"Kobieta z…" to opowieść o Andrzeju, który ma żonę i dziecko i nagle odkrywa, że czuje się kobietą. Temat wydał mi się dość wyeksploatowany, więc nie spodziewałam się, że film tak mnie poruszy. Spotkała się pani z podobnymi komentarzami?
Ludzie, którym film się nie podobał, do mnie nie podchodzą, ale porównując go z innymi naszymi filmami, mam poczucie, że budzi więcej emocji. Po pokazach dużo osób mówi, że nie spodziewały się tak ciepłego, empatycznego i nieoceniającego filmu na ten temat. Wiele pozytywnych opinii słyszymy także od środowiska LGBTQ+, którego reakcji trochę się obawialiśmy. Ci ludzie nagle czują, że są reprezentowani, co jest bardzo wzruszające. Podobnie jak radość Ani Grodzkiej z powodu tego filmu. Na razie nie spotkałam ani jednej osoby trans, która by powiedziała, że ten film jest nieprawdziwy. Mamy z Michałem [Michał Englert jest współscenarzystą i współreżyserem "Kobiety z..." – przyp. red.] poczucie misji edukacyjnej, przy czym przyznam, że sami musieliśmy się mocno wyedukować.
To znaczy?
Myśmy sami wiedzieli o tym środowisku tyle, co przeciętny zjadacz chleba. A chcieliśmy zrobić film o osobie trans już 20 lat temu. Michał był wtedy operatorem kamery przy jednej z pierwszych w Polsce operacji korekty płci. Pamiętam, jak wstrząśnięty wrócił do domu i powiedział, że nie może przestać myśleć o tym, jak ta osoba się czuje. Stało się to jakąś jego obsesją. Byliśmy zgodni, że taką postać perfekcyjnie może zagrać Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, ze względu na swoją androginiczną urodę, ale od pomysłu odeszliśmy i kompletnie o nim zapomnieliśmy.
Nagle, pod poprzednimi rządami, ten temat do nas wrócił. Pojawiło się dużo agresji wobec tego środowiska. Równocześnie oboje z Michałem jesteśmy rodzicami nastoletnich dzieci [Michał Englert ma nastoletniego syna z Mają Ostaszewską, a Małgorzata Szumowska ma syna i córkę z innych związków – przyp. red.] i wiemy, że w ich otoczeniu są takie osoby. Poczuliśmy, że to temat, który chcemy opowiedzieć.
Bo jest kontrowersyjny, podobnie jak anoreksja, alkoholizm czy niechciane macierzyństwo, o których również pani w swoich filmach opowiadała?
Opowiadaliśmy z Michałem także o księdzu homoseksualiście, o prostytutce, zagranej świetnie przez Joannę Kulig, czy o facecie, który stracił twarz i stał się miejscowym dziwadłem – w tej roli Mateusz Kościukiewicz. Zawsze wybieraliśmy outsiderów, którzy mają kłopot z tożsamością albo są nieakceptowani i marginalizowani przez resztę.
Zrobiłam też film o sobie pod tytułem "33 sceny z życia" i nie mam poczucia na ten moment, że muszę dalej opowiadać o sobie. Zresztą w filmie "Kobieta z…" ani jedna scena nie jest wymyślona, scenariusz składa się z różnych prawdziwych historii osób trans.
Dla mnie niesamowita jest relacja Andrzeja z żoną, która nie dość, że nie potępia, to jeszcze go wspiera.
Spotykaliśmy się z parami, które znalazły się w podobnej sytuacji. Często zdarza się, że dochodzi do tranzycji, a mąż czy żona decydują się zostać w tym związku. Bardzo zaskakujące, prawda? Ale pięknie pokazuje, że miłość to także przyjaźń i ogromne przywiązanie do drugiej osoby. Wydaje mi się, że mądrzy ludzie to wiedzą.
Pewnie zastanawiali się państwo, jak by się zachowali, gdyby któreś z waszych dzieci zdecydowało się zmienić płeć?
Oczywiście! Na pewno byłby lęk. Czy to chwilowe, czy na stałe? Transfobia często opiera się na przekonaniu, że to wynik depresji albo schizofrenii. Jestem od takiego twierdzenia bardzo odległa, ponieważ są narzędzia, za pomocą których można wszystko sprawdzić. Osoby, które chcą dokonać tranzycji, poddaje się wielu procedurom. Nic nie dzieje się w pięć minut, co jest szczególnie istotne w przypadku nieletnich.
Na pewno nie bylibyśmy z Michałem Englertem tym faktem zachwyceni i w jakiś sposób byśmy się z tym zmagali, ale po zrobieniu takiego filmu bylibyśmy bliżej akceptacji. Badania pokazują, że tylko 25 proc. rodziców w Polsce akceptuje swoje transdzieci. Bardzo niewiele, prawda? Ja na pewno byłabym rodzicem wspierającym, a co by się działo we mnie, trudno mi powiedzieć. A już nie mówię, jak byłoby mi trudno w przypadku małżonka, na pewno o wiele trudniej niż w przypadku dziecka.
Zastanawiała się pani, jak w takiej sytuacji zachowaliby się pani rodzice?
Moi rodzice nie żyją od wielu lat [zmarli na początku 2004 roku – przyp. red.], a ja im jestem starsza, coraz częściej wracam wspomnieniami do rodzinnego domu. Gdy dziś na niego patrzę, zdaję sobie sprawę, że był niesłychanie tolerancyjny. Moja mama Dorota Terakowska była znaną dziennikarką i pisarką, totalnie otwartą na inność. Wręcz ją celebrowała, co czasem irytowało mojego ojca [Maciej Szumowski był filmowcem i dziennikarzem – przyp. red.], który był bardziej zachowawczy i miał bardziej konserwatywne poglądy. Miał nawet epizod religijny – był ateistą, a potem nagle stał się bardzo wierzący.
Gdy rozmawiam z ludźmi LGBTQ+, myślę, że oni to czują. Mama zakorzeniła we mnie ogromną tolerancję i myślę, że z jej strony mogłabym się spodziewać ogromnej akceptacji. Ze strony ojca pewnie przyszłaby ona po jakimś czasie, bo był to jednak bardzo mądry i dobry człowiek.
Jest pani także bardzo odważną kobietą. Nie boi się pani wystawiać na krytykę? To kwestia wychowania czy wczesnej straty rodziców?
Myślę, że wpłynęło na mnie i jedno, i drugie. I ojciec, i matka zawsze powtarzali mi, że najważniejsza jest odwaga, honor i lojalność. To rzeczy, o których teraz prawie w ogóle się nie mówi, a mi zostały wbite do głowy. Później kształtowali mnie profesorowie, których spotykałam: Wojciech Jerzy Has, Kazimierz Karabasz, bardziej z oddali Andrzej Wajda czy Krzysztof Kieślowski. Mówili mi: rób, co chcesz, ty decydujesz, co osiągniesz, nie sprzedawaj się, bo nie wszystko robi się tylko dla pieniędzy. I myślę, że to dawało mi siłę. Później Wojciech Jerzy Has, gdy tylko zobaczył mój debiut, mówił: jak tylko ci się uda, a na pewno ci się uda, wiedz, że sukces jest okupiony ogromną niechęcią ludzi. To stado wilków, które będzie chciało, żebyś się wywróciła. Dla młodego człowieka brzmi to nieprzyjemnie i niekoniecznie chce się słuchać takiej lekcji. Ma się poczucie, że może osoba, która jej udziela, jest zgorzkniała czy sfrustrowana, tymczasem Has powiedział mi prawdę. Wielokrotnie przez te wszystkie lata czułam, że jak upadłam, musiałam od razu wstać, iść do przodu i nie oglądać się, co mówią inni. Wiedziałam, że muszę być silna i iść po swoje, wierząc, że mi się uda. Zadziałało i – o dziwo – mam wielu przyjaciół, choć na pewno wiele osób drażnię. Mam tego świadomość, ale nie przeszkadza mi to, bo doszłam do momentu, że jestem z tym pogodzona. Nie mam też innym tego za złe, bo wyobrażam sobie, że mogę być dla kogoś szalenie irytująca. Kasper Bajon, z którym piszemy razem scenariusze i surfujemy, zapytał mnie: "Gdybyś ty, Szuma, spotkała taką osobę jak ty, to ciekawe, czy byście się polubiły?".
Oboje w sekundę mieliśmy odpowiedź: nie.
Naprawdę?
Myślę, że na początku byłabym bardzo wkurzona na taką osobę. Po jakimś czasie mogłabym ją polubić, ale nie od razu. Ja bardzo siebie lubię, ale gdybym spotkała kogoś, kto bardzo siebie lubi, jest nadmiernie pewny siebie i wygłasza autorytarne poglądy, na pewno w pierwszej chwili by mnie to wkurzało. Zmierzam do tego, że nie musisz być przez wszystkich akceptowany. Absolutnie mam to w nosie. Gdyby wszyscy mnie akceptowali, wydawałoby mi się to dziwne.
Tak samo jak byłoby dziwne, gdyby wszyscy lubili pani filmy?
Mam misję robienia bardzo prawdziwych rzeczy, które nie są skomercjalizowane w tym niesłychanie skomercjalizowanym świecie. Za co spotyka mnie krytyka, np. że nie zrobiłam do tej pory serialu, co nie jest na mojej liście priorytetów. Uwielbiam seriale i jak wszyscy lubię je oglądać, natomiast niekoniecznie mam poczucie, że chcę poświęcić dwa lata swojego życia, żeby komuś dostarczyć rozrywkę pod strzechy. Cały czas jeszcze jestem na tym etapie, że chcę o coś walczyć, a moją walką jest walka o prawdę. Dlatego chcę robić filmy, które jej dotykają, niezależnie, czy dotyczą tematów społecznych, czy nie. Ale i na to nadejdzie czas, na serial... tylko może taki autorski?
Mam wrażenie, że dotykając prawdy, realizuję misję, bo dzielę się tą prawdą z innymi. Nie jestem typem aktywistki. Zawsze byłam bardzo przekorna. Gdy jest przy mnie 10 osób, które myślą tak samo, jestem w stanie je skłamać i powiedzieć, że ja myślę odwrotnie. Nie jestem do powstrzymania w tym temacie. Mój ojciec taki był – chodząca przekora. Strasznie mnie wkurzał, a okazało się, że jestem identyczna. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że ja zawsze powiem na odwrót, i się ze mnie śmieją. Ale jak ktoś mnie nie zna, jest w stanie zemdleć. To jest też rodzaj wbijania kija w mrowisko, żądania od innych – i samej siebie – weryfikacji poglądów.
Nie jestem też intelektualistką i na pewno nie nadaję się do działania w grupie.
Ale w ogóle lubi pani ludzi?
Lubię, ale nie wszystkich. Głupich nie lubię.
A ja aroganckich.
Jak ktoś jest arogancki, ale inteligentny, ma talent i coś osiągnął, to mu wybaczam. Ale głupota i arogancja to mieszanka nie do przejścia.
Pani też jest arogancka?
Oczywiście, i to bardzo. Ale chyba mam w tym trochę wdzięku.
Można zatem powiedzieć, że jest pani kobietą z arogancji i przekory?
Wolałabym z przekory. Czasami z żelaza i z marmuru, bo czuję się osobą bardzo silną, co też niesie ze sobą pewne konsekwencje. Człowiek silny jest często sobą zmęczony i jest mu ciężko odpocząć, bo zawsze stara się być silny. Kiedyś badałam sobie testosteron i wyszło, że mam wyższy niż przeciętny. Ale ponoć mają tak kobiety, które sprawują władzę.
Paradoksalnie całe życie było mi po drodze z mężczyznami, oni byli moimi mentorami. Dopiero teraz, po pięćdziesiątce, odnalazłam przyjemność w przyjaźni z kobietami, wytworzyłam wokół siebie grupę przyjaciółek w podobnym wieku. Wszystkie jesteśmy silne, wszystkie mamy bardzo dobre kariery zawodowe i nie ma między nami rywalizacji. Ale nie są to osoby z branży filmowej.
Przyjaźnię się z kobietami podobnymi do mnie. Takimi, które wiedzą, czego chcą, i nie zwracają uwagi na to, co ktoś o nich mówi. Są oczytane, mają wyższe cele, uważają, że mają jakąś misję do spełnienia. Nie jest mi po drodze z ludźmi, którzy są nastawieni na życie w konformizmie, nie lubię konformistów.
A czy byłoby pani po drodze z ludźmi słabszymi?
Zauważam, że takich ludzi jest dziś bardzo dużo, szczególnie w młodym pokoleniu. Na początku zawsze wzbudzają oni we mnie jakiś rodzaj irytacji, bo ja w ogóle tego nie rozumiem. Jest jakiś problem, to trzeba go rozwiązać i iść dalej. Dopóki się nie natknę na problem nierozwiązywalny, ale uważam, że ponad 90 proc. problemów można rozwiązać. Gdy spotykam się z ludźmi, którzy skupiają się na problemie i nie chcą iść dalej, to mnie bardzo irytuje. Ale udało mi się kilka osób wyciągnąć z takiego stanu. Mówiłam im, że nie widzę powodu do narzekań. Dawałam im kopa: postaw sobie jakieś cele i je zrealizuj, nie myśl o przeszłości, nie rozdrapuj jej. Posłuchały mnie i potem mi dziękowały. O problemach nierozwiązywalnych to ja robię filmy.
Co mogłoby tę pani mocną konstrukcję naruszyć?
Na pewno dzieci, bo jednak jestem mamą. I najbardziej się o nie troszczę, co jest totalnie atawistyczne. Natomiast nie jestem typem osoby, która się wzrusza cudzymi dziećmi czy dziećmi w ogóle.
Zawsze pani była taka silna? W dzieciństwie też?
Byłam taką dziewczyną, jaką jestem dziś. Bardzo pewną siebie i bardzo dużo gadającą. Gdy patrzę na filmy, które kręcił mój tata, bo był dokumentalistą, widzę, że nie zmieniłam się wiele. Zresztą moja córka jest do mnie bardzo podobna. Myślę sobie, że pewnie byłam kiedyś taka sama jak dziś.
Pamiętam, że w podstawówce koleżanki mnie nie lubiły, bo byłam po prostu inna, odstawałam od grupy. Mówiłam zawsze wprost i niekonwencjonalnie się zachowywałam. Pamiętam, jak kolega mnie obraził, to uderzyłam go w nos. Byłam taka, że jak ktoś mnie obraził, to od razu riposta. Niczego się nie bałam i jak mnie ktoś zaczepiał i szukał konfliktu, to też od razu konfrontacja. Nie miałam w sobie żadnego lęku, byłam złą uczennicą. Koleżanki się więc ode mnie odsuwały, bo uważały, że jestem dziwna. Grono przyjaciół znalazłam dopiero w liceum.
Na studiach stała się pani mniej krewka?
Na studiach jeszcze nie. Krewka przestałam być dopiero niedawno.
Obrazi się pani na mnie, jak powiem, że imponuje mi pani nie tylko jako świetna reżyserka, ale także jako kobieta o pięknych nogach?
Po mamie mam te nogi. Nie obrażam się, gdy pani to mówi. Jestem osobą, która lubi swój wygląd. Mam to szczęście, że dobrze wyglądam, ale też bardzo dużo wysiłku wkładam w sport, np. pływam. Ostatnio zaczęłam propagować na Instagramie kobiecość po pięćdziesiątce. Dużo kobiet do mnie pisze, że są mi wdzięczne, że daję im kopa.
Mój ojciec był intelektualistą, moja matka była intelektualistką, a mnie to zawsze wkurzało. Ja nie chciałam być intelektualistką, ja chciałam być artystką. Choć myślę sobie, że gdybym była doktorem filozofii i promowała nogi na Instagramie, mogłoby to być zabawne.
Małgorzata Szumowska. Reżyserka, scenarzystka i producentka filmowa. W 1998 ukończyła studia w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi. Zadebiutowała w 2000 roku filmem "Szczęśliwy człowiek". Potem zrobiła m.in. autobiograficzne "33 sceny z życia", "W imię...", "Body/Ciało" oraz "Twarz". Jest członkinią Gildii Reżyserów Polskich. Jej pierwszym mężem był Michał Englert. W 2011 roku wyszła za Mateusza Kościukiewicza, mają córkę Alinę.
Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z fascynującymi ludźmi. Pasjonatka kawy, słoni i klasycznych samochodów.


