podobnie jak oglądanie się oczami innych. Odwołanie ślubu to jest dramat, bo co ludzie powiedzą? Znam trzy pary, które dały się przekonać rodzinie, że trzeba zrobić wesele, a zupełnie tego nie chciały. Uratowała je pandemia, gdy trzeba było wszystko odwołać. Potrzebowali tej wymówki z zewnątrz, mimo że byli niezależni finansowo i rodzice nie musieli klepać ich planu – mówi.
Na koniec pytam Martę, kiedy ona uznałaby, że wesele się nie udało. – Dobre pytanie. Chyba gdybym zobaczyła, że para młoda nie bawi się dobrze. Że są zmartwieni, zestresowani, a panna młoda zamiast uśmiechu na twarzy ma łzy w oczach. Pomijam częste na weselach robienie dobrej miny do złej gry, ale dopóki młodzi dobrze się bawią, to jest OK – kończy.
PS Nasi bohaterowie Paulina i Jarek 13.07.2024 obchodzą piątą rocznicę ślubu. Cała redakcja Weekendu życzy wszystkiego najlepszego i dużo radości!
Tekst został pierwotnie opublikowany 13 lipca 2024 roku.
Marta Jaśkiewicz-Łajszczak. Oficjalnie wedding plannerka, choć woli nazywać się ślubolożką. W podcaście "Potrzymaj mi welon!" walczy ze stereotypami i mitami, które towarzyszą drodze do ołtarza. Udowadnia, że to, co najlepsze dla par, jest też najlepsze dla gości.
Paulina Dudek. Dziennikarka, redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Twórczyni cyklu mikroreportaży wideo "Zwykli Niezwykli" i współautorka "Pomocnika dla rodziców i opiekunów nastolatków". Nagrodzona Grand Video Awards, nominowana do Grand Press. Kontakt do autorki: paulina.dudek@agora.pl




