Społeczeństwo
Na deptaku patrzyłam na ludzi jeżdżących na rolkach. Byli roześmiani, wyglądali na szczęśliwych. Chciałam być jak oni - opowiada Małgorzata (archiwum prywatne)
Na deptaku patrzyłam na ludzi jeżdżących na rolkach. Byli roześmiani, wyglądali na szczęśliwych. Chciałam być jak oni - opowiada Małgorzata (archiwum prywatne)

Małgorzata, 48 lat, Trójmiasto 

Czułam, że muszę się wyrwać. Spróbować czegoś, co nie jest w moim DNA, sprawdzić, czy sobie poradzę. W markecie zobaczyłam rolki, mój rozmiar. Wróciłam następnego dnia, wciąż były, więc wzięłam. Z perspektywy czasu wiem, że to były najgorsze rolki, jakie mogłam sobie sprawić, ale nie żałuję.

Początki były bardzo bolesne. Jestem przekonana, że gdy zaliczyłam pierwszą potężną glebę, to poszło tsunami po Bałtyku. Tydzień nie mogłam siedzieć, ale stwierdziłam, że się nie poddam. Jeździłam na betonowym boisku pod domem, trochę sama, trochę z koleżanką. Rodzice pukali się w głowę. Mówili: „Połamiesz się, a w twoim wieku to już się tak łatwo nie zrasta". Zaczynałam, mając 43 lata.

Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje

Ledwo trzymałam równowagę, gdy wystartowałam w pierwszych zawodach. Sierpniowy maraton w Gdańsku. Zapisałam się na dystans fitness, czyli 12 km. Przejechałam go w 56 minut, ale czułam się, jakbym zajęła pierwsze miejsce. Zwycięzca zrobił wtedy 42 km w podobnym czasie, ale się nie przejęłam. Zmieściłam się w godzinie, bo taki był limit czasu, i to było najważniejsze.

Sport zawsze był w moim życiu. W liceum, na studiach i później. Chodziłam na siłownię i jogę, bo dopiero jak się trochę poruszam, mój organizm dobrze funkcjonuje. Po ślubie porzuciłam sport i w ogóle życie. Były takie momenty, kiedy sukcesem miesiąca było starcie kurzu z biurka. Gdybym nie musiała chodzić do pracy, tobym się nie myła. Nie jadła, nie piła. Najgorsze jednak było, że mąż odizolował mnie od ludzi.

Kiedy zaczęłam się z tego budzić, próbowałam się ratować, ale na nic nie miałam siły. Budowałam więc wokół siebie obowiązki, które zmuszą mnie do aktywności. Na przykład wróciłam do korepetycji, bo jak uczniowie przyjdą, to muszę posprzątać. Czasem zmuszałam się też do spacerów. Wtedy na deptaku patrzyłam na ludzi jeżdżących na rolkach. Byli roześmiani, wyglądali na szczęśliwych. Chciałam być jak oni. Chyba dlatego w sklepie sięgnęłam po pudełko.

Z czasem wsiąkłam w temat. Oglądałam tutoriale na YouTubie. Dowiedziałam się, że są sklepy rolkowe i różne odmiany jazdy. Odkryłam społeczność rolkową w Trójmieście. Rozpaczliwie chciałam do ludzi, choć na początku się cieszyłam, że nie trzeba za dużo mówić.

Maraton to wydarzenie, w którym uczestniczą setki zapaleńców. Małgorzata brała już udział w trzech dużych maratonach (shutterstock.com)

Największy problem miałam z jazdą z górki – sztywniałam ze strachu. Ale jak jeździłam z innymi, zawsze znalazł się w grupie ktoś, kto mnie holował za plecaczek. Albo wystawiał rękę, żebym mogła się złapać i dołączyć do grupy. Pierwszy zjazd z górki w pojedynkę to było wyzwanie. Jak już się na nią wdrapałam, pół godziny pisałam do znajomych na Messengerze, że zginę. W końcu ruszyłam i się okazało, że ścieżka jest na tyle chropowata, że się nawet dobrze nie rozpędziłam.

Rolki to walka z samą sobą. Wiele rzeczy, które nie wychodzą, to nie kwestia techniki, tylko głowy. To ona usztywnia mięśnie. Zdarza mi się chodzić do skate parku i tam to widać najlepiej. Żeby się nie wywalić, ciało powinno być w pozycji prostopadłej do przeszkody. Trzeba zaufać fizyce. Ale głowa każe się wyprostować i ustawia ciało prostopadle do ziemi. Wtedy obija się tyłek.

Dziś, po pięciu latach, trenuję rolki szybkie. Śmieję się, że skręty i slalomy mi nie wychodzą, więc jeżdżę tylko prosto. W drużynie jestem jedyną kobietą, która startuje w zawodach długodystansowych. W tym roku zaliczyłam trzy maratony, w tym największy w Berlinie. 42 km w niecałe dwie godziny, więc jest postęp. Nigdy nie ciągnęłam do rywalizacji, ale to jest stan, jakbym dostała dożylnie jakiś napój energetyczny. Ścigam się sama ze sobą i wygrywam.

Wiek to żadna przeszkoda. Niemal cała nasza grupa treningowa jest po czterdziestce. A w szkółce niedawno zaczynał jeździć pan po osiemdziesiątce. Wiele osób, które zaczynają w późniejszym wieku, docenia poczucie wolności, jakie daje ten sport. No i radość. Nic mi tak nie podnosi poziomu endorfin, jak jazda na rolkach. Zimą, jak nie można na dworze, jeżdżę po domu. Odkurzam, prasuję i gotuję na rolkach. Czasem stawiam kubeczek na środku podłogi i ćwiczę wokół niego.

Ciało się zmieniło. Oponka na brzuchu, pelikany i łydki to był mój dramat. Na siłowni nigdy nie udało mi się wypracować tego, co na rolkach. W czasie godziny jazdy pracuje wszystko: łydki, uda, ręce, brzuch, plecy. W życiu nie miałam takich mięśni na boczkach jak dzisiaj. Ciało cały czas walczy o równowagę, więc wzmacnia się gorset mięśniowy, który utrzymuje kręgosłup. Jeździ się na ugiętych nogach, więc nie obciąża się kolan. Mam dyskopatię i podbiegnięcie do autobusu sprawiało, że cały dzień bolał mnie kręgosłup. Po rolkach nic takiego się nie dzieje.

Przy jeździe fitness raczej nie ma kontuzji. Kilka gleb zaliczyłam, ale nawet jak jeżdżę w domu, to zawsze mam ochraniacze na nadgarstki. To mój talizman. W terenie wszystkie ochraniacze trzeba mieć. Kolana, łokcie, nadgarstki i kask. Najpoważniejszy wypadek przydarzył mi się, gdy jechałam po ścieżce pokrytej liśćmi. Coś było pod spodem, zablokowało mi rolkę i poleciałam.

Wiele wywrotek tylko wygląda fatalnie. Pierwsza lekcja na kursie to nauka tego, jak się przewracać i jak wstawać. Najlepiej lecieć do przodu, bo tam masz ochraniacze. Ja na początku uczyłam się jeździć sama i do dziś pokutują nawyki, które sobie wtedy wyrobiłam. Gdybym mogła zacząć jeszcze raz, zaczęłabym od szkółki i lekcji z trenerem.

Rolki poprawiły moją kondycję i zdrowie. Mam lepszą koordynację ruchową i mniej boję się wysokości. Wcześniej wejść na drabinę, żeby powiesić zasłony i firanki, to był dla mnie problem. Rozwinęłam się też społecznie. Mam nowych znajomych i choć wciąż czasem czuję się trochę samotna, ludzie zaczęli inaczej na mnie patrzeć. Mam swojego konika, swoją odrobinę szaleństwa. Znalazłam też w sobie siłę, żeby się rozwieść.

Mój plan na przyszły rok? We francuskim Le Mans odbywają się słynne, trwające 24 godziny wyścigi samochodowe. Jest też coś takiego na rolkach, na tym samym torze.

Małgorzata J. Podolecka, psycholożka i psychoterapeutka:

Uczenie się nowych rzeczy może powodować pewien dyskomfort. Na początku nic nie rozumiemy, nie wiemy, co dalej, często nie potrafimy wykonać najprostszej czynności. Zobaczenie siebie w takiej sytuacji jest bardzo cenne. Nie wiemy, co dalej, ale nie rozpadamy się z tego powodu na kawałki. Próbujemy się odnaleźć w nieznanym dotąd obszarze i przyzwyczajamy do tego, że z czasem znajdziemy odpowiedź. Żeby to zrobić, musimy wykroczyć poza reakcje, które mamy już w sobie zaprogramowane. Uczymy się, że rozwój i zmiana są dla nas możliwe. Możemy zobaczyć siebie w zupełnie nowym świetle, jako osobę twórczą, zaradną, skuteczną, która potrafi odnaleźć się w nowej sytuacji. Taka wiedza o sobie wzmacnia naszą odporność psychiczną i podnosi samoocenę.

Katarzyna, 40 lat, Częstochowa

Nigdy nie robiłam postanowień noworocznych, nie prowadzę też kalendarza z marzeniami, aż w styczniu stuknęła mi czterdziestka i postanowiłam, że tym razem będzie inaczej. Zapisałam w punktach, co chcę zrealizować. Na liście były między innymi wyścigi Hard Dog Race z moimi psami, wystąpienie z Kościoła katolickiego i operacyjna korekta wzroku. Kurs dorzuciłam w ostatniej chwili.

Kilka miesięcy wcześniej rozmawiałam z kolegą, który działa w PTTK. Zapytałam, jak taki kurs wygląda, czego się mogę nauczyć. Pogadaliśmy trochę, a potem temat ucichł. Aż w styczniu nagle dostałam od niego wiadomość: „Właśnie rusza nowy nabór i trzeba się szybko decydować". Pomyślałam: czemu nie? Kiedy, jak nie teraz? Poszłam za ciosem i właśnie kończę szkolenie na przewodniczkę po Jurze Krakowsko-Częstochowskiej.

Katarzyna kończy szkolenie na przewodniczkę po Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. A zaczynała od wypadów ze swoimi pupilami (archiwum prywatne/shutterstock)

Wszystko przez psy. Wcześniej podróżowaliśmy z mężem za granicę, odwiedzaliśmy większe miasta w Polsce. Od kiedy mamy dwóch nieco problematycznych towarzyszy, nie pchamy się już w zaludnione miejsca. Jak jedziemy wypocząć, to blisko lasu albo nad jakieś jezioro, żeby czworonogi mogły swobodnie hasać. Na co dzień szwendamy się właśnie po Jurze. Psy lubią leśne tereny, a ja dzięki naszym spacerom zainteresowałam się okolicą. Postanowiłam poszerzyć wiedzę, poznać teren z innej perspektywy. Kiedy wychodzę z psami, nie mam okazji zwiedzać zamków ani odkrywać dalszych szlaków. A jestem ich ciekawa.

Zajęcia teoretyczne są online. To był jeden z powodów, dla których się zdecydowałam. Nie chciałoby mi się dojeżdżać na lekcje, to godzina w jedną stronę. A tak mogę słuchać w domu przed kompem. W programie architektura, geologia, terenoznawstwo. Szeroki przekrój, a nie tylko zamki. Po pierwszym wykładzie byłam pewna, że to coś dla mnie. Zaczęłam też poznawać ludzi. Jest wśród nas leśniczka, instruktor wspinaczki, zielarka i każdy przemyca jakieś informacje. Niektórzy z grupy są już przewodnikami w innych regionach kraju. Po pierwszej wycieczce na żywo byłam już pewna, że zostaję do końca. Tylko nie przystąpię do egzaminu, bo mi niepotrzebny.

Pracuję w księgowości dużej korporacji. To nie jest praca marzeń, ale przyzwoicie zarabiam. Wychodzę do domu punkt 16.00 i niczym się nie przejmuję. Praca jest dla mnie źródłem zarobku. Już nie chcę szarpać sobie nerwów i się poświęcać, jak bywało wcześniej.

Oczywiście wolałabym mieć zajęcie, które wynika z mojej pasji. Wtedy pewnie robiłabym coś dla zwierząt. Trudno z tego wyżyć, więc spełniam się w tym, co lubię, popołudniami i w weekendy. Podobnie jest z kursem. Nie wiążę z nim zawodowych planów. Niektórzy mogą się dziwić, bo przecież to wiele miesięcy nauki, za które płacę, a nic więcej z tego nie będzie. A przecież jest: mam wielką satysfakcję.

Stresowałam się tylko na początku, jak na pierwszych wycieczkach trzeba było o czymś opowiadać. Wtedy cała grupa się spinała, bo jeszcze się nie znaliśmy. Teraz atmosfera się rozluźniła i nikt się nie przejmuje, nawet jak głupot naopowiada.

Najlepsze są smaczki, legendy i wiedza przyrodnicza. Na ostatniej wycieczce w Złotym Potoku, gdy przyszła moja kolej, żeby mówić, skupiłam się właśnie na ciekawostkach. Przy pałacu Raczyńskich jest stadnina koni. Opowiedziałam oczywiście, skąd się wziął ten budynek. Ale za ciekawsze uznałam, że przebiega tamtędy Transjurajski Szlak Konny, który ma 200 km i kończy się aż pod Krakowem.

Poznałam też lepiej Częstochowę. Wstyd się przyznać, ale wcześniej turyści wiedzieli o tym mieście więcej ode mnie. Na Jasnej Górze byłam może dwa razy w życiu, choć od 14 lat tutaj mieszkam. W codziennym pędzie zawsze znajdzie się coś ważniejszego do zrobienia. Raczej brakuje zapału, żeby grzebać w internecie albo w książkach i dowiadywać się czegoś o własnym mieście. A jak ktoś oprowadzi i opowie na żywo, to jest całkiem inny odbiór.

Nie wiem, czy lubię się uczyć. Doświadczenia ze szkoły siedzą we mnie głęboko i nie są zbyt przyjemne. Każde podejście do nauki języków kończy się fiaskiem. Nie umiem się przestawić na tryb inny niż ten, który mi wtłoczono do głowy: regułki i wałkowanie gramatyki. Z kursem jest inaczej, bo poszłam na niego z ciekawości. Nie podchodziłam do niego jak do nauki, ale jak do przygody. Dlatego zakładałam, że nie będę zdawać egzaminu. Zresztą jego termin pokrywał się z obozem dla moich psiaków. Niedawno jednak przesunęli go o tydzień. Cała grupa mnie namawiała, żebym jednak podeszła, i teraz wieczorami siedzę nad mapą.

Zobacz wideo Sandra Kubicka zagrała w Koło Plotka. Karolina Pisarek i Joanna Opozda kandydatkami do walki na Fame MMA

Egzamin składa się z części teoretycznej i praktycznej. Pierwszego dnia test i odpowiedź ustna na wylosowane pytanie. Drugiego dnia prowadzenie wycieczki. Trzeba zaliczyć obydwie części, żeby otrzymać dyplom. Nie wiem, czy zdam. Jak zaczynam czytać o architekturze drewnianej, to zaraz ziewam i szybko przeskakuję na jakieś roślinki. Ja po prostu lubię spacerować. A ten kurs przewodnicki to dla mnie jeden wielki spacer.

Małgorzata J. Podolecka:

Dziś bardzo często żyjemy na autopilocie. Zasuwamy razem z tym pędzącym światem i skupiamy się na kompetencjach, które już mamy. Lubimy „się znać", mieć na wszystko szybką odpowiedź. Jesteśmy w trybie „myślenia szybkiego", o którym pisze w swojej książce „Pułapki myślenia" Daniel Kahneman. Przez to usztywniamy się w różnych tematach. Stajemy się mało wrażliwi na kontekst. Trzymamy się skostniałych interpretacji i przyjmujemy świat zgodnie z raz ustalonym przez nas porządkiem.

Uczenie się nowych rzeczy powoduje, że musimy wyłączyć autopilota. Przechodzimy do „myślenia wolnego", które wymaga analizy i skupienia. Stajemy się kimś, kto zaczyna od zera: popełniamy błędy, poszukujemy i się zachwycamy, czasem frustrujemy. To doskonały trening elastyczności. Zarówno poznawczej, jak i emocjonalnej. Ta elastyczność pozwala nam łapać dystans. Nie tylko do swoich myśli i emocji, ale i siebie samych. Możemy wyjść z butów dyrektora, profesorki, sprzedawcy, księgowej i poczuć się jak dziecko.

Ucząc się dla siebie, możemy popełniać błędy i swobodnie eksplorować wybrany temat. Nie musimy mieć osiągów ani weryfikować siebie według kryteriów produktywności, które zwykle rozważamy w pracy. Nikt od nas niczego nie wymaga, nie wprowadzamy się w niepotrzebny stres, więc to może być świat, w którym odpoczywamy. Ale też świat, w którym budujemy własną sprawczość oderwaną od pracy zawodowej, nie zawsze będącej naszą pasją.

Agata, 50 lat, Mińsk Mazowiecki

Sześć lat temu zapaliła mi się w głowie czerwona lampka: Oho! Dzieciaki podrosły, wolą spędzać czas z kolegami niż ze mną. Pomyślałam, że albo będę żyła ich życiem, albo znajdę własny świat. Zaczęłam poszukiwania. Najpierw dołączyłam do Nocnika, to cykliczny przejazd Mińskiej Grupy Rowerowej, który nazwę wziął stąd, że rozpoczyna się po zmroku. Czasem 40, a czasem 200 kilometrów na rowerach nocą. Spodobało mi się, choć na szkolenie z używania przerzutek pojechałam na rowerze, który ich nie miał. Z czasem zmieniłam jednoślad na lepszy i pokonałam trasę z Sulejówka do Wilna. W ubiegłym roku zmieniłam rower na jeszcze lepszy i wtedy przestałam jeździć. A to dlatego, że chciałam w końcu nauczyć się prowadzić samochód i zajęło mi to sporo czasu.

Agata zaczęła poszukiwania nowego sposobu na życie od przyłączenia się do grupy rowerzystów (shutterstock.com)

Mój mąż jest domatorem. Tylko by filmy oglądał, nie lubi się nigdzie ruszać. Zawsze robi łaskę. "Czy koniecznie trzeba samochodem?", "Nie możesz autobusem?", "Koleżanka może cię podwieźć". A mnie tak głupio było ciągle kogoś prosić. Postanowiłam, że odświeżę prawo jazdy. Egzamin mam zdany, ale ostatnio prowadziłam w poprzednim wieku.

Wykupiłam lekcje u instruktora. Po pięciu godzinach stwierdził, że nie widzi możliwości nauczenia mnie jazdy, dziękuje za spotkanie i do widzenia. Wtedy załamałam się na poważnie.

Kilka miesięcy później złapałam się jednak na tym, że przeglądam samochody. Może gdybym miała własne auto, to byłoby inaczej? Bałam się zainwestować, przecież się nie znam. A kupić jakiś rupieć, do którego trzeba dokładać, to bez sensu. Głowiłam się, aż zadzwoniła siostra i mówi: "Są dwa fajne samochody na sprzedaż, wybierz któryś, bo warto kupić". Problem polegał na tym, że właśnie złapałam covid. W końcu wybrałam jeden, kojarzyłam właścicieli. Siostra z kolegą poszli obejrzeć, przysłali zdjęcia. Stan techniczny był dobry, więc wzięłam. Tak stałam się posiadaczką volkswagena, 2003 rocznik.

Jak poszłam do urzędu zarejestrować auto, pani koło sześćdziesiątki mówi: "Też zaczynałam od volkswagena polo! Instruktor mi powiedział po kilku jazdach, że się nie nadaję, a teraz mam citroëna i jeżdżę jak złoto". "Jak się nazywał ten instruktor?" – pytam. Kiedy odpowiedziała, bardzo mi ulżyło.

I wszystko byłoby dobrze, tylko mąż pożyczył ode mnie auto i zostawił na biegu. Odpaliłam, samochód ruszył i uderzył w ścianę. Trudny start, bo od początku trzeba było naprawiać.

Kiedy auto było gotowe, mąż nie chciał mi pomóc w nauce, więc poprosiłam kolegę. Znaliśmy się z tych rowerowych wypraw. Spędził ze mną na jazdach kilkanaście godzin i wszystko wytłumaczył jeszcze raz, od podstaw. Po tych lekcjach odważyłam się pojechać sama do koleżanki. W sobotę po południu, kiedy nie było ruchu. Potem wymyśliłam wspólne spacery krajoznawcze. Trzeba było pojechać na wieś, zrobić dwugodzinny spacer w naturze i wracać. Zbierając ekipę, pilnowałam, żeby jedna osoba oprócz mnie miała prawo jazdy. Jak bałam się wyjechać pod górkę na ruchliwą ulicę, to zamieniałam się miejscami z koleżanką.

Kolejnym krokiem Agaty było odświeżenie prawa jazdy (shutterstock.com)

Teraz wsiadam za kierownicę bez lęku. Za to satysfakcja jest bardzo duża, zwłaszcza kiedy jadę w nieznane miejsce. Raz udało mi się wyrwać do Olsztyna na pole namiotowe. Innym razem pojechałam z córką i synem odwiedzić Zwierzyniec i Roztocze.

Przyznaję, nauka nowych rzeczy idzie mi bardzo wolno, ale się nie poddaję. Z hiszpańskim jest tak samo.

Zaczęłam, bo miałam problemy z pamięcią, a nauka języka obcego jest podobno najlepsza do gimnastykowania umysłu. Najpierw uczyłam się słówek w darmowych aplikacjach, potem poszłam na kurs. Trafiłam na świetnego nauczyciela, rodowity Hiszpan. Uczy metodą bezpośrednią, wałkujemy pytania i odpowiedzi. Wybrałam tę metodę, bo noszę aparat słuchowy. Nauka na pamięć z książki to dla mnie najlepsza opcja. Byłam zadowolona, ale zajęcia przerwała pandemia. Rozpadła się grupa, w której się uczyłam.

Na szczęście nauczyciel prowadził też zajęcia prywatne. Zaproponował, żebym dołączyła do zaawansowanej, a jeśli nie będę nadążać, mogę dokupić dodatkowe lekcje. Tanio, sporo godzin, więc się zdecydowałam. Jestem trochę w tyle za dziewczynami, ale się nie poddaję. Chwilowo co prawda nie mogę się uczyć w pociągu do pracy, bo mam problem ze słuchawkami. Rozleciały się, a nie chcę kupować nowych, póki nie spotkam się z akustykiem. Ma zainstalować nowy program do moich aparatów słuchowych.

Hiszpański wybrałam, bo chcę znać chociaż jeden język obcy. Wymowa jest łatwiejsza niż w angielskim, którego po 20 latach nauki nadal nie rozumiem ze słuchu. Na hiszpański daję sobie 10 lat, bo tyle mi zostało do emerytury. Trzeba włożyć trochę pracy, ale może potem uda się go jakoś fajnie wykorzystać.

Czego jeszcze chciałabym się nauczyć? Zawsze lubiłam tańczyć, mamy nawet w mieście fajny klub taneczny, tylko ja już nie mam czasu. We wtorek hiszpański, w czwartek wożę córkę na basen i sama pływam. Weekendy zimą też będę miała raczej zajęte. Skoro już jeżdżę autem, mogę w końcu ruszyć w góry i nauczyć się jeździć na nartach.

Maria Organ. Dziennikarka, reporterka, kulturoznawczyni. Najchętniej pisze o kobietach i oczekiwaniach społecznych. W wolnych chwilach czyta i tańczy.