JESZCZE PRZED ŚLUBEM
Czasem problemy zaczynają się jeszcze przed uroczystością.
– W tygodniu przed weselem na asfaltowej drodze obok sali podbiegłam do przyszłego męża – opowiada Ola.
Rozpędziła się tak, że gdy już była przed nim, musiała awaryjnie hamować. – Niedługo po tym zaczęła mnie boleć stopa. Do końca dnia jakoś dokuśtykałam. Uznałam, że to jakiś drobny uraz i do jutra ból minie.
Nie minął. Gdy się obudziła, nie było widać kostki, więc pomknęła na SOR. Lekarz obejrzał nogę i wydał wyrok.
– Złamana! – mówi.
– Niemożliwe, niech pan dobrze sprawdzi, bo ja w sobotę mam wesele.
– To raz nie pójdziesz! – żachnął się oburzony.
– Ale to moje wesele – odparła Ola ze łzami w oczach, a lekarz z wrażenia aż usiadł.
Odwołanie przyjęcia nie wchodziło w grę. 150 gości zaproszonych z całego kraju, a ślubu miał udzielać ksiądz z rodziny, który przyleciał aż z Kanady. – Lekarz chwilę pomyślał i powiedział, że da mi szynę. Na samo wesele miałam owinąć nogę bandażem elastycznym, a potem znów włożyć szynę.
Ola wróciła do domu, gdzie czekała na nią suknia ślubna i atłasowe buty na wysokim obcasie. – Byłam z tej sukni i z tych butów dumna jak paw. Jak bratowa sugerowała, że może na sierpień lepsze byłyby sandałki, powiedziałam jej: "Nie ma mowy, tu liczy się szyk!". No i dzień przed weselem musiałam kupić jedyne sandały, jakie byłam w stanie wcisnąć. Wybierałam je w sklepie ortopedycznym.
Do ołtarza udało jej się dotrzeć na własnych nogach. – Szłam, ale bardzo powoli, więc dodało mi to majestatu! Ślub był w cerkwi, więc ceremonia długa, a ja byłam tak dzielna, że całą mszę stałam. Pierwszy taniec też był. Ze wszystkich części ciała najbardziej chyba poruszał mi się brzuch, ale dostałam za niego dużo braw!
Mimo kulawej panny młodej wesele trwało do szóstej rano. – Nie ma tego złego! Goście bawili się wspaniale, bo mieliśmy bardzo dobrą orkiestrę i świetnego starostę, który umiał rozkręcić imprezę. Ja natomiast ten czas spędziłam na rozmowach. Ksiądz powiedział: „Wesele jest po to, aby dwie rodziny się zapoznały i połączyły". I dzięki tej złamanej nodze mogłam bliżej poznać gości ze strony męża, spędzić z nimi czas. Tylko te buty ortopedyczne były tak ohydne, że dzień po weselu powędrowały do śmieci, bo nie mogłam na nie patrzeć.
ZĄB
Sylwia w tygodniu przed ślubem straciła górną dwójkę. – Pracowałam wtedy jako sprzątaczka. Chciałam otworzyć plastikowe opakowanie. Zamiast ściągnąć gumowe rękawiczki i zrobić to rękami, użyłam zębów, żeby było szybciej. Sekundę później zobaczyłam, jak mój ząb wpada do umywalki.
Gdy wróciła do domu, przyszły mąż na jej widok pobladł. – Najpierw był przerażony, a później próbował mnie rozśmieszać, żebym świeciła tą szparą po zębie. Ja nie przestawałam płakać.
Nazajutrz z samego rana popędziła do dentystki. – Powiedziałam, że jak nie zdąży mi wstawić tego zęba, to odwołuję ślub!
Dentystka obiecała pomóc, szef Sylwii też pospieszył na ratunek. – To był dla mnie wtedy duży wydatek, sami opłacaliśmy całe wesele. Kiedy usłyszał, co się stało, dołożył się do zęba.
Dentystka zdążyła w ostatniej chwili. – W piątek po południu na moim korzeniu został wklejony stożek, a do niego porcelanowy ząb. Ulga była ogromna. Choć trochę się stresowałam, czy się nie odklei w trakcie ślubu albo podczas wesela, przy jedzeniu. Na szczęście nic takiego się nie stało, mam go do dziś i trzyma się świetnie!
WELON
Klaudia przetrwała swój ślub, ale jej kreacja nie miała już tyle szczęścia. – Welon chciałam mieć taki z prawdziwego zdarzenia, dwumetrowy. Kupiłam go na chińskiej stronie za grosze. Piękny, tiulowy, z koronką na samym końcu.
Wieczorem przed weselem, już po 23.00, przypomniała sobie, że trzeba go wyprasować. – Kiedy żelazko już się nagrzało i miałam zacząć, przyszedł mój narzeczony, żeby jeszcze ze mną coś ustalić. Tak mnie zagadał, że zapomniałam nałożyć ręcznik na welon! Rozgrzanym żelazkiem zaczęłam od samego środka.
Dziura pojawiła się natychmiast, rozpacz zaraz po niej. – Kiedy skończyłam płakać, wysłałam przyszłego męża na poszukiwanie białej nitki, bo w domu jak na złość jej zabrakło. O północy dzień przed ślubem jeździł po kolegach. W końcu udało się ją zdobyć. Welon zszyłam i jeśli ktoś nie znał historii, to nawet się nie zorientował.
Oliwia z wpadką przy prasowaniu nikomu się nie zdradziła. – Jeszcze dzień wcześniej panikowałam, czy wszystko będzie idealnie, a budząc się w dniu ślubu, totalnie odpuściłam – opowiada. – Welon był z tiulu, nie powinno się go nawet dotykać żelazkiem. Po prostu się stopił pod wpływem temperatury. A ja – zero paniki. To, co z niego zostało, potraktowałam samą parą z żelazka, po czym zamknęłam się w łazience, żeby nikt nie dostał zawału, i chwyciłam za nożyczki. Obcięłam ładnie od dołu spieczony kawałek materiału i przypięłam welon do włosów. Wyszłam jak gdyby nigdy nic. Nikt się nie zorientował!
BUTY
Agacie zależało, żeby na własnym weselu mieć wygodne buty. Zamówiła specjalnie szyte na miarę. – Tak starałam się je rozchodzić, że zrobiłam sobie w nich dziurę centralnie na czubku. Cztery dni przed imprezą.
Żeby je uratować, najpierw poszła do miejsca, które zajmuje się renowacją obuwia. – Z uwagi na wagę wydarzenia chcieli udzielić pomocy ekspresowo, ale cena też była jak za ekspresową usługę.
Niewiele myśląc, Agata zgarnęła buty i pobiegła do salonu kosmetycznego. – Parę lat wcześniej hybrydą naprawiałam panele podłogowe w domu. Sposób okazał się na tyle skuteczny, że wytrzymał do dzisiaj. Uznałam, że jeżeli na panelach, po których non stop się chodzi, lakier wytrzymał, to na bucie tym bardziej da radę! Pani w salonie była nieco zaskoczona, ale powiedziała, że chętnie pomoże. Dobrałyśmy lakier hybrydowy pod kolor butów i tak udało się je uratować.
Nawet jeśli kreacja ślubna nie ulegnie uszkodzeniu, mogą pojawić się problemy z ubieraniem, jak u Izabelli. Przygotowując się do ślubu, została akurat sama z tatą, który tego dnia miał być jej kierowcą. Poprosiła, żeby pomógł jej zapiąć zamek sukienki na plecach. – Powiedział, że da się tylko do połowy, a dalej nie idzie! Po krótkiej naradzie stwierdziliśmy, że zajedziemy do salonu, w którym kupiłam suknię, żeby mi pomogli. Na szczęście to było po drodze. Kiedy stanęłam w progu w pełnym makijażu, fryzurze i sukience wiszącej na mnie, mina pani w salonie była bezcenna. Okazało się, że od połowy pleców były guziki.
TRANSPORT
Jeśli dnia ślubu uda się doczekać w jednym kawałku i pełnej garderobie, to nie gwarantuje jeszcze, że bez przeszkód się na niego dotrze. Czasami, jak u Karoliny, auto po prostu nie odpala. – Srebrny mercedes, nówka z salonu. Dzień wcześniej działał bez zarzutu, a w dniu ślubu na desce rozdzielczej wyskoczył jakiś błąd. Jechaliśmy naszą niebieską vectrą, na którą przenieśliśmy czerwone kwiaty, które pasowały do mercedesa.
Czasami jednak jest więcej przygód, jak u Pauliny. – Facet, który wiózł nas do ślubu mustangiem, pojawił się dobrze spóźniony. Mimo to po drodze jak gdyby nigdy nic zatrzymał się na tankowanie. A gdy byliśmy już blisko urzędu, zamiast w lewo, skręcił w prawo. Musieliśmy zrobić jeszcze jedno kółko, podczas którego odpadła mu kierownica! Mój przyszły mąż był bordowy na twarzy, a ja, kiedy zobaczyłam iskry strzelające spod tej kierownicy, dostałam ataku śmiechu. Na szczęście było już niedaleko. Kierowca zaparł się o fotel i cudem przejechaliśmy te ostatnie 200 m. Woźny opieprzył nas za spóźnienie, a połowę ceremonii słyszeliśmy klakson. To kierowca walczył z kierownicą dzikiego mustanga.
Jednak nie tylko z samochodami zdarzają się problemy. – Z urzędu do sali weselnej mieliśmy jechać zabytkowym tramwajem – wspomina Anna.
– Umówiłam się z przedstawicielem MPK, że jak wyjdziemy z urzędu, to zadzwonię. Wtedy tramwaj przyjedzie. Wychodzimy z urzędu, biorę telefon i słyszę: "Nie ma takiego numeru". Okazało się, że numer podany w e-mailu ma osiem cyfr zamiast dziewięciu. A biuro obsługi klienta jest w sobotę nieczynne.
Anna, zwykle nerwowa, zachowała zimną krew. – Do dziś nie wiem, jakim cudem na to wpadłam! Zaczęłam wybierać ten sam, podany numer, tylko na koniec sama dodawałam ostatnią cyfrę, zaczynając od zera. Na szczęście okazało się, że to właśnie ostatniej cyfry brakowało. To była dwójka, nigdy nie zapomnę!
ZNISZCZONA SUKIENKA
Po ślubowaniu i przekroczeniu progu sali weselnej młodzi często oddychają z ulgą. Ale nie Karolina. – Najpierw gołąb. Wypuściliśmy je po wyjściu z kościoła, taka wtedy była moda. Jeden wyleciał i usiadł na dachu, całe szczęście to na niego wszyscy goście zwrócili uwagę. Drugi poleciał na parkan, usiadł, po czym spadł na ziemię i już się nie podniósł. Siostrzeniec próbował go ratować, ale było już po nim.
Jak się okazało, martwy gołąb to był dopiero początek. – Mąż tak się przejął pierwszym tańcem, że liczył każdy takt i zamiast kroków stawiał wielkie susy, jakby miał robić szpagat. W ten sposób na samym początku wesela nadepnął mi na koło od sukienki. Suknia w stylu księżniczki straciła cały fason. Mama jakoś próbowała wcisnąć jeden koniec koła w drugi, ale nie dało się nic z tym zrobić. Mimo tej katastrofy bawiłam się, bo co miałam zrobić?
Dla odmiany sukienka Moniki prawie się spaliła.
– To była atrakcja wieczoru: płonąca szynka. Ale chyba za mało płonęła, bo kelner chlapał na nią jeszcze alkoholem. Pech chciał, że alkohol przeleciał nad szynką, zajął się ogniem od szynki i płonący wylądował na mojej sukience.
Spojrzałam na męża, on na mnie, na chwilę obydwoje zamarliśmy. A potem mąż z kelnerem ruszyli mi na pomoc. Mąż ręką, kelner kuchenną szmatą zaczęli mnie gasić. A mnie zamurowało, oglądałam tę scenę jak w zwolnionym tempie. Na szczęście materiał nie był łatwopalny i sukienka tylko lekko się nadtopiła. O dziwo, materiał nie zmienił koloru!
TOALETA
Ślub Pauliny odbył się w oranżerii. Ogród pod szkłem, utrzymany w stylu angielskim, dookoła kwiaty, mnóstwo zieleni i rustykalne drewno. Toaleta w oddzielnym budynku na zewnątrz. Impreza trwa w najlepsze, gdy Paulina musi z niej skorzystać. – Patrzę, tam 10 kobiet w kolejce, a ja się zaraz zsikam w majtki! Na szczęście dwa metry dalej mieliśmy pokój dla nowożeńców, z własną łazienką.
Paulina otwiera drzwi, w łóżku małżeńskim śpi pijany brat pana młodego z dziewczyną. Mija ich z uśmiechem i pędzi do toalety. – Skorzystałam, chcę wychodzić, a wtedy okazuje się, że drzwi się nie otwierają! Nie zamknęłam ich na żaden zamek, bo go nie było. To po prostu wielkie drewniane drzwi z okuciami w starym stylu, które od swojego ciężaru opadły tak, że trudno je było przesunąć. A ja bez torebki i telefonu!
Po kilkunastu minutach szarpania się z klamką Paulina zaczyna walić w drzwi i krzyczeć. – W końcu szwagier się obudził. Podszedł do drzwi, pociągnął za klamkę z drugiej strony i powiedział: "Ja nie dam rady tego otworzyć". Po czym jak gdyby nigdy nic wrócił do łóżka i poszedł spać dalej.
Paulina siedzi w łazience już 40 minut, gardło sobie zdarła na wołaniu o pomoc. – W końcu zdjęłam szpilki, wzięłam rozpęd z końca tej dwumetrowej toalety i z całym impetem uderzyłam w drzwi barkiem. Za ósmym razem odskoczyły. Kiedy po godzinie wróciłam do oranżerii, nikt nawet nie zauważył, że mnie nie było. Tylko obity bark był dowodem całej tej historii.
WIĘKSZE KATASTROFY
W niektórych historiach ślubnych wachlarz potencjalnych nieszczęść rozsuwa się w pełni. Jak na weselu Olgi, które było podzielone na dwie części: pierwsza dla rodziny i starszych, z wynajętą salą i obiadem, druga część wieczorem, w klubie z przyjaciółmi. – Mój mąż, chcąc się jak najlepiej zająć gośćmi, zaczął stresować się jeszcze przed rozpoczęciem się imprezy. Wypił nieco na odwagę. W rezultacie, kiedy nadszedł czas na świętowanie, był już tak pijany, że trzeba go było odwieźć do domu.
Po powrocie do klubu Olga była załamana, że jej męża nie ma na weselu. Wydawało jej się, że to zrujnowało całą imprezę. Nic bardziej mylnego! – Przyjaciel, żeby poprawić mi nastrój, wziął mnie do tańca. Tak mną okręcił, że wylądowałam pod stołem. Leżałam na podłodze, gromada ludzi zebrała się nade mną i zaczęła krzyczeć. Ja nie bardzo wiedziałam, o co chodzi, do momentu, aż spojrzałam w lustro. Z rozbitego łuku brwiowego krwawiło jak ch*lera.
Karetka zabrała mnie z własnego wesela. Ale to nie koniec historii, bo ratownicy podali gościom niewłaściwy adres szpitala, więc ja byłam na jednym końcu miasta, a moi goście na drugim.
Dziś Olga ze swojego wesela się śmieje, podobnie jak Renata. Gdyby urządzono konkurs na liczbę przypałów podczas jednego skromnego ślubu, z pewnością by go wygrała. – Ja ślubu nie chciałam, bo sam fakt bycia "czyjąś" budził we mnie sprzeciw. Ale mieszkaliśmy w niewielkim miasteczku i mieliśmy malutkie dziecko, więc była też – szumnie to nazywając – presja społeczna.
Mama partnera Renaty była znaną osobą publiczną – komendantką straży pożarnej. Choć sama nigdy nie pozwalała się wpasować w sztywne ramy obowiązujących norm, presja ją jednak dopadła. – Nalegała, żebyśmy wzięli ślub kościelny. Po długich negocjacjach stanęło na tym, że będzie tylko cywilny i mała impreza w domu. Teściowa powiedziała, że jak nie będzie kościelnego, to na cywilnym ona się nie pojawi. No i cóż, każda z nas postawiła na swoim.
A to był dopiero początek ceregieli. – Dojechaliśmy przed urząd stanu cywilnego i okazało się, że nie ma prądu, więc na każdym stopniu schodów stały świeczki. Zamiast marsza weselnego z głośników był facet, który nam grał na gitarze.
Można powiedzieć: całkiem romantycznie! Gdyby nie ciąg dalszy. – Po przysiędze pozowaliśmy do zdjęć na tle krwistoczerwonej kotary, która zasłaniała całą ścianę. A przynajmniej tak mi się wydawało. Kiedy mój nowo poślubiony mąż chciał mnie pocałować w filmowym stylu, przechylił mnie tak mocno, że szukałam oparcia na tej ścianie, której jednak za kotarą nie było. Wylądowałam na podłodze, odcięta od reszty tym czerwonym materiałem. Wystawała tylko noga i spadający but, co świetnie na zdjęciu uchwycił fotograf.
To jednak nie koniec!
– Okazało się, że mam alergię na złoto, więc prosto z urzędu pojechaliśmy do szpitala. Mama nie pozwalała mi za dzieciaka nosić złotych kolczyków, które dostałam na komunię. Mówiła, że mam alergię, ale ja uznałam, że chodzi o to, że są dość cenne. Pierścionek zaręczynowy był platynowy i nic się nie działo, więc uznałam, że z tym złotem to bujda. No i skończyło się na izbie przyjęć.
Całe ciało potwornie swędziało, a palce tak spuchły, że obrączkę musieli przeciąć. – Po godzinie pozbyłam się w wielkim bólu tego, co mąż z miłością mi zakładał przez 10 sekund. Kiedy faszerowali mnie lekami, on się zastanawiał, co nas jeszcze dzisiaj spotka. Na głos! Cała izba przyjęć, lekarz i pielęgniarki mieli niezły ubaw.
Renata cieszyła się, że w domu czeka na nią tylko kilka osób, więc będzie mogła spokojnie odreagować. – Alkohol po tym wszystkim odpadał, zresztą i tak bym kieliszka w dłoni nie utrzymała. Chciałam tylko do domu, zjeść coś i zdrzemnąć się chwilkę, gdy reszta będzie świętować.
Nie doceniła jednak swojej teściowej! – Postawiła na swoim. Kiedy dotarliśmy do domu, zamiast małego przyjątka zastaliśmy w ogrodzie wielki namiot, polową garkuchnię i plątających się wszędzie jej kolegów z pracy – strażaków. Chłopaki się postarali i nasze wyobrażenie o małym weselu poszło z dymem. Gdzie straż pożarna, tam ludzie, więc zeszli się sąsiedzi. Wszyscy się świetnie bawili, a ja całe przyjęcie przetrwałam na trzeźwo, choć mocno senna. Dziś to wszystko brzmi komicznie, ale wtedy myślałam, że życie kopnęło mnie w tyłek i przeniosło w jakiegoś matriksa. Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły: Renata, nie bierz tego ślubu!
Maria Organ. Dziennikarka, redaktorka, trenerka storytellingu. Zanurzona w świecie milenialsów najczęściej pisze o swoim pokoleniu, psychologii i książkach. Prowadzi warsztaty z pisania historii osobistych i biznesowych, podczas których pomaga zmieniać codzienne doświadczenia w inspirujące opowieści. Kontakt do autorki i zapisy na warsztaty na www.mariaorgan.com.



