Rozmowa
Leszek Lichota (Łukasz Wądołowski / Agencja Wyborcza.pl)
Leszek Lichota (Łukasz Wądołowski / Agencja Wyborcza.pl)

Jest pan otwarty na każdą propozycję zawodową, która do pana przychodzi?

Im jestem starszy, tym moje priorytety bardziej przesuwają się w stronę prywatności, spokoju i rodziny. To jest dla mnie ważniejsze niż jakikolwiek zawodowy sukces. Jednocześnie nie zapominam, że przecież żyję z tego zawodu, który lubię, odkąd go uprawiam. Mimo że ma różne blaski i cienie. Raz na parę lat zdarza mi się jakiś projekt filmowy, serialowy czy teatralny, który pcha mnie do przodu i wnosi coś wartościowego do mojego życia.

Czego pan nie lubi w swojej pracy?

Odwalania. Tego, że coś się robi tylko po to, żeby od tej do tej godziny odtrąbić swoje. Nie angażować się, nie szukać czegoś fascynującego, co mi da napęd do tego, żebym z przyjemnością przychodził do tej roboty. Lubię przez chwilę poczuć się kimś innym. Miałem tak w przypadku redaktora W. z "Czerwonych maków" i w przypadku "Znachora". Około 40. roku mojego życia zaczął się etap, w którym lubię takie zawodowe poszukiwania.

Ile czasu zajęło panu dotarcie do tego momentu, w którym widzowie doskonale wiedzą, kim jest Leszek Lichota, a producenci i reżyserzy zdają sobie sprawę, że za tym nazwiskiem idzie jakość?

Nie mam w sobie takiego spokoju, żeby ze śmiałością stwierdzić, że ten moment nastał. Ciągle mam w sobie lęk, że to wszystko nagle może się skończyć. I nie tylko dlatego, że dam ciała albo ktoś uzna, że jest mnie za dużo, że się widzom przejadłem, ale z bardziej prozaicznych względów. Na przykład przydarzy mi się jakiś wypadek. Ten zawód wymaga dyscypliny i gotowości w każdym aspekcie. Mam w sobie niepewność jutra, dlatego też próbuję budować plan B na życie, inne biznesy, które pozwolą mi godnie przeżyć, gdyby coś mi się nie powiodło.

Jest parę punktów granicznych w moim życiu zawodowym, które pchnęły mnie trochę wyżej. Niewątpliwie pierwszym – co mówię bez cienia kokieterii i wstydu – był serial "Na Wspólnej". Było to dla mnie pierwsze doświadczenie z kamerą jakąkolwiek, i to niełatwe, bo gra w codziennym serialu jest niewymagająca aktorsko, ale trzeba się bardzo szybko uczyć tekstu, być uważnym i elastycznym.

Leszek Lichota na planie serialu 'Apetyt na życie' (Dariusz Kulesza / Agencja Wyborcza.pl)

Czyli dużo się pan nauczył?

Dało mi to obycie z kamerą, a także – ponieważ serial trafiał do milionów widzów – sporą rozpoznawalność. Mogłem się też przedstawić na rynku, powiedzieć: oto jestem, jestem gotowy, chcę więcej. Gdy doszedłem do wniosku, że co mogłem dostać od tego serialu, to dostałem i dalej się nie rozwinę, podjąłem decyzję, żeby się od tej kotwicy odczepić. I dać sobie szansę pójść dalej. Drugim krokiem było spotkanie Krzysia Łukaszewicza, reżysera m.in. "Czerwonych maków", który z myślą o mnie napisał scenariusz "Linczu". Kompletnie mnie nie znał, po prostu zobaczył mnie w "Na Wspólnej". To było bardzo zaskakujące. Okazało się, że moje codzienne bycie w telewizji miało jakiś sens, bo przyniosło kolejną propozycję. Z Krzyśkiem zrobiliśmy "Lincz", potem "Karbalę", "Orlęta", a teraz "Czerwone maki".

Kim jest redaktor W., w którego pan się wciela w tym filmie?

Dla mnie jest to Melchior Wańkowicz, dlatego przygotowując się do tej roli, przeczytałem "Bitwę o Monte Cassino" jego autorstwa. Starałem się też znaleźć wywiady z Wańkowiczem, żeby zobaczyć, jak się posługiwał słowem i jak się zachowywał.

Udało mi się też dotrzeć do jednego zdjęcia Melchiora Wańkowicza, które bardzo zadziałało na moją wyobraźnię. Jego wzrok, postawa, to, co z niego bije… Z tego wszystkiego zlepiłem mojego bohatera, którego głównym motywem działania jest ciekawość.

Na szczęście nie musiałem zrzucać zbędnych kilogramów, bo Wańkowicz miał ich aż nadto. Miał też w sobie pasję opowiadania o różnych aspektach życia, bo pamiętajmy, że był człowiekiem, który pasjami czerpał z życia.

Leszek Lichota jako Redaktor W. (Olaf Tryzna)

Pan też wydaje mi się ciekawym człowiekiem i ciekawym tego, co go otacza. Ciekawość czego pan w sobie pielęgnuje?

Nie postrzegam siebie jako ciekawego człowieka, ale nie będę dyskutował z osądem. Wydaje mi się, że pielęgnuję w sobie otwartość na to, co może mnie spotkać. Nauczyłem się nieoceniania tego, co do mnie przychodzi, po skórce czy po oprawce. Bardziej wartościowe jest dla mnie otworzenie się na kogoś niż wtrącanie się w zastaną rzeczywistość. Jeżeli zacznę słuchać, dowiem się nowych rzeczy. Niektórzy, przychodząc w nową przestrzeń, od razu narzucają swoje "ja". Przez długie lata to w sobie zwalczałem. I teraz staram się być otwarty na to, co przyniesie mi jakieś spotkanie.

Wracając do punktów granicznych w pana karierze…

Kolejnym, który pchnął mnie dalej, była "Wataha". To był pierwszy jakościowy serial, w którym grałem dużą rolę. Wcześniej grałem w "Odwróconych" i twórcy tego serialu pomyśleli o mnie, robiąc "Watahę". Kolejną konsekwencją zagrania w filmie "Lincz" była rola w serialu "Prawo Agaty", bo TVN chętnie zaprasza do swoich produkcji aktorów znanych z filmu. Wszystko jest po coś, wszystko ma swój sens. Nie wartościuję tych spotkań, nie wstydzę się ich i wiem, że gdybym nie zrobił jednej rzeczy, prawdopodobnie nie zrobiłbym kolejnej.

Oglądałam "Prawo Agaty" z ogromną przyjemnością.

Kręciliśmy go chyba ze cztery czy pięć lat. Zresztą producent "Prawa Agaty" okazał się producentem "Watahy", a po niej zaczął się w moim życiu zawodowym inny etap. Role zaczęły przychodzić, nie musiałem się o nie martwić, czasami mogłem wybierać w scenariuszach. Bywało też, że te, które przyjmowałem, okazywały się niezbyt udane. Cóż, ryzyko zawodowe.

Mówi pan, że jedna rola owocuje kolejną, ale myślę sobie, że gdyby nie był pan świetnym i pracowitym aktorem, nie dostawałby pan kolejnych propozycji.

Tak, ale dobrych aktorów naprawdę jest sporo. Nie każdy jednak ma szczęście, a ono jest w tym zawodzie bardzo ważne. Dopiero po szczęściu ważne jest, jaki okazujesz się w pracy. Oczywiście wielu aktorów świetnie gra, ale niekoniecznie reżyserzy czy producenci chcą z nimi współpracować. Myślę, że pewne cechy charakteru, które wyniosłem z domu, dają mi łatwość współpracy z innymi ludźmi. Ja po prostu lubię ludzi.

Lech Lichota (Albert Zawada / Agencja Wyborcza.pl)

A ludzie lubią pana. Jakie to cechy?

Ogólnie pojęta kultura. Nie potrafię i nie chcę inaczej. Po prostu szanuję ludzi, z którymi pracuję, jestem ciekawy tego, co mają do powiedzenia ci, którzy zaprosili mnie do projektu, czyli reżyser i scenarzysta. Uważam, że zaprosili mnie po to, żebym współuczestniczył w ich wizji, a nie narzucał im swoje zdanie. Poza tym uważam, że aktor wcale nie jest najważniejszy w całym projekcie.

Nie dość, że jest pan dobrze wychowany, to jeszcze skromny. Jak to się stało, że został pan aktorem?

Urodziłem się w Wałbrzychu, w robotniczej rodzinie. Mój tata był ślusarzem. Gdy miał 14 lat, uciekł ze swojego domu, tułał się po Polsce, aż znalazł swoje miejsce w Wałbrzychu, w Zakładach Urządzeń Hutniczych, gdzie pracował przez całe życie. Mama z kolei była księgową.

Aktorstwo pojawiło się z marzeń. Pochodzę z pokolenia, które dorastało w latach 80. Lataliśmy po podwórku, byliśmy beztroskimi dzieciakami bez większych zmartwień, ale i perspektyw nie było za wiele. Wałbrzych nie proponował zbyt wielu atrakcji, jeśli chodzi o życie zawodowe, a ja nie chciałem zostać hutnikiem czy mechanikiem. Poszedłem więc do szkoły hotelarskiej, bo ona pachniała przygodą. Jak na tamte czasy wydawała się też dość elitarna. Uczyli nas języków, można było w trakcie roku szkolnego pojechać do jakiegoś hotelu i tam pracować w recepcji, zamiast siedzieć nad książkami. Moim sztubackim marzeniem było napić się piwa z Bruce’em Willisem. Moim idolami byli nie Łomnicki czy Holoubek – ich twórczość poznałem w zasadzie już na studiach – tylko Bruce Willis i Mel Gibson.

Dostał się pan za pierwszym razem?

Nie, skąd! Zaraz po maturze zdawałem do szkoły aktorskiej we Wrocławiu, świszcząc i sepleniąc. Tak nie wiedziałem, czym są te egzaminy i co trzeba zrobić, że z 10 tekstów, które trzeba przygotować z prozy klasycznej, współczesnej, wiersza, piosenki i tańca, przygotowałem tylko jeden fragmencik tekstu na pół strony. Wybrałem go przypadkowo z pierwszej lepszej książki z półki; to był akurat jakiś Molier. Nic więcej nie miałem do zaproponowania, więc mnie szybko pogonili jako osobę niepoważną i nieprzygotowaną. Wtedy jednak na parapecie wrocławskiej szkoły znalazłem ulotkę L’art Studio w Krakowie, które przygotowuje do egzaminów. Pojechałem na Rynek do Krakowa i spotkałem się tam z fantastyczną grupą fachowców. Byłem wtedy młodym człowiekiem, który nie wierzy w siebie i ma mnóstwo kompleksów, a oni dawali poczucie, że najbardziej wartościowe jest nieudawanie nikogo innego. Nauczyłem się, że zamiast udawać De Niro czy Brando, lepiej szukać własnej wrażliwości. Zajęło mi parę dobrych miesięcy, żeby to odkryć. Pamiętam moment, w którym poczułem, że mówiąc coś na scenie, trzymam ich za mordy, że skupiam uwagę. To było piękne odkrycie. Zrozumiałem wtedy, że nie trzeba robić fikołków i być nie wiadomo jak atrakcyjnym, żeby tę uwagę skupić.

Leszek Lichota w 2015 roku (Łukasz Wądołowski / Agencja Wyborcza.pl)

Ważniejszy jest jakiś magnetyzm, który trudno zdefiniować, prawda?

Parę lat temu zagrałem w jednym filmie z Olafem Lubaszenką. Spotkaliśmy się w lobby hotelowym i powiedziałem mu wtedy, jak ogromne wrażenie w dzieciństwie zrobił na mnie "Krótki film o miłości", w którym grał. Zrozumiałem, że zwykły facet, żaden hollywoodzki amant, w sumie nawet podobny do mnie – często słyszę, że mam podobny głos do niego – potrafi zafascynować widza. Że ze swoją normalnością przefiltrowaną przez wrażliwość jest po prostu ciekawy. Nie musi latać z bronią, tańczyć i żonglować. Powiedziałem Olafowi, że miał na mnie duży wpływ i że mnie zainspirował do bycia aktorem.

Ponownie podszedł pan do egzaminu i się pan dostał do Akademii Teatralnej w Warszawie.

Nie wiem, co ci ludzie we mnie widzieli, że dali mi szansę. Ale na studiach doznałem kilku olśnień. Na przykład na trzecim roku szkoły teatralnej robiliśmy "Wesele" z Mają Komorowską i nie radziłem sobie ani z formą tego spektaklu, ani z postacią, którą miałem grać. Maja Komorowska powiedziała wtedy do mnie: "Staszku, Staszku – bo myliła imiona – nogi nie mogą być oprócz aktorstwa". Co to za uwaga dla dwudziestoparolatka? Kompletnie jej nie rozumiałem. Nocą, wracając z prób i międląc w sobie ten tekst, doznałem olśnienia. Następnego dnia rano przyszedłem na próbę i Maja Komorowska powiedziała: "Staszku, Staszku, nie wiem, co zrobiłeś, ale to jest to".

Łatwo poradził pan sobie z popularnością, która na pana spadła?

Na początku popularność bardzo mnie onieśmielała i denerwowała. Nie rozumiałem, dlaczego ktoś podchodzi do mnie na ulicy i chce ode mnie autograf na skrawku biletu. Nawet z tymi ludźmi dyskutowałem, aż mój znajomy powiedział: "Po co to robisz? Przecież oni szukają pretekstu, żeby do ciebie podejść i zagadać. Nie łatwiej ci dać ten autograf? Oni będą szczęśliwi, a ty będziesz miał z głowy". I stwierdziłem, że to racja.

Zawsze uważałem, że popularność to odprysk tego zawodu. Po prostu jestem na świeczniku. Dziś z tą popularnością sobie radzę, już mnie ona nie boli. Nauczyłem się z nią żyć. To też nie jest tak, że ktoś się nagle na mnie rzuca na ulicy, raczej mam spokój. Może przez moją posturę ludzie nie są tak odważni i niech tak zostanie. Nie postrzegam tego za coś uciążliwego, o ile ktoś nie przekracza moich granic.

Leszek Lichota podczas spektaklu, 2014 rok (Grzegorz Skowronek / Agencja Wyborcza.pl)

Co byłoby ich przekroczeniem?

Zbytnia chęć spoufalenia się czy zadawania osobistych pytań. Podobnie chyba ma każdy z nas, gdy spotyka się z kimś obcym.

Zobacz wideo Aktorzy, którzy mieli okazję zagrać w ponadczasowych produkcjach, ale tego nie zrobili

A polubił pan Znachora?

Od razu. To jedna z najpiękniejszych postaci w naszej literaturze, polski superbohater, nawet ma moce. Znachor uosabia najlepsze cechy, które każdy z nas ma, czasem je ukrywa albo się ich wstydzi czy uznaje słabość. Grając Znachora, musiałem je wydobyć na pierwszy plan, co było bardzo przyjemne. Oczywiście miałem obawy, że będę porównywany do kreacji filmowej, ale samo noszenie w sobie Znachora przez parę miesięcy było bardzo przyjemne. To facet, którego siłą jest spokój i autorytet, który nic nie musi udowadniać. Superpostawa życiowa.

Widzę pewne podobieństwa do pana natury.

Gdyby mi się udało, to byłbym szczęśliwy, bo to człowiek pogodzony z rzeczywistością, jakakolwiek by ona była. Moim zdaniem "Znachor" Anno Domini 2023 to opowieść nie o facecie, którego dręczy amnezja i nie potrafi sobie ułożyć życia, tylko wręcz przeciwnie – to facet, który mimo tego, co go spotkało, mimo tego, że nie pamięta, kim jest i skąd pochodzi, szuka szczęścia i spokoju. Po 15 latach tułaczki chciałby znaleźć swoje miejsce. 

Nie bał się pan łatki Znachora?

Łatek się nie boję, bo dużo pracuję. O łatkę było łatwiej w latach 60., 70. czy 80., gdzie wszystko powstawało po raz pierwszy – "Kloss", "Czterej pancerni". Cała Polska wracała z pracy, a dzieci leciały z podwórek, żeby obejrzeć swój ulubiony serial. Ludzie nie mieli szansy obejrzeć ulubionych aktorów w innych projektach, więc utożsamiali ich z graną postacią. Dzisiaj mam takie możliwości bycia w zawodzie, że łatka utożsamienia się z jedną postacią aż tak mi nie grozi.

Mogłem mieć parę łatek, np. Zięby z "Na Wspólnej" czy Dębskiego z "Prawa Agaty", a mam w sobie taki czerwony guziczek, który się uruchamia we właściwym momencie. Pomaga mi on szukać kolejnych nowych rzeczy.

Leszek Lichota na scenie teatralnej, 2007 rok (Alina Gajdamowicz / Agencja Wyborcza.pl)

Także poza aktorstwem? Zajmował się pan m.in. sprzedażą samochodów czy prowadzeniem klubu.

Wychodzę z założenia, że drugą nogę trzeba stawiać nie wtedy, kiedy nam się powinie pierwsza, bo wtedy jest za późno, tylko wtedy, kiedy jesteśmy na fali i kiedy nas stać. Prowadziłem klub Wkręt przy wytwórni na Chełmskiej w Warszawie oraz hamburgerownię na Powiślu i to były moje pierwsze próby postawienia drugiej nogi. Dużo mnie to nauczyło, bo byłem wtedy bardzo niegotowy. Nie zdawałem sobie sprawy, że to zajęcia, które angażują umysł przez 24 godziny na dobę, nie było możliwe ciągnąć to na dłuższą metę. Poza tym jak się jest właścicielem klubu, to wszyscy chcą się z tobą napić…

Na szczęście w dobrym momencie i z przyczyn niezależnych ode mnie to wszystko się zwinęło. Dziś z perspektywy czasu uznaję, że dobrze się stało. Odzyskałem wolność, a zyskałem doświadczenie. Od trzech lat tworzę w Beskidzie Niskim miejsce Forrest Gump, gdzie przyjmuję turystów, gdzie jest spokój, cisza i kontakt z naturą. Ładuję tam baterie i korzystam z dawnych doświadczeń. Wiem, czego chcę i czego potrzebuję.

Była w panu tęsknota za górami?

Dorastałem otoczony górami, więc oczywiście był to naturalny zew natury, takie wilcze wycie.

Czyli odnalazł pan swoje miejsce jak Znachor?

To baza noclegowa na 50 osób, którą cały czas rozwijamy. Tworzę miejsce, w którym dobrze się czuję, i mam nadzieję, że inni też będą się tak czuli. Zresztą mamy gości, którzy wracają po kilka razy w roku.

Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że mam miejsce, które mogę nazwać swoim, do którego lubię wracać. Potrzebuję impulsów w postaci podróży. Cieszę się, gdy mogę zabrać rodzinę na miesięczną wyprawę do Azji czy półroczną do Stanów. Możemy odkrywać nowe i się nim inspirować. Zresztą Jaśliska to miejsce, które poznałem, grając w filmie "Boże Ciało". Gdyby nie to, pewnie bym go nigdy nie odkrył. Wszystko się pięknie w moim życiu łączy.

Leszek Lichota. Aktor telewizyjny, teatralny i filmowy. w 2002 roku ukończył Akademię Teatralną w Warszawie. Popularność przyniosły mu role w takich serialach i filmach jak m.in. "Na Wspólnej", "Prawo Agaty", "Apetyt na miłość", "Odwróceni", "Wataha", "Karbala", "Lincz" i "Orlęta. Grodno'39". Związany z aktorką Iloną Wrońską. Mają dwoje dzieci.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.gazeta.pl. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z fascynującymi ludźmi. Pasjonatka kawy, słoni i klasycznych samochodów.