Społeczeństwo
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Małgorzata, 35 lat, macocha 11-letniej Leny 

To był mój pierwszy dzień pracy. Piotr akurat wszedł do pokoju, żeby załatwić coś z koleżanką. Spojrzałam na niego i nagle wystrzeliła mi w głowie myśl: to mógłby być mój facet. A potem zobaczyłam obrączkę. Kiedy wyszedł, dowiedziałam się, czym zajmuje się w firmie i że ma żonę w ciąży. Natychmiast zamknęłam w głowie tę nagle otwartą szufladkę.  

Miałam wtedy 26 lat i byłam przygotowana, że mój partner będzie z rynku wtórnego. Jeśli nie rozwodnik, to na pewno z większym doświadczeniem niż ja, bo gustuję w starszych. Zresztą mógłby mieć nawet kilka byłych żon, mnie to nie przeszkadza. Ale dzieci? Nie. Tego byłam pewna. Nie chodzi o to, że ich nie lubię. Kiedy są dzieci, nie możesz odciąć przeszłości grubą kreską i zacząć od nowa. Jest tylu mężczyzn na świecie, po co się wikłać w jakieś komplikacje?  

Rozstał się z żoną, gdy ich córka nie miała nawet roku. A my mieliśmy coraz więcej wspólnych projektów. Jak to w pracy, gadaliśmy też o życiu prywatnym. Powiedział, że zdecydowali się na dziecko, żeby ratować związek. Czasem pojawiał się w biurze z małą na rękach. Z każdym dniem było trudniej mówić sobie, że jest mnóstwo fajnych mężczyzn na świecie. Może i są, ale nie tacy. Dudniła mi w głowie myśl, że nie chcę faceta z dzieckiem, ale uczucie było silniejsze. To, jaki on jest, wygrało z tym, że ma córkę. 

Na początku nie mogłam spędzać czasu z Leną, jej mama sobie nie życzyła. Twierdziła, że ukradłam jej męża. Jak wiadomo, mężczyzna nie ma własnej woli. Można przyjść i go sobie po prostu zabrać. Jedli w niedzielę rodzinny obiad, a ja wyciągnęłam go za uszy, żeby teraz jadł rosół ze mną. Ironizuję, ale wtedy bolało. Mama mi powtarzała, że dla dobra dziecka Piotr powinien wrócić do żony. Jego rodzice mówili to samo. Aż któregoś dnia on powiedział: "Ile mamy żyć przeszłością? Chcę, żebyś wreszcie poznała Lenę".  

Kupiłam w sklepie grę matematyczną i stanęłam w drzwiach jego mieszkania. Dwulatce nie wytłumaczysz: "Jestem dziewczyną twojego taty". Przychodzisz, mówisz, jak masz na imię, i liczycie razem parasolki. Lubiłam patrzeć, jak on się z nią bawi. Jak ją tuli, nosi na barana i odwraca do góry nogami. To mnie poruszało. Odkrywałam, jak może wyglądać relacja z ojcem, której sama nigdy nie miałam. Mogłam się przy nich trochę ogrzać. A potem wracałam do siebie i myślałam: "Gdyby jej nie było, mielibyśmy dużo łatwiej".  

W czasie tych newralgicznych początków pojechaliśmy do Pragi. Miałam wtedy sen. Żona mówi do Piotra: "Jestem w drugiej ciąży, będziemy mieli syna". Obudziłam się przerażona. Nie tym, że spali ze sobą, ale myślą, że będzie jeszcze ten syn i z dwójką to ja na pewno nie dam rady. Kiedy dotarło do mnie, że to był sen, odetchnęłam z ulgą. Tylko jedno cudze dziecko wydało mi się nagle wspaniałą perspektywą. 

Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Rzeczywistość dała mi w twarz, kiedy zamieszkaliśmy razem. Lena była u nas w każdy czwartek i piątek, co drugi tydzień zostawała na sobotę i niedzielę. Nagle się okazało, że nie da się kilka godzin pobawić, a potem jak zwykle iść do siebie. Trzeba czuwać nieustannie. Sprawdzać, czy nie robi sobie krzywdy, wieczorem wykąpać, czasem nakłonić, żeby wzięła jakąś gorzką tabletkę, bo akurat przyjmuje antybiotyk. Potem położyć spać i być cicho, żeby nie obudzić. Po pierwszym weekendzie pomyślałam: to tak teraz będzie wyglądać moje życie? A potem zacisnęłam zęby.  

Jak być macochą, to najlepszą na świecie. Obsesyjnie myślałam o tym, co robić, żeby było świetnie. W co się bawić, kiedy zrobić pierniczki, gdzie pojechać na najlepszą wystawę dla dzieci. Bez przerwy podsyłałam Piotrowi edukacyjne książeczki. Ciągle się starałam i wciąż biczowałam, że za mało. Dziewięć miesięcy później zachorowałam na depresję.  

Tak bardzo chciałam zadowolić dziecko mojego faceta, że zupełnie zapomniałam o własnych potrzebach. Nadałam Lenie najwyższy priorytet. Stawałam na rzęsach, aż spadłam. Nie zużyły mnie wspólne zabawy i aktywności, ale ten wyścig. W swojej głowie cały czas próbowałam dogonić wizję macochy doskonałej.  

Moja terapeutka mówi, że smutek i złość to siostry. Ja poszłam w głęboki smutek, bo nie potrafiłam się złościć. Gniotłam wszystko w środku i kierowałam przeciwko sobie, zamiast wypuścić na zewnątrz. Aż w końcu się zbuntowałam. Złość dała mi napęd, żeby zająć się czymś więcej niż tylko istnieniem córki Piotra. Już nie poświęcałam jej całego czasu, kiedy była u nas. Wróciłam do rysowania, akwareli, ogródka na balkonie. Sadziłam pomidory, miętę, rzodkiewki i poziomki. Kiedy zaczęła przychodzić i mnie obserwować, byłam zaskoczona. Mówiła: "Ale ładne". Albo: "Mogę popatrzeć, jak to robisz?". A ja byłam w szoku. To było dla mnie wielkie odkrycie: ja sama i moje pasje możemy być dla tej dziewczynki ciekawe! Nie muszę tak zabiegać, obmyślać każdego kroku.  

Wyszłam z tej depresji, ale wciąż wierzyłam, że powinnam to dziecko szalenie kochać. Wtedy trafiłam na artykuł, w którym Wojciech Eichelberger mówił: "Do kochania dziecka partnera się nie zmusisz". Nie masz wpływu, czy to przyjdzie, czy nie. Najważniejsze, żeby być po prostu dobrym dla tego małego człowieka. Spadł ze mnie ogromny ciężar. 

Czy ją kocham? Nie wiem. Przyzwyczaiłam się, że jest. Dziewięć lat temu marzyłam, żeby zniknęła. Teraz przychodzi z kosmicznymi pomysłami albo przynosi dramy ze szkoły. Podczas wakacji wyśle SMS-a, że babcia strasznie chrapie. Ostatnio zapytała, czy dzieci mogą zajść w ciążę, więc zaczynają się rozmowy na innym poziomie. Gadamy o wszystkim, ale nie próbuję zastępować żadnego z rodziców. Długo nie zabierałam głosu w kwestii jej wychowania. Czasem tylko pilnowałam, żeby włożyła po sobie naczynia do zmywarki, zanim pójdzie pograć. Jak mnie coś wkurza albo niepokoi, mówię o tym wieczorem Piotrowi.  

Macochę widzę raczej jako zapasowego opiekuna. Jakąś szaloną ciotkę, która czasem robi rzeczy, jakie dorosłym nie przystoją. Na przykład puści "ukryty polski mega mix" na YouTubie, żeby się razem odmóżdżyć. To już nie jest niańczenie, tylko dwustronna relacja. Jak niewymuszona znajomość z kimś bliskim, jakąś młodszą kuzynką.   

Kiedy jest u nas na weekend, to jest taka inna, cudza obecność. Pewnego rodzaju subtelny dyskomfort. Trochę jakby mieć gości, mile widzianych i bliskich, ale jednak gości. Z własnymi dziećmi chyba nie ma tego uczucia. 

Edyta, 40 lat, macocha 18-letniej Kasi, mama trójki 

Dostaję SMS-a, że dzisiaj z kina nici, bo córka za nim płacze. On musi do niej jechać. Co to może znaczyć dla zakochanej młodej dziewczyny? Zmarnowany wieczór. Nic więcej. Kiedy po wielu sezonowych wyjazdach zostaliśmy na stałe w Anglii, nie myślałam o tym, że zabieram ojca dziecku. Przywoził ją często, kiedy tylko miał wolne. A mnie cholera brała raz po raz, pamiętam mnóstwo takich momentów.  

Mówili: wiedziałaś, w co się pakujesz. Owszem, wiedziałam, że ma córkę. Ale skąd bezdzietna dwudziestoparolatka może wiedzieć, co to znaczy? Ja nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z dzieckiem. Na tej samej zasadzie nie pozwala się młodym matkom narzekać na nieprzespane noce. "Chciałaś, to masz, a teraz zamknij dziób". No to miałam, ale nie potrafiłam utrzymać języka za zębami. Awantury były po każdej wizycie jego córki. 

Na przykład jak pracowałam jeszcze w magazynie na nocne zmiany. Po powrocie miałam swój mały rytuał: zdejmowałam buty, siadałam na kanapie i oglądałam ulubiony poranny program. Pewnego razu wracam, a tu kreskówka bębni na cały regulator, a dziecko siedzi na moim miejscu. Myślałam, że mnie rozniesie. Albo innym razem: wchodzę do domu, patrzę, a ona jakieś znajome skarpety ma na nogach. Tomek mówi: "Wiesz co, było jej zimno w nogi, to dałem jej twoje najgrubsze skarpety". A to był prezent od mojej mamy dla mnie na Dzień Dziecka. Boże święty, jak się wściekłam! To było obezwładniające, myślałam, że go rozerwę!  

Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Czy wcześniej były rozmowy o córce? Oczywiście. Rozmowy na sucho zawsze są bardzo proste: "tak, to jest twoja córka i ma się tu dobrze czuć, no jasne". W każdym z domów, w których mieszkaliśmy, miała swoje miejsce. Angażowałam się, urządzałam jej pokój. Ale moment prawdy przychodzi, jak widzisz to dziecko we własnych skarpetach. Ten mały człowiek za każdym razem, gdy się pojawiał, zajmował mój dom, moje rzeczy, moją przestrzeń. Każdy kąt był przejęty przez obce dziecko. Doprowadzało mnie to do szału. Wiedziałam, że mój partner jest jej ojcem, a ten dom jest także jej domem. Wiedziałam, że jej się to należy. Ja to wszystko naprawdę wiedziałam, ale czułam coś zupełnie innego.  

Bezpośrednio nigdy nie pokazałam młodej, że mnie wkurza. Ale dziś już wiem, że dzieci są mądre. Musiała coś czuć, choć wybuchy następowały, jak jej już u nas nie było. Rozmowy, awantury i tak w kółko. Mój mąż starał się wszystko naprawić. Mówił: "Dobrze, już nigdy nie będzie nosić twoich skarpetek", "Dobrze, przestawi te kapcie", "Dobrze, nie będzie więcej pić z twojego kubka". A ja czułam się jeszcze gorzej. Myślałam: Boże, to jest tylko dziecko, co ja wyprawiam, ze mnie jest jakiś potwór. I wpadałam w jeszcze większą histerię. A on to wszystko znosił. Człowiek ze stali ten mój Tomek, to jest heros.  

Czasem lekko się irytował, ale nie bez powodu. Pamiętam, byłam z siebie bardzo zadowolona, bo położyłam małą spać. Mąż wraca z pracy i od razu pyta:  

– A co zjadła na kolację? 

Ja oczy jak spodki. 

– To nie jadła kolacji? 

– Nic nie mówiła – wybąkałam. 

– Dzieciom się daje kolację, a nie czeka, aż o nią zapytają! 

Mówili mi: jesteś młoda, dlaczego bierzesz sobie faceta, który ma dziecko? A to jest transakcja wiązana. Znałam Tomka, zanim miał dziecko, był partnerem starszej znajomej. Potem straciłam kontakt z obojgiem, wiedziałam tylko, że zostali rodzicami. Nasze drogi znowu się skrzyżowały, gdy był już sam. Dopiero wtedy zwróciłam na niego uwagę. Był odmieniony, narodziny córki coś w nim otworzyły. Jakieś stany emocjonalne i uczucia, których może nigdy by nie odkrył, gdyby tego dziecka nie miał. Dzięki temu go wybrałam. Choć nie wiem, jakim cudem on ze mną wytrzymał.  

Problem nigdy nie leżał w dziecku, tylko – wiadomo – we mnie. Byłam niedojrzała, zazdrosna o skradziony czas, o wolność, o wszystko. A ona zawsze grzeczna, nawet nie próbowała testować moich granic. Nigdy nie usłyszałam od niej nic przykrego. Naprawdę dobra dziewczyna.   

Miała 11 lat, jak zaszłam w pierwszą ciążę. Po latach starań, niepowodzeń i rozpaczy zdecydowaliśmy się na in vitro. Przyjechaliśmy do Polski. Mąż pojechał po córkę, żebyśmy mogli świętować wszyscy razem, już naprawdę nieźle się między nami układało. Powiedzieliśmy jej w samochodzie, żeby wiedziała przed wszystkimi. A ona zamarła. Najpierw myślała, że żartujemy, a potem przestała się odzywać. Tomek mnie zawiózł do rodziców, a z nią musiał wracać. Byłam wściekła, że taki dzień mi popsuła. Zareagowała normalnie, jak dziecko. I ja też jak dziecko. 

A potem urodziłam i wszystko się zmieniło. Nagle byłam w stanie pojąć absolutnie każde zachowanie mojego męża w sprawie jego córki. Rozumiem rzeczy, których nie umiem nazwać i wytłumaczyć. Po prostu to wszystko gwałtownie poczułam.  

Dziś Kasia ma 18 lat. Potrafi napisać, zadzwonić, wysłać zdjęcie z poleceniem tuszu do rzęs albo fotkę z imprezy. Czasem aż jestem zdziwiona, że czujemy się ze sobą tak swobodnie. Dobrze się między nami układa. Ogromna w tym zasługa jej mamy.  

Nigdy nie nastawiała dziecka przeciwko mnie, choć za mną raczej nie przepada. Przeciwnie, pomagała budować córce relację z ojcem, ze mną i przyrodnim rodzeństwem. Kiedy rodziłam kolejne dzieci, zawsze szła z Kasią kupić jakiś prezent. Zaproszenia na komunię czy osiemnastkę dostawaliśmy całą rodziną, choć wiem, że musiało ją to sporo kosztować. Między nią a Tomkiem nigdy nie było próby grania dzieckiem. Od kiedy wyjechaliśmy na stałe, dbała, żeby Kasia codziennie rozmawiała z ojcem. Dzień w dzień, czy chciała, czy nie, musieli połączyć się choćby na kilka minut. Jest naprawdę niesamowitą matką, podziwiam ją nieustannie. I dziś bardzo się cieszę, że jej córka jest w moim życiu.  

Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Adriana, 35 lat, mama 7-letniej Sary 

Mieliśmy marzenia, planowaliśmy życie we czwórkę. Ja, on i nasze córki. Dziewczynki miały dużo wspólnych zainteresowań: sport, rysunek i Harry Potter. Jego dwa lata starsza od mojej, w opowiadaniach wydawała się wspaniała. Fantazjowaliśmy o tym, jaki będzie nasz dom, gdy już zamieszkamy razem. Nigdy do tego nie doszło. 

Spotykaliśmy się rzadko, najwięcej w pracy, bo tam go poznałam. W tygodniu czasem udało się wyrwać jakiś wieczór. Zawsze u mnie, bo mieszkam z córką i wychowuję ją sama. Nie mam naprzemiennej opieki, Sara cały czas jest ze mną. Przychodził, gdy już spała. Jakiś czas później wpadł na kolację i się poznali.  

On swoją córkę miał na każdy weekend i wszystkie dni wolne od szkoły. Jak miał znaleźć dla mnie jedną sobotę w miesiącu, czułam przez skórę jego wyrzuty sumienia. A przecież nie zostawiał córki w przytułku, tylko z jej mamą. Ja nie mam poczucia winy, jak wysyłam dziecko na noc do koleżanki, gdy chcę mieć wolne. Dla małej to atrakcja, a ja mam czas dla siebie i dzięki temu mogę być lepszą mamą. On by się najchętniej złożył na ołtarzu rodzicielstwa. Tu nie potrafiliśmy się porozumieć. Jak tylko pojawiała się dyskusja, która mogła skończyć się podniesionym głosem albo łzami, wychodził. 

Miałam milion pomysłów, jak mogłabym poznać jego córkę. Sugerowałam, że możemy spotkać się "przypadkiem" i spędzić razem popołudnie. Mówiłam: "Zróbmy grilla, zaprosisz swoich znajomych z dziećmi i ja też przyjdę". On gasił każdy pomysł, za każdym razem miał jakąś wymówkę. Wszystko sprowadzało się do tego, że nie chce zranić córki. Jak był u mnie, wychodził do innego pokoju, gdy rozmawiał z nią przez telefon. Żeby nie usłyszała kobiecego głosu. Kiedyś podobno powiedziała: "Tato, jak będziesz miał kiedyś dziewczynę, to ja nie chcę jej widzieć".  

Byliśmy razem trzy lata. Jego córka widziała mnie dwa razy, za każdym razem incognito. Raz przyprowadził ją do pracy, bo w szkole było wolne i nie miał co z nią zrobić. Zabrał ją na jogę dla pracowników, też tam byłam. Tego dnia akurat przyniosłam do pracy ciasto, zaproponowałam, żeby przyszli zjeść kawałek. Podobno tak jej smakowało, że rozprawiała o tym cieście pół drogi do domu. O mnie mówiła, że jestem piękna i miła. Drugi raz to były biegi organizowane przez firmę. Też byłam tylko znajomą z pracy, która podeszła i chwilę pogadała. Było mi żal. 

W styczniu miałam zaproszenie od znajomych, żeby razem gdzieś się wybrać na długi weekend. W ostatnim momencie powiedział, że jego córka wyjątkowo zostaje z mamą. Mielibyśmy trzy dni dla siebie, drugi raz w życiu. Pojechałam do niego. Byliśmy w drodze po zakupy na obiad, gdy przyszła wiadomość. Ma przyjechać po córkę, bo jego eks właśnie dostała pilne zlecenie. 

– Będziesz musiała pojechać jutro do domu – powiedział. 

Nie, jadę teraz – odrzekłam. 

Justyna Szawłowska, macocha trójki, mama dwójki, mediatorka rodzinna i autorka kursów dla macoch 

Pierwszy związek, w którym przez siedem lat byłam macochą dwóch dziewczynek, nie przetrwał. Byłam młodziutka, jak wiele dzisiejszych macoch nie miałam pojęcia, z czym wiąże się życie pod jednym dachem z nie swoimi dziećmi. Przeszłam przez wszystkie etapy takiej relacji i przeżyłam wszystkie emocje, które często stały w sprzeczności do tego, co podpowiada głowa. Poległam, bo nie miałam żadnego doświadczenia. Do macoch mamy wiele uprzedzeń, ale żadnej instrukcji obsługi tej roli. Nie licząc tych okrutnych historyjek z baśni, które każdemu się źle kojarzą. Kiedy weszłam w kolejny patchworkowy związek i zostałam macochą trójki, schematy, które – jak mi się wydawało – przerobiłam, zaczęły powracać. Postanowiłam sięgnąć głębiej, dokształcić się i taką instrukcję stworzyć, żeby kolejne kobiety miały nieco łatwiej.  

Wcześniej myślałam, że coś ze mną nie tak, bo czuję zazdrość albo złość wobec 6-letniej dziewczynki. Nikomu o tym nie mówiłam, bo wydawało mi się nienormalne, że dorosła kobieta odczuwa takie emocje w stosunku do dziecka. A faktycznie jest nienormalne tylko dlatego, że w ogóle o tym nie mówimy. Dlatego dziś głośno powtarzam, że można tak czuć. To oznacza tyle, że mamy w sobie jakiś wdrukowany schemat, któremu należy się przyjrzeć. My, kobiety, mamy w sobie dużo deficytów i lęków, jeszcze z czasów dzieciństwa. To, że czasem jesteśmy zazdrosne, bardzo chcemy być pierwsze i najlepsze, to często ślad naszej dalekiej przeszłości, który da się przepracować. Wewnętrzne uszanowanie byłej partnerki to coś, do czego trzeba dojrzeć. To ją kiedyś kochał nasz wybranek, stanowili rodzinę, z której są ich dzieci. Trzeba uznać tę ich historię, a to nie jest łatwe. 

Kobieta, która wchodzi w związek z mężczyzną po jego rozstaniu, jest z góry na przegranej pozycji. Bez względu na to, czy to jest miesiąc, czy pół roku, cała rodzina będzie ją oskarżać, że rozbiła związek. Byłam tam, to jest naprawdę trudny start. W okresie okołorozwodowym między byłymi partnerami jest duży konflikt. Jak już podzielą majątek, mieszkanie, samochody, zaczyna się gra dziećmi. I wtedy też pojawiają się kolejno trzy podstawowe błędy macoch. 

Justyna Szawłowska z dziećmi - synem z poprzedniego związku i córką z obecnego związku (fot. Piotr Zawadzki) , Justyna z partnerem i córką (fot. Piotr Zawadzki)

Pierwszy to uczestniczenie w konfliktach ekspartnerów. My, macochy, angażujemy się w sprawy sądowe, odpisujemy na pisma, SMS-y. Nie zdajemy sobie sprawy, że wchodząc w konflikt, jeszcze go nasilamy. Ekspartnerka złości się bardziej, bo czuje, że jakaś obca kobieta wpieprza jej się w rozwód i w sprawę opieki nad dziećmi. Niech mężczyzna sam to załatwia, on zresztą powinien wyznaczyć tu granicę. To nie znaczy, że relacje z byłą mają być tabu, ale niech on się z tym mierzy samodzielnie. Również dlatego, że za każdym razem, gdy słyszymy, jaka okropna była ta poprzednia partnerka, to automatycznie chcemy być lepsze. Stąd już blisko do kolejnego błędu. 

Poświęcanie się. To druga rzecz, na której sama ugrzęzłam i potyka się tam wiele macoch. Są motyle w brzuchu, różowe okulary, jest miłość, a ten mój ukochany człowiek, trochę z mojego powodu, nie może widzieć swoich dzieci. Co kobieta wtedy zrobi? Zwykle poświęci siebie. U mnie, jak już była zgoda byłej żony, żeby partner w ogóle brał córki do siebie na noc, to pod warunkiem, że mnie nie będzie wtedy w domu. Mieszkaliśmy razem, a na weekend pakowałam swoje rzeczy, usuwałam wszystkie ślady swojej obecności z domu i dopiero wtedy mogły przyjechać dziewczynki. Robiłam to z dobrego serca, bo widziałam rozżalonego mężczyznę. Długofalowo jednak to rodziło coraz większą frustrację. Obdarowywać można, jeśli się ma z czego. Ale jeśli wbrew sobie ciągle opuszczam nasz wspólny dom, to znaczy, że się poświęcam, czyli wytwarzam duży deficyt emocjonalny u siebie. Trudno go później załatać, a łatwo projektować na dzieci niechęć żywioną do ich matki.  

Trzeci błąd to brak zasad i reguł. Kiedy kurz opadnie, dzieci bywają już w domu regularnie, często zdarza się, że ojciec nie wyznacza granic ani swoim pociechom, ani ekspartnerce. Boi się, żeby matka dzieci znów nie odebrała kontaktu, więc zgadza się na wszystko, nie konsultując tego z macochą. A dzieci bierze pod klosz, żeby ukoić wyrzuty sumienia, że nie wychowuje ich w pierwszej rodzinie. Próbuje wszystko wynagrodzić. Dzieci więc przyjeżdżają w weekendy albo w tygodniu, ale nie dotyczą ich żadne zasady. Nie ma struktury, żadnych reguł. A kiedy macocha próbuje je wprowadzić, słyszy: "A bo ty się uparłaś na moje dzieci". Nowa para powinna zadbać o to, żeby wypracować reguły. Psychologia mówi o tym, że im więcej tych zasad w rodzinach patchworkowych, tym lepiej, bo dzieci mają do czego przylgnąć i czują się bezpieczniej. Oczywiście nie chodzi o jakąś żelazną dyscyplinę, ale ojcowie często nie chcą obciążać swoich dzieci nawet drobnymi obowiązkami w obawie, że one przestaną ich lubić i nie będą chciały przyjeżdżać. A przecież najlepiej usiąść i takie zasady ustalić wspólnie, tak żeby każdy miał prawo głosu. Jakbym to miała podsumować, to ojcowie najczęściej żyją wyrzutami sumienia w stosunku do dzieci, a my, macochy, żyjemy swoim lękiem.  

*** 

Według ustaleń GUS w 2020 roku rozwiodło się 29,5 tys. małżeństw, z których wychowuje się w Polsce 44 tys. nieletnich dzieci. Ile z nich żyje w patchworkowych rodzinach i ma macochę? Nie wiadomo, nikt tego nie liczy. Wiadomo, że 23,5 proc. wszystkich małżeństw zawartych w Polsce w 2020 roku to małżeństwa powtórne. 10,4 proc. to małżeństwa powtórne dla obojga małżonków.  

Maria Organ. Dziennikarka, reporterka, kulturoznawczyni. Najchętniej pisze o kobietach i oczekiwaniach społecznych. W wolnych chwilach czyta i tańczy.