Maja, czy można nosić ziemniaki mniej stylowo albo bardziej stylowo? Pytam, bo gdy to pokazałaś, wywołałaś lawinę komentarzy.
W tej całej historii chodziło mi o to, żeby nie uprzykrzać życia kobietom. Tylko żeby je ułatwiać i umilać. Moje intencje były więc takie, żeby kobieta, która idzie na zakupy, wyglądała dobrze. I nie chodzi o to, że ma sobie zrobić fryzurę, makijaż i pomalować usta na czerwono. Chodziło mi o to, żeby nie nosiła tych niewygodnych, cienkich woreczków, które i tak się potem wyrzuca i zanieczyszcza środowisko. Lepiej, żeby zabrała jedną wygodną torbę, która na dodatek dobrze wygląda. Nie chciałam powiedzieć, że Polki wyglądają źle i nie dziwię się, że mężczyźni od nich odchodzą. Tego nigdy bym nie powiedziała. Jedyne, co chciałam przekazać kobietom, to że mogą wyglądać lepiej i może im być wygodniej. Ostatnio nauczyłam się nosić dwie torebki – w jednej mam dokumenty, a do drugiej wkładam wszystko inne. Już zapowiedziałam, że powtórzę kwestię noszenia torby w kolejnej edycji.
A co byś doradziła: zabierać na zakupy wózeczek na kółkach czy nie?
A dlaczego? Jeśli ktoś robi duże zakupy, to dlaczego ma nie używać wózeczka? Masz ulubiony wózeczek, do którego zmieści się wszystko, czego potrzebujesz, więc dlaczego miałabyś zamiast niego nieść ciężką torbę na ramieniu? Postawiłabym tylko na to, żeby zarówno w shoperkach, jak i przy takich wózkach nie używać za dużo kolorów. Często są one pstrokate, w kwiatki czy kratkę, tymczasem taki w jednym, góra w dwóch kolorach na pewno będzie wyglądał dobrze.
"10 lat młodsza w 10 dni"? To raczej niemożliwe.
Z Sablewską tak.
Dobrze, w takim razie powiedz mi, jak to robi Sablewska?
Kluczem do zmiany jest rozmowa. Zadaję dużo pytań, słucham i wiem, co zrobić, żeby poprawić czyjeś samopoczucie, a potem wygląd. To zawsze idzie w parze. Pytam, żeby się dowiedzieć, dlaczego kobieta się zaniedbała, dlaczego sobie nie radzi, dlaczego przez wiele lat stawiała innych na pierwszym miejscu zamiast siebie.
I co słyszysz?
Niedawno przyszła do mnie dziewczyna, która powiedziała, że właściwie wszystko jest u niej w porządku. Ma wspaniałego męża, dzieci i wymarzony dom. Ale po covidzie, na który chorowała dwa razy, kompletnie się zaniedbała. Okazało się, że tak ją rozłożyło, że zapomniała o swoim wyglądzie, koncentrowała się tylko na tym, jak przeżyć i przetrwać psychicznie. Podczas choroby przytyła 20 kg. Dopiero na koniec okazało się, że ma także smutną przeszłość – jej ojciec alkoholik się zapił. Bardzo mnie poruszyła jej szczerość. Innym razem poznałam babeczkę po pięćdziesiątce, którą mąż zostawił po wielu latach związku. Piękna kobieta z cudną osobowością, która uważała, że jest stara, brzydka i na nic dobrego już nie zasługuje. Przerażające. Pomagałam też młodej dziewczynie, której syna potrącił samochód. Ledwo udało się dzieciaka uratować. Była w traumie i bardzo trudno było mi do niej dotrzeć.
Zdarza się, że któraś nagle rezygnuje?
Raz zdarzyło mi się, że dziewczyna wyszła z planu i się popłakała. Chciała wracać do domu. Plan stanął na całe cztery godziny. Musiałam ją długo przekonywać, żeby wróciła.
Zrobiłaś już ponad 200 metamorfoz. Jaki wyłania się z nich obraz kobiet?
Na pewno nie zdajemy sobie sprawy, jakie jesteśmy piękne. Nie widzimy swoich olbrzymich atutów. Co prawda przybywa kobiet odważnych, takich, które zaczęły bardziej niż kiedyś stawiać na siebie, chcą zmiany i traktują ją jako pozytywny impuls do kolejnych działań, większość jednak ciągle się tego boi. Uważam jednak, że każda kobieta zasługuje na zmianę, niezależnie od wieku i od sytuacji, w jakiej się znajduje. Przekonuję kobiety, że w zmianach nie ma nic złego, że ich potrzebujemy. Gdybym się nie zdecydowała na zmiany, nie byłabym w swoim życiu tak szczęśliwa, jak teraz jestem.
Choćby na wyjazd z rodzinnego Sosnowca do Warszawy. Udało ci się.
A wiesz, że kobiety z mniejszych miast zaczynają mieć na przykład świadomość, że dbanie o dom też jest pracą? Wiele z nich chce wreszcie postawić siebie na pierwszym miejscu, co widać po tym, że do programu zgłasza się bardzo dużo kobiet z mniejszych miejscowości. Mają silny imperatyw do zmiany. Metamorfozę traktują jak wspaniały prezent i są bardzo wdzięczne. Nie ma dla nich znaczenia, że będą w telewizji. Po prostu zależy im, żeby nad sobą pracować.
O co czepiamy się siebie najczęściej?
O wygląd. I czasem są to zarzuty naprawdę absurdalne. Powiem ci na własnym przykładzie: jak miałam 20 lat, to wielkim kompleksem były moje nogi.
Nie uwierzę.
Naprawdę tak było. Dopiero gdy jako 30-latka zasiadłam w jury programu "X Factor", stwierdziłam, że moje nogi wyglądają dobrze. Często kobiety podchodzą do siebie podobnie. Na przykład nie podoba im się blizna po operacji albo – wyobraź sobie – za duży biust. Ja mam mały, więc trudno mi to zrozumieć, ale wiem, że to jest indywidualna sprawa. Gorzej jest w kwestii zębów. Do programu przychodzą kobiety, które mają je bardzo zaniedbane i pilnie potrzebują pomocy specjalisty. Zauważyłam też, że Polki boją się medycyny estetycznej, zwłaszcza te z małych miejscowości. Wydaje im się, że będą miały duże usta i będą wyglądały sztucznie. Trudno im zaufać lekarzowi medycyny estetycznej i muszę je przekonywać, że zabiegi w odpowiednich proporcjach dają rewelacyjne efekty. I że nadal mogą wyglądać naturalnie.
Często też, jeśli decydują się na jakieś poprawki, robią to nie dla siebie, ale żeby przypodobać się mężczyźnie. I wtedy powiększają sobie biust, bo on lubi duży, farbują włosy na blond, bo on woli blondynki, albo jednak są gotowe powiększyć sobie usta. Mówią: "Mój partner lubi duże usta. Czy mogłabyś mi pomóc?". Odpowiadam: "Mogę ci pomóc, ale czy naprawdę tego chcesz?". Dlatego często mówię kobietom: "Popatrz w lustro i mów do siebie, że jesteś piękna. Ja wiem, że jestem piękna, i wiem, że ty jesteś piękna, tylko w to uwierz". Miałam jedną bohaterkę, która powiedziała, że siebie lubi, że się sobie podoba. Tylko że kompletnie nie potrafi się ubrać.
Jakie jeszcze mamy kompleksy?
Wiele kobiet nie jest zadowolonych ze wzrostu. Jedne uważają, że są za niskie, inne – że za wysokie. W zasadzie każda ma sobie coś do zarzucenia, czy nosi rozmiar XS, czy XXL. Tymczasem kompleksy wynikają głównie z tego, że nie potrafimy podkreślić swoich atutów. Wiem to na swoim przykładzie, ja też kiedyś nie potrafiłam. Czasem poczucie niskiej wartości u kobiet wynika z tego, że zamiast pielęgnować swoje mocne strony, zaczynają słuchać wszystkich dookoła. A jak partner, dzieci, rodzice czy koleżanki mają ocenić, że w czymś wyglądamy dobrze albo źle? Oni mogą co najwyżej powiedzieć, że coś się im podoba albo nie. To, czy dobrze wyglądamy, czy też nie, obiektywnie może powiedzieć ekspert, który zajmuje się kreowaniem wizerunku.
A co słyszysz, kiedy pytasz: "Co w sobie lubisz?".
Najczęściej: "Hm, co ja w sobie lubię...?" – i zapada cisza. A potem słyszę: "Mogę powiedzieć, czego w sobie nie lubię". Wśród zalet zazwyczaj kobiety wymieniają cechy charakteru albo mówią: "Lubię swoje oczy".
Odnoszę wrażenie, że ty nie wstydzisz się swojego ciała. Jakie masz do niego podejście?
Traktuję ciało, zarówno kobiece, jak i męskie, jak dzieło sztuki. Każdy z nas jest inny i bez względu na to, jaki ma rozmiar, każdy jest piękny. Oczywiście ktoś powie, że przesadzam, bo przy dużym rozmiarze to jest niemożliwe, ale ja uważam, że tak. Dobrze jednak, żeby to było zdrowe ciało, żeby kobieta, która akceptuje siebie bez względu na swój rozmiar, żyła zdrowo. Ja na przykład przez wiele lat miałam wielką oponę dookoła własnej osi, którą ukrywam w dużych T-shirtach. Miałam ciało, którego nie akceptowałam, ale zaczęłam nad nim pracować. Przez dobre dwa–trzy lata ćwiczyłam i je rzeźbiłam, a potem postanowiłam je pokazać. To bardzo proste. Ludzie doszukują się jakiejś filozofii, zamiast zapytać tak jak ty: jak podchodzisz do swojego ciała? Dlaczego to robisz? Powiem ci, że potraciłam znajomych, którzy nie akceptowali tego, że pokazuję swoje ciało na przykład na Instagramie.
Lubisz siebie?
W wieku 44 lat mogę powiedzieć, że siebie lubię, a nawet kocham. Zaakceptowałam siebie. I to w pełni. To dobry dla mnie czas. Lubię swój nos, lubię swój wzrost, lubię swoje nogi. Uwielbiam też swoje włosy, zawsze marzyłam o długich włosach. Po pandemii postanowiłam wrócić do naturalnego wyglądu i rozpuściłam wszystkie wypełniacze na twarzy, z czego bardzo się z cieszę.
Dlaczego?
Czasami, jak się ma więcej pieniędzy, wszystko chce się przyspieszyć, wszystko chce się mieć od razu i za dużo. Gdy szłam do lekarza i pytałam, czy to nie będzie za dużo, słyszałam: nie, to się wchłonie. A okazało się, że nic się nie wchłaniało. Wpadłam w ten mechanizm i jak znalazłam się na dnie, bo wyglądałam źle, zdałam sobie sprawę, że coś poszło nie tak. Zaczęłam ten proces odwracać, co zajęło mi dwa i pół roku. Na szczęście obyło się bez chirurgii plastycznej. Nie używam już medycyny estetycznej tak, jak używałam jej parę lat temu. Uważam, że to mój wielki sukces. Teraz robię to w zdrowych i właściwych proporcjach. Raz na pół roku korzystam ze stymulatora tkankowego, który pobudza mój kolagen i mogę dalej funkcjonować, mimo że mam kilka zmarszczek na twarzy. A były momenty, kiedy ogromnie mi to przeszkadzało. Dziś znam swoje atuty i nawet potrafię dziękować za komplementy.
Nie tak dawno zrobiono badania, według których tylko 18. proc. Polek jest zadowolonych ze swojego ciała.
Na palcach jednej ręki mogłabym policzyć kobiety, które lubią swój wygląd. Mało tego. Część z nich powiedziała tak dlatego, że łatwo im to przyszło. A gdy zaczynałyśmy dłużej rozmawiać, okazywało się, że nie akceptują siebie tak do końca. Bo gdy zapytałam: "Dlaczego przyszłaś do programu?", usłyszałam: "Bo chciałabym coś zmienić". Zakładam dziewczynie sukienkę i słyszę: "Ja nie lubię swoich ramion". Wychodzi więc, że jednak ona się w pełni nie akceptuje.
Zauważyłam też, że jesteśmy siłaczkami i potrafimy sobie poradzić w wielu bardzo trudnych sytuacjach. Ale takich, które dotyczą innych. Gdy potrzeba, żebyśmy pomogły sobie, nie jest już to takie proste. Mam się za bardzo silną kobietę, dla moich przyjaciół jestem w stanie zrobić wiele, natomiast gdybym miała to zrobić dla siebie, musiałabym się cztery razy zastanowić. Dopiero po czterdziestce doszłam do takiego momentu w życiu, że muszę być dla siebie najważniejsza.
Czasem kobieta nie jest zadowolona z metamorfozy…
Są metamorfozy, które się udają, i takie, które się nie udają. Na szczęście tych drugich jest o wiele mniej, a ja przyjmuję takie reakcje z pokorą, po prostu rozumiem. Nigdy nie powiedziałam, że za nieudaną metamorfozą stoi moja producentka czy stylistka z programu. Podpisuję się pod każdą metamorfozą. I gwarantuję, że potrafię to robić, zresztą prowadzę programy o metamorfozach od 11 lat. W pierwszej edycji miałam kilka spektakularnych metamorfoz kobiet o większych rozmiarach, które były szeroko opisywane i komentowane. W tej wszystkie metamorfozy były udane, zatem media już się tak nie rozpisują.
Kobiety, które zmieniasz, też do ciebie piszą?
Tak – i to najbardziej lubię. Niektóre dzwonią do mnie z życzeniami w urodziny albo w święta. Zdarza się, że jakaś kobieta odzywa się do mnie po dwóch latach od metamorfozy i mówi: "Dopiero teraz rozumiem, co do mnie mówiłaś, co chciałaś mi przekazać". Mam swoją ulubioną panią Zdzisię, którą zaprosiłam do metamorfozy, mimo że była poza regułami, bo miała ponad 50 lat, a w programie robiliśmy metamorfozy dla uczestniczek od 24. do 46. roku życia. Wcześniej w ogóle nie braliśmy pod uwagę kobiet po pięćdziesiątce. W programie "10 lat młodsza w 10 dni z Sablewską" w Polsat Café mogę pracować nawet z paniami po 70. roku życia i to jest cudowne. Takie ograniczenia były dla mnie kompletnie nieuzasadnione. Wracając do pani Zdzisi – za każdym razem, gdy się słyszymy, mówi, że odmieniłam jej życie. Po sześćdziesiątce wzięła ślub i jest bardzo szczęśliwa. Moja metamorfoza dała jej drugą młodość.
Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z odważnymi ludźmi. Pasjonatka kawy, słoni i klasycznych samochodów.



