Uważa, że życie to przygoda, ale nikt nie obiecuje, że w jej trakcie będą tylko przyjemne momenty. Jaka jest Sonia Bohosiewicz?
Byłaś jedną z uczestniczek show komediowego "LOL: Kto się śmieje ostatni" w Prime Video. Wygrywa w nim ten, kto zachowa kamienną twarz. Nie wyobrażam sobie ciebie bez uśmiechu, który jest jednym z twoich znaków rozpoznawczych.
O! To bardzo miłe. Rzeczywiście często się śmieję i wiedziałam, że będzie to trudne, ale wymyśliłam sobie, że przyjmę wersję "sędzia". Że moim zadaniem będzie ocenić pomysłowość kolegów, więc gdy padał jakiś dowcip, natychmiast stawiałam się w sytuacji jurorki, która patrzy i myśli: o, to jest dobrze skonstruowane. Byłam pełna akceptacji i zachwytu, ale bez śmiechu.
A co cię śmieszy w życiu?
Wszystko. Od absurdu czy bardzo skomplikowanego żartu słownego po pośliźnięcia się na skórce od banana. Bawią mnie zarówno żarty sytuacyjne, jak i wykwintne. Ja po prostu lubię się śmiać.
Zdarza ci się płakać ze śmiechu?
Bardzo często!
A ostatnio?
Dwa dni temu, gdy wracałam z moją przyjaciółką ze spektaklu "Domówka", słuchałyśmy Radia Pogoda. Chwilami jego pasmo się kończyło i wchodziło na nie inne radio, z zupełnie innym repertuarem. W efekcie "morza szum, ptaków śpiew" był co jakiś czas przeplatany operowym śpiewem kobiety. Zgrywało się to bardzo przemyślnie i dawało bardzo komiczny efekt.
Byłaś dzieckiem kapryśnym czy takim, które lubiło się śmiać?
Byłam dzieckiem pogodnym. Pamiętam, że całą podstawówkę i liceum prześmiałam się z moją przyjaciółką Olą. Wielokrotnie reagowałam śmiechem także na sytuacje stresowe, to był taki mój wentyl bezpieczeństwa. Nauczyciel od historii był srogi i bardzo ostro oceniający, więc czasem na jego lekcjach śmiałyśmy się tak, że nie byłyśmy w stanie się opanować. I często wypraszano nas za drzwi.
No proszę, niezłe było z ciebie ziółko!
Aż tak to nie. Byłam dzieckiem wesołym, ale nie sprawiałam większych problemów.
Maciej Stuhr opowiadał mi niedawno, że on w szkole robił skecze, w których żartował sobie z nauczycieli. Ty też?
Ja z nauczycieli nie żartowałam, więc chyba jednak byłam bardzo grzecznym dzieckiem. Aczkolwiek moja witalność, temperament i poczucie humoru objawiały się w pracy społecznej. W podstawówce byłam przewodniczącą szkoły, a w liceum współorganizowałam festiwal o nazwie Gimpelczat, na którym można było występować z piosenkami i z kabaretami. Widzisz więc, że bardzo mnie ciągnęło do występów przed publicznością, która patrzy, bawi się i bije brawo.
Czyli od dziecka lubiłaś występować?
Tak, i to bardzo. Szybko zauważyłam, że to sprawia mi ogromną przyjemność. Już w podstawówce założyłam swoją pierwszą grupę – z innymi dziećmi robiłam pod blokiem cyrk. Był w tym już też mały element ekonomiczny, bo oczywiście dorośli musieli kupić bilety na nasze przedstawienia.
Byłaś przedsiębiorcza! Pamiętasz, ile miałaś lat, kiedy po raz pierwszy wystąpiłaś sama przed ludźmi?
Pamiętam, jak na weselach kuzynek patrzyłam zazdrosnym okiem na panią w błyszczącej sukience, która występowała na scenie, i żałowałam, że ona ma mikrofon, a ja nie. W dogodnym momencie zawsze do niej podchodziłam, szarpałam ją za tę sukienkę i mówiłam, że ja też chcę coś do mikrofonu zaśpiewać. I chętnie występowałam. Myślałam sobie: wy patrzcie na mnie, a ja będę stała na scenie i coś robiła, choć jeszcze do końca nie wiem co, ale scena mnie pociągała.
A na koniec bijcie mi brawo?
Taka kolej rzeczy.
Pamiętam, że godzinami tańczyłam i śpiewałam w domu przed lustrem z dezodorantem w ręku jako mikrofonem. Ćwiczyłam też ze skakanką poruszanie się ze sznurem, który się plącze pod nogami. Obserwowałam siebie, patrzyłam na swoją twarz, jak się wygina, uśmiecha. Prowokowałam różne emocje, patrząc sobie prosto w oczy, wymyślałam jakiś temat i albo się śmiałam z tego wymyślonego powodu, albo płakałam. Nie wiedziałam, po co to robię, ale bardzo mnie to fascynowało.
Nie jesteś z aktorskiej rodziny, prawda?
I jestem, i nie jestem. Nie wyskoczyłam jak królik z kapelusza, jak mi się kiedyś zdawało. Gdy wymyśliłam sobie, że chciałabym zdawać do szkoły teatralnej, nie wiedziałam o tym, że mój dziadek ze strony ojca, który był dentystą w Makowie Podhalańskim, miał swój amatorski teatr. Jego córka z pierwszego małżeństwa, Ewa Sztolcman-Kotlarczyk z domu Bohosiewicz, była aktorką w Krakowie. Grała w Teatrze Rapsodycznym z Karolem Wojtyłą i profesorkami, które mnie później uczyły.
Kiedy zdałam do szkoły teatralnej w Krakowie, ciocia Ewa podeszła do mnie na korytarzu i powiedziała, że jest przyrodnią siostrą mojego taty, więc jesteśmy rodziną. Bardzo mnie to ucieszyło, bo nagle dostałam korzenie aktorskie. Potem kilka razy byłam u cioci Ewy w domu. Dostałam od niej stertę książek o teatrze i mnóstwo kostiumów.
Powiedz, proszę, w jakim domu wyrosłaś?
Myślę, że najbardziej identyfikuje mnie Śląsk, na którym się wychowałam. Mój tata nie jest Ślązakiem, bo pochodzi z Makowa Podhalańskiego, ale moja mama pochodzi ze Śląska Cieszyńskiego. Moje życie długo było związane z ukochanymi Żorami, pięknym starym grodem, który istniał już na Szlaku Bursztynowym, a prawa miejskie dostał w tym samym czasie co Kraków.
Na Śląsku ważne są takie wartości, jak Bóg, honor, rodzina i uczciwość, a także skromność i pracowitość oraz szacunek do rodziców. To też neony, które świecą nad moim życiem.
W 2011 wzięłaś udział w programie "Tak to leciało", a 25 tys. zł, które wygrałaś, przekazałaś na rzecz Hospicjum im. Jana Pawła II w Żorach.
Zawsze, gdy można wygrać jakieś pieniądze i przekazać je na cel charytatywny, to przekazuję je właśnie na to hospicjum. Znam też prywatnie kilka osób, które się w tym hospicjum udzielają, i to są moje Żory. Jeżeli mogę jakkolwiek pomóc, to to robię.
Jako dziecko też lubiłaś się dzielić?
Jestem typem rozdawaczki. Moja mama do dziś się śmieje, że kiedy wysyłała mnie do sklepu po chleb, to pytałam: A ile będzie reszty? To znaczy, ile mogę wziąć ze sobą kolegów i koleżanek i żebyśmy potem z tego, co zostanie, wszyscy kupili sobie po lizaku.
Nawet wyjście samemu do sklepu było dla mnie marnowaniem czasu. Uwielbiałam być wśród ludzi.
Może dlatego, że masz trójkę rodzeństwa?
Chyba raczej to kwestia mojego temperamentu. Nasz duży dom zrobił się duży, kiedy ja już miałam więcej lat. Całe dzieciństwo byłam po prostu jedną z dwójki. Wychowałam się z bratem Łukaszem, który jest ode mnie dwa lata starszy. Maja i Mateusz są od nas dużo młodsi. Gdy mieli po parę lat, to ja już byłam na studiach. Mama odchowała więc jedną dwójkę, która poszła w świat, i pojawiła się druga dwójka [Sonia Bohosiewicz ma troje rodzeństwa: braci Łukasza – rocznik 1973 i Mateusza – rocznik 1988 oraz siostrę Maję – rocznik 1990 – przyp. red.].
I jednocześnie pracowała?
Całe życie była bardzo aktywna zawodowo. Przez wiele lat pracowała w dziale planowania KWK Jastrzębie. Robiła sobie przerwy na urlop macierzyński i wychowawczy, a gdy dzieci poszły do szkoły, wróciła do pracy i tak dopracowała do emerytury. Mój tato z kolei zawsze zajmował się szeroko pojętym prywatnym biznesem. Czego on nie robił! Od produkowania proporczyków, przez prowadzenie restauracji, warsztatu samochodowego i sklepu spożywczego.
Smykałkę do przedsiębiorczości masz po nim?
Jestem absolutnie przekonana, że każde z nas ma po ojcu umiejętność organizowania i pomysły na biznes.
Po tacie masz też otwartość na ludzi?
Akceptuję ludzi razem z ich wadami, jestem ich ciekawa. Szybko wchodzę z nimi w relacje, nie ma we mnie barier.
Podczas kręcenia programu "Czego nauczył mnie mój ojciec" zobaczyłam, że mam to po moim tacie. On natychmiast ze wszystkimi się zakolegowuje, jest ciekawy ludzi i bardzo otwarty. Kiedy byliśmy na kempingu w Czechach, ja jeszcze nie zdążyłam wysiąść z auta, a on już rozmawiał z ludźmi, który mieli potem kamper obok nas. Zresztą moja mama też jest otwartą, zaangażowaną społecznie osobą. Taki typ kaowca. Zrobić komuś przyjemność, wykleić jakiś album? Mama robi to przez cały czas.
Rodzice cieszyli się, gdy powiedziałaś, że chcesz zostać aktorką?
Nie powiedzieli ani "to dobrze", ani "to źle". Bardzo się cieszyli, kiedy zdałam do szkoły aktorskiej, ale myślę, że tak samo by mnie pocieszali, gdybym nie zdała. Wspierali mnie. "Ciężki kawałek chleba, ale spróbuj, jeśli chcesz" – powiedzieli.
I tak się złożyło, że aktorstwo przyjęło cię z otwartymi ramionami.
Zaraz po szkole teatralnej dostałam się do Teatru Starego w Krakowie i grałam tam przez 10 sezonów. To było zwieńczenie moich marzeń. W tym samym czasie jeździłam też z kabaretem Rafała Kmity i grywałam w Teatrze Stu, a gdy zawołał mnie film, przeprowadziłam się do Warszawy, gdzie nieprzerwanie mam pracę w serialach i filmach.
Kiedy więc pytasz mnie o moją karierę, to odpowiem, że jestem wdzięczna za każdy jej etap. Kiedy zaczęłam grać w "Usta, usta", byłam trzy miesiące po urodzeniu mojego pierwszego syna. Chodziłam z nim na plan przez pół roku. Myślę, że było to koszmarne, ale szłam rozpędem i energią życia. Miałam wtedy 33 lata. Teraz, kiedy o tym myślę, uważam, że to było szaleństwo, ale się udało.
Wymagało to siły i dobrej organizacji.
Bardzo nie chciałam się z moim synem rozstawać. Było to dla mnie ważne, żeby być z nim, żeby mnie czuł. Nie chciałam na pół roku zniknąć z jego życia. Chciałam go karmić, chciałam go oglądać. Ale miałam wtedy 15 lat mniej.
A jak sobie radzisz w trudnych sytuacjach? Jakiś czas temu rozwiodłaś się, potem pożegnałaś teścia, Janusza Majewskiego.
Uważam, że życie jest piękne. To superprzygoda i nikt przecież nie obiecywał, że będą w niej tylko cudowne momenty.
Przyjmuję zarówno te wesołe, jak i szczęśliwe. Te smutne i wzruszające też. Pożegnania, zmiany, cierpienie. Wszystko to jest nam potrzebne. Nie obrażam się na życie. Nigdy.
Rozmowa pierwotnie ukazała się 4 maja 2024 roku.
Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje >>
Sonia Bohosiewicz. Aktorka, artystka kabaretowa i piosenkarka. Ukończyła Państwową Wyższą Szkołę Teatralną im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Zdobywczyni wielu nagród filmowych, m.in. Orłów i Złotych Lwów. Była żoną Pawła Majewskiego, syna reżysera Janusza Majewskiego i fotografki Zofii Nasierowskiej. Mają dwóch synów: Teodora i Leonarda.
Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z fascynującymi ludźmi. Pasjonatka kawy, słoni i klasycznych samochodów.