Rozmowa
Mateusz Kościukiewicz (mat. prasowe)
Mateusz Kościukiewicz (mat. prasowe)

Trochę się stresuję naszą rozmową, bo wydaje mi się pan taki poważny i zasadniczy. I bardzo dojrzały jak na swój wiek.

Może dlatego, że w młodym wieku założyłem rodzinę? Ale dopiero po tym, jak się już wyszalałem. Poza tym dość szybko zacząłem pracować i grać w filmach – i tak przez ostatnie 18 lat jest praktycznie cały czas. Albo jestem na planie, albo w domu.

Andreas, którego gra pan w nowym filmie "Uśmiech losu", wyjeżdża do Grecji i zaczyna wszystko od nowa. Potrafiłby pan tak?

Rozmawialiśmy o tym chwilę temu z moją żoną [Małgorzatą Szumowską – przyp. red.], że kluczem do bycia wolnym człowiekiem jest bycie osobą niezależną. A to wymaga ogromnej pracy. Owszem, możesz się spakować i wyjechać na drugi koniec świata, ale ja bym raczej zapytał: po co? Ja lubię swoje życie, bo nie czuję się nim ograniczony.

Mam wrażenie, że jest pan szczęśliwy. Także w miłości.

Moja żona też jest filmowcem, i to o wiele bardziej znanym ode mnie. Rozumiemy się, bo uprawiamy podobny zawód. W wywiadzie jest trudno podzielić się prawdą o związku i rodzinie. Można film o tym zrobić, ale w rozmowie trudno opisać codzienne życie w interesujący sposób. Lepiej rozmawiać o pracy.

Myślę, że życie codzienne aktora musi być interesujące.

Zdziwiłaby się pani, ale jestem dość zwyczajny. Na planie są szalone chwile, ale w domu właśnie musi być zwyczajnie. To dobry balans.

Mateusz Kościukiewicz, 2018 rok (Jakub Porzycki / Agencja Wyborcza.pl)

Zwyczajny?

Naprawdę. I to jest właśnie ciekawe, bo jako młody aktor chciałem być ponadprzeciętny, niezwykły.  Chciałem być upadłym bohaterem, który realizuje jakąś mitologię samozniszczenia. W dojrzałym wieku dotarło do mnie, że jestem zwykłym facetem, i to mnie wyzwoliło. Dopiero wtedy postacie, które kreuję w filmach, zyskały bardziej autentyczny wymiar. Zresztą zawsze chciałem, żeby każdy mój bohater był człowiekiem z krwi i kości.

Wyjechał pan z rodzinnego Nowego Tomyśla na studia do Krakowa. Podkreśla pan w wywiadach, że to prowincjonalne pochodzenie stymulowało pana, żeby iść do przodu. Chciał pan udowodnić, że się panu uda.

Chciałem się wyrwać z małej miejscowości. Dorastałem w starym świecie, gdzie nie wszyscy mieli nawet telefon stacjonarny, gdzie nie było internetu, gdzie ludzie przychodzili do siebie w gości bez zapowiedzi. Chłopcy i dziewczyny spotykali się na podwórku albo gdzieś koło szkoły i bawili się w chowanego czy podchody, odbijali piłkę o mur albo skakali na skakance. To doświadczenia, które pozostały już tylko w naszych wspomnieniach.

Jeszcze było skakanie w gumę, ale to bardziej dziewczyny niż chłopcy.

Ja też skakałem w gumę. Wykonywałem wszystkie i chłopięce, i dziewczyńskie konkurencje. Od dziecka czułem, że sztywne ramy, w które próbowano nas wstawić, są niepotrzebne i niedobre. Nie chciałem w nich być.

Kto wie, jak by się to skończyło, gdyby nie to, że miałem ogromne szczęście. W ośrodku kultury w moim rodzinnym mieście spotkałem osobę, która uratowała mi życie. Powtarzam to w każdym wywiadzie, chociaż Renata krzyczy na mnie, żebym już przestał. Ale ja uważam, że powinienem o niej mówić.

O niej, czyli  o Renacie Śmiertelnej? Rzeczywiście mówi pan o niej w każdym wywiadzie.

Bo to jedna z najważniejszych osób, jakie spotkałem na swojej drodze. Renata Śmiertelna jest absolwentką Wydziału Wiedzy o Teatrze Akademii Teatralnej w Warszawie i w ośrodku kultury w Nowym Tomyślu prowadzi kilka grup teatralnych. Podsunęła mi wiersz i powiedziała: "Przeczytaj mi to". Przeczytałem. I ten jeden wiersz zmienił wszystko.

Mateusz Kościukiewicz i Małgorzata Szumowska, Gdynia 2013 rok (Renata Dąbrowska / Agencja Wyborcza.pl)

Namówiła pana, żeby pan zdawał do szkoły teatralnej?

Tak. Renata stoi za tym, że zostałem aktorem. Zawsze będę jej wdzięczny za to, co dla mnie zrobiła i co we mnie dostrzegła. Zresztą setki, a może nawet tysiące dzieciaków wyciągała za uszy z potransformacyjnej beznadziei. W moje 18. urodziny weszliśmy do Unii Europejskiej, ale większość moich rówieśników nie widziała przyszłości w Polsce, wyjechali, a moje miasteczko opustoszało. Dosłownie wszyscy młodzi ludzie pojechali na zmywak do Anglii, Belgii czy Holandii. Została nas tylko garstka, moi najbliżsi znajomi w liceum, no i ja. To był dopiero eksperyment socjologiczny na społeczeństwie.

Mateusz Kościukiewicz podczas konferencji prasowej po pokazie filmu 'IO', Gdynia 2022 rok (Bartosz Bańka / Agencja Wyborcza.pl)

Pan nie wyjechał na zmywak, tylko postanowił zostać aktorem.

Nie wyjechałem, bo Renata zobaczyła, że mam szansę, żeby coś osiągnąć, zrobić coś innego tutaj, w Polsce. A ja w niej zobaczyłem nadzieję. Renata miała – i zresztą ma do dzisiaj – supernosa do dzieciaków. Umie każdego popchnąć w jakąś dobrą dla niego stronę. Nie każdy przecież musi być znanym aktorem czy wielkim inżynierem.

Dzięki Renacie jestem szczęśliwy. Mam pracę, którą uwielbiam, która jest moją pasją.

Opowie mi pan o swoich rodzicach?

Pochodzę z bardzo porządnej, robotniczej rodziny. Moja mama była salową w szpitalu powiatowym w Nowym Tomyślu, a mój tata stolarzem. Niedaleko, za płotem, mieszkała dalsza część naszej rodziny, która prowadziła gospodarstwo rolne. W ogóle moja rodzina pochodzi z terenów obecnej Białorusi. Dorastałem właściwie na pograniczu małego miasteczka i wsi, takiej gospodarki sprzed lat. Konie, traktory, zwierzęta, żniwa. Prawdziwie wiejskie życie, czyli spełnienie marzeń. Pamiętam takie obrazki z dzieciństwa, jak biegamy przez pszenicę czy przez żyto. Bawimy się w tym życie, a mój wujek się wkurzał, że mu zadeptujemy zboża. A my byliśmy mali i wydeptywaliśmy sobie w tym zbożu labirynty. Wiejska idylla i nostalgiczny czas. Gdy dzisiaj do tego wracam, widzę dużo pięknych obrazków. To był też czas, kiedy ludzie mocno trzymali się ze sobą.

Czytałam, że urodził się pan z wgłobieniem jelit. To najczęstsza przyczyna niedrożności jelit u małych dzieci. Po porodzie nie było objawów, więc nikt się nie zorientował. Choroba ujawniła się nagle, po miesiącu. Mama zaniosła pana na rękach do szpitala, w którym pracowała i uratowała panu życie.

W ogóle przez całe życie ratowały mnie kobiety. Pierwszą z nich była oczywiście moja mama. Taka moja karma, że to właśnie kobiety mają największy wpływ na moje życie. Bywało zabawnie, bo w szkole też lepiej się dogadywałem z koleżankami niż z kolegami. Nie wiem, z czego to wynika.

Mateusz Kościukiewicz w filmie 'Uśmiech losu' (mat. prasowe)

Wychowywano pana na twardziela?

Sam się wychowałem na twardziela, bo trochę wychowała mnie moja małomiasteczkowa ulica, ale czerpię z tego siłę i wcale nie chce mi się już być twardzielem… W latach 90., kiedy dorastałem, panował zupełnie inny model wychowawczy. Obowiązywał niepisany kodeks. Najważniejsza była uczciwość i ciężka praca. Jeśli chcemy być szczęśliwi, to musimy się trzymać razem i wzajemnie sobie pomagać. To moje wychowanie wychodzi ze mnie na planach filmowych, bo zawsze staram się wszystkim pomagać i wszystkich wspierać.

Kiedyś ktoś z rodziny zapytał mnie: "A ile wy tam pracujecie?". Mówię: "Słuchaj, pracujemy różnie, minimum 12 godzin, ale i 16, a są takie dni, że nawet i 20". Bywało, że tak pracowałem, łącznie z przerzucaniem się po różnych miejscach świata. 

"No tak, ale jak tak już jesteś tym aktorem, to ile pracujesz?" – pytają mnie dalej. "Przez cały dzień to  nie wiem – kilkadziesiąt minut". Bo granie przed kamerą na ujęciach to są przecież sekundy, kilkanaście, a góra kilkadziesiąt. Scen, które mają półtorej, dwie czy trzy minuty, jest naprawdę niewiele. Mój krewny był w szoku. "To co ty tam robisz przez cały dzień?" – pyta. Właśnie, żeby się nie nudzić, żeby się nie zarzynać tą nudą, staram się być użyteczny.

W czym się to przejawia?

Na samym początku, gdy zaczynałem pracę w filmach, chłopaki z ekipy technicznej planu zapytali mnie: "Chcesz być filmowcem czy aktorem?". "No nie, ja chcę być filmowcem" – mówię. A oni: "Jak chcesz być filmowcem, to musisz się wszystkiego nauczyć. Bo aktor nic nie robi, tylko siedzi i czeka".

Gdy nagle padało hasło „kamera" i „akcja", ten cały chaos, który panuje na planach filmowych, zamierał. Zapadała totalna cisza i wszyscy na mnie patrzyli. I wtedy trzeba być super, a to jest dla mnie strasznie krępujące, wręcz paraliżujące. Czuję ogromny strach, żeby zrobić cokolwiek, ruszyć, wziąć oddech. Bo wszyscy wszystko widzą, każdy ruch, każdy najmniejszy gest. Mają kamerę, mogą blisko podejść i widzieć najdrobniejsze elementy twojej twarzy. Mogą wręcz, na dużym zbliżeniu, zajrzeć w głąb duszy, patrząc ci prosto w oczy.

Zrozumiałem, że jeśli chcesz być dobrą aktorką czy aktorem, musisz wiedzieć, co ci wszyscy ludzie wokół ciebie robią. Mało tego, musisz umieć każdego z nich zastąpić, każdemu pomóc, ale musisz to też robić tak, żeby oni widzieli, że nie robisz tego na pokaz, żeby im się podlizać czy przypodobać, tylko dlatego, że to jest twoja pasja. Jeżeli chcesz odgrywać swoją rolę w całej tej układance, musisz wiedzieć wszystko o całym tym procesie od początku, czyli od pomysłu do tego, że ludzie kupują bilet w kinie, siadają i oglądają.

Powiedział pan, że kiedy kamera się zbliżała, był pan skrępowany?

Nadal jestem skrępowany, to się nie zmieniło. Wszyscy aktorzy tak mają.

Mateusz Kościukiewicz, Gdynia 2022 rok (Bartosz Bańka / Agencja Wyborcza.pl)

I wstydzi się pan czasem na planie?

Bardzo. Na maksa. Jestem introwertykiem, więc sama sytuacja, że wokół mnie jest tak dużo ludzi, już jest dla mnie trudna.

Jak pan sobie z tym radzi?

Bardzo chciałem przełamać swoją słabość, swój lęk, strach. Udowodnić sobie i całemu światu, że dam radę. Chyba to jest właśnie to wiejskie wychowanie, że trzeba dawać radę. Mówię tak żartem, bo moi znajomi się potem na mnie obrażają. „Mówisz, że wiejskie, a przecież my jesteśmy z miasta" – słyszę.

Pana bliscy nie bardzo wierzyli, że zostanie pan aktorem? Mówili: "Na pewno ci się nie uda"?

No bo to była jakaś fikcja! No jak to w ogóle brzmi? Jakby pani nagle powiedziała: "A ja zostanę astronautką".

Zobacz wideo Beata prowadzi rodzinny dom dziecka. Adoptowała pięć córek

Dlaczego nie? Kosmos dla dziewczynek!

No właśnie, a właściwie dlaczego nie? Trzeba mieć w sobie taki imperatyw. Wszystkim może się wydawać, że nie ma szans i że się nie uda, ale ja chcę to zrobić. Pamiętam, jak powiedziałem moim rodzicom, że zostanę aktorem. Zrobili wielkiego oczy i pytają: "Ale że jak? Że ty będziesz w telewizji?". Mówię: "Tak, będę w telewizji, będę w kinach, będę grał w teatrze, będę wszędzie. Zrobię to". Dzisiaj, jak jadę w rodzinne strony, wszyscy mówią na odwrót: „Od razu wiedziałem, że zostaniesz aktorem".

Zresztą mama bardzo mnie w tym dążeniu wspierała i wierzyła, że mi się uda. Tata jednak był bardzo sceptyczny, uważał po prostu, że to nie jest praca, że ja się z tego nie utrzymam. W ogóle mu się nie dziwię, tak naprawdę rzeczywiście ten plan brzmiał kompletnie niedorzecznie. A ja byłem w pewnym momencie bardzo trudnym i niegrzecznym dzieckiem.

Mateusz Kościukiewicz pochodzi z Nowego Tomyśla (Renata Dąbrowska / Agencja Wyborcza.pl)

Nie wierzę!

Naprawdę! Pierwszy raz zostałem wyrzucony ze szkoły w piątej klasie podstawówki.

Ale przyjęli pana z powrotem?

Przenieśli mnie do innej klasy i nagle okazało się, że jestem świetnym uczniem. Wszystko się poukładało. Byłem dobry zarówno z matematyki, jak i z muzyki. To brzmi abstrakcyjnie, bo przecież zwykle albo ktoś jest dobry z przedmiotów humanistycznych, albo ze ścisłych. A ja łączyłem świetnie jedno i drugie.

To się chyba nazywa wszechstronność?

Czy ja wiem? Uważam, że trzeba nad sobą pracować. I w bezwzględny, brutalny i szczegółowy sposób namierzać swoje słabości i pracować nad nimi. 

Szczęśliwie mój zawód wciąż zmusza mnie, żebym uczył się czegoś nowego. A to jeździć TIR-em, a to wykonać jakiś numer kaskaderski, a to zgłębiać budowę łodzi podwodnych i tajniki UFO. Najgorzej jest usiąść i zacząć się nad sobą użalać. Ja tego nie robię. Jestem nastawiony pozytywnie.

Tak sobie myślę, że los uśmiechnął się do pana wiele razy. Który uśmiech jest największy?

Moja żona. Zdecydowanie. Ona jest dla mnie centralną postacią i najważniejszą osobą w moim życiu. Wiadomo, dzieci są równie ważne, ale do jakiegoś momentu. Potem dorastają i zaczynają swoje życie.

Mateusz Kościukiewicz. Rocznik 1986. Aktor filmowy i teatralny. Zagrał m.in. w filmach "Wszystko, kocham", "Baczyński" i "Magnezja". W 2010 został laureatem Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego za rolę w filmie "Matka Teresa od kotów". W 2011 roku ożenił się z Małgorzatą Szumowską. Mają córkę Alinę.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z fascynującymi ludźmi. Pasjonatka kawy, słoni i klasycznych samochodów.